BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 października 2026

Od Skowronkowej Łapy Do Dymówkowej Łapy

Pora Opadających Liści

Jesień powoli ustępowała miejsca nadchodzącym chłodom, a ja miałem wrażenie, że wraz z nią znikały ostatnie odrobiny kolorów z naszego lasu. Większość drzew zdążyła już zrzucić liście, a te, które wciąż trzymały się gałęzi, wyglądały na zmęczone i gotowe do poddania się pierwszemu mocniejszemu podmuchowi wiatru. Ziemia była nimi usłana, gdzieniegdzie wilgotna od porannej rosy, a powietrze miało w sobie coś, co przypominało mi, że niedługo nadejdzie pora nagich liści. Nie przeszkadzało mi to jednak w wychodzeniu z obozu. Wręcz przeciwnie — każda wyprawa poza jego granice była doskonałą okazją do odkrywania czegoś nowego.
Tego dnia miałem udać się na polowanie. Przynajmniej taki był pierwotny plan, kiedy wyruszyłem przed siebie, starając się zachowywać powagę godną przyszłego wojownika. Sowi Zmierzch wielokrotnie powtarzał mi, że podczas polowania powinienem skupiać się na otoczeniu, a nie na wszystkim, co akurat przyciągnie mój wzrok. Naprawdę próbowałem brać sobie jego rady do serca. Szedłem cicho, ostrożnie stawiając łapy, co jakiś czas unosząc pysk, żeby sprawdzić, czy wiatr nie przynosi zapachu potencjalnej zwierzyny. Przez pierwsze kilka chwil szło mi całkiem nieźle. A potem zobaczyłem kwiaty.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że niemal sam zaplątałem się we własne łapy. Pomiędzy kępą traw i stertą opadłych liści rosły drobne, delikatne kwiaty. Ich płatki miały niezwykłe kolory, które wydawały się jeszcze bardziej wyraziste na tle szarzejącego lasu. Nie było ich wiele. Właściwie wyglądały jak ostatnie niedobitki całego jesiennego kwitnienia, jakby natura zostawiła je specjalnie po to, żeby przypominały, że nawet kiedy wszystko wokół powoli zamiera, wciąż można znaleźć coś pięknego.
Podszedłem bliżej, ostrożnie obchodząc rośliny, by przypadkiem nie podeptać ich łapami. Przez dłuższą chwilę po prostu na nie patrzyłem. Nie znałem ich nazwy, ale wcale nie musiałem jej znać, żeby uznać je za wyjątkowe. Przysunąłem nos do jednego z kwiatów i delikatnie wciągnąłem powietrze. Pachniał subtelnie, niemal niewyczuwalnie, ale to tylko sprawiło, że bardziej chciałem zapamiętać ten moment.
— No proszę. A myślałem, że jesień nie ma już niczego ciekawego do zaoferowania! — mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
Oczywiście, mogłem po prostu zapamiętać miejsce, w którym rosły, i wrócić do polowania. Mogłem też pójść dalej, tak jak zrobiłby to rozsądny uczeń, który chciał udowodnić swojemu mentorowi, że potrafi wykonywać polecenia bez rozpraszania się co kilka kroków. Tylko że ja nie byłem pewien, czy ktokolwiek zdołałby przejść obok takich okazów i nawet nie pomyśleć o zabraniu ze sobą choćby jednego. Nie chciałem zrywać wszystkich. To byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec lasu. Wybrałem więc jeden z kwiatów, który wyglądał na najmocniejszy, i ostrożnie go zerwałem, uważając, by nie uszkodzić pozostałych.
Dopiero wtedy zauważyłem leżące niedaleko liście. Jeden z nich był rdzawoczerwony, drugi miał odcień przygaszonego złota, a trzeci przypominał mi kolor futra niektórych wojowników, kiedy promienie słońca padały na nie pod odpowiednim kątem. Zacząłem je przeglądać, wybierając te, które nie były zbyt kruche ani nadmiernie wilgotne. Nie miałem jeszcze konkretnego pomysłu na to, co z nimi zrobię, ale byłem pewien, że coś wymyślę.
Wtedy natknąłem się również na pióra. Nie były duże ani szczególnie efektowne, ale jedno z nich od razu przykuło moją uwagę. Było lekkie, miało delikatnie brązowawe i jasne znaczenia, a jego kształt przypominał mi pióra skowronków, które czasem znajdowałem podczas spacerów. Podniosłem je ostrożnie i obróciłem między łapami. Właściwie nie musiałem długo się zastanawiać, zanim zdecydowałem, że zabiorę je ze sobą.
Skowronki od zawsze kojarzyły mi się z czymś wyjątkowym. Może dlatego, że moje imię przypominało mi o ich śpiewie, a może dlatego, że od małego chciałem być taki jak mój tata, Nocny Śpiewak. On potrafił sprawić, że nawet zwyczajna chwila stawała się czymś wartym zapamiętania. Miał swoje upodobania, swoje drobne przyzwyczajenia i nie bał się pokazywać innym, co sprawia mu radość. Chciałem mieć w sobie podobną odwagę. Chciałem być kimś, kogo inni zapamiętają, kimś, kto ma własny styl, a jednocześnie nie musi nikomu udowadniać, że zasługuje na uwagę.
Właśnie dlatego nie zamierzałem poprzestać na zwyczajnym schowaniu znalezisk wśród mchu. Skoro już znalazłem takie skarby, powinienem zrobić z nich coś, co będzie mi towarzyszyło przez resztę jesieni. Zacząłem więc nucić jakąś radosną melodię, zanim zabrałem się do pracy.
Zabrałem ze sobą kwiat, kilka liści i pióra, po czym ruszyłem w stronę miejsca, w którym wcześniej widziałem zaschniętą żywicę na pniu drzewa. Zbierałem ją już wcześniej, głównie z ciekawości, i pamiętałem, że potrafiła być lepka, kiedy nie zdążyła całkiem stwardnieć. Potrzebowałem jeszcze czegoś, co pomogłoby mi przytwierdzić ozdoby do futra, nie sprawiając przy tym, że całość odpadnie przy pierwszym ruchu.
Przypomniałem sobie o mleczach. Ich biały sok wydawał mi się całkiem użyteczny, chociaż nie miałem pewności, czy rzeczywiście zadziała tak, jak sobie wyobrażałem. W końcu jednak uznałem, że najlepiej będzie po prostu spróbować. Znalazłem kilka roślin, ostrożnie naruszyłem ich łodygi i zebrałem odrobinę mlecznego płynu, starając się nie pobrudzić sobie całego pyska.
Przygotowania zajęły mi zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Najpierw próbowałem umieścić pióro przy karku, ale po kilku ruchach głową zsunęło się i wylądowało na ziemi. Za drugim razem przykleiłem je pod złym kątem, przez co sterczało w zupełnie inną stronę, niż chciałem. Trzecia próba zakończyła się tym, że część żywicy przykleiła mi się do futra, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem poprosić kogoś o pomoc. Nie. Musiałem sobie poradzić sam.
Przecież tata nie poddawałby się z powodu kilku niesfornych piór. A przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Wytrwale poprawiałem więc swoje dzieło, używając niewielkiej ilości żywicy i mlecznego płynu, aż w końcu udało mi się przymocować pierwsze ozdoby. Pióra znalazły swoje miejsce przy karku, gdzie układały się wzdłuż futra, a kilka mniejszych umieściłem bliżej nasady ogona. Pomiędzy nimi dodałem liście, układając je tak, by ich kolory ze sobą współgrały. Na koniec wkomponowałem kwiat, najstaranniej, jak tylko potrafiłem, żeby nie zgnieść jego delikatnych płatków.
Odsunąłem się odrobinę i spróbowałem obejrzeć własne dzieło, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałem do dyspozycji żadnego lustra, ale mogłem przynajmniej sprawdzić, czy ozdoby nie odstają zbyt mocno. Przesunąłem łapą po karku, potem zerknąłem na ogon. Wszystko trzymało się na swoim miejscu.
— Ha! Wiedziałem, że mi się uda! — oznajmiłem z dumą, jak gdybym właśnie dokonał czegoś godnego opowiedzenia na najbliższym zgromadzeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o polowaniu.
Spojrzałem w stronę lasu, z którego przyszedłem. Zwierzyna nie zamierzała przecież czekać, aż skończę swoje artystyczne eksperymenty. Jeśli Sowi Zmierzch zapytałby mnie później, dlaczego wróciłem bez zdobyczy, miałem nadzieję, że uda mi się wymyślić coś lepszego niż przyznanie, że po drodze urządziłem sobie mały warsztat ozdób. Z drugiej strony, może udałoby mi się jeszcze coś upolować. Nie wszystko było stracone!
Ruszyłem dalej, tym razem rzeczywiście starając się skupić na zadaniu. Co jakiś czas zerkałem jednak na własny ogon, upewniając się, że liście i pióra nadal są na miejscu. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem zwyczajnie zachwycony tym, co udało mi się stworzyć. Znalazłem coś, czego nie miał nikt inny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Coś, co przypominało mi o ostatnich barwach jesieni i o tym, że nawet kiedy świat wokół robi się coraz bardziej szary, zawsze można znaleźć sposób, by dodać mu trochę koloru.
Nie wiedziałem jeszcze, że te drobne ozdoby zostaną ze mną na dłużej, niż początkowo planowałem.
Pora Nagich Liści
Zima nie była tak piękna, jak jesień. Przynajmniej nie w taki sposób, do jakiego zdążyłem się przyzwyczaić. Zamiast kolorowych liści miałem pod łapami twardą ziemię, miejscami przykrytą cienką warstwą śniegu, a zamiast ostatnich kwiatów — nagie gałęzie i zeschnięte łodygi roślin. Las sprawiał wrażenie cichszego, jakby wszystkie jego sekrety pochowały się głęboko pod ziemią i zamierzały przeczekać chłody aż do nadejścia nowej pory młodych liści.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem siedzieć w obozie i narzekać na pogodę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej myślałem o tym, jak wiele rzeczy potrafił robić mój tata. Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kimś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli w rzeczywistości nie wszystko szło po jego myśli. Podziwiałem jego pewność siebie, siłę i to, że nie bał się podejmować inicjatywy. Chciałem być taki sam. Chciałem, żeby kiedyś ktoś spojrzał na mnie i pomyślał, że jestem równie godny zaufania, równie odważny i równie zdolny. Ostatnio szczególnie mocno zaprzątała mi głowę jedna myśl: samodzielny patrol.
Wiedziałem, że nie powinienem wybierać się na niego bez zgody starszych, a granice klanu nie były miejscem do beztroskich spacerów. Mimo to trudno mi było przestać wyobrażać sobie, jak tata wyrusza na patrol, uważnie obserwuje teren i upewnia się, że wszystko jest w porządku. Chciałem sprawdzić, czy ja też potrafię zachować się w taki sposób. Czy potrafię samodzielnie ocenić sytuację, zauważyć coś podejrzanego i zachować się jak przyszły wojownik, a nie rozkojarzony uczeń, który potrafi zatrzymać się na środku polowania tylko dlatego, że znalazł ładny kwiatek?
Nie zamierzałem nikomu robić krzywdy ani prowokować konfliktu. Chciałem jedynie przejść się wzdłuż granicy z Klanem Klifu i przyjrzeć się oznaczeniom. Przecież znałem już podstawy. Wiedziałem, jak rozpoznawać zapachy, na co zwracać uwagę i jak zachowywać się na terytorium należącym do mojego klanu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wyszedłem z obozu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie poczucie, że robię coś ważnego. Może trochę nierozważnego, ale przecież nie zamierzałem oddalać się zbyt daleko. Poza tym, jeśli nic się nie wydarzy, wrócę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć moją nieobecność. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę miał przynajmniej jeden powód więcej, by uznać, że naprawdę zaczynam przypominać tatę.
Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, zdradzając każdy krok. Nie podobało mi się to ani trochę. Próbowałem stawiać łapy ostrożniej, wybierając miejsca, w których warstwa śniegu była cieńsza, ale trudno było poruszać się całkowicie bezgłośnie. Mimo to szedłem dalej, z uniesionym ogonem i uszami skierowanymi do przodu. Na karku nadal miałem swoje ozdoby. Pióra i zasuszone liście nie wyglądały już tak świeżo, jak w dniu, kiedy je znalazłem, ale wciąż trzymały się futra. Kwiat nieco się skurczył, a jego płatki straciły część koloru, jednak nie miałem zamiaru go usuwać. Był pamiątką po ostatnich dniach jesieni, a poza tym wciąż uważałem, że wyglądał świetnie.
Co jakiś czas poprawiałem ozdoby, upewniając się, że żywica nadal trzyma. Nie chciałem, żeby któreś z piór odpadło, zwłaszcza że byłem z nich naprawdę dumny. Przypominały mi o tym, że nie trzeba mieć do dyspozycji wielkich rzeczy, by wyróżniać się z tłumu. Czasem wystarczy odrobina pomysłowości.
Kiedy dotarłem w pobliże granicy z Klanem Klifu, zatrzymałem się i uniosłem pysk. Zapach obcego klanu był wyraźniejszy niż gdziekolwiek indziej, nawet mimo zimnego powietrza. Przez chwilę przyglądałem się okolicy, próbując wypatrzyć coś, co mogłoby świadczyć o niedawnym przejściu patrolu. Znalazłem kilka śladów w śniegu, ale nie potrafiłem z całą pewnością stwierdzić, jak dawno zostały pozostawione. Zamiast udawać, że znam odpowiedź, zapamiętałem ich położenie i ruszyłem wzdłuż granicy. Wtedy dostrzegłem kotkę.
Była po drugiej stronie granicy, na terenie Klanu Klifu. Jej niebieskie futro, pokryte ciemniejszymi pręgami, wyróżniało się na tle jasnego śniegu. Miała cztery białe skarpetki, delikatną sylwetkę i charakterystyczną jasną plamkę na pysku, która ciągnęła się aż do czoła. Kiedy przyjrzałem się jej uważniej, zauważyłem również pędzelki na uszach oraz błękitne oczy. Nie wyglądała na wojowniczkę, więc założyłem, że podobnie jak ja była uczennicą.
Zatrzymałem się, zachowując odległość od granicy. Nie zamierzałem przekraczać jej bez powodu. Mimo to nie potrafiłem po prostu przejść dalej. Byłem ciekaw, kim była i co robiła w tej okolicy. Może również odbywała patrol? A może po prostu wybrała się na spacer?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jej futro zdobiły kwiaty i pióra. Nie były identyczne z moimi, ale sam pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że niemal natychmiast zapomniałem o tym, iż powinienem zachowywać się jak poważny patrolujący kot.
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem od razu wspomnieć, że znalazłem się tutaj w ramach samodzielnego patrolu. Ostatecznie uznałem, że nie ma potrzeby opowiadać obcej kotce o wszystkim, co robię. Zwłaszcza że nie byłem do końca pewien, czy ktokolwiek uznałby mój pomysł za rozsądny.
Zamiast tego zerknąłem na jej ozdoby, a następnie na własny kark. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś nosił w futrze podobne rzeczy, a jeszcze rzadziej, żeby natknął się na mnie ktoś, kto mógłby docenić moje starania.
— Ty też masz pióra! — zauważyłem, nie kryjąc zadowolenia. — I kwiaty! Są naprawdę ładne. Sama je znalazłaś?
Nie czekając zbyt długo, przekręciłem się nieco bokiem, żeby mogła lepiej zobaczyć ozdoby przy moim karku. Potem uniosłem ogon i poruszyłem nim lekko, prezentując liście oraz pióra umocowane przy jego nasadzie. Byłem niemal pewien, że wyglądałem przy tym niezwykle dostojnie. Przynajmniej w mojej własnej ocenie.
— Patrz, ja też mam swoje! — pochwaliłem się z dumą. — Znalazłem je jeszcze pod koniec jesieni. Były wtedy ostatnie kwiaty, jakie widziałem w lesie, więc musiałem coś z nimi zrobić. Nie chciałem ich wszystkich zrywać, bo to byłoby trochę bez sensu, ale jeden zabrałem. A potem znalazłem liście i pióra skowronka!
Na samo wspomnienie tamtego dnia poczułem się jeszcze bardziej zadowolony z siebie. Oczywiście, nie wspomniałem o tym, ile razy próbowałem przytwierdzić pióra, zanim wreszcie przestały odpadać. Niektóre szczegóły nie były przecież potrzebne, kiedy opowiadało się o swoim wielkim dziele.
— Przyczepiłem je do futra za pomocą żywicy i płynu z mlecza. Trochę się namęczyłem, ale się udało! — dodałem, obracając się jeszcze odrobinę, żeby pokazać jej ozdoby z drugiej strony. — Te przy karku trzymają się najlepiej. Przy ogonie też, chociaż czasami muszę je poprawiać.
Zerknąłem na nią z szerokim uśmiechem, ciekaw, co o tym wszystkim pomyśli. Może również zbierała pióra i kwiaty, a może miała zupełnie inny sposób na ozdabianie futra. Chciałem się dowiedzieć. W końcu skoro los postawił na mojej drodze kogoś, kto podzielał moje zainteresowanie takimi drobiazgami, szkoda byłoby zmarnować okazję do rozmowy.
— A ty jak masz na imię? — zapytałem, przekrzywiając lekko głowę. — Jesteś uczennicą, prawda? Wyglądasz na mniej więcej w moim wieku.
Na moment przeniosłem wzrok na ślady w śniegu, które wcześniej zauważyłem, i przypomniałem sobie, po co właściwie tutaj przyszedłem. Granica nadal była przede mną, a ja wciąż miałem do sprawdzenia spory kawałek terenu. Nie chciałem jednak odchodzić od razu. Spotkanie z niebieską kotką było znacznie ciekawsze, niż się spodziewałem, a moje ozdoby wreszcie miały szansę zostać docenione przez kogoś, kto również lubił takie rzeczy.
Poza tym tata zawsze wydawał mi się kotem, który potrafi rozmawiać z innymi bez względu na okoliczności. Może właśnie od tego powinienem zacząć, jeśli naprawdę chciałem być do niego podobny.
— Właściwie jestem tutaj na patrolu — oznajmiłem po chwili, starając się nadać głosowi nieco poważniejszy ton. — Samodzielnym. Chciałem sprawdzić granicę i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Wiem, że powinienem uważać, ale przecież kiedyś będę wojownikiem, więc muszę się uczyć!
Nie dodałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z takim zadaniem. W mojej głowie brzmiało to znacznie lepiej, kiedy nazywałem swoją wyprawę patrolowaniem granicy, a nie zwykłym wypadem z obozu. W końcu zamierzałem zachowywać się odpowiedzialnie. Miałem zamiar.
Znów spojrzałem na jej ozdoby, tym razem z nieco większą ciekawością. Byłem gotowy opowiedzieć jej jeszcze więcej o swoich znaleziskach, a jeśli chciałaby, mógłbym nawet pokazać jej, gdzie znalazłem pióra. Oczywiście nie zamierzałem przekraczać granicy, ale może kiedyś, podczas kolejnego spaceru, udałoby się znaleźć coś równie pięknego.
— W każdym razie, jeśli lubisz takie rzeczy, to chyba mamy coś wspólnego — stwierdziłem wesoło. — Ja zamierzam zbierać kolejne pióra, kiedy tylko trafię na jakieś ładne. A jak znowu znajdę kwiaty, to też je zabiorę. Może następnym razem uda mi się zrobić jeszcze lepsze ozdoby!
Unosząc dumnie głowę, poruszyłem ogonem, a liście przy jego nasadzie zadrżały delikatnie na zimowym wietrze. Czułem się niemal tak, jakbym właśnie udowodnił sobie, że potrafię być kimś więcej niż tylko uczniem, który dopiero uczy się polowania i walki. Byłem Skowronkową Łapą, synem Nocnego Śpiewaka, i miałem własne pomysły, własne cele oraz własny sposób na to, by pozostawić po sobie coś wyjątkowego.
Teraz pozostawało mi tylko dowiedzieć się, czy Dymówkowa Łapa — bo tak przedstawiła się po chwili, jeśli dobrze usłyszałem — również uzna moje ozdoby za coś wartego uwagi. A jeśli tak, być może właśnie zaczynała się znajomość, która sprawi, że następna pora nagich liści nie będzie aż tak szara i nudna, jak początkowo mi się wydawało.

<Dymówkowa Łapo?>
[2635 słów]

[53%]

19 października 2026

Od Tropiącej Łaski

TW: Walka

Odkąd Kocimiętkowy Wir zawiodła, Tropiącą Łaskę nawiedzały najdziwniejsze sny. Żyła w błogiej nieświadomości tego, co nadchodziło, jednak wiedziała, że wszyscy wokół niej mają poczucie zbliżającej się katastrofy. Wszystko, co stało się na tamtym zgromadzeniu kultu, gdy Ognikowa Słota przywlekła i zarżnęła samotnika z symbolem na pysku, było jednym wielkim nieporozumieniem. W pamięci wojowniczki utknął widok jaśniejących ślepi podglądacza. Widziała w snach wciąż to samo i wciąż bała się zasnąć. Jej wyobraźnia tworzyła z tego obrazu coś zupełnie zwyczajnego, rozum próbował jej udowodnić, że żółte ślepia, były jedynie ślepiami wilka czy innego zwierzęcia, które oszczędziło członków kultu i nie urządziło im krwawej jatki. Wmawiała sobie, że mieli ogromne szczęście, że to coś ich nie rozszarpało. Wmawiała sobie, że to nie był kot świadomy istnienia kultu. Czuła jednak, że pomimo wielu prób racjonalnego wyjaśnienia sytuacji, jedno pozostawało pewne — ktoś ich widział. I ten ktoś mógł wykorzystać tę wiedzę, aby wyrządzić Klanowi Wilka krzywdę większą, niż którekolwiek z nich potrafiło sobie wyobrazić.
Patrol, na który Zalotna Gwiazda posłała Tropiącą Łaskę, Nadciągający Pomrok i Rozbity Księżyc, miał dla kultystów oczywisty zamysł. Musieli wędrować w okolicach rzeki, tam, gdzie można było przejść na tereny niczyje, aby szukać tropów i świeżych zapachów owego samotnika. Pachniał on niemal dokładnie tak jak kotka, którą Ognikowa Słota pozbawiła życia. Aby więc dobrze pamiętać, czego szukają, z truchła zmarłej zabrano kilka kosmyków futra. W opinii szylkretki nie były one jednak zbyt przydatne. Gdy wydzierali je z okrycia wciąż drżącej w agonii samotniczki, jej własny zapach już słabł. Został przykryty silniejszą wonią krwi, którą każdy członek kultu znał przecież doskonale. Na co komu były kosmyki futra pachnące wyłącznie krwią? Do tej pory pokonali niewielką część terenów klanu, a do ich uszu powoli docierał już szum rzeki. W obliczu niebezpieczeństwa ze strony samotników zielonooka nie zamierzała nawet narzekać na obecność mistrzyni. Ciemnooka była teraz jej najmniejszym problemem; żadna z nich nie miała ochoty na przerzucanie się złośliwymi słówkami, kiedy na głowie miały o wiele poważniejsze zmartwienia.
Przez napięcie związane z wydarzeniami, choć może jedynie jej się to wydawało, jej relacja z Nadciągającym Pomrokiem uległa zmianie. Zmianie, której z pewnością nie można było nazwać „zmianą na gorsze”. Podczas patrolowania sprawdzały oznakowania zapachowe granic i co jakiś czas wygłaszały luźne uwagi, pokroju: „Należałoby odświeżyć tutaj znaki” czy „Poinformujemy o tym Zalotną Gwiazdę”. Zdawało się, że nawiązywanie relatywnie normalnej konwersacji w takich okolicznościach sprawiło, że cała trójka nie postradała jeszcze zmysłów. W pewnym momencie nawet Wielka Kapłanka kultu i Tropiąca Łaska zaczęły wymieniać się spostrzeżeniami na temat ostatnich wydarzeń w Klanie. Rozmawiały o wielkości żłobka i o liczbie kociąt, które ostatnimi czasy zasiliły jego szeregi. Zaczęły rozmawiać też o uczniach. Tym razem wojowniczka wcale nie musiała wyciągać informacji od mistrzyni niczym na przesłuchaniu. Nadciągający Pomrok sama z siebie, z widocznym przez pękającą fasadę powagi podekscytowaniem, zaczęła opowiadać o swoim świeżo nabytym uczniu — Koszmarnej Łapie. Gdy kotka wspomniała jego imię, wojowniczka zaczęła się zastanawiać, co w ogóle wie na jego temat. Jak się okazało, niewiele. Wiedziała, że był synem Kocimiętkowego Wiru i Ognikowej Słoty, ale samo wskazanie rodziców to tyle, co nic. Nadciągający Pomrok miała jednak wiele do powiedzenia na temat siostrzeńca. Tropiąca Łaska z zaskoczeniem musiała przyznać, że z przyjemnością słucha przemyśleń rówieśniczki. Koszmarna Łapa brzmiał jak obiecujący uczeń, który w przyszłości zostanie oddanym kultystą. Nawet jeśli jeszcze tego nie chciał, jego matki i najbliższa rodzina z pewnością przyłożą łapę do tego, aby jednak w przyszłości zechciał. Mentorka wspomniała, że kocur jest dość silny — nawet zaskakująco silny jak na swój wiek. Rozmawiały bez chwili wytchnienia, jak za czasów uczniowskich, przeszkadzając Rozbitemu Księżycowi w patrolowaniu, aż do pewnego momentu.
— Słyszałyście to? — powiedział cicho jasny kocur, który jako jedyny zachował czujność, nie pogrążając się w rozmowie.
— Jestem prawie pewna, że nic tu nie ma — mruknęła Nadciągający Pomrok. — Chyba że to zwierzyna.
— Rozbity Księżyc może mieć rację. To brzmiało jak stukot łap, ale teraz nikogo nie widać, ani nie słychać.
— Słynne ostatnie słowa. — Ciemnooka zaczęła wyglądać, jakby straciła przekonanie, że to jedynie zwierzyna.
Nadciągający Pomrok miała rację. To mogły być ich słynne ostatnie słowa. Las nagle utonął w złowrogiej ciszy tak głębokiej, że aż dzwoniło od niej w uszach. Nawet najmniejsze skrzypienie śniegu pod łapami budziło niepokój w patrolu. Napięcie Rozbitego Księżyca stało się wręcz namacalne, gdy łapy kocura zaczęły nerwowo drżeć. Tropiąca Łaska nie potrafiła już skupić się na odgłosach otoczenia; jak miała usłyszeć zbliżające się zagrożenie, skoro jej towarzysz bez przerwy przestępował z łapy na łapę? Dopiero po chwili zmysły kotki zaalarmował nagły podmuch wiatru. Przyniesiony przez niego zapach ewidentnie łączył się z wonią kępek futra, które znaleźli wcześniej, mimo że tamte umazane były posoką. Rozbity Księżyc i Nadciągający Pomrok również to poczuli i obydwoje zamarli, sparaliżowani strachem. W ich stronę leniwie wylała się drażniąca nozdrza woń. Nagle trzask łamanej gałązki zmusił całą trójkę do gwałtownego odwrócenia głów. Z mroku wyłonił się pierwszy kot, a z gardła Tropiącej Łaski dobył się niski, wibrujący warkot. Urwał się jednak gwałtownie, gdy za przybyszem zaczęły kroczyć kolejne sylwetki, pachnące dokładnie tak samo. Szylkretka naliczyła pięciu samotników. Ich nastroszone, różnobarwne futra nie pozostawiały złudzeń, patrol ewidentnie był na ich celowniku, a obcy wyglądali na gotowych do walki. W uszach kotki rozbrzmiało przeciągłe warknięcie Wielkiej Kapłanki kultu. Tropiąca Łaska przeniosła wzrok na mistrzynię. Choć jej futro wciąż silnie biło zapachem strachu, widać było, że nie podda się bez bitwy.
Sytuacja stała się krytyczna, gdy z krzewów przed grupę samotników wyszła samotniczka. Na pysku nosiła największą bliznę, jaką Tropiąca Łaska widziała w życiu. Dwie przecinające się linie, ciągnące się od żuchwy aż po uszy. Była niewielka, czarno-biała, a poza tym jednym, potężnym śladem jej skóra wydawała się nienaruszona. Gdy uniosła łeb, błysnęły znajome, żółte ślepia. W tym momencie szylkretka zyskała pewność. To ona ich wtedy podglądała.
— To oni ją zabili! Do ataku! — Pomimo dzielącej ich odległości, słowa wycedzone przez czarno-białą kotkę dotarły do zielonookiej wojowniczki Klanu Wilka z przerażającą wyrazistością. Przeciwnicy zareagowali błyskawicznie. Ruszyły na nich trzy, może cztery koty, podczas gdy piąty pozostał u boku czarnobiałej kotki. Ten bezpodstawny i pozbawiony honoru atak wymagał równie bezwzględnej odpowiedzi. Czekoladowa kotka miała szczęście, że na swój cel obrała ją niewielka samotniczka. W tym samym czasie Rozbity Księżyc i Nadciągający Pomrok musieli stawić czoła trzem średniej wielkości, chuderlawym kocurom. Z zaskoczeniem zauważyła, że jej drobna przeciwniczka z blizną na pysku była ruda i pręgowana, zupełnie jak jej brat, Tygrysia Noc. W jej zielonych oczach płonęła ta sama, mordercza determinacja. Choć napastniczka była drobna, miała zaskakująco długie łapy. Tropiąca Łaska wykorzystała to, błyskawicznie wślizgując się pod jej brzuch i podcinając jej przednie kończyny. Spodziewając się, że ruda zaraz się obróci, wojowniczka natychmiast odskoczyła, wbiła pazury w jej bok i z impetem cisnęła ją na ziemię. Wymagało to ogromnego wysiłku, ale mała kotka runęła jak długa. Uderzyła głową o wystające kamienie, które rozorały jej skórę na pyszczku. Strużka krwi natychmiast zalała jej zielone oko i skleiła futro. Gdy tylko minęło pierwsze oszołomienie, ruda poderwała się i rzuciła do ucieczki. Dopiero gdy odbiegała, Tropiąca Łaska dostrzegła, jak wątła jest w rzeczywistości. Wyglądała na młodszą niż Cętkowany Tęgosz w dniu mianowania na wojownika, w Klanie Wilka mogła być co najwyżej starszą uczennicą, wciąż niezdarną i niedoświadczoną. Niestety, nim Tropiąca Łaska zdążyła ruszyć z pomocą pobratymcom, Rozbity Księżyc padł nieprzytomny na ziemię. Nie poddał się jednak bez walki; jeden z trzech otaczających go samotników broczył krwią, nosząc wyraźne ślady jego pazurów. Na polu walki została sama z Nadciągającym Pomrokiem i samotnikami.
Broczący krwią, bury samotnik o ciemnych oczach opuścił pole bitwy. Przeniósł całą uwagę na pilnowanie Rozbitego Księżyca, chcąc się upewnić, że powalony wróg nie odzyska przytomności. W tym samym czasie Nadciągający Pomrok i Tropiąca Łaska stanęły oko w oko z dwoma przeciwnikami. Pierwszym był szczupły, żylasty, jasnobrązowy kocur o niebieskich ślepiach, z których jedno zostało całkowicie oślepione przez rozległą bliznę. Drugim długowłosy, kremowy samiec o krótkim ogonie i równie szpetnym śladzie na pysku. Tropiąca Łaska natychmiast poczuła głęboką odrazę. Wyglądali ohydnie! Uznając, że najlepszą obroną jest atak, wojowniczka bez wahania rzuciła się na jednookiego kocura. Ten okazał się jednak o wiele sprawniejszy, niż przypuszczała. Wykorzystał przewagę masy, błyskawicznie powalił ją na ziemię i boleśnie przygniótł do podłoża. Unieruchomił jej całe ciało. Gdy kotka próbowała się oswobodzić, napastnik ostentacyjnie położył jej łapę na głowie, zupełnie tak, jakby chciał pokazać Nadciągającemu Pomrokowi, jaki los czeka ją za chwilę. W tym samym czasie mistrzyni mierzyła się z kremowym kocurem o dziwacznym kikucie zamiast ogona. Brązowooka wojowniczka w mgnieniu oka chwyciła rywala za kark i szarpnęła nim, próbując go zdezorientować. Ruch okazał się całkowicie bezskuteczny. Tropiąca Łaska poczuła nagłą falę żalu. Gorzko żałowała, że w czasach uczniowskich nie trenowała ciężej z mistrzynią. Gdyby częściej ze sobą walczyły, teraz instynktownie przyjęłyby pozycję obronną, osłaniając nawzajem swoje plecy. Zsynchronizowane cięcia, uderzenia pazurów i zwinne skoki mogły uczynić z nich zagrożenie dla napastników. One jednak nie stanowiły żadnego zagrożenia. Nawet Nadciągający Pomrok została pokonana niemal natychmiast. Silny samotnik zasypał jej grzbiet serią potężnych uderzeń, pozostawiając zadrapania. W starciu z takim przeciwnikiem nawet mistrzyni okazała się zbyt słaba i została obezwładniona.
Rozbity Księżyc leżał bezwładnie, podczas gdy kapłanka była przygwożdżona do ziemi przez kremowego kocura. Podobny los spotkał Tropiącą Łaskę, z tą różnicą, że trzymający ją kocur miał inne ubarwienie oraz brakowało mu jednego oka. Napastnik mistrzyni miał komplet ślepi. Czarno-biała, która do tej pory trzymała się na uboczu, zerwała się nagle z miejsca. Leniwym, wręcz znudzonym krokiem podeszła do wojowników w towarzystwie jakiegoś kocura. Jej żółte ślepia i pokryty bliznami pysk utknęły wpatrzone w kotki. W tym samym czasie ciemnobrązowy kocur o bursztynowych oczach, zmrużonych teraz w wąskie szparki, mruknął jej coś na ucho. Czarno-biała wyglądała tak, jakby zastanawiała się nad ich losem. Werdykt mógł być tylko jeden: albo oszczędzić je, zostawiając rany jako krwawy dowód porażki, albo zabić. Ciemnobrązowy pokręcił przecząco głową. Spojrzał spode łba na szylkretkę, po czym przeniósł na Nadciągający Pomrok znacznie łagodniejszy, pełen żądzy wzrok. W Tropiącej Łasce aż zawrzało. Jak on śmiał tak patrzeć na kotkę, która jednym ciosem powaliłaby go na ziemię? Jak on mógł ją lekceważyć?
— Zielonooka wraca z nami do miasta jako zakładniczka — podyktowała warunki tajemnicza, czarno-biała kotka. — Wy zanieście swojemu przywódcy wieść o klęsce. Powiedzcie mu, że jego wojownicy okazali się bezsilni w starciu z nami, a jedna z was jest w naszych łapach. Niech wie. — Z gardła Tropiącej Łaski wyrwało się warknięcie. Nim jednak zdążyła zareagować, przygniatający ją jednooki kocur zawlókł ją prosto pod łapy czarno-białej. W jej głowie zaczęły kłębić się myśli. Co, jeśli te czarno-biała wcale nie była najgorszym, co ich czekało? Co, jeśli dowodziła zaledwie patrolem? Kim były te koty z bliznami? Obok Nadciągający Pomrok próbowała jeszcze protestować, ale kremowy kocur skutecznie trzymał ją w ryzach, podczas gdy reszta ruszyła już w stronę miasta. Pojmana, obezwładniona wojowniczka poczuła nagły uścisk w żołądku. Ogarnęło ją złowrogie przeczucie, że już nigdy nie zobaczy pobratymców ani rodziny. Rzuciła ostatnie, pełne rozpaczy spojrzenie swojej mistrzyni. Dlaczego Nadciągający Pomrok nie była w stanie jej obronić? Czy to oznacza dla niej śmierć? Samotnicy naprawdę zaciągali ją do miasta.

Wiosenne dolegliwości!

Nadeszła Pora Nowych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Jabłkowa Łapa - katar
Gradobijący Cień - wymioty
Żywiczna Kropla - kolec w łapie
Srebrzysta Równonoc - bezsenność
Trafna Łapa - przewianie

Klanu Klifu:
 
Kurzy Pazur - zranienie przedniej łapy
Psotny Nietoperz - ugryzienie przez szczura
Wzburzony Kormoran - gorączka
Mysi Postrach - infekcja oka
Srocza Błyskotka - gorączka

Klanu Nocy:

Lulkowe Ziele - gorączka
Błękitna Laguna - kolec w łapie
Ropuszy Skok - katar
Muszla - biały kaszel
Fląderka - bezsenność

Klanu Wilka:
 
Miodowy Ul - zranienie tylnej łapy
Tropiąca Łaska - wybicie barku
Makowa Iluzja - kolec w łapie
Aksamitkowy Nos - swędząca infekcja
Słoneczna Łapa - infekcja ucha

Owocowego Lasu:
 
Gronostaj - wymioty
Kraska - infekcja oka
Kurka - ból głowy
Puchacz - gorączka
Purchawka - szkło w łapie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Bursztyn - infekcja ucha
Myszołów - gorączka
Brokuł - katar

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Gadożerowy Pysk - katar > kłopoty z oddychaniem
Perłówkowa Łapa - przewianie > katar
Pląsająca Łapa - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho
Skrzydlata Płomykówka - szkło w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wężynowy Splot - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho

Klanu Wilka:
 
Wszyscy wyleczeni!

Owocowego Lasu:

Drobinka - ból zęba > zepsucie zęba > wypadnięcie zęba
Pierścień - bezsenność > halucynacje > problemy psychiczne
Mistral - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko > stała ślepota na oko
Ryś - swędząca infekcja > podrażniona skóra
Borowik - zranienie przedniej łapy > infekcja

Samotnicy i Pieszczochy:

Lisi Oset - zwichnięcie tylnej łapy > zwyrodnienie > sztywność stawu
Szaruga - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho > stała głuchota na ucho
Czajka - ból głowy > osłabienie
Kazarek - bezsenność > halucynacje
Węgorz - przewianie > katar

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka wiosną.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu wiosny - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!
Proszę, by wymienione pod opowiadaniem imiona zgadzały się z imionami postaci w momencie ich zachorowania. Stare, zgadzające się z listą imię można zamieścić w nawiasie obok aktualnego imienia.

18 października 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju do Aroniowej Łapy

Kontynuacja spotkania z samotniczką

Wąsatka uniosła wzrok, a przed sobą dostrzegła kotkę. Nieznajomą. Pewnie samotniczkę. Wyglądała trochę znajomo, lecz ciężko było stwierdzić, gdyż wojowniczka nie miała zbyt dobrego wzroku, więc pysk kotki wydawał się jej jedynie niewyraźną plamą. Ciekawe, kim była ta samotniczka. Czy chciała zrobić jej krzywdę? Wąsatka nawet by się nie opierała. Nie miała teraz siły walczyć.
Na szczęście obca nie wydawała się groźna. Do uszu Wąsatki nie doszły żadne jej warknięcia czy syknięcia ani zresztą nie poczuła bólu na skórze, więc samotniczka jeszcze jej nie zaatakowała. Stała jedynie w ciszy, przyglądając się wojowniczce, jakby była jakąś zagadką, którą musiała rozwiązać. Przez jej obecność Wąsatkowy Ruczaj przestała nawet płakać. Zainteresowała ją ta kotka, dlatego też zdecydowała się wreszcie podnieść z ziemi i stanąć z nią na równi, by mogły porozmawiać.
Nim jednak cokolwiek powiedziała, pociągnęła nosem i otarła pysk łapą. Nie mogła przecież rozmawiać z samotniczką, będąc taką obsmarkaną, bo tylko by się przed nią ośmieszyła.
— Dzień dobry, proszę pani — przywitała się z nią po chwili, na co samotniczka parsknęła śmiechem.
— Nie przesadzajmy, aż tak stara jeszcze nie jestem, żeby mówić do mnie pani! — odparła, uśmiechając się zadziornie.
Na jej słowa Wąsatka skinęła głową, odwzajemniając uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą wylewała łzy nad losem Cykoriowego Cykora. Teraz miała już inną rzecz na głowie, więc dlaczego miałaby się przejmować czekoladową kotką? Będzie o niej myśleć po powrocie do obozu. Może. A może zapomni o niej już na dobre, gdyż nie miała w zwyczaju być bardzo pamiętliwa.
— Dobrze, przepraszam! — miauknęła Wąsatka. — W takim razie jak mam się do ciebie zwracać? — dopytała jeszcze, przekręcając nieznacznie głowę, jak to miała w zwyczaju.
Obca kotka zamilkła na moment, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. Czyżby zapomniała, jak ma na imię? To niemożliwe! A może tak naprawdę wcale nie miała imienia? Nie, na pewno nie. Każdy miał przecież jakieś imię, prawda?
— Karusia — mruknęła w końcu samotniczka, uśmiechając się trochę szerzej. Przez moment w jej oczach mignęło poddenerwowanie, lecz zaraz później kotka poruszyła się, rozwiewając napiętą atmosferę, która wytworzyła się wokół niej. — Możesz mi mówić Karusia, ale teraz lepiej powiedz mi, jak ty się nazywasz? — odwzajemniła pytanie.
Wąsatka zmrużyła podejrzliwie ślepia. Coś jej w tej samotniczce nie pasowało. Czemu tak się zawahała przed wypowiedzeniem swojego imienia? Czemu wyglądała na zestresowaną? Coś tu nie grało. Może była jakimś szpiegiem, który miał za zadanie wytropić Wąsatkę i ją porwać? Na pewno tak właśnie było. Wojowniczka nie mogła więc zdradzić jej swojej prawdziwej tożsamości. Musiała wymyślić sobie nową. Od teraz nie była już Wąsatką, a…
— Wąsowska! — odrzekła, zadzierając nieznacznie brodę. — Ja się nazywam Wąsowska, ale jeśli chcesz, to możesz na mnie mówić Wąs. Inne koty często właśnie tak skracają moje imię — wyjaśniła, chcąc brzmieć bardziej przekonująco. W końcu skoro podała więcej szczegółów, to musiało oznaczać, że mówiła prawdę, czyż nie?
Karusia po usłyszeniu jej imienia również zmrużyła oczy, jakby nie do końca jej wierzyła.
— Dobrze, Wąsie… Miło mi cię poznać — mruknęła po jakimś czasie, wracając do swojego przyjaznego usposobienia. — Czy chciałabyś się ze mną podzielić tym, co cię męczyło? Trochę mnie zmartwił twój stan — dodała, z wręcz matczyną troską w głosie.
Wąsatkowy Ruczaj rozdziawiła pysk, by coś odpowiedzieć, lecz wtem przypomniała sobie, że nie mogła przecież zdradzać temu szpiegowi informacji dotyczących swojego życia.
— Ach, nie, nic! To nie było nic ważnego — oznajmiła, przytakując sobie głową. — A przynajmniej nic takiego, czym chciałabym się dzielić z dopiero co poznaną samotniczką, rozumiesz? — dodała jeszcze, choć nieco ciszej, jakby liczyła na to, że Karusia tego jednak nie usłyszy.
— No przecież! Głupia ja, sama też pewnie nie powiedziałabym zupełnie obcej kotce nic o swoim życiu prywatnym — stwierdziła, po czym podniosła łapę i machnęła nią zbywająco.
Wojowniczka uznała, że na dziś wystarczy jej już tej rozmowy.
— Właśnie. Ach, tak w ogóle, to będę już wracać — miauknęła, odwracając się od biało-czarnej kotki. — Do zobaczenia! — dodała jeszcze, zmierzając w stronę terenów Klanu Wilka.
— Do zobaczenia! — mruknęła za nią Karusia.
Wąsatce wydawało się, że usłyszała w jej głosie jakby nadzieję, lecz postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Zapewne był to ostatni raz, kiedy widziała się z tą samotniczką. W końcu, jaka była szansa na to, że spotkają się znowu przy granicy? Tego samego dnia i o tej samej porze? Graniczyło to z cudem!

* * *

Teraźniejszość

Po śmierci Dyniowej Skórki, za którą podobno odpowiadali samotnicy, Wąsatka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak teraz radzi sobie Cykoriowy Cykor i jej fagas — Wilgowa Gorycz. Czy oni również stali się ofiarami jakiejś grupy bezklanowców, która zabijała koty dla zabawy? A może tak naprawdę to oni byli samotnikami, którzy zabili Dynię? Takie teorie spiskowe, choć zabawnie było je wymyślać, raczej nie miały wiele wspólnego z prawdą. W końcu, dlaczego Cykoria i Wilga mieliby chcieć mordować niewinnych Wilczaków? Może gdyby to Ognikowa Słota została zabita, Wąsatka byłaby w stanie uwierzyć, że Cykoria chciała po prostu zemścić się na swojej mentorce. Ale co takiego zrobiła im Dyniowa Skórka? Była przecież dosyć neutralnym członkiem klanu, a przynajmniej tak uważała Wąsatkowy Ruczaj. Nie słyszała o niej żadnych plotek, a sama nigdy nie pokłóciła się z nią ani razu. Rudofutra zazwyczaj cicho brnęła przez kolejne dni, trzymając się na uboczu. Czarno-biała wiedziała o niej tylko tyle, że była blisko z Kocimiętkowym Wirem, ponieważ obie kotki często spędzały ze sobą czas. Najpewniej Dynia była matką mistrzyni, choć Wąsatka wolała nie snuć domysłów.
Zamiast dłużej się nad tym głowić, postanowiła wybrać się na mały spacer. Od jakiegoś czasu bolał ją staw, a łapa często jej drętwiała, dlatego pomyślała, że może uda jej się rozchodzić te dolegliwości. Poza tym Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, więc Wąsatka chciała przejść się po terenach i sprawdzić, czy gdzieniegdzie nie pojawiły się już pierwsze oznaki nadchodzącej Pory Nowych Liści. Miała nadzieję, że cieplejsze dni nadejdą szybko, przynosząc ze sobą mnóstwo ziół i zwierzyny! W końcu stos z upolowaną zwierzyną przez ostatnie kilka księżyców świecił pustkami, podobnie jak brzuchy Wąsatki i jej pobratymców. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła zatopić zęby w jakiejś tłustej wiewiórce czy myszy. Na samą myśl aż ciekła jej ślinka!
Wojowniczka spacerowała wzdłuż brzegu rzeki, zastanawiając się, kiedy znów zaroi się w niej od ryb. Wilczaki nie były wprawdzie mistrzami w ich łowieniu, ale właściwie, dlaczego nie mieliby zacząć się tego uczyć? Mieli przecież na swoich terenach ogromne jezioro, a także strumienie, z których z pewnością mogliby wyłowić kilka piszczek. Może Zalotna Gwiazda powinna poważnie rozważyć poproszenie Nocniaków o szkolenie w tym zakresie w ramach sojuszu? Wąsatka zastanawiała się jednak, jak długo tak właściwie pożyje jeszcze ich liderka. Wydawała się naprawdę stara! Może nawet starsza niż sam Klan Wilka! Ciekawe, skąd brała energię do życia. Może czerpała ją ze słońca? Ale skoro w Klanie Wilka wszyscy wierzyli w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, to może Zalotna Gwiazda powinna czerpać siłę z mroku? To byłoby fajne!
Kiedy Pustułkowy Szpon zostanie już liderem, Wąsatka mogłaby go podpytać o te wszystkie sprawy związane z byciem przywódcą. Choć oczywiście, wciąż była na niego trochę obrażona i nie zamierzała mu kiedykolwiek wybaczyć, że przez tak wiele księżyców okłamywał ją w sprawie jej pochodzenia! Nadal nie mogła otrząsnąć się z szoku, że zastępca wcale nie był jej ojcem, a zamiast niego jej tatą był jakiś głupi Wilczy Skowyt. Inaczej go zapamiętała z czasów, gdy była jeszcze kocięciem, i teraz nie mogła uwierzyć w to, że jej prawdziwy ojciec okazał się takim lisim bobkiem!
To była gruba przesada. Bardzo gruba. Grubsza nawet od samego Grubej Ryby, haha! Choć trudno było przebić go pod tym względem, bo rudofutry naprawdę był spory. Ciekawe, czy większość jego masy stanowił tłuszcz, czy może po prostu miał grube kości? A może jednak to wszystko to były mięśnie? Tego Wąsatka raczej się nie dowie. Ważne, że przynajmniej przyjemnie było siedzieć obok niego w Porze Nagich Drzew. No, pomijając fakt, że miał problemy z oddychaniem, i czasem zdarzało mu się na kogoś kichnąć albo charknąć.
Nim wojowniczka zdążyła znowu pogrążyć się w myślach na jakiś inny temat, do jej uszu dotarł głos:
— Wąsie! Hej! — odezwała się znajoma Wąsatce kotka. — Co za przypadek, że znowu się widzimy! To chyba jakiś znak od wszechświata, mam rację? — kontynuowała Karusia.
Czarno-biała zwróciła głowę w stronę źródła dźwięku. Faktycznie — po drugiej stronie rzeki stała biało-czarna kotka, która uśmiechała się do Wilczaczki.
— Witaj, Karusiu — miauknęła spokojnie Wąsatka, ostrożnie podchodząc bliżej brzegu.
To naprawdę podejrzane, że udało im się spotkać po raz drugi. To był kolejny dowód na to, że ta niepozorna kotka musiała być szpiegiem w ukryciu! Tylko bardzo słabym szpiegiem, bo Wąsatkowy Ruczaj przejrzała jej zamiary już podczas pierwszej rozmowy!
— Znak od wszechświata, a może jednak twoja chęć ponownego spotkania ze mną? — dodała wojowniczka po chwili, unosząc brew.
Pysk Karusi jakby nagle zbladł. Kotka otworzyła szerzej oczy, zamierając na moment w bezruchu.
— Co? Słuchaj, bo ja… ja… chciałam, żebyśmy odbu-
— Winny się tłumaczy! — przerwała jej Wąsatka, cała się jeżąc. — Przyznaj się, że mnie szpiegujesz! Szpieg! Szpieg! — zaczęła krzyczeć, na co Karusia zdziwiła się jeszcze bardziej.
— Ja? Szpieg? Ależ skądże! Ja nie jestem żadnym szpiegiem! — odparła skonfundowana samotniczka. — To czysty przypadek, że spotkałyśmy się po raz drugi! Przecież nie miałabym powodu, żeby specjalnie cię szukać, czyż nie? Ja tylko chciałam coś upolować i dlatego tu przyszłam! W tych rejonach kręci się bardzo dużo wiewiórek, wiesz? — zaczęła się tłumaczyć.
— Ha! Wiedziałam, że kłamiesz! Przecież teraz nie ma wiewiórek! — upierała się wojowniczka. — Marny z ciebie szpieg, Karusiu! A teraz lepiej przyznaj się, jak brzmi twoje prawdziwe imię! — zażądała.
— O czym ty mówisz! Karusia to moje prawdziwe imię, nie mam żadnego innego! — zapewniła ją samotniczka. — Wąsie, ja naprawdę nie jestem żadnym szpiegiem! Jestem tylko kotką, która mieszka niedaleko tych terenów i często tędy przechodzi. Co w tym niby złego? — fuknęła.
— Mhm, tak właśnie powiedziałby szpieg… — mruknęła wojowniczka pod nosem. — Ech, lepiej przestań mnie śledzić! Jeśli zobaczę cię tu podczas następnego spaceru, to urwę ci uszy! — zagroziła Karusi, wskazując na nią palcem.
Samotniczka westchnęła ciężko. Jej zdumienie szybko ustąpiło miejsca smutkowi, a właściwie przygnębieniu.
— Dobrze, przepraszam… Będę pamiętać, żeby cię unikać — oznajmiła smętnie, robiąc krok w tył.
Nagle atmosfera stała się napięta i poważna. Dlaczego Karusia zachowywała się tak, jakby właśnie straciła najcenniejszy skarb w swoim życiu? Przecież Wąsatka była dla niej zupełnie obcą kotką. Strasznie dziwna była ta Karusia.
— Nie no… Znaczy… Jeśli naprawdę nie jesteś szpiegiem, to możemy się kolegować, skoro ci na tym zależy! — stwierdziła brązowooka, chcąc jakoś pocieszyć samotniczkę. — Może zbyt pochopnie cię oceniłam, wiesz? Ale jestem skłonna zmienić swoje nastawienie do ciebie! Może spotkamy się tu jeszcze za jakiś czas? — zaproponowała.
Biało-czarna kotka podniosła głowę, a na jej pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Byłabym zachwycona, gdybyśmy zaczęły spotykać się regularniej! Wiesz… jak jest się samotnikiem, to czasem można poczuć się naprawdę samotnym, haha… Chciałabym po prostu mieć jakąś znajomą — wyznała Karusia, wzdychając ciężko.
Wąsatka skinęła głową, słysząc jej słowa. Może ona wcale nie była dziwna, a jedynie spragniona kontaktu z innym kotem?

* * *

Niestety spacer po terenach Klanu Wilka nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, a łapa Wąsatki wciąż była odrętwiała. Wojowniczka czuła się tym bardzo sfrustrowana, tym bardziej, że jeśli taki stan rzeczy utrzyma się do samego rana, nie będzie w stanie dobrze wyszkolić swojego nowego ucznia — Aroniową Łapę! W końcu jak miała pokazywać mu wszystkie ruchy bitewne, skoro sama ledwo się poruszała? Przez jakiś czas Wąsatkowy Ruczaj zastanawiała się, jakie są szanse na to, że jutro obudzi się magicznie uzdrowiona, aż nagle przypomniała sobie, że przecież mogła pójść z tym do medyków. Oni na pewno będą wiedzieli, co poradzić na jej bolący staw i odrętwiałą łapę!
Wąsatka żwawym, choć nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę lecznicy, z uśmiechem wymalowanym na pysku. Wyglądała zupełnie tak, jakby była z siebie dumna, bo udało jej się połączyć kropki. W środku napotkała Chudy Grzbiet i opowiedziała mu o zaistniałej sytuacji. Kocur przeżuł jakieś zioło na papkę i nałożył ją na bolący staw w postaci okładu, a następnie owinął całość pajęczyną.
Wąsatka grzecznie podziękowała mu za udzieloną pomoc i wyszła z legowiska medyków, gotowa udać się na swoje posłanie i zapaść w sen. Nim jednak to zrobiła, napotkała na swojej drodze niebieskiego kocurka. Postanowiła do niego zagadać, gdy zauważyła, że jego wzrok na ułamek uderzenia serca spoczął na jej opatrunku.
— Hej, Aroniowa Łapo! Jak już zauważyłeś, bolał mnie dzisiaj staw. Jeśli chcesz, żeby jutrzejszy trening się odbył, lepiej pomódl się do Mrocznych Przodków, żeby ta dziwna maść, którą nałożył mi Chudy Grzbiet, zadziałała! — zażartowała, uśmiechając się szeroko do ucznia.

<Aroniowa Łapo?>

[2040 słów]

[20%]

Wyleczeni: Wąsatkowy Ruczaj

Od Bryzki (Bryzowej Łapy)

Po spotkaniu medyków

Bryzowa Łapa przekładała wysuszone już liście lubczyku ogrodowego, z których unosił się wątły, trawiasty zapach. Próbowała zbić je wszystkie w kupkę, żeby łatwiej było je nabierać w razie potrzeby, aczkolwiek każdy najmniejszy podmuch wiatru burzył jej budowlę, co bardzo sprawnie utrudniało jej pracę, a wręcz zmuszało ją do rozpoczęcia jej na nowo. Zmarszczyła brwi, gdy jej wieżyczka raz jeszcze upadła. Ogonem zamiotła całość, odkładając ją obecnie na bok, ponieważ jej uszy wychwyciły poruszenie w wejściu do krzewu. Wzrokiem podążyła w tamtym kierunku. Dostrzegła Wodnikową Łapę w progu. Koteczka była w podobnym wieku co ona, mimo wszystko nie miały nigdy okazji zamienić więcej niż może parokrotne przywitanie się ze sobą, dlatego też niebieska nie wiedziała, czego się spodziewać po pobratymczyni. Wykrzywiła pyszczek, a potem spojrzała w stronę swojego mentora. Chudy Grzbiet mamrotał z niezadowoleniem, że znowu malwa została przesunięta nie na to miejsce, co trzeba było. Wyglądał na zmęczonego i zestresowanego, dlatego też jego uczennica postanowiła dzisiaj wykazać się nowo nabytą wiedzą i odciążyć go przynajmniej teraz! W końcu już wiele wiedziała, prawda? Czarnofutra koteczka pociągnęła nosem, marszcząc brwi ze zniecierpliwieniem. W wejściu pojawił się Pszczeli Rój, z uniesioną przednią łapą. Jarzyło się na niej paskudne ugryzienie, najprawdopodobniej szczurze. Bryzowa Łapa machnęła mu ogonem na przywitanie, jednocześnie zachęcając do tego, żeby przysiadł i poczekał na swoją kolej.
— Macie coś na katar? — miauknęła, wpatrując się w bursztynowe oczy rówieśniczki. Bryzka pokiwała głową.
— Tak! Wydmuchiwałaś już w coś nos? Jeśli nie masz pod łapą żadnego liścia, to możesz sobie wydmuchać w ogon. Swój albo kogoś, kogo nie lubisz — powiedziała, uśmiechając się z rozbawieniem. Pochwyciła łapą zioło z najbardziej zacienionego kącika, które wydawało jej się odpowiednie. Pięciornik kurze ziele leżał teraz u stóp kruczoczarnej kocicy, która już miała się schylać po to, żeby je spożyć. Ulistniona, wzniesiona roślina o żółtych kwiatach, aromatycznym zapachu i ostrym smaku aż sama się prosiła o to, żeby się nią zainteresować.
Nagle pojawił się przed nimi Chudy Grzbiet i zwinął medykament tuż sprzed nosa zielonookiej. Szara podniosła brew ze zdziwieniem.
— Bryzowa Łapo, co ty wyprawiasz?! — najeżył się, patrząc na nią teraz karcąco. Zmarszczył nos, a potem zastrzygł wąsami. Wilczaczka poczuła, jak lekko zapada jej się serce. — Na katar podajemy zioła wzmacniające, czyli kwiaty jakubka, płatki stokrotki lub jałowiec. Nie możesz rozrzucać na prawo i lewo ziół, jakie ci się nawiną pod łapę! — mówił, wreszcie wycofując się sprawnie do składzika, po paru uderzeniach serca wracając z małym zawiniątkiem.
— A temu co? Chciałaś mnie otruć, Bryzowa Łapo? — zapytała podejrzliwie czarna, strzepując wąskim ogonem. Szara pokręciła głową, zdziwiona tak absurdalnym pytaniem.
— Po co! Myślisz, że miałabym z tego jakikolwiek zysk? Albo, że mi się podoba, że tak na mnie krzyczy? — syknęła, kręcąc głową. Jeśli podała jej cokolwiek szkodliwego, to nie zrobiła tego przecież po złości. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziała jeszcze za wiele, ponieważ jej mentor był zawsze zapracowany i na treningach czasami miała trudności z zapamiętaniem, jeśli było zbyt dużo materiału do przyswojenia. Lub w drugą stronę – za mało ziół do poznania.
Gdy położył je przed Wodnikową Łapą, koteczka obejrzała się raz jeszcze na dwójkę, a potem ostrożnie spożyła medykament, oblizując policzki i wysuwając język w obrzydzeniu. Lek z pewnością był gorzki, ale musiała go przyjąć, jeśli chciała wyzdrowieć. Następnie, bury podał jej liść, w który kazał jej dokładnie wysmarkać nos, a potem podszedł do szylkretowego wojownika jako następnego. Bryzowa Łapa przyglądała się całemu procesowi, próbując spamiętać, co dokładnie ze sobą zabrał niebieskooki. Zamierzała go również o to zapytać, gdy już upora się z dolegliwościami chorych. Charakterystyczna bulwa o zielonych, tym razem ususzonych, ale nadal zdatnych liściach pojawiła się przed ostatnim pacjentem.
— Dotknij zranionym miejscem cebulek. Uważaj, żeby mi tu nie nakruszyć — burknął, przysuwając poduszką kulkę do starszego. Pszczeli Rój kiwnął głową, a Bryzowa Łapa zamruczała, w dalszym ciągu bacznie śledząc proces. Ostry, pikantny zapach poniósł się po legowisku. Prędko rozwiały go mroźne szpony Pory Nagich Drzew, ale póki trwał, to szara koteczka się go nawdychała i potem odniosła wrażenie, jakby automatycznie stała się jakaś taka… zdrowsza. Wojownik opuścił legowisko po podziękowaniu za usługę, a wychudzony Wilczak podszedł sztywno do swojej podopiecznej.
— Skaczę wiecznie wokół każdego. Roztargniony Koperek jest starsze i obolałe, więc przejmuję część jeno obowiązków. Codziennie masz styczność z ziołami, muszę jeszcze ciebie wyszkolić, Bryzowa Łapo, a gdyby tego było mało, to ta przepowiednia też mi nie ułatwia! — zawołał, a szylkretka poczuła się tak, jakby jedynie mu namieszała, zamiast pomóc. Owszem, podała Wodnikowej Łapie nie ten medykament, który trzeba było, ale przecież nie zrobiła tego specjalnie! Spojrzała z wyrzutem na burego kocura, a potem źrenicami powędrowała do Roztargnionego Koperku, które obecnie odpoczywało. Uczennica dostrzegała, jak wiele brał na siebie Chudy Grzbiet, aczkolwiek z drugiej strony w ogóle nie potrafiła zrozumieć, dlaczego miał do niej tak mało zrozumienia. W dodatku, gdyby tak wiele nie robił i nie skakał wokół każdego z najmniejszą ryską, to może nauczyłaby się więcej, a obecnie nie mogła wcale pochwalić się wiedzą, mimo że wewnętrznie czuła, że wiedziała, to w rzeczywistości nie wiedziała więcej od przeciętnego wojownika. Znała jedynie podstawy podstaw.

Wyleczeni: Wodnikowa Łapa, Pszczeli Rój

[828 słów + wyleczenie postaci NPC]

[17% + 5%]

Od Firmamentowej Łapy

Po swoim pierwszym spotkaniu medyków rozmyślał ciągle na temat wizji, jaką ujrzał. Cóż, on i reszta medyków, a przynajmniej miał taką nadzieję. Co mogła ona oznaczać dla Klanu Klifu..? Pogrążony w myślach nie zauważył nawet, jak do legowiska medyków wchodzi Jenocia Kufa, która zaczęła rozmawiać z Księżycową Aldrowandą. Kocur ocknął się, gdy mentorka zawołała go do siebie. Podszedł do kotki, która siedziała już przy półce z ziołami.— Jenocia Kufa ostatnio odczuwa bezsenność. Masz jakiś pomysł, które zioło może z tym pomóc? — Firmamentowa Łapa na jej pytanie pochylił się nad ziołami, zastanawiając się chwilę. Z tego, co pamiętał, to widział, jak jednej z karmicielek, która już prawie odchowała wtedy swoje kocięta, podawano mak, gdyż miewała trudności z zaśnięciem. To więc wybrał na swoją odpowiedź.
— Wydaje mi się, że mak. — odpowiedział, na co kotka skinęła.
— Tak, bardzo dobrze. — Ułożyła ziarenka na listek, po czym delikatnie przesunęła je w jego stronę. — W takim razie możesz jej je podać?
— Tak, jak najbardziej. — Zdziwił się, że dostawał już tak ważne zadania, a przynajmniej z jego perspektywy. Choć po chwili namysłu podanie zwykłych ziarenek maku nie było wcale… Skomplikowane. Podszedł do kotki, z delikatnym uśmiechem.
— Proszę bardzo, Jenocia Kufo. To powinno pomóc z bezsennością.
— Dziękuję, Firmamentowa Łapo. — Kotka zlizała mak z listka, po czym skinęła do jego mentorki i wyszła. Nie był to najwyraźniej koniec jego pracy, gdyż do środka weszła tuż po wyjściu wcześniejszej pacjentki Rozkwitający Aster.
— Wiem, że macie dużo na głowie, ale wdała mi się nieprzyjemna infekcja do rany… Mogłabyś spojrzeć, Księżycowa Aldrowando..? — zapytała uprzejmie, na co medyczka skinęła i ruchem ogona pokazała uczniowi, aby również zbliżył się. Razem z nią spojrzał na ranę. Rzeczywiście, wyglądało to chyba na infekcję.
— Jakie zioła można stosować na infekcje? — zapytała go mentorka.
— Może… Mniszek lekarski..? — Może powinien był po prostu powiedzieć, że nie wie. Kotka nie była zła, jednak pokręciła głową.
— Nie, na infekcje stosujemy dziki czosnek, łopian mniejszy, miód lub tatarak zwyczajny. Oczywiście nie każda zadziała na każdą infekcję. Spokojnie, jedną z nich na pewno zapamiętasz, póki co. — Z półki zielarskiej wyciągnęła łopian mniejszy i podała kocurowi. — Przeżuj go, a potem nałóż na ranę.
Kocur spojrzał na korzeń lekko sceptycznie, ale w końcu zaczął przeżuwać go. Był okropnie niesmaczny, ale tego nie przeskoczy. Po chwili wypluł papkę na swoją łapę, po czym delikatnie wtarł w ranę chorej.
— W ten sposób? — Spojrzał wyczekująco na mentorkę.
— Tak, świetnie. — Ta przeniosła wzrok z rany na Rozkwitający Aster. — Wróć za trzy wschody słońca, żebym mogła sprawdzić, czy dobrze się goi.
— Dobrze, dziękuję za pomoc. — Kotka uśmiechnęła się, po czym wyszła z lecznicy.
— Brawo, Firmamencie. Dobrze ci poszło.
— Na prawdę? Cieszę się w takim razie. — Odwzajemnił jej gest. — Pójdę coś szybko zjeść, od rana nie miałem okazji, a akurat zrobiło się spokojniej.
— Leć, bo nie możemy mieć głodnych medyków na warcie! — Pacnęła go żartobliwie ogonem w bark, na co przewrócił oczami i wyszedł z legowiska medyków. Podszedł do sterty zwierzyny, po czym wybrał z niej dorodnego kosa. Nie był to duży posiłek, ale jakoś nie miał ostatnio zbyt dużego apetytu. Może to przez ten sen..? Nie, nie chciał o nim nawet myśleć. Wgryzł się niechętnie w zwierzynę, powoli przeżuwając ją, jakby chciał jakkolwiek zablokować szum w swoich uszach. Na szczęście żaden uczeń ani wojownik nie miał ochoty zjadać z nim posiłku, więc gdy tylko skończył, wrócił do mentorki, u której już znajdowała się Przepiórcza Wichura, zapewne kolejna pacjentka. Gdy podszedł do niej, odwróciła się do półki z ziołami, czekając na niego. Usiadł tuż obok, czekając na instrukcje.
— Przepiórcza Wichura ma infekcję gardła. Pamiętasz może, o czym ci wcześniej mówiłam?
— O ziołach, które są efektywne na infekcje.
— Dobra pamięć. Które z nich myślisz, że zadziała na infekcję gardła? — zapytała ucznia.
— Zakładam, że miód. — odpowiedział, mając nadzieję, że tym razem poda dobrą odpowiedź.
— Dobrze, w takim razie podaj Przepiórczej Wichurze miód. — Skinęła głową w stronę kotki, więc wziął trochę miodu na listku i podał go kotce. Ta zlizała go, po czym podziękowała za pomoc i wyszła. — Miód musimy wymieniać dość często, gdyż może nam on niestety wyschnąć po czasie.
— Zapamiętam. — Spojrzał na stos ziół, który był teraz dość porozrzucany po dzisiejszym dniu. — Mogę tu posprzątać? Zrobił się nam lekki bałagan.
— Tak, miałam zaproponować szybkie porządki. — Księżycowa Aldrowanda usiadła obok, pomagając uczniowi w sprzątaniu ziół.

Wyleczeni; Jenocia Kufa, Rozkwitający Aster, Przepiórcza Wichura

[702 słowa, trening medyka]

[14%]

Od Narwanej Gonitwy

↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Parę księżycy temu…

Krople deszczu mieszały się z pieniącymi falami. Mokry piach kleił się do poduszek jej łap i futra na ogonie, który wlokła za sobą.
Zimna bryza wdzierała się pomiędzy kosmyki jej futra. Powłóczyła łapami wzdłuż linii brzegu; pora Opadających Liści chyliła się ku końcowi, tak jak słońce, majaczące pomarańczową plamą nisko na horyzoncie. Podniosła łeb, mrużąc oczy na blask ciepła pośród otaczającej wszystko słoty.
Od ataku wydr i włóczęgi, którą później według podsłuchanych słów okazała się Baśniowa Stokrotka, minęło już paręnaście wschodów słońca. Nastroje w obozie zdawały się wrócić do normy. Zmasakrowane kocię spędzało czas w lecznicy, na zmianę przysypiając i kwiląc przy uszach innych lokatorów, o czym przekonała się na własnej skórze, gdy Gąbczasta Perła rozkojarzonymi ruchami zmieniała opatrunek na jej piersi. Ciało Kijankowych Moczar zostało oczyszczone z krwi i pochowane. Mandarynkowa Gwiazda podniosła się po utracie życia i życie to toczyło się dalej.
Niepokój, który towarzyszył Werwie od zarania tej nocy, uczepił się jej jednak jak niemożliwa do strząśnięcia pajęcza sieć. Dni mijały w napiętej atmosferze, zawieszeniu, jak gdyby zmuszona była czekać na kolejną katastrofę. Ogarniała ją bezradność tak jak wtedy, gdy wpatrywała się w dogorywające Kijankowe Moczary. Owijała swoje pazury wokół jej gardła gdy wstawała o świcie, nadal zmęczona; gdy szukała zwierzyny u boku Lawendowej Rozkoszy, gdy patrzyła, jak Żmijowcowa Wić ze znużeniem wyciąga Narcyzową Łapę na kolejny trening.
Widok płomiennej tarczy słońca, chowającej się za rozjuszoną falą morza, skłaniał ją do zwolnienia kroku. Serce drgało za zabliźnioną piersią, niczym ciągnięte nicią babiego lata do ptaków szybujących na ciemniejącym niebie – tęskno spojrzała za ich opierzonymi sylwetkami, znikającymi za chmurami i górującymi w oddali klifami. Co się za nimi chowało? Co kryły za sobą granice Klanu Nocy? Czy historie o brutalnym świecie poza lasem i przecinającymi go rzekami były prawdą, czy jedynie bajką mającą skłonić koty do lojalności? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli wśród ścian królestwa panował podobny chaos, maskowany jedynie otumanionym słowem władzy-
Ból rozszedł się wzdłuż jej łapy, od stopy aż po łokieć. Syknęła, stając w miejscu i unosząc kończynę; z zaciśniętym gardłem spojrzała na krew skapującą na piach.
Kawałek szkła, wbity głęboko w poduszkę, błysnął złowrogo w blednącym świetle. Śmiejąc się z niej. No tak, bo przecież nie powinna błądzić we własnej głowie, a patrzeć pod nogi.
Ulewa nasiliła się, uderzając ostrym rytmem o grzbiet i czubek jej głowy. Werwa położyła po sobie uszy, spoglądając kątem oka wgłąb terytoriów Nocniaków i z powrotem na łapę. Wcisnęła pazury w ziemię i, mrużąc oczy, zacisnęła zęby na obcym ciele.
Szarpnęła. Raz, i drugi, nieumiejętnie, aż chwyt poszarpanych brzegów szkła nie odpuścił. Zachwiała się z sykiem, plując na piach obok. Wzdrygnęła się. Łapa pulsowała w rytm bicia jej serca; niechętnie przejechała językiem po poduszce, pozbywając się krwawego śladu, po czym z grymasem na pysku postawiła ją na ziemi.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na słońce, czerwone na tle granatu, i kuśtykając czmychnęła w stronę obozu.

↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Jakiś czas później; zgromadzenie…

Nocna bryza przeciskała się między tłumem, szarpiąc futrami zgromadzonych. Siedziała pomiędzy jakimiś Wilczakami i Burzakiem, czy tam innym Klifiakiem, mając zamiar przesiedzieć pełnię na zadzie, nie mieszając się w żadne nieprzyjemne sytuacje. Poza tym, łapa, która nadal pulsowała bólem przy większym wysiłku, nie skłaniała jej do spacerów po wyspie.
I tak do tej pory robiła... Dopóki w jej grzbiet nie trafił kamień, wyrzucony z tłumu jak pocisk. Szarpnęła łbem, odwracając się... I napotkała wzrokiem młodego, ciemnofutrego ucznia, którego łapa dopiero opadała na ziemię po wykonaniu trafnego, ku jego nieszczęściu, rzutu.
— Ej! — zawołała, krzywiąc się. — Rzucaj w swoich, pokrako!
Młody Wilczak, jak wnioskowała po zapachu, uśmiechnął się i pokazał Werwie język. Prychnęła.
— Nie wytykaj języka, bo Ci mewa nasika!
— Mewy sikają tylko na rybojady, bo kradniecie im zwierzynę. Jesteście śmierdziuchy i tyle! — zaśmiał się uczniak, zakrywając pyszczek łapką. — Na ciebie ptak narobił jak byłaś kociakiem, dlatego masz biel na futrze. Nie doprałaś się.
Uchyliła pysk, próbując wydusić z siebie jakąś trafną odzywkę. Nie udało jej się.
— Prawdziwie gówniana sprawa — mruknęła w końcu, zrezygnowana, mierząc uczniaka spojrzeniem spod przymrużonych powiek. — Współczuję Twoim kolegom z legowiska, bo sam również urodą nie powalasz.
Wzruszył ramionami i zrobił głupią minę.
— Przynajmniej nie dostałem ptasim mleczkiem po pysku, że mi się nie zmyło. Też bym był zły na Twoim miejscu…
Wywróciła oczyma.
— Mhm. Ciebie też rodzice musieli przez łajno przeciągnąć-
Kamień przeleciał nad jej barkiem. Szarpnęła się w bok, krzywiąc się, gdy jej obolała łapa gwałtownie weszła w kontakt z twardą skałą. Spojrzała wściekle na śmiejącego się szczyla.
— Czy Ciebie posrało?!
Odpowiedzi nie uzyskała. Uczeń skupił się już na swojej kolejnej ofierze – starej Burzaczce, która już szarżowała na niego z grymasem na pysku.
— Przepraszam za mojego brata! — miauknął do niej za to drugi uczniak, który wyrósł z ziemi przed jej łapami, spoglądając na Werwę z uniesioną głową. — Niech sojuszniczka nie ma nam tego za złe!
Zerknęła na niego kątem oka. Zapchlone Wilczaki.
— Nie podlizuj się!

↣⋅⭒✴︎⭒⋅↢
Parę wschodów słońca temu…
tw: opisy ran

Posłanie Narcyzowej Łapy było nieziemsko miękkie pod jej policzkiem. I ciepłe.
A może to sam Narcyz? Niechętnie uchyliła ślipia, zamrugała, i napotkała kupę białego futra tuż pod jej nosem. Czyli kot, nie mech. Przeciągnęła się, wystawiając tylne łapy poza legowisko.
Kolejny monotonny poranek, w którym zostanie przydzielona do patrolu z kolejnymi kotami, które jej nie trawią. Kolejny dzień tej samej rutyny, kręcenia się bez celu po terytoriach i wyczekiwania, aż jej brat skończy trening. Rutyny, w której nie może nic zmienić.
Podniosła się z posłania, rozciągając z bólem zastałe mięśnie, i wysunęła łeb na zewnątrz. Słońce odbijało się od nieskazitelnego śniegu, pokrywającego każdy skrawek obozu; z sykiem zmrużyła ślipia, oślepiona. Wyszła na polankę, zapadając się w lodowatym puchu-
Ból unieruchomił jej łapę. Z gardła Werwy wyrwał się głuchy jęk, a jej ciało zachwiało się – zanurzyła się biodrem w śniegu i z trudem złapała równowagę.
Czysta biel nosiła teraz na sobie ślady krwi i żółtej ropy. Z gulą w gardle podniosła wyżej kończynę, łypiąc okiem na sączącą wilgocią ranę. Sama nie była pewna, dlaczego nie dała się obejrzeć któremuś z medyków; może nie chciała okazywać słabości, a może po prostu im nie ufała. Może przeliczyła swoje umiejętności w pozbyciu się cholernego szkła z łapy.
Skóra napinała się wokół zaczerwienionej szramy, płaczącej obrzydliwie wyglądającą ropą. Jak wnętrzności wylewające się z patroszonej ryby. Przełknęła ślinę i nieświadomie odsunęła łeb do tyłu, chyląc się przed widokiem, który sama sobie zafundowała-
— Narwana Gonitwo!
Głos Lawendowej Rozkoszy wybrzmiał tuż przy jej uchu. Gwałtownym ruchem odwróciła łapę i wcisnęła ją w śnieg, zaciskając zęby na języku. Było już jednak za późno.
Młodsza kocica pokręciła głową i przycisnęła się do jej boku.
— Werwo- Narwana, coś ty sobie zrobiła! — zalamentowała tuż przy jej głowie, chwytając wojowniczkę za zranioną łapę i unosząc ją z powrotem do góry. — Czy ty widzisz, jak to wygląda?
Zacisnęła ślipia.
— Jakbym nie widziała, to bym się nie krzywiła, co nie? — burknęła pod nosem, nieudolnie próbując wyrwać się z objęcia liliowej.
— Chodź, ja nie wiem, jak ty z tym możesz-
— No właśnie nie mogę!
Lawenda westchnęła i pociągnęła ją w kierunku legowiska medyków.
— To nie marudź jak kocię i daj się obejrzeć!
— Nie-
Łapa młodszej zdzieliła ją w ucho.
— Cicho! — zarządziła, bezceremonialnie popychając wojowniczkę. — Zaraz Ci ta łapa odpadnie.
Czując, że już nie wygra, niechętnie dała się zaprowadzić do lecznicy, podczas gdy Lawenda nic nie robiła sobie z jej pogardliwego warczenia. Powinna była zrobić to od razu. Teraz czekała na nią tylko zawiedziona mina Gąbczastej Perły i oceniające spojrzenie Niedźwiedziówkowego Pyłu, która, jak na jej nieszczęście, zadomowiła się u medyczki na dobre.

wyleczona: Narwana Gonitwa

Od Ćmiej Łapy CD. Trójokiego Zająca

Przed zniknięciem Lśniącej Gwiazdy

Ćmia Łapa obudziła się dość wcześnie, gdyż nie mogła spać. Rozciągnęła się, ziewnęła i poszła na tyły legowiska, gdzie odpoczywał Firletkowa Łapa. Ćma bardzo się o jego martwiła. Dostał infekcji łapy, która długo nie dawała się we znaki. Nie dawno Firletka skarżył się na niemożność stawania na łapę. Kremowa, aby nie przeciążać ojca, powiedziała, że to tylko rana i nic się nie stanie. I tak się martwił, nie chciała mu dokładać wizji jedynego synka, który jest bez dwóch przednich łap. Jak na razie jego stan jest stabilny po trybuli i liściach dębu, ale nie należało mówić hop, zanim się nie skoczy.
Z zamyśleń wyrwała ją mentorka, która pojawiła się za plecami Ćmiej Łapy.
— Witaj Ćmia Łapo. Czy wszystko dobrze z Firletkową Łapą?
— Tak, stan jego łapy się nie pogarsza. — mruknęła.
— W takim razie chodź do składzika, przepytam cię z ziół.
Ćma trochę była zdziwiona, ale nie zastanawiała się nad tym zbytnio.
— No dobrze Ćmia Łapo, co zrobisz, jak kotka zaczyna rodzić?
Kremowa po chwili odpowiedziała:
— Sprawdzić przez delikatny ucisk liczbę kociaków w brzuchu, podać patyk lub mech z miodem do uciskania, podłożyć liście malin, ewentualnie można podać zioła wspomagające.
— Dobrze. Co podasz na zielony kaszel, jak nie masz kocimiętki?
— Hmm… Możemy użyć Gwiazdnicy lub wrotyczu.
— Również wspaniale. Kolejne pytanie, do czego użyjesz miodu?
— Miód działa kojąco, może być użyty jako poślizg na połknięcie ziół, by wyczyścić gardło z dymu lub by nawilżyć je.
— Wspaniale. Podaj mi znane trujące rośliny.
Ćma musiała przyznać, że to było nieco trudniejsze zadanie.
— Cis, szalej, ostrokrzew, wilcza jagoda… — zacięła się.
— Tyle wystarczy. I ostatnie pytanie, co podasz na zatrucie tymi roślinami?
— Zioła prowokujące wymioty, na przykład krwawnik.
Żółte oczy Ćmiej Łapy zabłyszczały. To był chyba test sprawdzający wiedzę. “Najwyraźniej Jagnięcy Ukłon mnie nie wyrzuci, haha!” — zaśmiała się lekko.
Kotka o kobaltowych oczach uniosła głowę.
— Ćmia Łapo, na wszystkie pytania odpowiedziałaś dobrze, gratuluje. Otóż za niedługo wzejdzie na niebie półksiężyc, a więc zaprowadzę cię nad Księżycową Sadzawkę.
Ćmia Łapa o mało nie podskoczyła jak mały kociak z radości.
— Och, już nie mogę się doczekać, Jagnięcy Ukłonie! — uśmiechnęła się.
Tę chwilę przerwała Zanurzona Łapa, która właśnie przyszła do legowiska, kaszląc niesamowicie.
— Dzień dobry, Zanurzona Łapo! Już ci coś daje na kaszel. — polizała mentorkę po uchu i podreptała po trochę kocimiętki. Jednak to nie był jedyny gość w lecznicy, gdyż przyszedł również Trójoki Zając.
Wyleczeni: Zanurzona Łapa, Firletkowa Łapa
<Tato?>
[390 słów]

[8%]

Od Firmamentowej Łapy

— Jagnięcy Ukłonie, już czas! — Ćmia Łapa szturchnęła leżącą w legowisku kotkę. Firmamentowa Łapa spojrzał na swoją własną mentorkę przez chwilę. Zdecydował się wyjść z legowiska, gdyż robiło się tam tłoczno i… głośno. Kocur stanął przed legowiskiem medyków, czekając, aż reszta się zbierze. Nie chciał jednak iść pierwszy, to na pewno. Nie chciał być hop siup do przodu, jak to się mówi, to w końcu jego pierwsze zgromadzenie medyków.
— Już? Ach tak, tak... — miauknęła w odpowiedzi, podnosząc się na łapy. — Ruszamy... — mruknęła cicho i ruszyła nieco sztywno do przodu. Ćmia Łapa pomogła mentorce wstać, aby mogła na spokojnie rozprostować nogi. Na nich na zewnątrz czekał już Firmamentowa Łapa, który wziął ją z drugiej strony. Skinął do medyczki, ruszając obok niej. Nie chciałby być nieuprzejmy, mówiąc to na głos, jednak wyglądała na słabą, tak więc chciał ją w razie czego asekurować. Jego mentorka jednak zajęła miejsce u boku medyczki, liżąc ją w bark.
— Chodźmy… — miauknęła Księżycowa Aldrowanda, po czym spojrzała na najmłodszych uczestników wyprawy, posyłając im zachęcający uśmiech. Kocur uśmiechnął się do niej, a gdy ta odwróciła się, spojrzał na bok. Czuł się trochę odosobniony z początku, w końcu nie od razu wybrał drogę medyka. Rozumiał, że to kotki, które dłuższy czas spędziły z Jagnięcym Ukłonem, chciały być bliżej niej przy tej wyprawie. Szedł więc z boku, jakby trzymając łapę na pulsie.
— Dziękuję wam — wymruczała cicho główna medyczka. Szli powoli, nie śpiesząc się, aby utrzymać tempo najstarszej. Jego mentorka co jakiś czas zerkała na niego, aż w końcu odezwała się.
— No i jak emocje, jesteś podekscytowany, Firmamencie? — spytała.
— Uśmiechnął się do kotki. — Oczywiście, że tak. Czekałem bardzo długo na to, aby w końcu oficjalnie dostąpić tego zaszczytu mianowania na ucznia wśród reszty medyków i dostania snu i... — Trochę speszył się przez swoje podekscytowanie. Kotka nawet mu o takich rzeczach nie zdążyła opowiedzieć. — Przepraszam, rozmawiałem na zgromadzeniach z innymi kotami, które co nieco wiedziały na ten temat. Bardzo chciałem w końcu sam to przeżyć.
— Za nic nie przepraszaj, to bardzo dobrze, że rozmawiałeś z innymi kotami na ten temat. Dobrze jest dowiedzieć się więcej o czymś, co chce się w życiu robić, czyż nie? — miauknęła kotka, po czym posłała mu uśmieszek i pacnęła go w grzbiet ogonem. — I nie przejmuj się tyle, bo cię pożrą słonie. A teraz cisza, bo zaraz będziemy na miejscu!
Po długiej przeprawie w końcu dotarli do tunelu. Rudzinka westchnęła, wysuwając się nieco naprzód.
— Teraz trzymajcie się blisko mnie i zapamiętajcie drogę, bo nie wiadomo, kiedy przyjdziecie tu już beze mnie — miauknęła łagodnie.
— Nawet tak nie mów, Jagnięcy Ukłonie! — zamruczała Ćmia Łapa.
— Aldrowando, może ja z Firmamentem weźmiemy brzegi a ty przód? Boje się, że może być za stromo dla Jagnięcego Ukłonu, co myślisz?
Szylkretka parsknęła, słysząc słowa Jagny, po czym przytaknęła Ćmiej Łapie.
— Oczywiście, dobry pomysł, Ćmo — odparła, po czym sama wysunęła się na przód grupy. Gdy kotka ruszyła do przodu, zajął jej miejsce u boku Jagnięcego Ukłonu. Byli już blisko, nie wiedział sam czemu, ale czuł to...
— Ćmia Łapo, nic nie poradzę, że jestem coraz starsza — mruknęła, a gdy decyzja padła bez jej zgody pokręciła łbem. — Spokojnie, nic mi nie będzie — mruknęła, ale najwyraźniej prawo głosu jej zabrano, bo towarzyszące jej koty się przegrupowały. Nie czekając na ich protesty, wysunęła się i ruszyła pierwsza. — Zapamiętajcie wszystkie skręty — poinstruowała ich, a następnie poprowadziła w głąb.
— Może jesteś już coraz starsza, ale kipisz energią kociaka! — zaśmiała się Ćma, na co Firmament sam pod nosem uśmiechnął się. Jagienka uśmiechnęła się rozbawiona.
— Tak twierdzisz? O widzę światełko w tunelu — miauknęła kremowa.
— To światełko sadzawki! Musisz jeszcze trochę poczekać! — zaśmiała się Ćmia Łapa, jednak Firmamentowej Łapie do śmiechu nie było. Komentarze medyczki wywoływały w nim stres, że się zdąży jeszcze dzisiaj nauczyć, jak przywrócić kota do żywych przez masaż serca…
— No dobrze, bez żartów. Jesteśmy — miauknęła Jagnięcy Ukłon, wchodząc do środka. Przeniosła wzrok na swoich podopiecznych i posłała im łagodny uśmiech, po czym podeszła bliżej. — Witaj Wdzięczna Firletko, jak twoje zdrowie?
Gdy wszedł do jaskini, jego oczy wręcz zabłysły. Sadzawka mieniła się przewspaniale, a na ścianach widniały rysunki, które zapewne kryły za sobą tajemnice ich przodków. Może Księżycowa Aldrowanda kiedyś mu o nich coś opowie? Stawiał kroki powoli, jakby miał zniszczyć to święte miejsce, chociaż w ziemi widział wybite łapy i pazury medyków, którzy przybywali tu księżyce przed nim. Nie mógł uwierzyć w to, że stoi teraz w tak pięknym miejscu. Jak można chcieć czegoś innego od życia, zostania jakimś tam wojownikiem... Czemu wcześniej nie zdecydował się na zmianę ścieżki? Usiadł z boku, oglądając nadal malunki na ścianach. Zerknął na chwilę na resztę medyków, jednak nie potrafił jakoś tego wieczoru do nikogo zagadać. Był nowy w tym wszystkim, nie chciał się zbłaźnić, w końcu medycy dzielą się wiedzą o ziołach, a on zna same podstawy! Odwrócił się znów do ściany, patrząc na jednego z namalowanych... chyba kotów. Cóż, to przypominał mu przynajmniej kształt. Sam chciałby robić takie malunki na ścianach, może nie lecznicy, ale tuneli pod Klanem Klifu, być może... W końcu bawił się już w robienie zabawek dla kociaków ze żłobka. Jak trudne może być stworzenie malunku? Może da artystycznej duszy zaszaleć? Reszta kotów rozmawiała nadal, ale jego kompletnie pochłonęły historie wymalowane na kamieniu. Już uciekał myślami do tego, jak sam mógłby dla przyszłych pokoleń zostawić historię Klanu Klifu, gdy nagle usłyszał, że medycy przechodzą do ceremonii, więc odszedł od ściany, siadając między nimi. Miał nadzieję, że nie wygląda jak jakiś szaleniec... Poprawił więc swoje futro i wypiął do przodu pierś, poważniejąc.
— Witam was wszystkich w tę piękną, chociaż mroźną noc — zaczęła Jagnięcy Ukłon, omiatając wszystkich kobaltowym spojrzeniem. — Jak pewnie wiecie Ćmi Księżyc odeszła. Niemniej chciałam i tak oddać jej hołd, bo dzięki niej mogła nauczyć kolejne pokolenie medyków — miauknęła, a następnie na chwilę umilkła, zamykając oczy. Kiedy je otworzyła, przeniosła wzrok wpierw na Księżycową Aldrowandę. — Wystąp — miauknęła łagodnie. Kiedy kotka wykonała polecenie, Jagienka kontynuowała. — Ja, Jagnięcy Ukłon, medyczka Klanu Klifu, wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieść pomoc kotom w Klanie Klifu. Aldrowandowa Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia?
— Przysięgam na życie moje, moich pobratymców i Gwiezdnych — odparła kotka. Kocica spoglądała na córkę z dumą w kobaltowych oczach. Słysząc jej odpowiedź, skinęła łebkiem. — Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Aldrowandowa Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Księżycową Aldrowandą. Wielcy Przodkowie doceniają twoją dobroć i chęć niesienia pomocy oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś imię z dumą i radością. Bądź kojącą bryzą dla rannych i chorych — miauknęła. Odczekała moment, by imię rozbrzmiało, a następnie przeniosła wzrok na Ćmę. — Ćmia Łapo, wystąp — kontynuowała spokojnie. Kiedy młodsza wykonała polecenie, rudzinka kontynuowała. — Ja, Jagnięcy Ukłon, medyczka Klanu Klifu, wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieść pomoc kotom w Klanie Klifu. Ćmia Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia?
— Przyrzekam na Klan Gwiazdy, że będę godną uzdrowicielką i łącznikiem przodków.
Uśmiechnęła się i również spojrzała z dumą w oczach na uczennicę. Skinęła łebkiem na jej słowa.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Ćmia Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Ćmim Lotem. Wielcy Przodkowie doceniają twoją troskę i czyste serce oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś imię z dumą i radością. Bądź dla cierpiących niczym chłodna woda w gorące dni — miauknęła. Po czym spojrzała na Firmamenta.
— Chciałam również ogłosić, że Klan Klifu ma kolejnego ucznia medyka, Firmamentowa Łapo witamy w gronie medyków i powodzenia na ścieżce szkolenia — po tych słowach wycofała się i usiadła. Zdecydowanie się zmęczyła podróżą, staniem i mową. Skinął głową medyczce na jej słowa i wstał.
— Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie. To zaszczyt zasilać szeregi Klanu Klifu jako jeden z przyszłych medyków. — odezwał się, po czym usiadł znów. Ogon jego mentorki musnął na jego boku delikatnie, na co odpowiedział lekkim uśmiechem. Miał nadzieję, że mentorka będzie z niego dumna… Jagnięcy Ukłon z trudem podniosła się na łapy. Skinęła łebkiem na znak i podeszła do źródełka. Pochyliła się i napiła tyle ile powinna, a następnie się ułożyła i zamknęła oczy. Rozejrzał się, widząc, że medycy robią to, co Jagnięcy Ukłon, więc podążył jej śladami. Pochylił się, wziął łyk wody, po czym położył się przed sadzawką. Woda smakowała... Inaczej niż zwykła woda. Cóż, może to dlatego, że była pod ziemią, w jaskini, jednak zanim zdążył się nad tym bardziej zastanowić, odpłynął w sen...

⚜⚜⚜⚜┄┄Sen┄┄ ⚜⚜⚜⚜

Przed oczami klifiaków rozciągał się widok na wysoki, stromy klif. Szara, zimna skała prześwitywała przez cienką warstwę gleby. W tych warunkach przeżyć mogły jedynie najlepiej przystosowane rośliny. Ciemne iglaste krzewy rosnące niemal przy ziemi były nieustannie szargane silnym wiatrem. Nie ustępowały jednak. Ich chęć przetrwania utrzymywała je przy życiu, zmuszała do ciągłego rozrastania się, ciągłej walki. Ku szczytowi klifu pięła się wąska, lecz widoczna ścieżka, wyraźnie wydeptana przez kota, który mimo najlepszych chęci nie potrafił ukryć swojego tropu. W powietrzu unosił się silny, lecz znajomy zapach; ulotna natura snu uniemożliwiała jednak dopasowanie go do jednej, konkretnej osoby. Ścieżka bliskiego klifiaków, lecz jednocześnie tak dalekiego kota musiała być niegdyś miejscem, gdzie pięły się iglaste krzewy – na ziemi wciąż leżały ich połamane, martwe gałązki. Ten afront wydawał się wzbudzić złość w porastającej klif naturze, która pozwoliła roślinom na wyciągnięcie swych łapczywych pędów ku wydeptanej ziemi, wciąż pamiętającej obecność intruza. Śledziły go, polowały na niego, by zemścić się za odebranie tego, co należało do nich. Sympatia kazała ratować kota, ostrzec go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, jednak... Czy na nie nie zasłużył? Czy to nie była sprawiedliwość? Klifiacy nie mieli czasu na rozwiązanie. Ich myśli zostały zagłuszone przez głośny huk. Czy to klif walił się, łamiąc splecione ze sobą gałęzie krzewów i zgniatając ich liście, czy to znajomy kot runął do ciemnej otchłani, tracąc podłoże, niegdyś utrzymywane przez korzenie – tego żadne z nich nie mogło się już dowiedzieć. Wszystko zamieniło się w czerń, a zebrane koty obudziły się w miejscu spotkania.

»»————- ⚜ ————-««

Obudził się gwałtownie, rozglądając się po innych medykach, którzy budzili się powoli ze snu. Otrzepał się i wstał, patrząc znów na malunki na ścianach jaskini. Kim mógł być ten tajemniczy kot..?

[1698 słów, szkolenie medyka + udział w spotkaniu medyków]

[34% + 5%]

Od Gąbczastej Perły

Zgromadzenie medyków

Tej nocy Gąbczasta Perła wraz z Klekoczącym Bocianem u boku wyruszyła w stronę Księżycowej Sadzawki. Miała wziąć udział w kolejnym już zgromadzeniu medyków, a jednak wcale się z tego nie cieszyła. Czy powinna? W końcu było to naprawdę piękne wydarzenie, podczas którego mogła na moment poczuć się blisko Gwiezdnych Przodków, których przecież darzyła ogromnym szacunkiem. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że zazwyczaj sny, które otrzymywała od Klanu Gwiazdy, wcale nie były takie kolorowe. Zazwyczaj niosły za sobą jakąś przestrogę — ostrzeżenie, że w ciągu następnych księżyców będzie tylko gorzej. Tym razem zapewne nie będzie inaczej, tym bardziej że wszystko zapowiadało, że na drodze Klanu Nocy wkrótce pojawi się kolejna przeszkoda. W końcu atak wyder i “odwiedziny” Baśniowej Stokrotki i Dryfującej Bulwy nie mogły być końcem tego wszystkiego, prawda? Z całą pewnością Klan Nocy czekało jeszcze wiele tragedii, mimo iż Gąbczasta Perła wolałaby wierzyć, że Przodkowie pozwolą im odetchnąć chociaż na chwilę.
Oprócz tego, że medyczka martwiła się o przyszłość swojej przynależności, męczyły ją także plotki na jej temat, które ostatnio rozeszły się po azylu. Kto śmiał rozpowiadać na jej temat takie głupoty? Może i psychicznie nie czuła się najlepiej i co do tego kot, który odważył się puścić takie pogłoski w świat, miał rację, ale nigdy w życiu nie powiedziała, że zamierza odejść do starszyzny. Na pewno nie teraz, gdy sytuacja w rodzie królewskim nie była najlepsza, a Klekoczący Bocian nie wydawał się odpowiednim zastępstwem. Dymna po prostu nie byłaby w stanie zostawić go samego na tej posadzie. Co, gdyby kocur w końcu strzelił focha na to, że został przymuszony do pełnienia funkcji medyka, i uciekł z klanu? Albo, gdyby odmówił wyszkolenia nowego ucznia, gdyby urodził się jakiś nowy książę bądź księżniczka w Klanie Nocy? Wtedy Nocniaki mogłyby zacząć trząść się z obawy przed tym, że już niedługo przyjdzie im pozdychać z powodu chorób lub urazów.
Gąbka przez całą drogę na przemian stresowała się i frustrowała, aż w końcu udało jej się dotrzeć do celu. Wraz ze swoim asystentem przecisnęła się przez tunele prowadzące do sadzawki i wylądowała w głównym pomieszczeniu, w którym medycy ze wszystkich klanów zapadali w sen i otrzymywali wizje od Gwiezdnych Przodków. Nim rozsiadła się przy sadzawce, przywitała się skinieniem głowy z resztą medyków.
Gdy już przycupnęła niedaleko wody, zaczęła zastanawiać się nad tym, jaki sen otrzyma od Klanu Gwiazdy. Choć w głębi serca miała nadzieję, że będzie pozytywny, rozum podpowiadał jej, że nie ma na co liczyć. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Klanie Nocy, mogła spodziewać się jedynie przepowiedni zwiastujących kolejne katastrofy, które czaiły się na Nocniaków.
Nim jednak zdążyła całkowicie pogrążyć się w myślach, podeszła do niej jakaś kotka. Gąbczasta Perła podniosła na nią wzrok i wciągnęła powietrze do płuc. Bez wątpienia należała ona do Klanu Klifu.
— Witaj, jak się miewasz? — zapytała, siadając obok medyczki.
— Dobry wieczór — przywitała się dymna, skinąwszy głową. — Właściwie to nie mam na co narzekać. Zastanawiam się jedynie, co tym razem przygotowali dla nas Gwiezdni Przodkowie — dodała, uśmiechając się słabo.
— Ja również. Spotkania medyków to najwidoczniej bardzo ekscytujące wydarzenia, które nie tylko dostarczają nam radości ze spotkania pobratymców, ale też dają nam obawy odnośnie możliwych przepowiedni — odparła Klifiaczka, owijając swój ogon wokół łap i odsyłając równie słaby uśmiech.
Ich rozmowa nie zdążyła jednak rozwinąć się bardziej, gdyż jedna z medyczek zaczęła przemawiać. Odbyło się kilka mianowań, na których Gąbczasta Perła nie skupiała się jednak zbyt bardzo. Zamiast tego wpatrywała się w taflę wody, czując nieprzyjemne kłucie w żołądku. Właściwie obawiała się zapadnięcia w sen. Chyba wolała żyć w błogiej nieświadomości, niż po raz kolejny doświadczyć złego omenu zesłanego jej przez Klan Gwiazdy.
Gdy ceremonie dobiegły końca, dymna medyczka dotknęła nosem tafli wody. Chłód przeszedł przez całe jej ciało, a powieki momentalnie stały się ociężałe. Jeszcze przez moment poczuła, jak jej serce przyspiesza z nerwów, lecz już po chwili całkowicie zmrużyła ślepia, pogrążając się we śnie.

* * *

Sen

Tej nocy wizja była krótka, gwałtownie urwana niczym sieć pajęcza, która jednym ruchem gałęzi została zerwana ze swego domu. Medykom ukazał się kwiat lilii wodnej w pełnym rozkwicie, spokojnie unoszący się na powierzchni jeziora, a jednocześnie bardzo bezpośredni. Blask księżyca oświetlał jego białe płatki rozchylające się coraz pewniej, by zdobyć jak najwięcej jego promieni. Oglądając tę scenę, można było praktycznie usnąć ze spokoju, jaki roztaczał wokół siebie... Jednak wizje zesłane przez Przodków nigdy takie nie są. Kwiat został gwałtownie złapany przez szponiaste, wystrzelone z głębin, kolczaste kończyny, które schwytały kwiat w swoje pazury i zatopiły się w nim łapczywie. Kwiat zachował się jak organ, bijące serce, a szkarłatna posoka prysnęła z niego jak z tętnicy, jeszcze zanim został wciągnięty w wodne odmęty.

* * *

Gąbczasta Perła zbudziła się gwałtownie, z poczuciem, jakby to wokół niej przed chwilą zacisnęły się kolczaste pazury. Jej oddech był zdecydowanie zbyt szybki i niespokojny. Dymna rozejrzała się wokół, aż jej wzrok spoczął na Klekoczącym Bocianie, który wyglądał na niewzruszonego zaistniałą sytuacją. Czy śnili o tym samym? To niemożliwe, by kocur był taki spokojny mimo snu, który dostali. To było oczywiste, że świadczył on o czymś złym. Tylko Gąbka nie wiedziała jeszcze, o czym i na razie nie zamierzała się nad tym zastanawiać ani chwili. O wiele bardziej interesowała ją reakcja swojego byłego ucznia. Czy Klekot naprawdę aż tak głęboko w poważaniu miał swoją posadę? Czy plotki na jego temat tak naprawdę wcale nie były przesadzone, jak zakładała Gąbka? Do tej pory wydawało jej się, że kocur przyzwyczaił się do swoich obowiązków i wykonuje je bez żadnych większych uczuć, a nie z niechęcią. Jednak skoro wciąż nienawidził rangi medyka, to Klan Nocy mógł znajdować się w gorszej sytuacji, niż dymna zakładała. To potwornie ją martwiło i może właśnie o tym chciał ostrzec ją Klan Gwiazdy? Przed tym, że już wkrótce Klan Nocy upadnie, bo ród królewski nie będzie miał nowych członków, którzy mogliby pełnić ważne funkcje w klanie?
Oprócz niej i Klekoczącego Bociana zaczęli wybudzać się również inni medycy. Szmer, jaki roznosił się po grocie, gdy wykonywali kolejne ruchy, skutecznie rozproszył myśli Gąbczastej Perły. Kotka potrząsnęła głową, starając się wrócić do rzeczywistości. Na razie musiała skupić się na tym, by bezpiecznie wrócić do azylu, a później będzie martwić się znaczeniem snu i przyszłością Klanu Nocy. W końcu, gdyby podczas drogi powrotnej zaatakowało ją i zabiło jakieś dzikie zwierzę, nie miałaby już nad czym rozmyślać na Srebrnej Skórce.

* * *

Gąbce zdawało się, że jej pobratymcy jak na złość nie chcieli pozwolić jej usiąść w ciszy i pogdybać. Przychodzili do lecznicy jeden po drugim, narzekając na dokuczające im objawy. Medyczka zdążyła już zająć się Żabim Okiem, lecz właśnie w tej chwili w wejściu do lecznicy pojawił się znajomy jej kot. Jego głupi, zdradliwy, bury pysk Gąbka rozpoznałaby wszędzie. Na jego widok aż sierść zjeżyła jej się na karku, a pazury wysunęły. Morszczynowy Wąs wlepił spojrzenie w jej szpony, a na jego pysku pojawiło się zakłopotanie. Wykonał krok do tyłu, smagając powietrze ogonem, lecz wtedy dymna prychnęła pod nosem.
— A ty dokąd? Wydaje mi się, że mamy kilka spraw do obgadania, a także oko do wyleczenia — mruknęła, nawiązując do tego, że jedno ze ślepi Morszczyna widocznie wymagało interwencji medyczki. Było brzydkie i zaropiałe. Swoim wyglądem straszyło jedynie innych Nocniaków.
— A mi się wydaje, że po obgadaniu tych spraw wyjdę stąd bez obu oczu… — odparł szorstko wojownik. Panowała między nimi taka atmosfera, że można było tylko zgadywać, który z nich pierwszy rzuci się drugiemu do gardła.
— Co do tego, to muszę przyznać ci rację — burknęła, uśmiechając się złośliwie do kocura. — Choć może ci się to należy. Przynajmniej nie mógłbyś patrzeć na Żółwika i Jemiołka, tak samo, jak nie rzuciłeś nawet okiem na Fiołka i Jasność — miauknęła do niego z wyrzutem, na co Morszczynowy Wąs przewrócił oczami.
— Ile razy mam ci powtarzać, że to nie są moje córki? Nie mam z nimi nic wspólnego, a Żółwik i Jemiołek to moje jedyne biologiczne potomstwo — upierał się dalej, co jeszcze bardziej denerwowało Gąbczastą Perłę. Dlaczego bury tak bardzo wstydził się przyznać do Fiołka i Jasności? W czym były one gorsze od kociąt Czosnkowej Krewetki?
— Jesteś żałosny! — prychnęła sfrustrowana. — Po tylu księżycach wciąż wypierasz się swoich córek? Zamiast się na nich skupić i być dla nich dobrym ojcem, wolałeś sprawić sobie kolejne kocięta! Nimi pewnie też się nawet nie opiekujesz, co? To cud, że w ogóle przyznajesz się do tego, że jesteś z nimi spokrewniony. Choć kto wie, może co do tego również kłamiesz. W końcu te latorośle nie wyglądają jak ty pod żadnym względem! — fuknęła, zadzierając brodę. Żółwik posiadał rude futerko, a Jemiołek kremowe. Morszczyn był natomiast ciemnobrązowy, więc Gąbce ciężko było uwierzyć w to, że naprawdę był ojcem dwójki kocurków.
— A Fiołkowa Łapa i Jasna Łapa niby mnie przypominają? Z której strony? — zakpił.
Medyczka poczuła się oburzona.
— Słucham? Na pewno przypominają cię bardziej niż Żółwik i Jemiołek! Fiołek i Jasność wyglądają jak połączenie Sennej Łzy i ciebie. Musisz być ślepy, by tego nie zauważyć! Albo przynajmniej bardzo głupi, w co jestem skłonna uwierzyć! — oznajmiła.
W tej chwili Morszczynowy Wąs musiał zrozumieć, że dyskusja z księżniczką nie ma sensu. Westchnął ciężko, przybierając zmęczony wyraz pyska.
— Dobrze, wierz sobie w cokolwiek chcesz. Ja chcę tylko, byś wyleczyła moje oko — mruknął zrezygnowany.
Gąbczasta Perła zmierzyła go morderczym wzrokiem, po czym odwróciła się w stronę składziku i uśmiechnęła szeroko pod nosem. Czuła się tak, jakby zwyciężyła w tej walce. Od zawsze wiedziała, że co do Morszczyna miała rację, a jego słowa tylko to potwierdziły.
Czarnofutra wzięła do pyska jaskółcze ziele i zaczęła przeżuwać je na papkę. Po chwili podeszła do burego wojownika i nałożyła rozmemłaną roślinę na jego powiekę, by następnie owinąć to wszystko pajęczyną. Teraz czuła się dodatkowo usatysfakcjonowana, gdyż miała wrażenie, jakby w pewnym sensie opluła pysk Morszczynowego Wąsa. Choć on nie musiał wiedzieć, że kotka tak to postrzegała.
— Okład już gotowy, a teraz lepiej odejdź stąd i nie pokazuj mi się więcej na oczy, chyba że znowu zaczniesz straszyć Nocniaki jakąś infekcją oka czy innym świństwem — odrzekła, wyganiając kocura ruchem łapy.
Po jego odejściu lecznicę odwiedziła również Jasna Łapa, o której wcześniej była mowa. Gąbka przywitała się czule ze swoją nieoficjalną wnuczką i zajęła się zbiciem jej gorączki. Choć nie łączyły ich więzy krwi, a większość Nocniaków nie uważała ich nawet za rodzinę, czarnofutra i tak bardzo mocno kochała Jasność i chciała dla niej jak najlepiej. Miała nadzieję, że już niedługo młódka zostanie mianowana na wojowniczkę i otrzyma jakieś piękne, pasujące do niej imię!
Również Mandarynkowa Gwiazda zawitała tego dnia w legowisku medyków. Gąbczasta Perła zastanawiała się nad tym, czy powiedzieć jej o śnie, który otrzymała, lecz ostatecznie się powstrzymała. Nie chciała niepokoić liderki, tym bardziej że tego dnia wyznała, iż dokuczają jej migreny. Medyczka obawiała się, że mogłyby się one tylko pogorszyć, gdyby opowiedziała przywódczyni o swoich obawach związanych z przyszłością królewskiego rodu i Klanu Nocy. Dlatego po prostu podała jej odpowiednie zioła i kazała odpocząć w zaciszu i mroku jej legowiska.

Wyleczeni: Żabie Oko, Morszczynowy Wąs, Jasna Łapa, Mandarynkowa Gwiazda