Mistrzynie prędko znalazły się nieopodal Potwornej Przełęczy, sylwetka dwóch nadgryzionych przez czas ogromnych przedmiotów Dwunożnych majaczyła gdzieś w oddali. Słońce nie docierało, całe szczęście, do kocic, aczkolwiek w tych okolicach była to jedynie kwestia czasu. Owady przelatywały im raz po raz przed nosem, chociaż starały robić się to dość dyskretnie. Wychodziło im to niestety marnie, wiele razy obijały się przypadkowo o ich boki czy nawet i pyski, niemal wlatując do oczu. Na szczęście nie było ich wcale tak wiele, jak mogłoby się wydawać, a każdy, który tylko miał czelność zabłądzić, szybko kończył w żołądku ciekawskich ptaków, śledzących dwójkę. Przepiękna pieśń kosa, skrytego gdzieś między gałęziami czy leśnym runem niosła się kojącym echem, gdy wyśpiewywał coraz to nowsze, a jednak powtarzające się dźwięki, chcąc zagłuszyć rywala, który również prezentował swoje umiejętności gdzieś blisko. Wszystkie te melodie niestety przycichły, gdy tylko zarówno rudaska, jak i szylkretka znalazły się na otwartej przestrzeni, wypełnionej niczym więcej jak paroma wzniesieniami, wysuszoną, pożółkłą miejscami trawą, a także wszechobecnym pyłem, który wzbijał się w powietrze niczym ptak, uprzednio szykujący się do tego konkretnego lotu całe swoje życie, odkąd tylko udało mu się wylecieć z gniazda po raz pierwszy. Duchota przeszkadzała każdemu kotu, a jednak Ognikowa Słota nie mogła wcale na nią narzekać, a na pewno nie chciała w obecności kotki bliskiej jej serca, nie mogła zepsuć tak wspaniałej, sielankowej atmosfery, która się między nimi wytworzyła… Zanim zdążyła coś powiedzieć, zielonooka ją wyprzedziła.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
Oczywiście, wszystko, co mówiła Ognikowa Słota, było ważne. Zresztą, nawet gdyby nie było, to miała pełne prawo chcieć spędzić czas jedynie ze swoją przyjaciółką, bez towarzystwa skrzywdzonego przez los Garbatą Łapę. Niebo było tak intensywnie błękitne, a także tak czyste i pozbawione wszelkiego rodzaju skaz w postaci chmur, że można było odnieść wrażenie, iż zostało wymalowane albo, że było to idealne odbicie wody bez wzburzeń, które występowały rzadziej, niż ich masa, obijająca się delikatnie, albo i konkretniej, niekiedy, o mulisty brzeg, odwiedzany każdego dnia przez tak wiele istot, marzących jedynie o tym, by ukoić swoje narastające pragnienie. Podczas takich upałów każdy powinien pić więcej, ponadto apetyt bardzo sprawnie zmniejszał się, mało komu chciało się podczas takiego skwaru mielić pokarm, który zresztą często miał w sobie dość mało wody, ponieważ nie odżywiali się rybami… Dzisiaj, całe szczęście, nie zapowiadało się na burzę, więc wybrały sobie idealną pogodę na przechadzkę. Po ostatnich wyładowaniach atmosferycznych dało się wypatrzeć w gęstym lesie iglastym parę ubytków, które leżały teraz, powalone przez siły wyższe i czekały na moment, aż całkowicie zjednają się z ziemią i zaczną służyć za swego rodzaju kompost dla tych, którzy przeżyli całe to zamieszanie.
Brązowooka spojrzała na Kocimiętkowy Wir. Przez parę uderzeń serca śledziła futro na jej pysku, które, owiewane przez lekkie, ciepłe podmuchy wiatru poruszało się na wietrze, uginając delikatnie niczym wysoko sięgające trzciny albo nawet i drzewa iglaste, jej źrenice zwiększyły się.
— Podobasz mi się, Kocimiętko. Czy chciałabyś zostać moją partnerką? — zapytała, można by powiedzieć, dość wprost, posyłając jej uśmiech. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z Tygrysią Nocą, a raczej wtedy jeszcze Tygrysią Łapą, który niestety nie odwzajemniał jej uczuć, co mocno wpłynęło na pogorszenie ich relacji. Szczenięce zauroczenie. Łaciata nadal odczuwała gorzki posmak gdzieś na końcu języka, gdy myślała o rudym kocurze. Powiedział, że są wspaniałymi przyjaciółmi, a ona nie chciała go za przyjaciela, a za kogoś dużo bliższemu jej sercu, czego on jednak nie był w stanie wyłapać. Porywisty Dąb okazał się zdrajcą, wraz z jego rodziną, która opuściła Klan Wilka wiele księżyców temu. Jedynym, który pozostał w ich szeregach, był Kamienne Pióro, z którym Słota również miała parę interakcji, aczkolwiek prędko uświadomiła sobie, iż nie wolno było jej się z nim zadawać, mimo dobrych chęci. Zalotna Gwiazda bardzo sprawnie dobierała jej towarzystwo, za co była dozgonnie wdzięczna. Wiedziała, że matka dba o nią starannie i nie bez powodu fatygowała się tak bardzo, by jej potomstwo wyrosło na porządnych wojowników. Zresztą szkoliła właśnie ją, więc, co za tym idzie, musiała być porządna. Musiała zachowywać się w określony sposób, tak, żeby nie przynosić ani sobie, ani tym bardziej rodzinie, wstydu. Jedyne, co im ofiarowała, to powód do dumy, a także do podziwiania jej. Była prawdziwym wzorem do naśladowania!
Obecnie była w zupełnie innym miejscu w życiu. Już nie uganiała się za kocurami, którzy nie potrafili dostrzec jej wspaniałości. Tygrysia Noc, Porywisty Dąb… to była już przeszłość, do której nie wolno było jej powracać, nawet jeśli przyłapywała się wcześniej na myślach, że może byłaby wtedy na zupełnie innym miejscu w życiu. Na samą myśl o przeszłości poczuła swego rodzaju ukłucie w sercu, które prędko zamaskowała, poruszając spokojnie końcówką ogona. Wszystkie te momenty z Porywistym Dębem, bez niego w obozie nastała cisza tak wielka, tak dobijająca. Taka, jakby srebrny umarł, a nie odszedł z klanu. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo równie dobrze dla Wilczaków mógł być już dawno parę lisich ogonów w piachu i nie zrobiłoby im to różnicy, oczywiście sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby tylko nie postanowił ich wszystkich zdradzić, po tym, jak go wyszkolili, a także karmili tak długo, wychowywali w trosce i pokładali nadzieję, że stanie się kiedyś dumą klanu. Kocimiętkowy Wir spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem. Trwały tak w napięciu jeszcze przez określony czas, a rudaska wyglądała tak, jakby próbowała coś zrozumieć, jakby się nad czymś bardzo dokładnie zastanawiała. Z tego też powodu wysunęła mimowolnie język z pyszczka i nim się obejrzała, cały ten element wysechł. Jej oczy zamigotały nieznacznie, nagle, zaczęły w nich jarzyć się iskierki wielu, wielu emocji. Mimo to już po zaledwie chwili, zbliżyła się do Ognikowej Słoty i zetknęła z nią nosami z delikatnym jakby zawstydzeniem. Mistrzyni poczuła aksamitnie mokry nos, stykający się z tym jej, a serce zaczęło bić jej tak szybko, że miała wrażenie, iż zaraz samo dostanie nóg i zwyczajnie od niej ucieknie.
— Och… to dlatego tak często z tobą lubię wychodzić? — powiedziała do siebie, a jej wzrok stał się wreszcie obecny. Szylkretka zastrzygła wąsami, obserwując reakcje zielonookiej. — Tak, Słoto. Ja… też to czuję — zamruczała. Gdyby tylko miała dłuższy ogon, najprawdopodobniej splotłyby je ze sobą. Dwie kotki patrzyły sobie w oczy jeszcze przez jakiś czas. Szylkretka położyła łapę na tą należącą do Kocimiętki. Ruda przysunęła się bliżej, opierając głowę o jej ramię, tym samym oferując swojemu kręgosłupowi możliwość odpoczynku na barkach wyższej kocicy. Ognikowa Słota poczuła miękkie futerko mistrzyni i nie myśląc długo, otuliła towarzyszkę ogonem, mrucząc z zadowolenia. Nim się zorientowały, słońce wspięło się po niebie, a przed nimi zaczął malować się przepiękny, wielokolorowy krajobraz, przepełniony od intensywnej żółci, a także oślepiającej kuli w roli głównej, po rozchodzący się nieśmiało róż, wymieszany wraz z czerwienią, jak i również pomarańczowym, tak wyraźnym, jak u kwitnących, w pełni rozwiniętych i otworzonych kwiatów. Śpiew ptaków poniósł się ponownie donośnym echem, a na nieboskłon nie ośmieliła się wkroczyć, chociażby jedna chmurka. Klan Wilka czekały wspaniałe czasy.
W Ognikowej Słocie uprzednio narastała irytacja, iż Kocimiętkowy Wir chciała marnować czas na kogoś takiego, jak Garbata Łapa. W dodatku czuła się tak, jakby zabierał cenny czas mistrzyni, który mogła równie dobrze poświęcić na spotkania właśnie z nią, dlatego teraz Kocimiętka powinna wreszcie przestać poświęcać tyle uwagi Garbatej Łapie. Odczuła wyraźną ulgę, gdy wreszcie nadarzyła się okazja do tego, żeby wyszły same, bez obecności skrzywionego kocura. A teraz mogły cieszyć się swoim towarzystwem, już na zawsze. Zielonooka była od dzisiaj jej partnerką. Sama myśl o tym wywoływała przyjemne ciepło w jej piersi, które promieniowało, niczym słońce. Gdyby tylko miało możliwość, może również rzuciłoby przyjemne, ciepłe promienie na każdego, kto nie siedział schowany w norze czy skrywał się pod gęstymi koronami drzew. Nagle przyszło jej do głowy, że odtąd będą mogły wychodzić razem znacznie częściej i, co najlepsze, nikt nie powinien im w tym przeszkadzać. Nikomu nie było wolno, chyba że jej rodzinie. Bliscy byli wyjątkiem. Z zamyślenia wyrwał ją nagle przyjemny głos kotki.
— Wiesz co, Słoto? — mruknęła spokojnie Wilczaczka, oblizując parokrotnie policzki, chcąc nawilżyć wysuszony język.
— Co takiego? — zapytała z zaciekawieniem, kątem oka spoglądając na jaskrawy, pręgowany łepek siedzącej tuż przy niej kocicy.
— Mam ochotę się pościgać. Berek! — zawołała, po chwili trącając lekko łapą Słotę jednokrotnie, po czym odwróciła się na pięcie i pędem rzuciła w losowym kierunku. Mistrzyni poderwała się na łapy prędko i ruszyła tuż za nią, lekko zdziwiona takim pomysłem, chociaż wcale nie powinna. Takie zachowanie nie powinno jej dziwić. Kocimiętka często wpadała na coś nagle i równie nagle wprowadzała to w życie, zresztą sama Słota też nie lubiła czekać nadto z wprowadzaniem żadnych zmian, jeśli miały przysłużyć się w przyszłości czemuś wielkiemu, jeśli miały komuś pomóc, a zawsze to robiły. Szylkretka gnała za starszą ile sił w łapach, wreszcie wysuwając jedną z nich w kierunku celu. Nagle jej kończyna zetknęła się z łapą zielonookiej i nim się obejrzała, ich boki ponownie zetknęły się, aczkolwiek jedynie na uderzenie serca. Obydwie wpadły na siebie i zaczęły turlać się po wyschniętej trawie, skrzypiącej pod każdym ich następnym najmniejszym poruszeniem się, wzniosły przy okazji chmurę dymu tak wielką, że można byłoby przyznać jej nagrodę za pobicie rekordu, chociaż trzask wcale nie nastąpił, a dym ulotnił się dość sprawnie, całe szczęście. Chichot rudej był na tyle zaraźliwy, że pysk łaciatej także rozświetliła radość, a sama kocica poczuła się niezwykle lekko. Zupełnie tak, jakby dostała skrzydeł. Wreszcie zostały zatrzymane dość delikatnie i ułożyły się obok siebie, stykając łapami.
— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie. Prawdopodobnie śledziła parkę ptaków, skrzeczących donośnie nad ich głową, gdy przelatywały daleko, przybyły z bardzo, bardzo daleka.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała, szczerze wierząc w dobry wpływ rudej na nią.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znówże do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi, chociaż wcale nie musiała, bo tym razem Słota od niej takowej nie oczekiwała. Zaraz jednak pyszczek rudej rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Szylkretka pozwoliła jej na to, nie myśląc nad tym jakoś szczególnie długo. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie. Mistrzyni zamruczała, a jej serce wywinęło raz jeszcze fikołka. Kocimiętkowy Wir była taka piękna i wspaniała. Momentami roztrzepana i owszem, podejmowała niekiedy złe decyzje, aczkolwiek po to była Słota, żeby wspierać swój promyczek w chwilach, kiedy tego potrzebowała, kiedy było to wymagane i konieczne.
<Kocimiętko, moja piękna partnerko? 💕💕>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz