Jakoś w przeszłości…
Nie była do końca pewna, czy Purchawka w ogóle będzie chciała rozmawiać, choć ta niepewność nie zatrzymała jej nawet na uderzenie serca, bo w gruncie rzeczy odpowiedź nigdy nie była czymś, co naprawdę brała pod uwagę jako przeszkodę — jeśli coś miało pozostać niewypowiedziane, tym gorzej dla milczenia, które prędzej czy później i tak zostanie zmuszone do ustąpienia!
W jej wnętrzu pojawiło się coś przypominającego lekkie napięcie, ale nie lęk, raczej znajome, drażniące oczekiwanie, które zawsze towarzyszyło momentom, w których mogła znaleźć się w centrum czyjejś uwagi, nawet jeśli była to tylko krótkotrwała wymiana zdań przy krawędzi obozowego życia
Rozejrzała się więc przez chwilę, jakby sam fakt wyboru właściwego momentu miał znaczenie większe, niż faktycznie miał, po czym ruszyła przed siebie z tą energią, która nie pozwalała jej pozostać w jednym miejscu zbyt długo, jakby bezruch mógł odebrać jej coś istotnego, coś, co należało do niej z samej definicji bycia zauważoną.
Gdy dostrzegła dymną karmicielkę, jej krok stał się niemal natychmiast lżejszy, a w spojrzeniu pojawił się ten szczególny rodzaj ożywienia, który nie wynikał wyłącznie z sympatii, lecz także z cichej pewności, że oto nadchodzi chwila, w której znów będzie mogła zaistnieć w czyjejś przestrzeni w sposób pełny, bezpośredni i trudny do przeoczenia.
— Mamoo! — Jej głos przeciął powietrze z taką intensywnością, że nie sposób było go pomylić z czymkolwiek innym, wysoki, ekspresyjny i natychmiast wypełniający przestrzeń wokół niej, jakby sama obecność miała zostać wzmocniona przez dźwięk. — Mam pytaniee…
Zatrzymała się tuż przed Purchawką, zbyt blisko, by można było uznać to za przypadek, i jednocześnie tak, jakby dystans nigdy nie był dla niej czymś, co należało utrzymywać, gdy w grę wchodziła rozmowa, która w jej własnym odczuciu zasługiwała na pełne skupienie drugiej strony.
Przez ułamek chwili jej pysk złagodniał, przybierając wyraz niemal dziecinnej otwartości, która mogła sprawiać wrażenie szczerej troski, choć pod powierzchnią czaiła się ta sama potrzeba bycia zauważoną, wysłuchaną i potraktowaną poważnie, jakby każde pytanie, które wypowiadała, było jednocześnie testem na to, ile miejsca zajmuje w czyimś świecie.
Wystarczyło jednak, że spojrzenie Purchawki choć odrobinę się przesunęło, by jej uszy drgnęły niemal niezauważalnie, a w napięciu szczęk pojawił się ledwie uchwytny cień niecierpliwości, szybko jednak przykryty uśmiechem, który był równie naturalny, co wyćwiczony.
Bo jeśli już miała rozmawiać, to nie zamierzała być jedynie tłem.
— Dlaczego Mordor, Pierścień i Smok mają tatę, a my mamy tylko ciebie? — wyrzuciła w końcu z siebie, a w jej głosie nie było już wcześniejszej ostrożności, zastąpionej czymś znacznie bardziej surowym, czymś, co przypominało oskarżenie ubrane w dziecięcą prostotę, lecz pozbawione niewinności, którą mogłoby sugerować pierwsze wrażenie.
Przez moment można było odnieść wrażenie, że Purchawka nie zareaguje wcale, jakby pytanie było jedynie hałasem w tle codzienności, jednak w rzeczywistości jej uwagę przyciągnęło ono natychmiast, w sposób, który nie wymagał podniesienia głosu ani zmiany wyrazu pyska, a jedynie lekkiego napięcia w spojrzeniu, które pojawiło się i zniknęło zbyt szybko, by mogło zostać nazwane emocją.
— Widzisz… — zaczęła, a jej ton przybrał tę szczególną miękkość, która często poprzedzała słowa mające uporządkować rzeczywistość w sposób wygodny dla mówiącego, po czym urwała na uderzenie serca, jakby nawet ona sama ważyła, które elementy prawdy powinny zostać wypowiedziane, a które lepiej pozostawić w półcieniu.
Wzięła oddech, spokojny i kontrolowany, taki, który nie dopuszczał pośpiechu ani wahania, a następnie pozwoliła, by jej głos wrócił w tej samej, starannie wyważonej formie.
— Twój tata czekać będzie na ciebie w zupełnie innym miejscu, w Klanie Burzy.
Słowa te nie miały w sobie ciepła, choć zostały podane tak, by mogły je imitować, jakby sama ich konstrukcja była ważniejsza od znaczenia, które niosły, a pysk Purchawki spoważniał odrobinę bardziej, nie gwałtownie, lecz z precyzją kogoś, kto wie, że emocje najlepiej kontroluje się przez ich dawkowanie.
— Jesteś częścią miotu sojuszniczego — dodała zaraz potem, jakby dopiero teraz przechodziła do właściwego wyjaśnienia, choć w rzeczywistości każda poprzednia fraza była już jego częścią, tylko podaną w formie, która miała zmiękczyć jej odbiór. — To coś w rodzaju połączenia między Owocowym Lasem a Klanem Burzy.
Na moment zawiesiła spojrzenie na Łzie, nie nachalnie, lecz wystarczająco długo, by upewnić się, że każde słowo zostało przyjęte, a następnie kontynuowała:
— Psianka i Mordogończyk zostaną tutaj ze mną, podczas gdy ty wraz z Zewem zmienisz miejsce zamieszkania.
Spojrzenie Łzy, jeszcze przed chwilą napięte i szukające oparcia w znanym porządku, zaczęło powoli mięknąć, jakby gdzieś pod warstwą początkowego zaskoczenia zaczynało przebijać się coś znacznie lżejszego, ciekawość zmieszana z ekscytacją, która nie potrzebowała pełnego zrozumienia, by zacząć rosnąć.
— Klan Burzy… — powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do Purchawki, a w jej głosie zabrzmiała nuta czegoś, co można było pomylić z niepewnością, choć w rzeczywistości było to jedynie próbowanie nowego brzmienia własnej przyszłości.
Jej uszy drgnęły, a ogon poruszył się lekko, zdradzając narastające pobudzenie, które nie miało jeszcze pełnego kształtu, lecz już zaczynało wypychać z niej wcześniejsze napięcie, jakby sama idea zmiany była czymś, co naturalnie przyciągało jej uwagę, zamiast ją niepokoić.
Łza zrobiła krok bliżej, jakby nagle przestanie stać w miejscu było jedyną właściwą reakcją na to, co usłyszała, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk, który nie miał w sobie oporu, lecz raczej żywe zainteresowanie, niemal entuzjazm, jeszcze nieokiełznany, ale już wyraźnie obecny.
— Czyli… będę mogła tam zobaczyć tatę? — zapytała nagle, a w jej głosie nie było już oskarżenia ani zagubienia, lecz wyraźne ożywienie, jakby ten jeden szczegół wystarczył, by cała sytuacja zaczęła układać się w coś znacznie bardziej atrakcyjnego niż dotychczasowe życie.
Nie czekała długo na odpowiedź, bo sama myśl zdawała się wystarczająca, by jej emocje zaczęły przyspieszać, a spojrzenie biegało już nie po Purchawce, lecz gdzieś dalej, jakby próbowała wyobrazić sobie miejsce, do którego miała trafić, i kota, którego jeszcze nie znała, a który nagle stał się osią całej tej zmiany.
Jej pysk rozjaśnił się wyraźnie, a napięcie całkowicie ustąpiło miejsca żywszej, niemal radosnej energii, która sprawiała wrażenie, jakby informacja nie była ciężarem, lecz obietnicą czegoś nowego, bardziej interesującego i pełnego znaczenia niż dotychczasowe dni.
— To… to dobrze! — wypaliła w końcu, zbyt szybko, by mogło to brzmieć wyważenie, choć w jej przypadku nie było w tym nic sztucznego, jedynie czysta, nieskrępowana reakcja. — Tam na pewno będzie… inaczej, prawda?
W jej głosie zabrzmiała już nie tylko radość, ale i ta charakterystyczna dla niej potrzeba bycia częścią czegoś większego, czegoś, co mogłoby ją zauważyć, docenić i wreszcie nadać jej rolę, która nie byłaby tylko kontynuacją tego, co znała do tej pory, lecz początkiem czegoś, co mogła wreszcie nazwać własnym miejscem.
— Oczywiście, że będzie inaczej, skarbie — miauknęła łagodnie Purchawka, pochylając się odrobinę bliżej, jakby każda kolejna sylaba miała być osobnym, uspokajającym gestem. — Ale to dobrze. Zmiany są po to, żeby rosło się silniejszym, żeby świat nie był taki sam cały czas.
Na moment zawiesiła głos, pozwalając, by Łza sama dopowiedziała sobie znaczenie tych słów, zanim przejdzie dalej, już bardziej konkretnie, ale wciąż w tej samej miękkiej, opiekuńczej tonacji.
— Tak, zobaczysz swojego tatę — dodała po chwili, jakby potwierdzała coś oczywistego, choć w jej oczach pojawił się subtelny cień kontroli, ledwie zauważalny, natychmiast przykryty serdecznością. — W Klanie Burzy wszystko ma swoje miejsce, nawet jeśli na początku nie wydaje się to takie jasne.
Przesunęła ogonem po ziemi, spokojnym, niemal rytualnym ruchem, który miał zamknąć temat i jednocześnie nadać mu wagę czegoś już ustalonego, niepodlegającego dalszym negocjacjom.
— Będziesz tam miała nowe obowiązki, nowych towarzyszy i nowe rzeczy do nauczenia się.
— Jej, ale się cieszę! — wyrzuciła z siebie niemal natychmiast, a w jej głosie zabrzmiała czysta, nieskrępowana radość, która nie zostawiała miejsca na wątpliwości ani cień niepokoju. — Ale… co z tobą? Myślisz, że koty z Klanu Burzy pozwolą mi cię odwiedzić?
Purchawka przez uderzenie serca nie odpowiedziała, tylko spojrzała na nią z tą samą miękką uważnością, w której trudno było odczytać prawdziwy kierunek myśli, choć jej uśmiech nie zniknął ani na moment, jedynie stał się odrobinę bardziej spokojny, bardziej pewny, jakby pytanie Łzy było dokładnie tym, czego się spodziewała.
— Oczywiście, skarbie — miauknęła w końcu, z czułością, która brzmiała jak obietnica i uspokojenie jednocześnie, choć w jej głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta porządkująca, delikatna, ale stanowcza. — Jeśli tylko będziesz tego chciała, zawsze znajdzie się sposób.
Przechyliła lekko głowę, jakby chcąc nadać swoim słowom jeszcze więcej wiarygodności, a jednocześnie zamknąć w nich przestrzeń na dalsze pytania, które mogłyby skomplikować tę prostą wizję.
— Nie martw się o mnie — dodała ciszej, niemal poufnie, choć wciąż z tą samą kontrolowaną łagodnością. — Ty masz przed sobą coś bardzo ważnego. Nowe życie. Nowy klan. A ja będę dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Koteczka uśmiechnęła się lekko.
— Będę najlepszą kotką Klanu Burzy, obiecuję ci!
* * *
Pomimo tego, że Owocowy Las nadal potrafił być miejscem przyjemnym, pełnym znajomych głosów i spojrzeń, które z łatwością przyciągała, trudno było jej już całkowicie zanurzyć się w tej codzienności bez świadomości, że znajduje się na etapie przejściowym, w którym wszystko, co zdobywała, było jednocześnie czymś, co miała zaraz zostawić za sobą. Być może myśl ta budziła w niej cień smutku — w końcu dość długo walczyła o uwagę matki, o bycie jej “ulubienicą”. Lecz im dłużej nad tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że przecież gdzieś tam czeka na nią jej tato, więc tak w zasadzie, to nie wszystko było stracone.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wkrótce opuści to miejsce, które przez pierwsze księżyce wydawało się całym jej światem, a mimo to nie czuła w sobie ciężaru, który zwykle powinien towarzyszyć takim myślom, lecz raczej coś w rodzaju narastającej lekkości, jakby sama świadomość zmiany porządkowała w niej emocje w sposób bardziej wygodny, mniej rozproszony. Wizja odejścia nie była więc stratą, a raczej przesunięciem uwagi ku temu, co miało dopiero stać się ważne, ku nowemu miejscu, o którym wiedziała niewiele, lecz które już teraz wydawało się obiecujące w swojej niepewności.
Mordogończyk, z którym spędzała najwięcej czasu, zdawał się tego nie rozumieć w pełni, a jego obecność — choć znajoma i w pewien sposób bezpieczna — zaczynała przypominać jej coś, co jednocześnie przyciągało i drażniło, szczególnie w chwilach, gdy milczał zbyt długo albo patrzył na nią tak, jakby próbował zatrzymać ją w miejscu, które ona już mentalnie opuszczała, co wywoływało w niej krótkie ukłucia niecierpliwości, natychmiast jednak przykrywane przez uśmiech, który wracał na jej pysk z niemal wyuczonym wdziękiem.
— Nie patrz tak — miauknęła w końcu, przeciągle, jakby próbowała nadać własnym słowom lekkość, której wcale w nich nie było, jednocześnie przysuwając się odrobinę bliżej, by znów odzyskać jego uwagę, nawet jeśli tylko na moment — przecież nie znikam na zawsze, tylko… idę gdzieś dalej, gdzie w końcu coś się dzieje naprawdę.
Wypowiadając to, czuła przez krótką chwilę, że jej własne słowa brzmią lepiej, niż mogłyby być prawdziwe, co jednak nie przeszkadzało jej w kontynuowaniu, gdyż sama idea bycia w centrum czyjegoś rozdarcia wydawała się jej w tym momencie zbyt kusząca, by ją porzucić.
— W Klanu Burzy na pewno będzie… inaczej — dodała po chwili, przeciągając ostatnie słowo z lekkim naciskiem, jakby smakowała je na języku — i chyba właśnie o to chodzi, prawda?
Jej ogon drgnął nerwowo, choć natychmiast spróbowała zamienić ten gest w coś bardziej naturalnego, bardziej kontrolowanego, jakby nawet jej własne emocje musiały przejść przez drobną selekcję, zanim mogły zostać pokazane światu, który — w jej oczach — zawsze powinien reagować na nią w odpowiedni sposób.
Mordogończyk milczał dłużej, niż by tego chciała, a to milczenie zaczynało w niej powoli narastać jak niewygodne echo, którego nie dało się już łatwo zagłuszyć, dlatego też uniosła lekko głowę, jakby próbowała wymusić na nim odpowiedź samą swoją obecnością, wciąż jednak utrzymując na pysku wyraz ciepła, który bardziej przypominał starannie utrzymaną maskę niż spontaniczną emocję.
— Powiedz coś — dodała ciszej, choć w tej ciszy kryło się więcej nacisku, niż mogłoby się wydawać — nie możesz się tak po prostu zamknąć, kiedy ja… kiedy ja zaraz odchodzę!
— Ja uh… Łzo, jeszcze nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Zostało jeszcze kilka wschodów słońca i zupełnie się od siebie odzielimy. To takie dziwne…
Z jej pyska wydobyło się przelotne westchnięcie.
— Nie martw się, serio! Dalej łączy nas wspólna krew czy coś w tym stylu. I na pewno będziemy mogli się odwiedzać!
Dzień odejścia do Klanu Burzy…
Dzisiaj miała odejść.
Myśl ta wracała do niej raz za razem, za każdym razem wywołując podobny dreszcz emocji, który przebiegał przez jej ciało i pozostawiał po sobie przyjemne uczucie lekkości. Słyszała o Klanie Burzy jedynie z opowieści Purchawki, wyobrażając sobie miejsce, którego nigdy nie widziała, koty, których nie znała, oraz życie, które czekało na nią gdzieś daleko poza granicami wszystkiego, co było jej dotąd znane. Teraz jednak wizje przestawały być wyobrażeniami, a zaczynały stawać się rzeczywistością.
Nie potrafiła ukryć zadowolenia.
Wierciła się w swoim małym posłanku już od dłuższej chwili, co jakiś czas zerkając w stronę Zewa, Mordogończyka, Pisanki oraz Purchawki, ponieważ choć doskonale wiedziała, że nic nie przyspieszy nadejścia momentu wymarszu, nie potrafiła powstrzymać się od ciągłego sprawdzania, czy aby na pewno niczego nie przegapiła. Każda kolejna chwila zdawała się płynąć wolniej niż zwykle, a oczekiwanie, które przez ostatnie dni wydawało jej się przyjemne i ekscytujące, zaczynało stopniowo zamieniać się w napięcie tak silne, że trudno było jej usiedzieć spokojnie w jednym miejscu.
Szum liści wydawał się tego dnia niezwykle cichy i łagodny, jakby cały Owocowy Las pogrążony był w spokojnym, niezmiennym rytmie, który trwał niezależnie od tego, co działo się w sercach jego mieszkańców. Dla Łzy ten spokój wydawał się wręcz dziwny, ponieważ jej własne myśli nie potrafiły zatrzymać się choćby na chwilę, a serce biło szybciej z każdą kolejną minutą, nieustannie przypominając jej, że dzień, na który czekała od tak dawna, wreszcie nadszedł.
Podczas gdy inne koty zajmowały się codziennymi obowiązkami, rozmawiały ze sobą lub zwyczajnie rozpoczynały kolejny poranek, ona miała wrażenie, że cały świat powinien wyglądać inaczej, ponieważ opuszczenie miejsca, w którym spędziła całe swoje życie, wydawało się wydarzeniem zbyt wielkim, by mogło odbywać się pośród tak zwyczajnej codzienności.
— Łezko, pora na nas.
Miękkie miauknięcie Purchawki wyrwało ją z zamyślenia tak skutecznie, że przez krótką chwilę jedynie wpatrywała się w matkę, próbując uporządkować wszystkie emocje, które nagle ścisnęły ją gdzieś pod żebrami. Dopiero po chwili skinęła głową i przeciągnęła się leniwie, choć w rzeczywistości była gotowa opuścić żłobek już znacznie wcześniej, a następnie ruszyła za dymną kotką, instynktownie trzymając się blisko jej boku.
Kiedy opuszczali obozowisko, zauważyła kilka spojrzeń skierowanych w swoją stronę, przez co niemal odruchowo uniosła głowę nieco wyżej. Nie potrafiła stwierdzić, czy koty rzeczywiście zwracały na nią większą uwagę, czy też jedynie chciała w to wierzyć, jednak sama świadomość, że ktoś może obserwować jej odejście, była zaskakująco przyjemna. Przez moment wyobraziła sobie, że jeszcze przez jakiś czas będą o niej rozmawiać, wspominać ją albo zastanawiać się, jak radzi sobie w nowym miejscu, a myśl ta wywołała w niej subtelne uczucie satysfakcji.
W wędrówce towarzyszył im jeden z wojowników Owocowego Lasu.
Im dalej odchodzili od obozu, tym bardziej znajome widoki zaczynały ustępować miejsca kolejnym fragmentom lasu. Początkowo przyglądała się wszystkiemu z zainteresowaniem — każda ścieżka prowadząca poza granice codziennego świata wydawała się obietnicą czegoś nowego. Jednak z czasem kolejne drzewa, krzewy i splątane korzenie zaczęły zlewać się w jeden, powtarzalny krajobraz, który nie był w stanie utrzymać jej uwagi na długo.
Nie wynikało to jednak z braku ciekawości wobec otoczenia, lecz raczej z tego, że jej myśli nieustannie wybiegały znacznie dalej niż sięgał wzrok. Choć las rozciągał się wokół niej ze wszystkimi swoimi zapachami i dźwiękami, ona coraz częściej widziała przed sobą coś zupełnie innego — obozowisko Klanu Burzy, którego nigdy wcześniej nie oglądała, a które przez ostatnie dni zdążyło urosnąć w jej wyobraźni do rozmiarów miejsca niemal niezwykłego.
Wszystkie opowieści Purchawki powracały do niej teraz z nową siłą, przez co coraz łatwiej było jej wyobrażać sobie wojowników, których miała poznać, ścieżki, po których będzie biegać, oraz życie, które już niedługo miało stać się jej własnym. Zastanawiała się, czy szybko odnajdzie się pośród nowych kotów i czy uda jej się sprawić, że zostanie zauważona, ponieważ wizja rozpoczęcia wszystkiego od początku była równie ekscytująca, co kusząca.
Najczęściej jednak jej myśli wracały do ojca, którego znała wyłącznie z opowieści i wyobrażeń. Próbowała odgadnąć, jaki okaże się naprawdę, czy będzie podobny do obrazu stworzonego przez jej dziecięcą wyobraźnię oraz czy ich spotkanie okaże się równie ważne, jak wydawało jej się przez wszystkie te księżyce. Im dłużej o tym myślała, tym trudniej było jej skupić się na czymkolwiek innym — świadomość, że z każdym krokiem zbliża się do chwili, która przez tak długi czas istniała wyłącznie w jej głowie, sprawiała, że cała reszta stopniowo traciła na znaczeniu.
Zatrzymali się na moment, a wojownik, który wcześniej im towarzyszył zawrócił, najpewniej z powrotem do obozu.
Po przeprawieniu się przez długie, ciemne przejście, które ciągnęło się przed nimi niczym nierówna wstęga przecinająca krajobraz, a którego powierzchnię znaczyły krótkie, blade pasy przypominające ślady pozostawione przez coś ogromnego i niezrozumiałego, Łza poczuła, jak w nozdrza uderza jej nowy zapach. Był ostry, cięższy od woni lasu i zupełnie niepodobny do czegokolwiek, co znała z Owocowego Lasu. Mieszało się w nim tyle różnych nut, że przez chwilę nie potrafiła nawet określić, co właściwie czuje — właściwie zaraz obok wilgoci ziemi i roślin kryło się tam coś obcego i niepokojąco intensywnego.
Zmarszczyła lekko nos, próbując oswoić się z tą wonią, po czym uniosła głowę i spojrzała na towarzyszące jej koty.
— Czy tak pachnie Klan Burzy? — zapytała, a w jej głosie pobrzmiewała ciekawość silniejsza od ostrożności.
— Najwyraźniej — odpowiedział Zew, który również rozglądał się wokół z wyraźnym zainteresowaniem.
Purchawka skinęła krótko głową, a na jej pysku pojawił się cień uśmiechu, jakby sama pamiętała jeszcze pierwszą chwilę, w której zetknęła się z tym zapachem.
— Już niedługo będziemy na miejscu.
Słowa matki sprawiły, że serce Łzy zabiło szybciej.
Od tej chwili każdy krok wydawał się ważniejszy od poprzedniego, ponieważ świadomość, że cel podróży znajduje się już tak blisko, nie pozwalała jej myśleć o niczym innym. Jej spojrzenie nieustannie uciekało naprzód, jakby liczyła na to, że zza kolejnego zakrętu wyłoni się wreszcie obozowisko.
Z daleka dostrzegła kamienną strukturę, która natychmiast przyciągnęła jej uwagę, ponieważ nie przypominała niczego, co widywała wcześniej w Owocowym Lesie. Wznosiła się ponad otoczeniem ciężka i nieruchoma, a jej poszarpane krawędzie odcinały się od nieba w sposób, który sprawiał, że wyglądała niemal obco na tle znanego jej świata. Przez krótką chwilę nie potrafiła oderwać od niej wzroku, gdyż instynktownie uznała, że właśnie tam musi znajdować się miejsce, do którego zmierzali.
Im bardziej się zbliżali, tym silniejsze stawało się jej przekonanie, że podróż rzeczywiście dobiega końca, a wszystkie wyobrażenia, które przez cały ten czas budowała w swojej głowie, za moment przestaną być wyłącznie wyobrażeniami.
Nie zauważyła nawet chwili, w której zaczęła przyspieszać.
Jej łapy same stawiały kroki coraz szybciej, jakby ciało próbowało nadrobić dystans, który umysł pokonał już dawno temu. Zew najwyraźniej odczuwał coś podobnego, ponieważ również zaczął dreptać żwawiej, od czasu do czasu spoglądając przed siebie z rosnącym zainteresowaniem. Jedynie Purchawka zachowywała spokojniejsze tempo, choć nie pozostawała na tyle daleko, by choć przez moment stracić ich z oczu.
Kiedy w końcu przeszli przez wejście prowadzące do obozowiska, Łza niemal natychmiast poczuła, jak znajoma już woń uderza ją ze zdwojoną siłą. Teraz nie była jedynie odległym zapachem unoszącym się na wietrze, lecz czymś obecnym wszędzie wokół niej. W nozdrza wdzierały się ślady dziesiątek różnych kotów, wilgotnego kamienia, ziemi oraz wszystkiego tego, co składało się na życie klanu, którego jeszcze nie znała.
Zatrzymała się na moment.
Jej spojrzenie przesuwało się od jednej sylwetki do drugiej, chłonąc każdy szczegół z niemal zachłanną ciekawością. Wojownicy, uczniowie i starszyzna wydawali się zajęci własnymi sprawami, jednak wielu z nich zwróciło głowy w stronę przybyszów. Kilka spojrzeń zatrzymało się na niej dłużej, inne jedynie musnęły ją przelotnie, lecz nawet to wystarczyło, by poczuła przyjemne ukłucie satysfakcji.
Była nowa.
A nowość zawsze przyciągała uwagę.
Po chwili z głębi obozowiska wyłonił się wysoki kocur o niezwykle ciemnym futrze. Poruszał się pewnie, a koty znajdujące się w pobliżu zdawały się mimowolnie ustępować mu miejsca, jakby jego obecność miała własny ciężar. Łza przyglądała mu się uważnie, a im bardziej się zbliżał, tym trudniej było jej ignorować podobieństwa, które zaczynała dostrzegać.
Wydawał się niezwykle podobny do Zewa, i trochę do niej samej…
Jej serce przyspieszyło.
To musiał być on.
Kocur podszedł do Purchawki, a następnie zaczął z nią rozmawiać.
Przez krótką chwilę miała ochotę natychmiast podejść bliżej, odezwać się albo zrobić cokolwiek, co sprawiłoby, że zwróci na nią uwagę szybciej. Powstrzymała się jednak, choć kosztowało ją to więcej wysiłku, niż chciałaby przyznać.
Zamiast tego usiadła spokojnie obok Zewa i pozwoliła, by rozmowa toczyła się bez jej udziału.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciała być tą, która musi zabiegać o zainteresowanie.
Nie chciała zaczynać rozmowy, przedstawiać się ani przypominać o swoim istnieniu.
Siedziała więc w milczeniu, obserwując wysokiego kocura z niemal dziecięcą uwagą, podczas gdy w jej wnętrzu rosło ciche oczekiwanie, którego nie potrafiła już ukryć nawet przed samą sobą.
Tym razem chciała poczuć coś zupełnie innego.
Chciała przekonać się, jak to jest być kimś, na kogo ktoś patrzy z własnej potrzeby. Kimś, kogo dostrzega się od razu. Kimś, kogo nie da się przeoczyć.
Nim jednak ciemny kocur zdążył skupić na niej większą uwagę, jej spojrzenie przyciągnął ruch po lewej stronie, gdzie dwójka wojowników zaczęła zbliżać się w ich kierunku z tą pewnością, która zdradzała, że ich obecność w tym miejscu nie była przypadkowa, lecz wynikała z jasno określonego celu.
— Cyklonowe Oko, Śnieżycowa Chmuro — miauknął kocur, który wcześniej rozmawiał z Purchawką, a jego głos przeciął przestrzeń spokojem, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. — Zaprowadźcie tę dwójkę do żłobka, proszę.
Słowa, choć wypowiedziane bez nacisku, rozlały się w jej świadomości z nieprzyjemną wyrazistością, jakby nagle zmieniły ciężar całej sytuacji, przesuwając ją w kierunku, którego w ogóle nie brała pod uwagę.
Zew, który jeszcze chwilę wcześniej stał obok niej, spojrzał na przywołanych wojowników z krótkim wahaniem, po czym ruszył za nimi bez słowa sprzeciwu, jakby uznał, że wszystko przebiega dokładnie tak, jak powinno, a jego sylwetka szybko zaczęła oddalać się w wraz z kotką o imieniu “Śnieżycowa Chmura”.
Łza przez moment patrzyła za nim, jakby próbowała znaleźć w jego ruchach jakiekolwiek potwierdzenie, że sama powinna zrobić to samo, lecz zamiast tego poczuła, jak w jej wnętrzu narasta napięcie, które nie miało jeszcze konkretnej formy, choć już zaczynało domagać się reakcji.
Cyklonowe Oko zatrzymał się przed nią, a jego spojrzenie spoczęło na niej z krótkim, naturalnym zaskoczeniem, gdy okazało się, że nie podążyła za nim tak jak Zew z Śnieżycą, jakby jej bezruch sam w sobie stanowił element wymagający rozwiązania.
Przez chwilę nikt się nie poruszył, a przestrzeń między nimi wypełniła się ciszą, która wydawała się gęstsza niż wcześniejsze rozmowy, jakby cały obóz na moment zwolnił tylko po to, by przyjrzeć się tej jednej, nieruchomej sylwetce.
Cyklonowe Oko podszedł bliżej, a jego ruch był spokojny i pozbawiony pośpiechu, po czym delikatnie musnął jej kark, w geście bardziej przypominającym prowadzenie niż przymus, jakby zakładał, że wystarczy drobne przesunięcie, by wszystko wróciło na właściwe miejsce.
W tym momencie coś w Łzie pękło w sposób cichy, lecz wyraźny, jakby cały obraz tej chwili nagle przestał zgadzać się z tym, co nosiła w sobie od dawna, a zamiast oczekiwanego początku pojawiło się coś, co przypominało odsunięcie na bok.
Zamiast podążyć za dotykiem, wyrwała się gwałtownie, a jej małe ciało przeszło w ruch szybki i nie do końca kontrolowany, przecinając przestrzeń między wojownikami, zanim ktokolwiek zdążył zareagować w pełni.
Zatrzymała się dopiero przy ciemnym kocurze, niemal wpadając na jego przednią łapę, po czym uniosła głowę wysoko, wpatrując się w niego z intensywnością, która w jej wieku była jednocześnie szczera i całkowicie nieproporcjonalna do sytuacji, jakby cała dotychczasowa podróż skupiła się w jednym punkcie.
Ciemny kocur nie odsunął się, a jego spojrzenie zatrzymało się na niej spokojnie, bez pośpiechu, jakby oceniał nie jej wybryk, lecz raczej to, co za nim stoi.
— No proszę — odezwał się w końcu, głosem równym, pozbawionym złości, bardziej zaciekawionym niż surowym. — Pierwszy dzień i już próbujesz ustalać własne zasady.
Łza uniosła podbródek jeszcze wyżej, jakby chciała w ten sposób utrzymać swoją obecność w tej rozmowie, która wymykała się jej spod kontroli szybciej, niż by chciała.
— Ja nie chciałam z nim iść — wyrzuciła z siebie, wskazując ogonem w stronę dwójki wojowników, która wciąż na nią czekała. — Ja chciałam… tutaj.
Ciemny kocur mrugnął powoli.
— „Tutaj” — powtórzył, jakby sprawdzał brzmienie słowa. — A gdzie dokładnie jest „tutaj”, według ciebie?
Łza zawahała się tylko na uderzenie serca, po czym jej spojrzenie znów skupiło się na nim z intensywnością, która nie pasowała do jej wieku.
— Przy tobie — odpowiedziała bez wahania, po czym natychmiast dodała, jakby sama się zaskoczyła własną szczerością. — Bo jesteś… no, ważny.
Przez krótką chwilę w jego spojrzeniu pojawiło się coś trudniejszego do odczytania, jakby nie tyle zaskoczenie, co ostrożna uwaga, którą rzadko pozwalał sobie okazywać tak otwarcie.
— Ważny — powtórzył cicho. — To bardzo pojemne słowo.
Łza poruszyła ogonem, coraz bardziej niecierpliwie, bo rozmowa wciąż nie szła tam, gdzie chciała.
— Dobra, to powiem inaczej — wypaliła szybciej, jakby bała się, że straci moment. — Czy ty jesteś moim ojcem?
Wokół nich na moment coś się zmieniło, choć nikt nie zareagował wprost. Kilka kotów w pobliżu poruszyło uszami, ktoś zatrzymał krok, lecz większość wciąż udawała, że nie słucha.
Ciemny kocur nie odpowiedział od razu.
Jego wzrok przesunął się po niej wolniej, jakby ta jedna kwestia wymagała więcej miejsca niż cała reszta dotychczasowej rozmowy.
— A skąd to pytanie? — zapytał w końcu spokojnie.
Łza zmarszczyła nos, wyraźnie niezadowolona z odpowiedzi, której nie dostała.
— Bo… Wyglądasz trochę jak Zew albo, no, ja. I chyba po prostu sprawiasz takie wrażenie…
Przez chwilę milczała, po czym dodała ciszej, choć nadal z uporem:
— Więc chyba powinieneś być.
Ciemny kocur zamknął na moment oczy, jakby ważył nie samą odpowiedź, lecz sposób jej podania.
Kiedy je znów otworzył, jego głos był spokojny, ale bardziej konkretny niż wcześniej.
— Tak — powiedział w końcu. — Jestem.
Łza znieruchomiała na ułamek sekundy, jakby sprawdzała, czy to naprawdę padło.
— Ale — dodał zaraz, zanim jej emocje zdążyły się rozpędzić. — to nie zmienia tego, co powiedziałem wcześniej.
Przechylił lekko głowę, wciąż patrząc na nią uważnie.
— Do żłobka i tak pójdziesz.
Przez moment milczała, zastanawiając się nad tym, co zrobić, a w tym krótkim zawieszeniu między decyzją a instynktem czuła jeszcze ciepło własnego zawahania, które szybko zostało przerwane, kiedy Cyklon rzeczywiście przesunął się bliżej i bez większej delikatności, lecz też bez złej intencji, chwycił ją za kark, unosząc jej ciało w sposób stanowczy, lecz lekko rutynowy.
Zwisała więc w jego uchwycie, obserwując z tej nieco wyższej, ograniczonej perspektywy sylwetkę kocura, który wrócił do rozmowy z Purchawką. Westchnęła. Więc… Była tu. Na miejscu. W nowym domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz