Czy ja właśnie byłem świadkiem porwania?
Stałem w bezruchu, bezradnie patrząc, jak Purchawka odnosi szarpiącą się na wszystkie strony Smoka prosto do żłobka.
– Huh… – mruknąłem, zmieszany.
Dziwne, dziwne. W moim krótkim, acz jakże intensywnym życiu byłem świadkiem wielu przedziwnych wypadków. Żaden z nich nie był jednak porwaniem. Chyba. Mam dość krótką pamięć.
Rozejrzałem się na boki. W moim polu widzenia kotów znajdowało się pięć i żaden z nich nie patrzył akurat w moją stronę. Przypadłem więc do ziemi.
Zacząłem ostrożnie czołgać się w stronę krzaków, gdzie mała koteczka zniknęła. Ostrożnie zacząłem przeciskać się między gałęziami. Moje futro nie było specjalnie długie, więc na razie nie zaplątało się w odstające badyle. Zerknąłem do środka kociarni przez przerwy między liśćmi.
Zobaczyłem Smoka, leżącą na legowisku tuż przede mną. Była tu sama, jej mama musiała chyba wyjść, gdy ja brawurowo walczyłem o życie w chaszczach, wykorzystując mój nieprawdopodobnie precyzyjny zmysł orientacji i zadziwiającą zwinność.
Wyściubiłem głowę spomiędzy gałęzi tuż przy ziemi, górną częścią mojego ciała znajdując się już w żłobku.
– Um. Smoku…? Czy ty żyjesz…? – mruknąłem cicho.
Mała kotka podskoczyła z przerażenia i nastroszyła się lekko, gdy usłyszała mój głos z miejsca, w którym zdecydowanie nie powinno mnie być.
– Bolowiku!!! – pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. – Co ty tu lobis?! – syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
– No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Spojrzałem na kotkę szeroko otwartymi oczami, upewniając się, czy na sto procent żyje. Zawsze wolę sprawdzić dwa razy niż potem wprowadzić kogoś w błąd.
– Okej, to pa – przeszedłem do odwrotu, wycofując się.
Próbowałem wysunąć się z krzaków. Zrobiłem jeden krok. Drugi. Trzeci. Gałęzie napięły się i popchnęły mnie z powrotem do przodu.
Ugh. No świetnie. Wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest.
– Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie.
Zacząłem się szamotać, ale nic to nie dało przy moim niefortunnym zaklinowaniu.
– Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Wgryzłem się desperacko w jedną z gałęzi, próbując nieco ją odgiąć i spróbować się uwolnić…
Jak mnie tu ktoś zobaczy, to chyba się rozpuszczę.
<Smoku?? Potrzebna interwencja>
[348 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz