Wysoka kotka ostrożnie wstała ze swego posłania i po cichu opuściła legowisko medyka. Nie chciała budzić Jagnięcego Ukłonu. Nie była pewna co do tego, jakby zareagowała, gdyby się jednak obudziła, Aldrowanda nie zamierzała ryzykować. Bezszelestnym wręcz krokiem przemierzała przez ciemną jaskinię, która była obozem jej klanu. Jedyne światło wpadało od strony wodospadu, a zarazem wyjścia z obozu. Aldrowanda cicho dziękowała wszechświatowi, że jej futro w większości było koloru skał, więc szansa na zostanie zauważonym, jeszcze bardziej spadała. Po chwili udało jej się opuścić obóz, najcięższe wyzwanie już za nią. Jej przypuszczenia okazały się prawdziwe – Tygrysi Język wraz z jakimś rudym kotem oboje przysnęli. Na całe jej szczęście. Chociaż tak ogólnie to może nie powinni w ogóle przysypiać na warcie. Mniejsza z tym. Teraz tylko dotrzeć do Kaczego Bajorka.
Wyprawa nie była żmudna ani męcząca, choć długa. Kacze Bajorko znajdowało się w stosunkowo dużej odległości od obozu. Kotka dobrze pamiętała, jak wyglądała jej pierwsza wędrówka tam – jeszcze z jej ówczesnym mentorem, Drzemiącym Słońcem. Zdawała jej się wtedy wręcz nie kończyć. Teraz, będąc już starszą, droga ta była w jej odczuciu o wiele krótsza. Tak więc tę krótką podróż można by teraz nazwać nawet przyjemną. Mimo tego uczennica musiała pozostać czujna. W nocy wiele zwierząt, z którymi niekoniecznie chciała się teraz spotkać, wychodziło ze swych kryjówek. W dodatku dochodziło zagrożenie ze strony innych klanów. Teoretycznie nikt o zdrowych zmysłach i jakimkolwiek honorze nie wdarłby się nocą na terytorium innego klanu. Ale przez swoje krótkie życie szylkretka zdążyła się już nauczyć, że wśród dzikich kotów mieszkających w klanach wszystko jest możliwe. Szczególnie nauczyło ją to, co działo się w jej własnym. Lśniąca Gwiazda nadal zdawał jej się podejrzany. W jego obecności oczywiście zachowywała się zupełnie zwyczajnie, jednak głęboko w środku pozostawała czujna i nie do końca ufna wobec rudego kocura.
***
Widok przed oczami kotki należał do tych zapierający dech w piersi. Tafla niedużego, lecz urokliwego bajorka lśniła srebrem, odbijając blask gwiazd widniejących na ciemnogranatowym, wręcz już czarnym niebie. Nie pamiętała już kto dokładnie, ale jeden kot powiedział jej kiedyś, że jeśli chce spróbować połączyć się gwiezdnymi przodkami, to powinna udać się w miejsce, gdzie gwiazdy widać najlepiej. A czy nie było lepszego na to miejsca od sadzawki, gdzie gwiazdy widziało się nawet wtedy, gdy patrzyło się w dół? Chyba nie…
Aldrowandowa Łapa podeszła powoli do wody, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Po chwili usiadła nad brzegiem, obok partii niższych trzcin. Jej wzrok był nadal utkwiony na niebie. Z jej pyszczka wydobyło się ciche westchnienie.
— Witajcie… Klanie Gwiazdy — zaczęła cicho, jakby nadal bojąc się, że jeśli odezwie się za głośno, to zostanie złapana. — Jak wiecie, bo podobno nad wszystkim czuwacie, jestem uczennicą Jagnięcego Ukłonu, a więc uczennicą medyczki. Obrałam tę właśnie drogę ze względu na śmierć Ćmiego Księżyca, mentorki Jagnięcego Ukłonu.
Kotka zamilkła na chwilę. Starała się używać podniosłego języka ze względu na powagę sytuacji. Niejednokrotnie było jej bowiem powtarzane, że do gwiezdnych należy się zwracać z szacunkiem. Nie do końca rozumiała, dlaczego nagle trzeba się tak zachowywać przed kimś, kto na przykład był jeszcze niedawno twoim znajomym, przyjacielem lub członkiem rodziny. Ale podobno tak należy.
— Klanie Gwiazdy — odezwała się ponownie uczennica, tym razem głośniej i pewniej. — Przyznam, że w Was niestety niezbyt wierzę. Wszyscy o Was tyle mówią, pokładają w Waszych łapach swoje życia, swoje losy. Ale ja chyba tak nie potrafię… Wiecie, urodziłam się jako kot należący do Dwunożnych z własnym podróżującym cyrkiem. Gdy byłam mała, największą mocą na świecie zdawały mi się słonie. Klanowe koty wierzą, że to Wy nią jesteście. Jeśli tak jest rzeczywiście, to proszę Was, dajcie mi jakiś znak. Dajcie mi podstawy, by w Was uwierzyć.
Po ostatnich słowach kotki nastała cisza. Przez dobre minuty Aldrowandowa Łapa nasłuchiwała, rozglądała się, czekała. Czekała, aż nastąpi jakiś znak, aż jakiś członek Klanu Gwiazdy ześle jej jakiś znak lub do niej przemówi. Jednak ku jej zawodowi, nie wydarzyło się zupełnie nic. Nic, co można by uznać za jasną interwencję przodków. Szylkretka machnęła ogonem. W zasadzie sama nie wiedziała, czego się spodziewała. Przecież nie wierzyła w istnienie życia poza śmiercią, poza tym, co widzialne. A jednak brak jakiejkolwiek odpowiedzi ją rozczarował. Może gdzieś w środku mimo wszystko chciała wierzyć w to, że jednak Jagna miała rację. Ale najwidoczniej jej nie miała. Z tej frustracji kotka opadła na mokrą od rosy trawę, łeb ułożyła na białych łapach. Ciężko westchnęła, wpatrując się dalej w gwiazdy.
— I na co mi to wszystko było… A mogłam zostać w obozie i nadal spać. A tak rano obudzę się zmęczona i cała ta wędrówka na nic — mruknęła, powoli zamykając oczy.
Szylkretowa uczennica poczuła czyjąś łapę na swoim lewym barku. Cicho westchnęła.
— Jeszcze chwilę… Zaraz wstanę, Jagnięcy Ukłonie… — wymruczała pod nosem kotka. Następnie poczuła, jak znów zostaje trącona w bark, tym razem nieco mocniej.
— Aldrowandowa Łapo… — rozległ się nieco zachrypnięty głos nad uchem Aldrowandy.
Była samotniczka otworzyła powoli oczy. Nie rozpoznała tego głosu jako głosu swojej mentorki. Obróciła więc łeb, by spojrzeć na tego, który do niej przemówił. Jej oczy otwarły się szerzej, gdy ujrzała obok siebie srebrną pręgowaną kocicę o oczach tak świetlistych, jakby przechowywały w sobie dziesiątki gwiazd. W kocicy tej rozpoznała kota, którego wcześniej już miała okazję spotkać, choć nie zamieniła z nim żadnych słów…
— Ćmi Księżycu? To ty? Co ty… co ty tu robisz? — Aldrowanda nie mogła wyjść ze zdziwienia widokiem kocicy stojącej u jej boku.
Medyczka nie odpowiedziała od razu. W zasadzie to w ogóle nie odpowiedziała. Przez krótką tylko chwilę wpatrywała się ona w szylkretową kotkę, po czym obróciła się i zaczęła oddalać się od niej. Uczennica natychmiast wstała i pobiegła za kocicą, jednak nie mogła jej w żaden sposób dogonić. Gdy już wydawało jej się, że realnie zbliżyła się do niej, nagle potknęła się i upadła na ziemię.
Futro na karku nastroszyło się momentalnie, kotka zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się uważnie w każdym kierunku, ale Ćmiego Księżyca już tu nie było. Czy był to tylko sen w takim razie? Klan Gwiazdy nie zesłał jej specjalnego znaku? Chociaż… Jagna wspominała, że gwiezdni czasem odwiedzają żyjące koty w snach. Czy w takim razie była medyczka Klanu Klifu tak właśnie zrobiła? Ale czy nie odwiedziłaby jej po to, aby przekazać jej jakąś wiadomość? Aldrowanda prosiła o jakikolwiek znak, fakt, ale czy to rzeczywiście był on? Na wszystko, co dobre w tym świecie, tyle pytań! A tak mało odpowiedzi… Nie, trzeba wszystko przeanalizować na spokojnie…
— Prosiłam o znak, przyszłam tu, tak? No tak — zaczęła, chodząc w kółko. Łatwiej jej się tak myślało. — Potem chyba zasnęłam? Następnie zobaczyłam Ćmi Księżyc. Nie mogło mi się to przywidzieć, bo ją goniłam i na pewno oddaliłam się od bajorka. Teraz nagle znów jestem nad nim. O mój… Czyli… Czyli faktycznie dostałam jakiś znak od Klanu Gwiazdy? Oni istnieją… Chyba muszę o tym porozmawiać jutro z Jagną. Definitywnie muszę o tym porozmawiać z Jagną!
Uczennica strzepnęła ogonem, po czym natychmiast się odwróciła i szybkim krokiem udała się z powrotem do obozu. Nadal nie mogła do końca uwierzyć, że Klan Gwiazdy istnieje. „ Ale ten sen wydawał się tak realny, że chyba musiał być to od nich ten ubłagany znak. No i dobra, jeśli faktycznie istnieją, to czemu nic nie robią z Lśniącą Gwiazdą? Chyba że jednak jest on dobry i ja sobie coś wymyśliłam… Albo oni po prostu nie reagują? Za dużo, za dużo!” — kotka jęknęła w duchu, przyspieszając tempa. Musi to jeszcze sobie na spokojnie przetrawić, bo chyba zwariuje…
[1301 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz