Aldrowanda odwróciła swój mały łebek w stronę, z którego dochodziły te słowa. Sekundę później, ziemia pod nią zatrzęsła się, koteczka odskoczyła do tyłu. Niestety zabrakło jej gracji i wylądowała na grzbiecie. Szybko podniosła się i otrzepała. O mało nie rozdeptałby jej słoń!
— Aldrowando… — ten sam głos wybrzmiał ponownie, teraz jednak będąc bardziej delikatnym. — Co mówiłam na temat przechodzenia przez Srebrzystą Pajęczynę do słoni?
Mała kotka fuknęła cicho, spoglądając na postać przemawiającą do niej.
— Uważałam, mamo! Tylko… tylko… no jakbyś mnie nie zawołała, to bym go zobaczyła! — odparła z przekąsem Aldrowanda.
Trapez pokręciła głową z lekkim rozbawieniem. Jej córka zawsze musiała mieć swoje ostatnie słowo. Zupełnie tak jak ojciec Arlekina.
— Nadal nie powinnaś tędy chodzić. Masz cały cyrk do spacerowania, a ty jednak wybierasz tak niebezpieczne miejsce. Któregoś dnia naprawdę ci się coś stanie. I co ja wtedy z twoim ojcem poczniemy?
Mniejsza szylkretka położyła delikatnie uszy, odwracając wzrok. Przestąpiła z łapki na łapkę, dalej nie patrząc na swoją matkę.
— No właśnie… co bez nas poczęliście? — spytała nagle po chwili ciszy.
Brwi Trapezu poszybowały delikatnie do góry na pytanie córki. Najwidoczniej nie spodziewała się, że rozmowa zejdzie na taki temat.
— Cóż, co ja ci mam powiedzieć, Aldrowando…?
— Aldrowandowa Łapo — wtrąciła się kotka, poprawiając rodzicielkę. Swój wzrok w końcu zwróciła na nią. — Ale przecież nie możesz tego wiedzieć. Bo cię nie ma. Ani ciebie, ani taty.
— Aldrowandowa Łapo… — zaczęła ponownie, tym razem poprawiając się. Trapez postanowiła użyć delikatniejszego tonu, słysząc nieco oskarżycielski głos córki. — Wiesz, czemu nas z wami teraz nie ma.
— Nie, nie wiem właśnie! — wybuchnęła kotka. Podeszła do swojej matki, będąc teraz nagle znowu swych obecnych rozmiarów, prawie dorównując kocicy wzrostem. — Skąd mam wiedzieć, że to, co mi mówiłaś, było prawdą? Powtarzałaś mnie i bratu jak nas kochacie, jak się o nas troszczycie… A potem nas tak po prostu oddaliście, tak… porzuciliście. Bo jak ja mam to nazwać?
Wiatr zawiał nagle dosyć nieprzyjemnie mocno, mierzwiąc futro obu kotek. Jej oczy były teraz nagle dziwnie puste. Jednak nie spuściła wzroku, nie zerwała kontaktu wzrokowego z córką.
— Przyznaj… nie planowaliście nas, nie chcieliście nas. Więc kiedy nadarzyła się okazja, to po prostu pozbyliście się „problemu”. Mam rację? — syknęła Aldrowandowa Łapa. Widząc brak reakcji ze strony matki, zrobiła krok w jej stronę. — No powiedz coś!
Ale Trapez nie odezwała się już. W pewnym momencie po prostu odwróciła się i zaczęła odchodzić. Aldrowanda pognała za nią, jednak nie mogła nadążyć za kocicą, jej krótkie łapki nie pozwalały jej na to, znów była mała. Nagle przewróciła się i kiedy wstała… nie była już w cyrku. Znajdowała się na swoim posłaniu w legowisku medyka, obok niej spała Jagnięcy Ukłon.
Uczennica westchnęła cicho. Po ostatniej rozmowie z Burzowym Kormoranem myśl o tym, że jej rodzice mogli po prostu chcieć się pozbyć jej i jej brata, zamiast zapewnić im „lepszą przyszłość”, nie dawała jej spokoju. Co, jeśli taka była prawda? Jeśli tak, to… to nie mogła z tym nic już zrobić. Niemniej, gdzieś w swym sercu czuła ukłucie, które denerwowało ją jak nic innego. Nie lubiła myśleć za dużo o rzeczach, które sprawiały, że emocje brały nad nią górę. Bo nie radziła sobie za dobrze z emocjami, więc odpychała je, jak mogła. Ostatnio zaczęła rozumieć, że w przyszłości może się to na niej negatywnie odbić, jednak teraz nie miało to znaczenia. I z tą właśnie myślą położyła łeb na posłaniu i ponownie dała się porwać do krainy snów.
[566 słów]
[11%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz