Dymna spodziewała się wszystkiego, tylko nie przeprosin ze strony kocura, dlatego też zdziwiona zamrugała kilka razy, nim cokolwiek odpowiedziała na późniejszą propozycję rozmówcy. Większość Wilczaków kojarzyła jedynie z wyglądu lub przypadkiem usłyszanych rozmów, nie będąc tak otwarta, jak Kryształowa Łapa, była świadoma faktu, iż jej grono znajomych raczej nie będzie zbyt duże, a bliższych przyjaciół jeszcze mniejsze. Jednakże czy jej to przeszkadzało? Niekoniecznie, a przynajmniej nie doświadczyła chyba jeszcze żadnej sytuacji, w której byłoby to uciążliwe. Chcąc mieć już za sobą rozmowę z kocurem, udzieliła mu w końcu odpowiedzi, nie spodziewając się, że w jej głosie pojawi się słyszalna irytacja.
— Nie chcę ci zabierać zdobyczy…
— Och! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! — Kocur nieco uniósł wiewiórkę w zachęcającym geście, która jeszcze chwilę temu spoczywała na jego łapach, by nie podzielić losu piszczki wybranej przez szylkretkę na posiłek po treningu.
–– No… no dobra. — W końcu przystanęła na propozycję Wilczaka i delikatnie pochwyciła jeszcze ciepłą zdobycz, co potwierdziło słowa Nocnej Łapy, że zdobycz jest świeża, niedawno złapana. Skupiona, by nie dotknąć przez przypadek kocura, nie dostrzegła momentu, kiedy na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
–– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? –– spytał, jakby nie będąc świadomym różnicy pod względem fizycznym między sobą a żółtooką. — Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! — dodał po chwili, machając łapami w zawstydzeniu.
Nagła ekspresja ucznia nieco onieśmieliła Węgiel, która nie wiedząc zbytnio co zrobić czy też powiedzieć, stała w miejscu, uciekając wzrokiem w bok. Nie czuła potrzeby nawiązywania żadnych relacji z innym, uważając, że wystarcza jej wąskie grono, do którego należała Kryształowa Łapa, Brukselkowa Zadra i Sowi Zmierzch. Było to raptem trzy koty na krzyż, lecz jej więcej do szczęścia nie było potrzebne — nawet jeśli każdy z wymienionych twierdził co innego, to młódka pozostawała nieugięta w tej sprawie, jakby możliwość posiadania jakichkolwiek znajomych wśród rówieśników było czymś na wzór zbrodni, zdrady wobec niewielkiego grona kotów, z którymi rozmawiała codziennie. Pomimo zostania uczennicą, starała się zawsze znaleźć jakiś moment w ciągu dnia, by zamienić, choć parę słów z liliową kocicą, która uratowała ją i siostrę przed samotną śmiercią w lesie.
— Dzięki… Spytam Sowi Zmierzch, co sądzi o tej propozycji — odpowiedziała nieco niewyraźnie przez trzymaną wiewiórkę w pysku. Po tym nie czekając na odpowiedź kocura i dalszy ciąg tej niezręcznej dla niej rozmowy, ruszyła w stronę wcześniej upatrzonego miejsca, przez jakiś czas czując na sobie spojrzenie Nocnej Łapy, kiedy kocur odprowadzał ją wzrokiem. Kiedy to nieprzyjemne, wręcz palące uczucie minęło, odetchnęła z ulgą, układając się wygodnie na kawałku trawy, który cudem uniknął takiego zalania, jak pozostała część polany.
«★»
Reszta dnia, aż do wieczornego patrolu nieco się dłużyła Zwęglonej Łapie, jednak kotka nie narzekała, gdyż w tym czasie mogła na spokojnie zająć się innymi obowiązkami, takimi jak przyniesienie zwierzyny dla starszych, królowych w żłobku, przejrzenie, czy dawni wojownicy nie mają gdzieś kleszczy, wymiana mchu w ich posłaniach. Była to ogólnie mniej lubiana robota przez większość uczniów, jednak szylkretka nie narzekała, korzystając wręcz z takich momentów, gdzie mogła przysłużyć się klanowi w inny sposób niż walka i polowanie — nie żeby była kiepska w drugim z wymienionych, jednak czasem świadomość tego, że jej łapy niosą śmierć, nawet dla dobra klanu, była czymś ciężkim, przytłaczającym. Dlatego też starając się zbytnio o tym nie myśleć, skupiała swoje myśli na powtarzalnej pracy, jaką było przeglądanie mchu, wydzielanie zużytych partii i pozbywanie się ich. Nawet mysia żółć zdawała się nie być tak obrzydliwa w smaku, jak to inni opisywali lub okazywali poprzez grymasy na pyskach.
Może dla innych tego typu praca mogła być uważana w niektórych sytuacja za karę, jednakże dymna była wdzięczna za takie momenty, kiedy to czas płynął własnym rytmem, łapy pracowały same, a ona miała czas dla siebie. Dlatego też właśnie przeglądała sierść Bladego Lica, po części przysłuchując się rozmowom pozostałej części starszyzny, którzy co jakiś czas zawieszali spojrzenie na młódce — oprócz Trzcinniczkowej Dziupli ze względu na jego nabytą ślepotę w czasie wojny z Klanem Klifu, mająca miejsce księżyce temu. Zwęglona Łapa raczej nie rozmawiała zbyt z dużo ze starszymi, jednak bardzo dobrze mogła wyczuć napięcie pomiędzy niektórymi kotami, co na przykład miało miejsce pomiędzy dymnym arlekinem a białym kocurem, którego końce uszu zdobiły pędzelki.
Kiedy tylko terminatorka zakończyła pracę w legowisku piątki mieszkańców, udała się do stosu, z którego tym razem wzięła piszczkę dla Wrotyczowej Szramy, mającej na głowie aż trójkę kociąt, z czego jedno z nich nie było jej potomstwem, a Cienistej Zjawy z zapewne jakąś samotniczką. W jakby się zastanowić to chyba znaczna część młodych kotów klanie nie była do końca czystej wilczackiej krwi, chociaż gdyby było inaczej, to byłoby ciężko zachować brak kompletnego pokrewieństwa między większością członków, by później nie doszło do sparowanie się dwójki kotów z jednej rodziny. Pogrążona w myślach o mało, co nie wpadła na jedno z kociąt, a dokładniej rudego kocurka, będącego wnukiem samej liderki — dymna wolała nie myśleć, co by kocica jej zrobiła, gdyby dowiedziała się, że coś jej wnukowi się stało i to z racji nieuwagi jakiejś znajdy.
Starając się nie zamartwiać na zapas własnym losem, położyła piszczkę przed liliową wojowniczką, a następnie zajęła się przeglądaniem jednym z posłań, które były zrobione na zapas, gdyby do legowiska miały dołączyć jeszcze inne królowe w międzyczasie. Węgiel nie przepadała za innymi kotami, co było wiadomo nie od dziś, jednak do tego grona wliczały się także kocięta, do których po prostu nie miała łapy — nie nadawała się na jakąś dobrą ciotkę, co regularnie przychodzi zabawić się z malcami, umilić im czas i nieco odciążyć królowe, dlatego też bardziej wolała czas, który spędzała u starszyzny, gdyż ci nie narzekali na jej milczenie i sumienne wykonywanie obowiązków w ciszy. Jasne zdarzało się, że coś do niej mówili, opowiadali, jednak szylkretka głównie słuchała, potakiwała lub odpowiadała pojednyczymi słowami, bądż prostymi zdaniami. Nikt nie oczekiwał od niej wylewności, którą spotyka się u większości młodych kotów, za co była im wdzięczna.
W końcu czas od posiłku i niezręcznej sytuacji ze starszym kocurem minął, a słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, będącego linią stworzoną w większości przez wierzchołki najwyższych drzew w lesie. Kotka właśnie zmierzała w stronę wyjścia z obozu, gdy kątem oka dostrzegła pewną sylwetkę, którą miała okazję dziś już poznać z bliska. Początkowo myślała, że jedynie jej się przewidziało, jednak kiedy z każdym krokiem czarny uczeń zbliżał się w tym samym kierunku, co ona, nie miała już żadnych wątpliwości — właśnie miała iść na patrol z terminatorem, który pytał o wspólny trening walki. Czyżby nawet Gwiezdni chcieli, by poznała kogoś zbliżonego do swojego wieku, niebędącego członkiem jej rodziny? Dopiero kiedy nerwowo przełknęła ślinę, zauważyła czekoladową wojowniczkę obok Sowiego Zmierzchu, która zapewne musiała być mentorką ucznia.
<Cóż za przypadek Nocna Łapo>
[1095 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz