— Jak to? Co z krabami? — spytał zdziwiony Zszarzała Łapa.
— Mówię, nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Od razu rozległy się syki i wrzaski ucznia, który wymachiwał łapami z wysuniętymi pazurami, próbując jakoś zranić Dwunoga, który go porwał. Ten jednak zdawał się nie reagować na starania kota, jakby był dla niego tylko śmieszną zabawką.
— Co jest! — wymamrotał pod nosem Bukowa Korona, nim spiął mięśnie i rzucił się na odkryte nogi napastnika. Nie mógł pozwolić na to, by to łyse stworzenie porwało mu ucznia! Może i nie zawsze się dogadywali, ale był za niego odpowiedzialny. Gdyby coś mu się stało, Buk mógłby mieć niemałe problemy.
Zacięcie drapał Dwunoga, aż ten wydał z siebie pełen bólu okrzyk. Korzystając z jego nieuwagi, Zszarzałej Łapie udało się oswobodzić z uścisku i spaść na ziemię, by następnie pędem ruszyć przed siebie. Nawet się nie obejrzał!
Tymczasem srebrny stał najeżony niebezpiecznie blisko Dwunożnego. Ten jednak stracił nim zainteresowanie, o wiele bardziej przejęty ranami, jakie Buk mu zadał.
“Właśnie tak! Ze mną się nie zadziera!” — pomyślał, mając ochotę splunąć w stronę tego łysego stworzenia. Powstrzymał się jednak i dał nogę, starając się dogonić swojego ucznia.
Nie mógł uwierzyć w to, że doczekał się kociąt z Foczą Falą. Nie chciał nawet o tym myśleć! Czy te dzieci w ogóle były jego? Bo jak nie, to mógłby przecież zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego… Choć musiał przyznać, że nie widział, by niebieskofutra kręciła się szczególnie często przy kimś innym.
Tak czy siak — nie zamierzał użerać się z tymi pasożytami. Nieważne, że miały cząstkę jego złotej krwi. Oby tylko nie przyniosły mu w przyszłości wstydu! Najchętniej pozbyłby się ich w ogóle. Wrzucił do rzeki, podrzucił Wilczakom — cokolwiek, byle tylko nie musieć ich widzieć.
Nie będzie to jednak takie łatwe. Jeden błąd mógłby go kosztować całą, wypracowaną dotychczas reputację w Klanie Klifu. Zostałby uznany za psychola. Mordercę.
Mógł się w ogóle nie pchać do tego związku, to miałby święty spokój. Teraz było już za późno, by się wycofać. Gdyby teraz zerwał ze swoją partnerką, reszta nazwałaby go zapewne bezdusznym. W końcu jak śmiał porzucać kotkę w ciąży? Jak mógł pozwolić na to, by te kocięta wychowywały się bez ojca?
No właśnie. Musiał poczekać przynajmniej do momentu, gdy latorośle zostaną wojownikami. Inaczej musiałby codziennie zmagać się z oceniającymi spojrzeniami swoich pobratymców, a tego nie chciał. Chyba spaliłby się ze wstydu.
Wracając ze spaceru, przyszło mu na myśl, by zabrać ze stosu piszczkę i zanieść ją Foczej Fali. W ten sposób nie będzie mu robić problemu o to, że w ogóle się nią nie przejmuje. Cóż, prawda była taka, że to stwierdzenie było… prawdziwe — ale lepiej by było, gdyby nikt się o tym nie dowiedział.
Chwycił w zęby pierwszą lepszą mysz leżącą na stosie i ruszył w stronę żłobka. Zanim do niego dotarł, poczuł, jak po jego grzbiecie przeszedł nieprzyjemny dreszcz — jakby jakaś obca siła mówiła mu, by tam nie wchodził. A może to nie była żadna siła? To pewnie jego godność próbowała go odciągnąć od tego miejsca. Zupełnie tak, jakby postawienie łapy w kociarni miało odebrać mu męskość i siłę.
W końcu zanurzył pysk w półmroku żłobka, wypatrując wzrokiem Foczej Fali. Kotka leżała spokojnie na swoim posłaniu; miała zmrużone oczy i oddychała miarowo, jakby właśnie zasypiała. Nawet jeśli — trudno. Bukowa Korona złożył jej wizytę teraz, więc musi się do tego dostosować.
— Focza Falo, przyniosłem ci jedzenie — oznajmił, podchodząc do ledwo kontaktującej karmicielki. Nim otworzyła w pełni oczy, rzucił jej pod pysk zwierzynę i przez moment stał w bezruchu, przyglądając się jej ze skupieniem.
Gdy w końcu się ocknęła, Buk potrząsnął łbem i zrobił krok w tył, już chcąc wyjść ze żłobka.
— Śpieszy ci się gdzieś? — mruknęła nagle niebieskofutra, na co kocur zamarł.
Nim odpowiedział, strzepnął ogonem i fuknął coś pod nosem.
— Chciałem iść się przewietrzyć — stwierdził, zadzierając brodę.
Karmicielka zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, mrużąc ślepia. Nie wyglądała na przekonaną wymówką wojownika.
— Czy przewietrzenie się jest dla ciebie ważniejsze niż pobyt z partnerką? — zapytała z wyrzutem, co przykuło uwagę Morświnowej Płetwy, która niedawno także doczekała się kociąt.
— Musisz mi to wypominać przy innych? — burknął w stronę Foki, przewracając oczami. Co o nim pomyśli liliowa kotka? Pewnie, że jest zwykłym dupkiem! Właściwie… może była to prawda, ale w każdym razie nie dla Bukowej Korony, który uważał się za najinteligentniejszego kota pod słońcem.
— Ach, przepraszam, księżniczko. Masz rację. Nie powinnam o tym rozmawiać, bo ci reputacja spadnie! — odparła Foka, na co Morświn zachichotała.
Kocur westchnął gniewnie, smagając ogonem powietrze.
— Nie denerwuj mnie — rzucił tylko i, odwróciwszy się na pięcie, wybył ze żłobka. Tym razem nie zamierzał się nawet zatrzymywać, choćby skały srały. Pewnym krokiem ruszył do wyjścia z obozu, by udać się na kolejny w ciągu dnia spacer.
Cóż, schadzek nigdy za dużo — tym bardziej, gdy w obozie czeka na ciebie nadąsana partnerka.
Zawędrował aż nad granicę z Klanem Wilka. Może zrobił to bez większego celu, a może podświadomie, wciąż mając w głowie myśli o tym, że może lepiej byłoby sprzedać te dzieci Wilczakom… W końcu co to za problem? Nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Focza Fala może i kilka łez by uroniła, a potem przecież by jej przeszło, prawda? Nie miała w zwyczaju rozwodzić się długo nad niedogodnościami. Może w dodatku los by się do niego uśmiechnął i niebieskofutra od razu by z nim zerwała? Marzenie!
Wojownik tak się zamyślił, że nawet nie zauważył momentu, w którym trzepot skrzydeł na niebie zrobił się podejrzanie głośny i znajomy. Nim zrozumiał, że jakiś ptak zbliża się w jego stronę, został uderzony w tył głowy. W jego uszach rozległo się głośne skrzeczenie i świst powietrza. Był na tyle skonfundowany i zakłopotany, że przez moment nie potrafił się poruszyć, nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje. Dopiero po chwili to do niego dotarło, gdy duże, białe ptaszysko wylądowało kilka lisich ogonów przed nim. Nie był to byle jaki skrzydlaty szczur — to była mewa.
— Na Klan Gwiazdy! Czy ci Klifiacy nawet jednej rzeczy nie potrafią zrobić dobrze?! Te mewy miały stąd zniknąć! — syknął srebrny, zszokowany obecnością ptaka na terenach Klanu Klifu. Jak to możliwe, że jeden z nich się tu ostał? Czy podczas ataku znajdował się poza gniazdem? Może przyleciał tu z Klanu Nocy? Nieważne, jak tu się dostał. Ważne, że był żądny krwi i właśnie zadarł z Bukową Koroną!
Srebrny obnażył zęby. Miał właśnie szansę na to, by odpłacić się gatunkowi tych latających szkodników. One odebrały mu oko, a on odbierze im życie! Wysunął pazury, napinając mięśnie. Przez moment wpatrywał się w swój cel — aż nagle wystrzelił do przodu, rzucając się na białego ptaka.
Udało mu się przewrócić mewę, powalając ją na plecy. Nim jednak zdążył sięgnąć kłami do jej szyi, ptak kłapnął dziobem tuż przy jego zdrowym oku. Buk spanikował, nagle truchlejąc. Gdy się ocknął, odpychnął mewę i ciężko upadł na ziemię. Nie mógł pozwolić, by całkowicie go oślepiła! Wtedy nie byłby już wojownikiem, a jedynie ciężarem dla Klanu Klifu — a tego by nie zniósł. Razem z okiem przepadłyby wszelkie szanse, by kiedykolwiek stanąć na czele tej przynależności.
Nim zdążył zaatakować mewę po raz drugi, ta skoczyła w jego stronę, chaotycznie machając skrzydłami. Może akurat nie była wtedy w gnieździe, gdy Klifiacy pozbawiali się jej towarzyszy? Po raz pierwszy widział w mewie tyle nienawiści i urazy! Była tak rozwścieczona, że bez wahania zbliżała się do srebrnego, skrzecząc na cały głos. Pomarańczowooki musiał przyznać, że jej taktyka była skuteczna — trudno mu się było skupić, gdy nie słyszał nawet własnych myśli.
Nieco zmieszany zaczął się cofać, choć prędko łapy poczęły mu się plątać. Próbował nadążyć za ptakiem, który cały czas wykonywał niewielkie skoki w jego stronę, ale w końcu omsknęła mu się łapa i padł na ziemię. Mewa zaskrzeczała głośniej, jakby chciała go wyśmiać, po czym wyciągnęła szyję i rzuciła się na Buka z dziobem.
Kocurowi udało się obrócić na plecy, unikając ataku ptaszyska. Mewa jednak dostrzegła szansę i przygwoździła go do gleby, rozciągając szeroko skrzydła. Buk wyciągnął przednie łapy, próbując odciągnąć je od siebie, ale na niewiele się to zdało — ptak dziobem dobierał się do jego pyska, celując prosto w zdrowe oko.
Bukowa Korona miotał się, unikając ciosów. Myśl, że straci drugie oko, wypełniała go przerażeniem — był zdecydowany zrobić wszystko, by go chronić. Rzucał pyskiem na boki, pozwalając, by mewa dziobała go wszędzie, tylko nie w pobliżu zdrowego oka.
Jednak taki układ musiał się w końcu skończyć. W pewnym momencie zagapił się i dostrzegł, jak dziób zbliża się wprost na jego ślepie. Natychmiast zamarł. Czas wokół niego jakby zwolnił, serce podeszło do gardła, a umysł wypełniła pustka. Wizje gnicia w legowisku starszyzny pojawiły się przed jego oczami. Był przekonany, że to już koniec — że skrzydlaty szczur po raz drugi go pokonał.
Lecz wtedy nagle… poczuł się lżejszy. Mewa została z niego strącona i zepchnięta na bok. Buk odwrócił głowę i dostrzegł, że obcy kocur właśnie siłuje się z ptakiem. Nim srebrny zdążył się ocknąć, biały ptak odleciał.
Ciemnofutry kot stał, dysząc ciężko. Wzrok miał wbity w niebo, uważnie obserwując oddalającą się mewę.
“Kto to jest?” — pomyślał, szybko podnosząc się na równe łapy. Nie mógł pozwolić, by obcy zbyt długo widział go w takim stanie.
Postanowił podejść do niego, by dowiedzieć się, kto uratował mu życie. No, może nie dosłownie — choć Buk uważał, że wraz ze stratą oka przepadłaby też jego przyszłość.
— Hej, kim jesteś? — zapytał, stając obok nieznajomego. Wtedy zauważył, że Wilczakowi także brakowało jednego oka. Uśmiechnął się pod nosem. Czyli nie był w tym sam.
Od tego dobroczynnego towarzysza nie dostał jednak żadnej odpowiedzi. Zamiast tego obcy rzucił się na niego, powalając go na ziemię i przyciskając pazur do jego szyi.
— Co ty wyprawiasz! — syknął Buk, marszcząc brwi. Po kija ten kot mu pomagał, skoro chciał go teraz zabić?
— Myślisz, że po ocaleniu ci życia tak po prostu cię puszczę? — zakpił ciemnofutry. — W takim razie jesteś jeszcze głupszy, niż myślałem! Choć muszę przyznać, że już przegrywając z tą mewą, pokazałeś mi, że nie grzeszysz mądrością — kontynuował, wciąż przyciskając czekoladowego do ziemi.
To było dla Buka upokarzające. Nigdy nie spodziewał się, że w jednym dniu aż dwa razy może otrzeć się o śmierć — i to w ciągu kilku uderzeń serca!
— Dobra, dobra. To, czego w takim razie chcesz? — fuknął, próbując wcisnąć głowę w ziemię, bo pazur obcego znajdował się niebezpiecznie blisko jego gardła.
— Zapłaty.
— No wiem, że zapłaty! Ale jakiej? — zdenerwował się Buk. Na jego słowa łapa Wilczaka drgnęła, jakby chciał przypomnieć, że jeden niewłaściwy ruch i będzie po nim.
— Jakiejkolwiek. Wymyśl coś mądrego, to pozwolę ci żyć — odparł nieznajomy. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie żartował. — Nawet jeśli ograniczysz swoje wędrówki na granicę z Klanem Wilka, i tak cię znajdę. Nie będziesz już bezpieczny — dodał jeszcze, nim odsunął się od Buka, pozwalając mu wstać.
Srebrny podniósł się, otrzepał z trawy i brudu, który przykleił się do jego futra podczas szamotaniny. Może faktycznie powinien był zostać z tą nieszczęsną Foczą Falą… Czy Klan Gwiazdy karał go za jego zachowanie wobec partnerki? Skinął głową w stronę Wilczaka i mruknął:
— Spotkajmy się tu o tej samej porze za cztery dni.
Powiedziawszy to, minął kocura i ruszył chwiejnie w stronę obozu, wciąż zdumiony tym, co właśnie się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co powinien dać temu psycholowi. Był jednak na tyle obolały, że nie miał siły nad tym rozmyślać. Zastanowi się dopiero wtedy, gdy wróci do obozu i odpocznie.
Dwa dni po ataku mewy i spotkaniu z tym szemranym Wilczakiem, Focza Fala zaczęła rodzić. Buk słyszał jej wrzaski, widział wbiegającą do żłobka Jagnięcy Ukłon — a mimo to długo mu zajęło, by zebrać się i w końcu do niej przyjść. Nim to zrobił, leżał na swoim posłaniu, słysząc wokół szepty swoich pobratymców. Zastanawiali się, dlaczego jedynie obserwował kociarnię, zamiast ruszyć do niej pędem.
Poszedł dopiero wtedy, gdy sytuacja już trochę się uspokoiła i miał pewność, że nie będzie musiał uspokajać niebieskofutrej. Raczej nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych, więc nawet jeśli przyszedłby tam wcześniej, nie przydałby się na nic. Jagnięcy Ukłon i Aldrowanda wciąż jeszcze siedziały przy Foce, gdy srebrny wsadził łeb do środka.
— Dobry wieczór… — mruknął cicho, ze zwieszoną głową kierując się w stronę karmicielki. Przysiadł obok niej, owijając ogon wokół łap. Okazało się, że kotka zdążyła już wydać na świat potomstwo — dwoje kociąt. Jedno z nich miało czarne futerko, drugie natomiast było niemal całe białe.
Gdy Jagnięcy Ukłon i jej uczennica zrozumiały, że Bukowa Korona mógłby chcieć porozmawiać na osobności ze swoją partnerką, pożegnały się z nimi i wróciły do lecznicy.
— Więc… jak ich nazwałaś? — zapytał czekoladowy, wlepiając wzrok w ścianę żłobka.
Pręgowana przez chwilę nie odzywała się, jedynie oddychając ciężko, jakby wciąż jeszcze była zmęczona po porodzie. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na kocura, który nawet na nią nie patrzał.
— Kocurek to Złamanek, a kotka to Fiołka — oznajmiła bez wahania. Specjalnie nadała im imiona tak szybko, by Buk nie mógł nic zaproponować? Cóż, jak na nią było to całkiem możliwe.
— Złamanek? Dlaczego Złamanek? — burknął wojownik. — To obraza dla tego kociaka. Ma wyrosnąć na silnego wojownika, a nie na złamasa — stwierdził Bukowa Korona, unosząc brodę wyżej.
Niebieskooka przewróciła oczami.
— Bo złamałeś mi serce, mysi móżdżku — bąknęła karmicielka, po czym odwróciła wzrok od partnera i zaczęła lizać swoje kocięta po głowach.
— W ogóle nie są do nas podobni — skomentował jeszcze, zaciskając szczękę.
Kotka zignorowała jego słowa, wciąż jeżdżąc szorstkim językiem po czołach swoich latorośli. “Jak ona śmie udawać, że mnie nie słyszy?” — pomyślał Buk, podnosząc się z miejsca. Skoro nie zamierzała się do niego odzywać, to on nie będzie bez celu tu siedział. Śmierdziało tu mlekiem i miłością — czekoladowy nie mógł pozwolić na to, by ta woń osiadła mu na futrze i odebrała mu męskość.
Nim wyszedł, w jego głowie narodził się plan. Niecny plan.
— Wychodzę — rzucił płasko i smagnął powietrze ogonem, by następnie skierować się do swojego posłania.
Noc. Warta.
Bukowa Korona siedział przy wyjściu z obozu, czekając, aż wszelkie szepty ucichną i zostaną zastąpione rytmicznymi oddechami jego pobratymców. Czuł, jak całe jego ciało niemal pulsuje przez ciężko bijące serce. Zgadał się z tym obcym kocurem, by tej nocy wręczyć mu zapłatę za uratowanie. Wszystko musiało być zrobione ostrożnie, by nikt go nie nakrył. A jeśli coś miałoby wyjść na jaw, to po prostu ucieknie do miasta, odnajdzie swoją rodzinę i będzie żył z nimi, jakby nic się nie stało… o ile jeszcze nie umarli.
Czas mijał, a azyl Klanu Klifu cichł coraz bardziej. W końcu wszyscy zamilkli i mogłoby się nawet wydawać, że w obozie nie ma ani jednej żywej duszy. To właśnie wtedy Buk uznał, że musi działać. Choć musiał przyznać, że całkiem obawiał się tej akcji, to czy miał w ogóle wybór? Sam ten kot zagroził mu, że jeśli nie odda mu tych kociąt, srebrny nigdy nie będzie już bezpieczny. Ile w tym prawdy — tego nie wiedział, ale wolał dmuchać na zimne.
W końcu ostrożnie podniósł się z miejsca i zwrócił się w stronę kociarni. Raz jeszcze objął wzrokiem azyl, upewniając się, że nie obserwują go żadne ciekawskie oczy. Gdy był już przekonany, że każdy z kotów smacznie śpi, ruszył do przodu.
Wchodząc do żłobka, zauważył Foczą Falę. Kotka zwinięta była w kłębek, a pod jej ogonem leżał kocurek — Złamanek. Jego siostra natomiast leżała odrobinę dalej. Na tyle, by Foka się nie obudziła, gdyby Fiołka została zabrana. “Miały być dwa…” — pomyślał Buk. Jednak zabranie czarnofutrego od matki byłoby zbyt ryzykowne.
Srebrny rozejrzał się jeszcze po kociarni, uważnie sprawdzając Morświnową Płetwę, Agatówkę, Błyskotkę i resztę kotów w niej przebywających. Każdy z nich leżał spokojnie, ze zmrużonymi oczami, a ich klatki piersiowe miarowo unosiły się i opadały. Musieli spać.
Bukowa Korona ostrożnie podszedł do swojej córki i delikatnie złapał ją za skórę na karku. O dziwo młódka nawet nie drgnęła. Gdyby się jednak obudziła, mogłaby zacząć piszczeć, co obudziłoby resztę. Na szczęście spała jak zabita.
Wojownik wycofał się ze żłobka i prędko ruszył w stronę wyjścia z obozu. Do granicy z Klanem Wilka niemal przez cały czas biegł, chcąc jak najszybciej uwinąć się ze swoją misją. Jak się okazało, na miejscu czekał już na niego Wilczak.
— Tylko jeden? Miały być dwa — odezwał się, jeszcze zanim Buk zdążył odłożyć Fiołkę na ziemię. — Chyba Klan Klifu musiałby się walić, żebym ci to wybaczył — fuknął, marszcząc brwi.
Srebrny położył córkę przed łapami ciemnofutrego i mruknął:
— Drugi był zbyt blisko matki. Gdybym go zabrał, mogłaby się obudzić. A, i jeśli ktoś spyta, powiedz, że zobaczyłeś kunę z kociakiem i go uratowałeś.
Wilczak nie wyglądał na przekonanego, ale bez słowa zabrał Fiołkę i wycofał się w głąb swoich terenów. Buk natomiast nie marnował czasu i ruszył z powrotem do azylu Klanu Klifu.
Gdy wpadł do obozu, od razu pobiegł do żłobka.
— Fiołka zniknęła! — krzyknął, budząc wszystkich w kociarni. Wszyscy wyglądali na zaspanych i ledwo przytomnych, co tylko pomagało jego wymówce. — Kuna ją porwała! Próbowałem ją dogonić, ale gdzieś zwiała! — mówił dalej, patrząc prosto w oczy Foczej Fali, która wciąż nie do końca kontaktowała ze światem.
Rankiem Bukowa Korona zaproponował, że wraz ze Wzburzonym Kormoranem pójdzie poszukać Fiołki. Niestety, gdy tylko wyszli z obozu, przekonali się, że w powietrzu nie było ani tropu kuny, ani młodej koteczki.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos załamał się na pokaz. Musiał udawać zdruzgotanego ojca, bo inaczej zaczną coś podejrzewać. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Point musiał być nieźle zdziwiony, po raz pierwszy widząc swojego mentora w takim stanie.
— Mówię, nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Od razu rozległy się syki i wrzaski ucznia, który wymachiwał łapami z wysuniętymi pazurami, próbując jakoś zranić Dwunoga, który go porwał. Ten jednak zdawał się nie reagować na starania kota, jakby był dla niego tylko śmieszną zabawką.
— Co jest! — wymamrotał pod nosem Bukowa Korona, nim spiął mięśnie i rzucił się na odkryte nogi napastnika. Nie mógł pozwolić na to, by to łyse stworzenie porwało mu ucznia! Może i nie zawsze się dogadywali, ale był za niego odpowiedzialny. Gdyby coś mu się stało, Buk mógłby mieć niemałe problemy.
Zacięcie drapał Dwunoga, aż ten wydał z siebie pełen bólu okrzyk. Korzystając z jego nieuwagi, Zszarzałej Łapie udało się oswobodzić z uścisku i spaść na ziemię, by następnie pędem ruszyć przed siebie. Nawet się nie obejrzał!
Tymczasem srebrny stał najeżony niebezpiecznie blisko Dwunożnego. Ten jednak stracił nim zainteresowanie, o wiele bardziej przejęty ranami, jakie Buk mu zadał.
“Właśnie tak! Ze mną się nie zadziera!” — pomyślał, mając ochotę splunąć w stronę tego łysego stworzenia. Powstrzymał się jednak i dał nogę, starając się dogonić swojego ucznia.
* * *
Teraźniejszość
Nie mógł uwierzyć w to, że doczekał się kociąt z Foczą Falą. Nie chciał nawet o tym myśleć! Czy te dzieci w ogóle były jego? Bo jak nie, to mógłby przecież zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego… Choć musiał przyznać, że nie widział, by niebieskofutra kręciła się szczególnie często przy kimś innym.
Tak czy siak — nie zamierzał użerać się z tymi pasożytami. Nieważne, że miały cząstkę jego złotej krwi. Oby tylko nie przyniosły mu w przyszłości wstydu! Najchętniej pozbyłby się ich w ogóle. Wrzucił do rzeki, podrzucił Wilczakom — cokolwiek, byle tylko nie musieć ich widzieć.
Nie będzie to jednak takie łatwe. Jeden błąd mógłby go kosztować całą, wypracowaną dotychczas reputację w Klanie Klifu. Zostałby uznany za psychola. Mordercę.
Mógł się w ogóle nie pchać do tego związku, to miałby święty spokój. Teraz było już za późno, by się wycofać. Gdyby teraz zerwał ze swoją partnerką, reszta nazwałaby go zapewne bezdusznym. W końcu jak śmiał porzucać kotkę w ciąży? Jak mógł pozwolić na to, by te kocięta wychowywały się bez ojca?
No właśnie. Musiał poczekać przynajmniej do momentu, gdy latorośle zostaną wojownikami. Inaczej musiałby codziennie zmagać się z oceniającymi spojrzeniami swoich pobratymców, a tego nie chciał. Chyba spaliłby się ze wstydu.
Wracając ze spaceru, przyszło mu na myśl, by zabrać ze stosu piszczkę i zanieść ją Foczej Fali. W ten sposób nie będzie mu robić problemu o to, że w ogóle się nią nie przejmuje. Cóż, prawda była taka, że to stwierdzenie było… prawdziwe — ale lepiej by było, gdyby nikt się o tym nie dowiedział.
Chwycił w zęby pierwszą lepszą mysz leżącą na stosie i ruszył w stronę żłobka. Zanim do niego dotarł, poczuł, jak po jego grzbiecie przeszedł nieprzyjemny dreszcz — jakby jakaś obca siła mówiła mu, by tam nie wchodził. A może to nie była żadna siła? To pewnie jego godność próbowała go odciągnąć od tego miejsca. Zupełnie tak, jakby postawienie łapy w kociarni miało odebrać mu męskość i siłę.
W końcu zanurzył pysk w półmroku żłobka, wypatrując wzrokiem Foczej Fali. Kotka leżała spokojnie na swoim posłaniu; miała zmrużone oczy i oddychała miarowo, jakby właśnie zasypiała. Nawet jeśli — trudno. Bukowa Korona złożył jej wizytę teraz, więc musi się do tego dostosować.
— Focza Falo, przyniosłem ci jedzenie — oznajmił, podchodząc do ledwo kontaktującej karmicielki. Nim otworzyła w pełni oczy, rzucił jej pod pysk zwierzynę i przez moment stał w bezruchu, przyglądając się jej ze skupieniem.
Gdy w końcu się ocknęła, Buk potrząsnął łbem i zrobił krok w tył, już chcąc wyjść ze żłobka.
— Śpieszy ci się gdzieś? — mruknęła nagle niebieskofutra, na co kocur zamarł.
Nim odpowiedział, strzepnął ogonem i fuknął coś pod nosem.
— Chciałem iść się przewietrzyć — stwierdził, zadzierając brodę.
Karmicielka zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, mrużąc ślepia. Nie wyglądała na przekonaną wymówką wojownika.
— Czy przewietrzenie się jest dla ciebie ważniejsze niż pobyt z partnerką? — zapytała z wyrzutem, co przykuło uwagę Morświnowej Płetwy, która niedawno także doczekała się kociąt.
— Musisz mi to wypominać przy innych? — burknął w stronę Foki, przewracając oczami. Co o nim pomyśli liliowa kotka? Pewnie, że jest zwykłym dupkiem! Właściwie… może była to prawda, ale w każdym razie nie dla Bukowej Korony, który uważał się za najinteligentniejszego kota pod słońcem.
— Ach, przepraszam, księżniczko. Masz rację. Nie powinnam o tym rozmawiać, bo ci reputacja spadnie! — odparła Foka, na co Morświn zachichotała.
Kocur westchnął gniewnie, smagając ogonem powietrze.
— Nie denerwuj mnie — rzucił tylko i, odwróciwszy się na pięcie, wybył ze żłobka. Tym razem nie zamierzał się nawet zatrzymywać, choćby skały srały. Pewnym krokiem ruszył do wyjścia z obozu, by udać się na kolejny w ciągu dnia spacer.
Cóż, schadzek nigdy za dużo — tym bardziej, gdy w obozie czeka na ciebie nadąsana partnerka.
* * *
Wojownik tak się zamyślił, że nawet nie zauważył momentu, w którym trzepot skrzydeł na niebie zrobił się podejrzanie głośny i znajomy. Nim zrozumiał, że jakiś ptak zbliża się w jego stronę, został uderzony w tył głowy. W jego uszach rozległo się głośne skrzeczenie i świst powietrza. Był na tyle skonfundowany i zakłopotany, że przez moment nie potrafił się poruszyć, nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje. Dopiero po chwili to do niego dotarło, gdy duże, białe ptaszysko wylądowało kilka lisich ogonów przed nim. Nie był to byle jaki skrzydlaty szczur — to była mewa.
— Na Klan Gwiazdy! Czy ci Klifiacy nawet jednej rzeczy nie potrafią zrobić dobrze?! Te mewy miały stąd zniknąć! — syknął srebrny, zszokowany obecnością ptaka na terenach Klanu Klifu. Jak to możliwe, że jeden z nich się tu ostał? Czy podczas ataku znajdował się poza gniazdem? Może przyleciał tu z Klanu Nocy? Nieważne, jak tu się dostał. Ważne, że był żądny krwi i właśnie zadarł z Bukową Koroną!
Srebrny obnażył zęby. Miał właśnie szansę na to, by odpłacić się gatunkowi tych latających szkodników. One odebrały mu oko, a on odbierze im życie! Wysunął pazury, napinając mięśnie. Przez moment wpatrywał się w swój cel — aż nagle wystrzelił do przodu, rzucając się na białego ptaka.
Udało mu się przewrócić mewę, powalając ją na plecy. Nim jednak zdążył sięgnąć kłami do jej szyi, ptak kłapnął dziobem tuż przy jego zdrowym oku. Buk spanikował, nagle truchlejąc. Gdy się ocknął, odpychnął mewę i ciężko upadł na ziemię. Nie mógł pozwolić, by całkowicie go oślepiła! Wtedy nie byłby już wojownikiem, a jedynie ciężarem dla Klanu Klifu — a tego by nie zniósł. Razem z okiem przepadłyby wszelkie szanse, by kiedykolwiek stanąć na czele tej przynależności.
Nim zdążył zaatakować mewę po raz drugi, ta skoczyła w jego stronę, chaotycznie machając skrzydłami. Może akurat nie była wtedy w gnieździe, gdy Klifiacy pozbawiali się jej towarzyszy? Po raz pierwszy widział w mewie tyle nienawiści i urazy! Była tak rozwścieczona, że bez wahania zbliżała się do srebrnego, skrzecząc na cały głos. Pomarańczowooki musiał przyznać, że jej taktyka była skuteczna — trudno mu się było skupić, gdy nie słyszał nawet własnych myśli.
Nieco zmieszany zaczął się cofać, choć prędko łapy poczęły mu się plątać. Próbował nadążyć za ptakiem, który cały czas wykonywał niewielkie skoki w jego stronę, ale w końcu omsknęła mu się łapa i padł na ziemię. Mewa zaskrzeczała głośniej, jakby chciała go wyśmiać, po czym wyciągnęła szyję i rzuciła się na Buka z dziobem.
Kocurowi udało się obrócić na plecy, unikając ataku ptaszyska. Mewa jednak dostrzegła szansę i przygwoździła go do gleby, rozciągając szeroko skrzydła. Buk wyciągnął przednie łapy, próbując odciągnąć je od siebie, ale na niewiele się to zdało — ptak dziobem dobierał się do jego pyska, celując prosto w zdrowe oko.
Bukowa Korona miotał się, unikając ciosów. Myśl, że straci drugie oko, wypełniała go przerażeniem — był zdecydowany zrobić wszystko, by go chronić. Rzucał pyskiem na boki, pozwalając, by mewa dziobała go wszędzie, tylko nie w pobliżu zdrowego oka.
Jednak taki układ musiał się w końcu skończyć. W pewnym momencie zagapił się i dostrzegł, jak dziób zbliża się wprost na jego ślepie. Natychmiast zamarł. Czas wokół niego jakby zwolnił, serce podeszło do gardła, a umysł wypełniła pustka. Wizje gnicia w legowisku starszyzny pojawiły się przed jego oczami. Był przekonany, że to już koniec — że skrzydlaty szczur po raz drugi go pokonał.
Lecz wtedy nagle… poczuł się lżejszy. Mewa została z niego strącona i zepchnięta na bok. Buk odwrócił głowę i dostrzegł, że obcy kocur właśnie siłuje się z ptakiem. Nim srebrny zdążył się ocknąć, biały ptak odleciał.
Ciemnofutry kot stał, dysząc ciężko. Wzrok miał wbity w niebo, uważnie obserwując oddalającą się mewę.
“Kto to jest?” — pomyślał, szybko podnosząc się na równe łapy. Nie mógł pozwolić, by obcy zbyt długo widział go w takim stanie.
Postanowił podejść do niego, by dowiedzieć się, kto uratował mu życie. No, może nie dosłownie — choć Buk uważał, że wraz ze stratą oka przepadłaby też jego przyszłość.
— Hej, kim jesteś? — zapytał, stając obok nieznajomego. Wtedy zauważył, że Wilczakowi także brakowało jednego oka. Uśmiechnął się pod nosem. Czyli nie był w tym sam.
Od tego dobroczynnego towarzysza nie dostał jednak żadnej odpowiedzi. Zamiast tego obcy rzucił się na niego, powalając go na ziemię i przyciskając pazur do jego szyi.
— Co ty wyprawiasz! — syknął Buk, marszcząc brwi. Po kija ten kot mu pomagał, skoro chciał go teraz zabić?
— Myślisz, że po ocaleniu ci życia tak po prostu cię puszczę? — zakpił ciemnofutry. — W takim razie jesteś jeszcze głupszy, niż myślałem! Choć muszę przyznać, że już przegrywając z tą mewą, pokazałeś mi, że nie grzeszysz mądrością — kontynuował, wciąż przyciskając czekoladowego do ziemi.
To było dla Buka upokarzające. Nigdy nie spodziewał się, że w jednym dniu aż dwa razy może otrzeć się o śmierć — i to w ciągu kilku uderzeń serca!
— Dobra, dobra. To, czego w takim razie chcesz? — fuknął, próbując wcisnąć głowę w ziemię, bo pazur obcego znajdował się niebezpiecznie blisko jego gardła.
— Zapłaty.
— No wiem, że zapłaty! Ale jakiej? — zdenerwował się Buk. Na jego słowa łapa Wilczaka drgnęła, jakby chciał przypomnieć, że jeden niewłaściwy ruch i będzie po nim.
— Jakiejkolwiek. Wymyśl coś mądrego, to pozwolę ci żyć — odparł nieznajomy. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie żartował. — Nawet jeśli ograniczysz swoje wędrówki na granicę z Klanem Wilka, i tak cię znajdę. Nie będziesz już bezpieczny — dodał jeszcze, nim odsunął się od Buka, pozwalając mu wstać.
Srebrny podniósł się, otrzepał z trawy i brudu, który przykleił się do jego futra podczas szamotaniny. Może faktycznie powinien był zostać z tą nieszczęsną Foczą Falą… Czy Klan Gwiazdy karał go za jego zachowanie wobec partnerki? Skinął głową w stronę Wilczaka i mruknął:
— Spotkajmy się tu o tej samej porze za cztery dni.
Powiedziawszy to, minął kocura i ruszył chwiejnie w stronę obozu, wciąż zdumiony tym, co właśnie się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co powinien dać temu psycholowi. Był jednak na tyle obolały, że nie miał siły nad tym rozmyślać. Zastanowi się dopiero wtedy, gdy wróci do obozu i odpocznie.
* * *
Poszedł dopiero wtedy, gdy sytuacja już trochę się uspokoiła i miał pewność, że nie będzie musiał uspokajać niebieskofutrej. Raczej nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych, więc nawet jeśli przyszedłby tam wcześniej, nie przydałby się na nic. Jagnięcy Ukłon i Aldrowanda wciąż jeszcze siedziały przy Foce, gdy srebrny wsadził łeb do środka.
— Dobry wieczór… — mruknął cicho, ze zwieszoną głową kierując się w stronę karmicielki. Przysiadł obok niej, owijając ogon wokół łap. Okazało się, że kotka zdążyła już wydać na świat potomstwo — dwoje kociąt. Jedno z nich miało czarne futerko, drugie natomiast było niemal całe białe.
Gdy Jagnięcy Ukłon i jej uczennica zrozumiały, że Bukowa Korona mógłby chcieć porozmawiać na osobności ze swoją partnerką, pożegnały się z nimi i wróciły do lecznicy.
— Więc… jak ich nazwałaś? — zapytał czekoladowy, wlepiając wzrok w ścianę żłobka.
Pręgowana przez chwilę nie odzywała się, jedynie oddychając ciężko, jakby wciąż jeszcze była zmęczona po porodzie. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na kocura, który nawet na nią nie patrzał.
— Kocurek to Złamanek, a kotka to Fiołka — oznajmiła bez wahania. Specjalnie nadała im imiona tak szybko, by Buk nie mógł nic zaproponować? Cóż, jak na nią było to całkiem możliwe.
— Złamanek? Dlaczego Złamanek? — burknął wojownik. — To obraza dla tego kociaka. Ma wyrosnąć na silnego wojownika, a nie na złamasa — stwierdził Bukowa Korona, unosząc brodę wyżej.
Niebieskooka przewróciła oczami.
— Bo złamałeś mi serce, mysi móżdżku — bąknęła karmicielka, po czym odwróciła wzrok od partnera i zaczęła lizać swoje kocięta po głowach.
— W ogóle nie są do nas podobni — skomentował jeszcze, zaciskając szczękę.
Kotka zignorowała jego słowa, wciąż jeżdżąc szorstkim językiem po czołach swoich latorośli. “Jak ona śmie udawać, że mnie nie słyszy?” — pomyślał Buk, podnosząc się z miejsca. Skoro nie zamierzała się do niego odzywać, to on nie będzie bez celu tu siedział. Śmierdziało tu mlekiem i miłością — czekoladowy nie mógł pozwolić na to, by ta woń osiadła mu na futrze i odebrała mu męskość.
Nim wyszedł, w jego głowie narodził się plan. Niecny plan.
— Wychodzę — rzucił płasko i smagnął powietrze ogonem, by następnie skierować się do swojego posłania.
* * *
Bukowa Korona siedział przy wyjściu z obozu, czekając, aż wszelkie szepty ucichną i zostaną zastąpione rytmicznymi oddechami jego pobratymców. Czuł, jak całe jego ciało niemal pulsuje przez ciężko bijące serce. Zgadał się z tym obcym kocurem, by tej nocy wręczyć mu zapłatę za uratowanie. Wszystko musiało być zrobione ostrożnie, by nikt go nie nakrył. A jeśli coś miałoby wyjść na jaw, to po prostu ucieknie do miasta, odnajdzie swoją rodzinę i będzie żył z nimi, jakby nic się nie stało… o ile jeszcze nie umarli.
Czas mijał, a azyl Klanu Klifu cichł coraz bardziej. W końcu wszyscy zamilkli i mogłoby się nawet wydawać, że w obozie nie ma ani jednej żywej duszy. To właśnie wtedy Buk uznał, że musi działać. Choć musiał przyznać, że całkiem obawiał się tej akcji, to czy miał w ogóle wybór? Sam ten kot zagroził mu, że jeśli nie odda mu tych kociąt, srebrny nigdy nie będzie już bezpieczny. Ile w tym prawdy — tego nie wiedział, ale wolał dmuchać na zimne.
W końcu ostrożnie podniósł się z miejsca i zwrócił się w stronę kociarni. Raz jeszcze objął wzrokiem azyl, upewniając się, że nie obserwują go żadne ciekawskie oczy. Gdy był już przekonany, że każdy z kotów smacznie śpi, ruszył do przodu.
Wchodząc do żłobka, zauważył Foczą Falę. Kotka zwinięta była w kłębek, a pod jej ogonem leżał kocurek — Złamanek. Jego siostra natomiast leżała odrobinę dalej. Na tyle, by Foka się nie obudziła, gdyby Fiołka została zabrana. “Miały być dwa…” — pomyślał Buk. Jednak zabranie czarnofutrego od matki byłoby zbyt ryzykowne.
Srebrny rozejrzał się jeszcze po kociarni, uważnie sprawdzając Morświnową Płetwę, Agatówkę, Błyskotkę i resztę kotów w niej przebywających. Każdy z nich leżał spokojnie, ze zmrużonymi oczami, a ich klatki piersiowe miarowo unosiły się i opadały. Musieli spać.
Bukowa Korona ostrożnie podszedł do swojej córki i delikatnie złapał ją za skórę na karku. O dziwo młódka nawet nie drgnęła. Gdyby się jednak obudziła, mogłaby zacząć piszczeć, co obudziłoby resztę. Na szczęście spała jak zabita.
Wojownik wycofał się ze żłobka i prędko ruszył w stronę wyjścia z obozu. Do granicy z Klanem Wilka niemal przez cały czas biegł, chcąc jak najszybciej uwinąć się ze swoją misją. Jak się okazało, na miejscu czekał już na niego Wilczak.
— Tylko jeden? Miały być dwa — odezwał się, jeszcze zanim Buk zdążył odłożyć Fiołkę na ziemię. — Chyba Klan Klifu musiałby się walić, żebym ci to wybaczył — fuknął, marszcząc brwi.
Srebrny położył córkę przed łapami ciemnofutrego i mruknął:
— Drugi był zbyt blisko matki. Gdybym go zabrał, mogłaby się obudzić. A, i jeśli ktoś spyta, powiedz, że zobaczyłeś kunę z kociakiem i go uratowałeś.
Wilczak nie wyglądał na przekonanego, ale bez słowa zabrał Fiołkę i wycofał się w głąb swoich terenów. Buk natomiast nie marnował czasu i ruszył z powrotem do azylu Klanu Klifu.
Gdy wpadł do obozu, od razu pobiegł do żłobka.
— Fiołka zniknęła! — krzyknął, budząc wszystkich w kociarni. Wszyscy wyglądali na zaspanych i ledwo przytomnych, co tylko pomagało jego wymówce. — Kuna ją porwała! Próbowałem ją dogonić, ale gdzieś zwiała! — mówił dalej, patrząc prosto w oczy Foczej Fali, która wciąż nie do końca kontaktowała ze światem.
* * *
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos załamał się na pokaz. Musiał udawać zdruzgotanego ojca, bo inaczej zaczną coś podejrzewać. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Point musiał być nieźle zdziwiony, po raz pierwszy widząc swojego mentora w takim stanie.
<Wzburzony Kormoranie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz