Wiatr przesuwał się leniwie pomiędzy gałęziami otaczającymi obozowisko, poruszając liśćmi w sposób przypominający cichy szept, podczas gdy chłodne podmuchy raz po raz szarpały miękką sierścią Łzy, rozwiewając delikatne kosmyki futra wokół jej pyska. Młoda koteczka siedziała tuż przed wejściem do żłobka z łapkami starannie podwiniętymi pod siebie, starając się wyglądać możliwie najdostojniej, nawet pomimo swojego wieku, ponieważ gdzieś głęboko wierzyła, że odpowiednia postawa potrafi zmienić sposób, w jaki patrzą na nią inni.
Jej błękitne ślepia przesuwały się powoli po obozowisku, zatrzymując się na kolejnych sylwetkach przewijających się pomiędzy legowiskami. Każdy kot wyglądał inaczej. Niektóre futra błyszczały w świetle słońca niczym mokre kamienie po deszczu, inne pozostawały matowe i poszarpane bliznami, które opowiadały historie dawnych bitew, polowań albo porażek. Jedni poruszali się pewnie i spokojnie, jakby cały świat należał do nich, podczas gdy inni przemykali szybciej, z opuszczonymi łbami oraz napiętymi barkami, jakby nieustannie bali się spojrzeń reszty klanu.
Łza obserwowała ich wszystkich z dziwnym rodzajem wyższości, który coraz częściej rozlewał się po jej małym sercu ciepłą, przyjemną falą. Każda z tych sylwetek wydawała jej się jednocześnie odrębna i zupełnie nieważna — niczym tło dla kogoś znacznie istotniejszego. Dla niej.
Była wręcz przekonana, że prędzej czy później wszystkie te koty zrozumieją, jak wyjątkowa jest, oraz że któregoś dnia każdy wojownik w obozie będzie pragnął choćby chwili jej uwagi. Wyobrażała sobie, jak starsi opowiadają o niej kociętom przy wieczornych czuwaniach, jak uczniowie próbują zwrócić na siebie jej uwagę podczas treningów i jak wojownicy ściszają głosy, kiedy tylko przechodzi obok. Myśl o tym była niemal przyjemnie odurzająca.
Westchnęła przeciągle, unosząc lekko podbródek.
Mimo tych wszystkich wyobrażeń rzeczywistość pozostawała jednak rozczarowująco zwyczajna.
Kilka kotów spojrzało w jej stronę przelotnie, ktoś posłał jej łagodny uśmiech, inny skinął jej głową z rozbawieniem typowym dla dorosłych obserwujących kocięta, lecz żaden z nich się nie zatrzymał. Nikt nie podszedł bliżej. Nikt nie zapytał, co robi. Nikt nie poświęcił jej więcej niż krótkiego spojrzenia rzuconego pomiędzy jedną rozmową a drugą.
To ją drażniło.
Nie chciała cudzych spojrzeń rzucanych mimochodem, ponieważ wydawały jej się małe, puste i niewystarczające, niczym okruchy rzucane komuś, kto zasługuje na całą ucztę. Chciała uwagi całkowitej — takiej, która przyciąga do niej cudze oczy i nie pozwala odwrócić wzroku. Chciała, by ktoś słuchał wyłącznie jej głosu, śmiał się tylko wtedy, gdy ona tego chce, i patrzył na nią tak, jakby była najważniejszą rzeczą w całym obozowisku.
Jej ogon drgnął z lekką irytacją.
Nie rozumiała, dlaczego koty potrafią zajmować się tak nudnymi sprawami, skoro ona siedziała tutaj, dosłownie przed nimi. Wojownicy rozmawiali o patrolach, świeżej zwierzynie albo granicach, królowe poprawiały legowiska swoich kociąt, a uczniowie przepychali się pomiędzy sobą z typową dla nich energią, jakby nikt nie dostrzegał, iż pośród tego wszystkiego znajduje się ktoś znacznie bardziej interesujący.
Ktoś wyjątkowy.
Łza zmarszczyła lekko nosek, po czym raz jeszcze przesunęła spojrzeniem po obozowisku, tym razem znacznie uważniej, jak gdyby pomiędzy dziesiątkami sylwetek próbowała odnaleźć kota, który wreszcie okaże się wystarczająco rozsądny, by poświęcić jej całą swoją uwagę. Jej błękitne oczy zatrzymywały się kolejno na wojownikach wracających z patroli, na uczniach przepychających się przy stercie świeżej zwierzyny oraz na starszych wygrzewających kości w ostatnich promieniach słońca, jednak żaden z nich nie wyglądał na zainteresowanego rozmową z nią.
Choć irytacja zaczynała już powoli rozlewać się po jej piersi, sprawiając, że końcówka ogona drgała z niezadowolenia, nagle usłyszała głos dobiegający tuż zza jej pleców.
— Co robisz, siostrzyczko?
Jej uszy drgnęły odruchowo, podczas gdy sama odwróciła lekko łeb.
Aha.
Mordogończyk.
Przez krótką chwilę niemal całkowicie o nim zapomniała, ponieważ przez ostatnich kilka wschodów słońca skutecznie wyrzucała go ze swoich myśli, uznając, że nie zasługuje na jej uwagę po tym, jak odważył się odmówić jej wspólnej zabawy i jeszcze oczekiwać przeprosin.
Choć początkowo była przekonana, że jej brat prędzej czy później sam zrozumie swój błąd, tak z każdym kolejnym dniem zaczynała zastanawiać się, czy przypadkiem nie jest jeszcze głupszy, niż dotychczas przypuszczała. Teraz jednak, kiedy sam do niej przyszedł, wszystko stało się jasne. Wreszcie przejrzał na oczy.
Ta myśl sprawiła, że poczuła przyjemne ciepło satysfakcji.
— A nic — miauknęła z wyższością, unosząc lekko podbródek, podczas gdy na jej pysku pojawił się subtelny uśmiech. — Uśmiecham się, podczas gdy inni mnie podziwiają, ale pewnie za wiele o tym nie wiesz. Kto chciałby w końcu patrzeć na kota, który uważa, że może łamać serce własnej siostrze?
Mordogończyk zamrugał kilkukrotnie, po czym na jego pysku pojawił się ten sam nieporadny, rozczulająco głupi uśmiech, który tak często wywoływał w niej mieszankę rozbawienia oraz politowania.
— Łzo, ja... przepraszam. Nie powinienem był się tak zachować, ponieważ jesteś przecież moją siostrą i bardzo cię lubię. Nie chciałbym, żebyś była przeze mnie smutna, bo nie mógłbym cię stracić.
Łza przez moment przyglądała mu się w milczeniu, choć w rzeczywistości już dawno postanowiła przyjąć jego przeprosiny, ponieważ trudno było gniewać się na kogoś, kto tak wyraźnie żałował swoich błędów.
Nie mogła jednak pozwolić, by zauważył to zbyt szybko.
— Przyjmuję przeprosiny — oznajmiła w końcu tonem pełnym godności. — Chociaż mam nadzieję, że wyciągniesz z tego odpowiednie wnioski.
Mordogończyk rozjaśnił się natychmiast, jak gdyby właśnie zdjęto z jego barków ogromny ciężar.
Przez kilka chwil siedzieli obok siebie, obserwując obozowisko, podczas gdy pomiędzy legowiskami przemykali wojownicy, a z oddali dochodziły urywki rozmów oraz ciche śmiechy.
To właśnie wtedy wzrok Łzy ponownie powędrował ku grupce kociąt bawiących się nieopodal wraz z białym wojownikiem, który odwiedzał je niemal każdego dnia.
Od kilku wschodów słońca nie potrafiła wyrzucić tego widoku ze swoich myśli.
— A zastanawiałeś się kiedyś... jak to jest z naszym ojcem?
Mordogończyk poruszył lekko uszami, podczas gdy jego spojrzenie natychmiast zdradziło kompletną dezorientację.
— Kim?
Łza przewróciła oczami tak ostentacyjnie, że aż odchyliła głowę.
— Z naszym tatą, no! — miauknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Widziałam przecież, że Mordor, Smok i Pierścień mają swojego ojca, który przychodzi do nich praktycznie codziennie, rozmawia z nimi i bawi się razem z nimi. A my mamy tylko Purchawkę.
Kocurek przez chwilę wyglądał tak, jakby próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zwrócił na to uwagę.
— Nigdy nad tym nie myślałem...
Łza westchnęła ciężko, ponieważ odpowiedź ta była dokładnie tak rozczarowująca, jak mogła się spodziewać.
— Mh... Ty o niczym nigdy nie myślisz, dlatego właśnie muszę robić to za nas oboje.
Choć w jej głosie pobrzmiewało rozdrażnienie, tak naprawdę coraz bardziej pochłaniały ją własne myśli.
Minęło już kilka wschodów słońca, odkąd po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się nad tym tematem, a mimo to nie udało jej się znaleźć ani jednej sensownej odpowiedzi. Za każdym razem, kiedy obserwowała trójkę bawiącą się ze swoim rodzicem, w jej sercu pojawiało się dziwne uczucie, którego nie potrafiła nazwać, ponieważ nie przypominało ani zazdrości, ani smutku, ani nawet gniewu.
Bardziej przypominało pustkę.
Jakby brakowało jakiegoś elementu układanki, którego wcześniej nawet nie zauważała.
— Spytam się Purchawki, kiedy tylko znajdzie się dobra okazja — oznajmiła stanowczo, prostując się odrobinę. — Skoro inne kocięta mają ojców, to my też musimy jakiegoś mieć, a skoro go mamy, to chcę wiedzieć, gdzie jest.
Mordogończyk wzruszył jedynie ramionami, jak gdyby cała sprawa nie miała dla niego większego znaczenia.
— Cokolwiek cię uszczęśliwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz