Przeszłość
Dymna uśmiechnęła się do Borowika.
– Obiecuję, nie zmartwię cię!
Teraźniejszość
Wrona mościła posłanie, ugniatając liście pod jej łapami. Księżyc świecił jasno, blisko swej największej fazy. Inne koty przekręcały się na drugi bok, gdy ona postanowiła się zdrzemnąć. Wstała bardzo późno, Czereśnia oznajmił jej, że ze względu na przedwczorajszą sytuację z borsukiem i byłymi samotnikami treningu dziś nie będzie i dobrze zrobi, jak trochę się zregeneruje.
Jednakże kotka nie mogła zasnąć, nadal w głowie miała Mgiełkę. Niektórzy byli wdzięczni za to, że obroniła dwójkę kotów i zyskali młodszą krew w Owocowym Lesie, ale czy doświadczona wojowniczka była mniej warta od syna i nadopiekuńczej matki? W sumie, czemu ona myślała o nich, jak rzeczach do targu? Każdy kot był w jakimś stopniu warty i nie należało nim handlować. Nagle do legowiska wszedł jej mentor.
– Witaj, Wrono, czy wszystko w porządku? Widać przez gałęzie jak się wiercisz – zaśmiał się lekko
– Witaj, Czereśnio, wszystko w porządku, dziękuję. Po prostu myślałam o Mgiełce i nowych kotach.
– Posłuchaj – zaczął czekoladowy. – Wszechmatka ma ją w opiece, jej dusza to teraz jerzyk, który leci ponad chmurami. Ona ją wołała. Jednak w kręgu życia dała nam tę dwójkę, by walczyli u boku Owocowego Lasu.
“Jeżeli w ogóle Płatek postawi swoją łapkę z pajęczyny na polu bitwy” – pomyślała Wrona, lecz potrząsnęła głową. To nie jego wina, że matka go tak wychowywała.
– Mam dla ciebie zadanie, jeśli chcesz oczywiście, na spokojnie może poczekać do jutra…
– Słucham zadania Czereśnio! – dymna się nagle ożywiła, jakby niedawno wstała z głębokiego snu.
– Na pewno masz siłę? – spytał
– Na pewno! – gdyby kłapoucha nie byłaby na gałęzi, podskoczyłaby z ekscytacji.
– W takim razie, chodź ze mną! – czekoladowy machnął ogonem i zszedł bokiem z drzewa. Uczennica też znalazła się już na ziemi. Ominęli stos zwierzyny, przeszli przez wyjście, nurkowali w krzewach, aż doszli do Owocowego Lasku. Kotka myślała, że to tutaj, ale szli dalej. Znajdowali się pomiędzy grotą strachu, a pięknie pachnącymi drzewami.
– Wrono – zaczął mentor. – Pilnie się uczyłaś, twoje osiągnięcia są godne podziwu, twoja determinacja, lojalność i odwaga są godne podziwu, dlatego uważam, że nadszedł czas, abyś została zwiadowcą.
Pomarańczowe oczy kłapouchej rozbłysły ze szczęścia i ekscytacji. Zostanie mianowana!
– Jednak zanim to się stanie, musisz przejść test. Nie chcę cię sprawdzać z czegoś, co doskonale umiesz, a więc…
Uczennica spięła mięśnie z gotowości.
Może chce, aby została szpiegiem i zinfiltrowała tereny Klanu Wilka? Albo miała przekazać niezmiernie ważną wiadomość do Klanu Burzy?
– Test będzie polegał na układaniu kamieni w wieże.
Że co proszę? Może się przesłyszała, co to miało znaczyć?
– Czereśnio, jak na układaniu kamieni?
– Będziesz musiała znaleźć błyszczące kamienie w rzece, przynieść je tutaj i ułożyć z piętnastu kamieni małe wieże do rana.
Wrona nie paliła się do działania. Została stworzona do większych rzeczy niż układanie kamieni! Ale skoro przywódca i mentor prosi, to niech tak będzie.
– Tak jest, Czereśnio! – odpowiedziała i ruszyła w stronę rzeki.
Przegrzebywała muł, jednak tam albo był żwir, albo otoczaki. Po długich poszukiwaniach kotka postanowiła pójść do drugiej, znacznie oddalonej rzeki. W drodze myślała nad najlepszym sposobem transportu kamieni, by to zabrało jej jak najmniej czasu. Gdy tak rozmyślała, prawie by wpadła do rzeki, na szczęście w porę się zorientowała i znowu przegrzebywała dno płynącej wody. Grzeb, grzeb i… jest! Pierwszy kremowy kamyczek, jeszcze czternaście.
***
Znudzona kotka szukała ostatniego kamienia, już miała się poddać i powiedzieć Czereśni, że jednak tego nie zrobi, bo albo idealnie, albo wcale. Nagle coś mignęło w blasku księżyca. Przyjrzała się i wyciągnęła to z wody.
“Co to… Jest! Ostatni ka- a nie, to błyszczący wytwór Dwunożnych” – pomyślała i gdy miała rzucić to do wody, coś jej zajaśniało w głowie. To śmieć, nie powinna go tu wyrzucać.
“No właśnie, śmieć… sterta śmieci! Tam powinno być coś, co pomoże mi zebrać kamienie!” – pomyślała i rzuciła się pędem. Gdy tam dotarła ostrożnie, weszła na górę, rozglądając się za lisami, odłożyła błyszczące coś i szukała coś giętkiego jak liść i pojemnego jak mech. Znalazła jakąś dziwną, wyblakłą skórę, która była niezwykle giętka. Tak! To jej pomoże! Wzięła to w pysk i ostrożnie zeszła na dół. Przeszła wzdłuż rzeki, podeszła do kamyczków, położyła skórę na ziemi, przełożyła na nią kamienie (przy okazji znajdując ostatni) i ruszyła w kierunku wyznaczonego miejsca. Łapy już ją bolały od tych wędrówek, lecz nie zamierzała się poddać. Gdy była na miejscu, położyła wyblakłą skórę, wyjęła kamienie i położyła jeden na drugi, trzymało się, lecz gdy dodała trzeci, wszystko się rozwaliło. To może trochę potrwać…
Próbowała na różne sposoby, pionowo, trójkątnie, z lepszą podstawą, nic nie działało. Zaczęła się denerwować, gdy kolejna wieża podupadała, kotka rozwaliła ją ogonem. “Ech! Co za durne zadanie!” Jakby jeszcze tego było mało, ogon jej się skleił od jakiejś mazi na podłożu. Zaczęła go czyścić, gdy wpadła na kolejny pomysł, coś klejącego! Może sok z owoców da radę? Popędziła do lasku, wspięła się na drzewo i strąciła jabłko. Przeniosła je, zgniotła i pokryła sokiem kamyczki. Tak! Już się aż tak nie przewracały! Może nie działało tak, jak chciała, ale teraz się nie ślizgały. Teraz wystarczyło je ułożyć jedno na drugim…
***
Pomarańczowa, lekko widoczna poświata pokazała się na horyzoncie, gdy kotka układała ostatni kamień. Jest! Udało się jej! Wtedy z zarośli wyskoczył Czereśnia. Czy on oglądał jej poczynania przez ten cały czas?
– Gratulacje, Wrono, ułożyłaś wieżę.
Dymna pękała z dumy, gdy to usłyszała. Zdała!
– Jednak zrobiłaś jedną wieżę.
– A… Miało być ich kilka? – kotka czuła, że za chwilę upadnie z rozpaczy. Cała ta robota na nic?
– Tak, powiedziałem małe wieże, chciałem sprawdzić, czy słuchałaś, jednak nie sądziłem, że ci się uda ta sztuka, którą dokonałaś, więc zdałaś, i to celująco.
Kotka była przeszczęśliwa. Zostanie zwiadowcą!
– Dziękuję, Czereśnio! – o mało nie pisnęła jak mały kociak.
– Podziękuj przede wszystkim sobie, sama na to zapracowałaś. Chodź, wracajmy do obozu, musisz odpocząć – kocur machnął ogonem w stronę domu i ruszyli w świetle wschodzącego słońca.
***
Doszli do obozu, kotka miała ochotę przespać cały księżyc w ciepłym legowisku. Gdy szła do legowiska, Borowik z niego schodził. Chciała się mu pochwalić tym, że zostanie niedługo mianowana.
– Cześć, Borowiku! Co u ciebie?
– Cześć, Wrono. Bardzo dobrze. Och, wyglądasz na wyczerpaną, znowu bolał cię kręgosłup? – kocur rozszerzył oczy ze strachu.
– Nie, spokojnie, miałam test na zwiadowcę! – kocur się uspokoił.
– Och, to gratulację! – Borowik dotknął końcem ogona jej barku.
[1025 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz