Wreszcie został odłożony na gruncie, jego łapki zetknęły się z suchą, nieprzyjemną trawą, która dźgała go w poduszki boleśnie. Jego chude ciałko pokrywały rzadkie włoski, zdążyły nabrać już na tyle koloru, żeby jego przyszłe umaszczenie wybijało się wyraźniej. Zastrzygł wąsami.
— Zostań tutaj — poleciła mu, popychając go nosem w stronę otwartej przestrzeni, żeby nie chował się między wysuszonymi gałęziami krzewów. — Już… już więcej się nie zobaczymy, żegnaj — powiedziała, a po jej policzkach zaczęły masowo spływać łzy, które szybko wytarła łapą. Pręgus uniósł łeb ku górze, przyglądając się wyrazowi pyska matki. Mówiła, że tutaj będzie mu lepiej, zaopiekują się nim lepiej niż ona i Żonkil. Odwróciła łeb, nie chcąc patrzeć już na swojego syna i odwróciła się na pięcie, biegiem rzucając się przed siebie, w stronę, z której przyszła. Niedawno jadł, dlatego nie musiał martwić się przynajmniej burczącym brzuchem. Ogromne drzewa iglaste rozgałęziały się wysoko nad jego główką, gdy siedział tak między naruszonymi, prostymi źdźbłami trawy.
Nie był pewien, ile tak siedział, jednak jego łapy zdążyły zacząć go świerzbić. Nie chciał tu siedzieć, nie było tu niczego ciekawego, na czym mógłby zawiesić wzrok. Otaczały go wielkie krzewy, które przysłaniały mu lwią część nowego krajobrazu.
Poczłapał więc w kierunku jednego z rozłożystych drzew i znalazłszy się przy wystających korzeniach, wysunął pazurki i wczepił się nimi, niczym małymi igłami w grubą korę. Zaczął chwiejnie wspinać się, aż nagle jego chwyt stał się wątpliwy i runął na ziemię, uderzając w bok. Chmura pyłu ulotniła się wraz z jego szurnięciem, maluch zakasłał parokrotnie, gdy gryzący dym wdał się do jego płuc. Na szczęście nie ważył wiele, tak więc nie stało mu się nic szczególnego. Otrzepał się z kurzu.
Skłamałby, gdyby powiedział, że… się nie bał. Nawet jeśli miał kilka okazji oddalić się od zmęczonej matki, jeszcze jak byli w innym miejscu, w domu, to przynajmniej wiedział, że gdzieś obok będzie kotka, żeby go w razie co zgarnąć czy ochronić. Tutaj jednak cała ta ochrona została od niego odebrana, został wrzucony w zupełnie nowe, nieznane miejsce. Usadowił się na korzeniu, owijając chudy ogonek wokół swoich łap.
Do jego uszu nagle doleciały głosy. Nie wiedział, do kogo należały, aczkolwiek dźwięk łamiącej się trawy pod łapami nieznajomych stanął się czymś, czego nie mógł ignorować. Wreszcie spomiędzy krzewów wyszła wysoka, niebieska szylkretowa kocica, której oczy były niezwykle ciemne. Otaczała ją swego rodzaju aura, która zmusiła rudego do najeżenia futerka wzdłuż kręgosłupa.
— Co tu robisz? Gdzie twoja matka? — zapytała, chociaż szybko pokręciła głową. Kocię zasyczało, gdy zbliżyła łeb do niego i machnął łapką z wysuniętymi pazurami w jej kierunku, żeby się odsunęła. Obca, o dziwo, zrobiła krok do tyłu i zmarszczyła nos. Obok niej wyrósł kolejny kot, wyglądał od niej inaczej, jednak również towarzyszyła mu intensywna, ziołowa woń, której maluch nie rozumiał. Dlaczego tak bardzo śmierdzieli?
— Czuję zwietrzały zapach samotnika — miauknęła ciemnooka.
Spojrzało na kocicę, po czym machnęło ogonem.
— Musimy zabrać go do obozu. Z pewnością został tu porzucony — powiedział stanowczo cętkowany, po czym podszedł powoli do kocurka.
Kocię zmarszczyło brwi, jednak prędko zrezygnował z takiego wyrazu. Skoro więcej nie zobaczy się z matką… może rozsądnie byłoby z nimi pójść. Sam nie pożyje długo, ponieważ nie nauczył się jeszcze polować. Jeśli te koty były takie wspaniałe i potężne, mógł dorastać w ich towarzystwie.
— Jak się nazywasz, mały? — miauknęło, oglądając kociaka. — Pójdziesz z nami?
— Nie mam imienia — powiedział stanowczo, usiłując w ten sposób ukryć strach, jaki rozrastał się niczym gałęzie drzew w jego serduszku. Zszedł niezgrabnie z korzenia, ustawiając się obok dwójki. — Pójdę.
Głupio byłoby odrzucać taką propozycję. Matka opowiadała mu nieco o klanach, aczkolwiek on nigdy nie słuchał na tyle, a szkoda. Nie sądził, że jego spotkanie z kotami z tych społeczności nastąpi tak szybko. Zresztą na mało co był przygotowany. Jako dwu księżycowy kociak nie zdążył odkryć nawet połowy rzeczy, które dla reszty kociąt z pewnością były już oczywiste.
Koperek kiwnęło głową, jakby pociesznie, a Cisowe Tchnienie nie wyglądała tak, jakby robiło jej to jakąkolwiek różnicę. Kocię ruszyło pierwsze, zupełnie w nie tę stronę, co trzeba. Koperek uśmiechnęło się lekko, rozbawione.
— Chodź, to w drugą stronę — mruknęło, przybliżywszy się do kociaka. — Nie wolisz, żebym cię poniosło? — zapytało i już schyliło łeb, czekając tylko na znak ze strony młodzieńca.
Maluch pokręcił głową. Nie sądził, żeby to było jakoś szczególnie daleko. W dodatku, jeśli teraz pokaże im, że jest wytrzymały, to może ewentualnie reszta, a w tym oni, będą spoglądać na niego jak na silnego kocura, którym był!
— Nie, dam radę — jego zdawkowe odpowiedzi nie były niczym nowym, nie rozgadywał się nigdy wcześniej jakoś szczególnie, więc zalewanie go pytaniami też nie zachęcało go jakoś nadto do wylewania z siebie niczym strumyczkiem informacji i rozbudowanej pogawędki.
— Jak tylko zaczną boleć cię łapy, to mi powiedz, dobrze? — usłyszał jeszcze, na co machnął lekko ogonem. Nie zaczną go boleć! Nie mogło być tak źle.
***
Łapy zaczęły boleć go szybciej, niż się spodziewał, jednak nie zamierzał się do tego przyznawać. Widać to było niestety po jego ruchach, coraz bardziej ociężałych. Położonych uszach i ogonie usilnie trzymanym w górze, choć z coraz większymi kłopotami. Roztargniony Koperek podniosło wreszcie kociaka, na co on westchnął z ulgą, szybko przymykając pysk, żeby przypadkiem nie pomyśleli sobie, że właśnie tego mu było trzeba.
Przed jego oczami zaczęły majaczyć gęsto rozłożone krzewy, napierające na siebie wręcz, a do nosa przylatywała coraz wyraźniej ta woń, z którą pierwszy raz miał do czynienia w miejscu, gdzie zostawiła go matka. Czy dotarli już do tego całego obozu? Przekroczyli tunel, a maluch nadal zwisał z pyska jednego z medyków.
Weszli do ciemnej nory. Kociak został odłożony do wygodnego, za dużego dla niego posłania. Usadowił się wygodnie, spoglądając w górę.
— Cisowe Tchnienie, powinniśmy go nazwać. Ty go znalazłaś, więc… ty go nazwij — polecił medyczce, na co ta spojrzała na niego, zmarszczyła brwi i po chwili przewróciła oczami.
— Szalej — miauknęła, niczym od niechcenia i odwróciła się, sięgnąwszy jakichś roślin. Zaczęła je przekładać, a Roztargniony Koperek kiwnęło głową.
Szalej. Właśnie tak miał się od dzisiaj nazywać. To ogromne miejsce, porośnięte dookoła przez krzewy oraz gruby las iglasty, miało od dziś stać się jego domem. To tutaj miał wracać po każdej ewentualnej przechadzce i nauczyć się życia w nowej, ogromnej społeczności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz