— I w nim była taka wieeeelka jaszczulka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem! — wyjaśniła. Potem podeszła do swojej matki, a ta dotknęła ją nosem w główkę.
— Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! — mruknęła czule Rohan.
— Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na dzewie, i szukałam kamyczków w wodzie! — zaczęła opowiadać, a w jej oczach zaiskrzyła duma.
Jednocześnie srebrzysta rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona uspokoiła ją wzrokiem.
— Pani córka jest naprawdę odważna! — mruknęła, na co Smok wypięła pierś i zadarła brodę.
Po chwili szylkretka spojrzała wprost na swoją matkę i wyszczerzyła ząbki.
— Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę — spytała, przechylając główkę.
— Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! — miauknęła Rohan, po czym machnęła ogonem i wróciła do kociarni.
Gdy zniknęła w wejściu do żłobka, odezwała się dymna:
— Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić?
Młódka przysiadła na ziemi, po czym podrapała się palcem po brodzie.
— Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… — odpowiedziała, mrużąc na moment ślepka. Po chwili jednak jej pyszczek rozjaśnił się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawiła się determinacja. — Hej, z całą pewnością zostanę wojownikiem! I to najsilniejszym, jakiego Owocowy Las kiedykolwiek widział! — stwierdziła z taką pewnością siebie, że równie dobrze jej słowa już mogłyby być prawdą.
— Och, naprawdę? W takim razie życzę ci powodzenia w osiągnięciu swojego celu! — odparła dymna, posyłając młodszej pokrzepiający uśmiech. — Może nawet kiedyś uda nam się pójść na wspólny trening! Co o tym myślisz, Smoku? — zapytała.
Jak to, co myśli? Oczywiście, że chętnie odbędzie z kimś szkolenie!
— Tak, tak! Pójdziemy na wspólny tlening i zobaczysz, że pokonam cię skinieniem palca! — zaśmiała się Smok, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Ale zanim to, pokonam jeszcze swojego blaciszka, bo mu to obiecałam! — dodała, przytakując głową z pełną powagą.
Wrona zachichotała na słowa malucha.
— To może odbędziemy trening w trójkę, jeśli mój i wasi przyszli mentorzy się na to zgodzą? Chciałabym zobaczyć, jak walczysz z bratem! — oznajmiła, zaciekawiona słowami Smoka.
Mała karpatka nie wahała się nawet przez chwilę. Od razu podskoczyła z radości i odparła:
— Tak, tak, tak! Pielścień spali się ze wstydu jak ze mną pzegla na twoich oczach!
Uczennica otworzyła pysk, by znów coś powiedzieć, jednak wtedy ze żłobka wychyliła pysk Rohan. Chyba już zaczynała się niecierpliwić.
Smok zauważyła jej oczekujące spojrzenie i natychmiast pognała w stronę kociarni, rzucając Wronie krótkie “do zobaczenia” na pożegnanie. Już nie mogła się doczekać, aż w końcu te wszystkie obietnice się spełnią!
Wreszcie! Wreszcie doczekała momentu, w którym została uczniem! Zostało jej przydzielone własne legowisko pośród gałęzi kasztanowca, a także otrzymała mentora. Kocur nazywał się Sajgon. Smok nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała, toteż nie miała pojęcia, co o nim sądzić. Miała tylko nadzieję, że ich współpraca okaże się owocna, gdyż nie zamierzała kisić się na randze ucznia aż do osiągnięcia wieku 25 księżyców! Co to, to nie! Zamierzała postarać się na tyle bardzo, by czarnofutry wojownik uznał, że jest gotowa do awansu już wtedy, gdy osiągnie wiek 10 księżyców! Chciała jako pierwsza z rodzeństwa opuścić legowisko uczniowskie, by potem móc się tym chwalić przy każdym kroku. Chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby Mordor lub Pierścień awansowali jako pierwsi po tym, jak przez cały czas zapewniała ich o swojej świetności.
Dzięki swoim ambicjom była niezwykle zaangażowana i obowiązkowa. Właśnie dlatego, gdy Sajgon przyszedł, by zabrać ją na trening, nawet się nie ociągała. Od razu zeszła z pnia, gotowa na to, by wyruszyć wraz z czarnofutrym poza azyl. Denerwował ją tylko fakt, że jako ostatnia rozpoczęła trening, podczas gdy inni uczniowie już dawno zostali zgarnięci przez swoich nauczycieli. Postanowiła mu to wytknąć.
— Hej, a czemu wychodzimy jako ostatni? — zagadnęła, gdy wraz z Sajgonem opuszczała obóz.
Ten zmierzył ją swoim poważnym wzrokiem, po czym odchrząknął i odparł:
— Dobrze, że pytasz. Lepiej, bym już od samego początku wyjaśnił ci kilka zasad, którymi się kieruję — stwierdził, patrząc wprost przed siebie.
Smok nastawiła uszu, zaintrygowana tym, co chciał jej przekazać mentor. Miała nadzieję, że będzie to coś mądrego, żeby mogła to potem zapamiętać i opowiadać rodzeństwu, jakby to ona sama to wymyśliła!
— Po pierwsze, nigdy nie uginam się pod presją czasu. Wykonuję swoje obowiązki wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy, kiedy ode mnie tego oczekują — oznajmił twardo, na co karpatka przytaknęła głową ze zrozumieniem. To, co mówił, miało sens. Po co przejmować się czasem, który był tylko jakimś wymysłem! W końcu nie można było go zobaczyć, więc czy tak naprawdę w ogóle istniał?
— A po dlugie? — spytała Smok, na co Sajgon w końcu łypnął na nią wzrokiem.
— Dlugie? — powtórzył po niej, nieco zdziwiony. Przyglądał jej się jeszcze tak przez chwilę, jakby analizował coś w myślach. Dopiero po chwili odchrząknął i znów przybrał kamienny wyraz pyska, powracając do obserwowania rysujących się przed jego nosem terenów. — Tak, po drugie… Musisz wiedzieć, że nie toleruję kłamstwa pod żadną postacią. Nie cierpię też oszustów, więc radzę ci nie próbować mnie oszukiwać, albo marnie się to dla ciebie skończy. Uwierz mi, że wyczuję kłamstwo z dziesięciu długości drzewa! — mruknął.
Te słowa nie spodobały się młodej karpatce. Ona nie widziała w kłamstwie nic złego! W końcu nic się nikomu nie stanie, jeśli wymyśli sobie historyjkę o walce z borsukiem i każdemu o niej zacznie mówić! Dlaczego ktoś miałby nienawidzić kłamstewek, nawet tych niewinnych?
— Aha… — burknęła w odpowiedzi na drugie przykazanie Sajgonu.
— Co “aha”? Czy coś ci się nie podoba? — fuknął czarnofutry. Jednocześnie żaden pojedynczy mięsień jego pyska nie drgnął, więc trudno było wyczytać, czy ma wobec Smoka jakiś wyrzut, czy pyta naprawdę.
— Nie, skądże — odparła krótko, po czym westchnęła ciężko, jednak niczego nie dopowiedziała. Jej reakcję można było uznać za wymowną…
— Przecież widzę, że coś ci nie pasuje. Czyżbyś lubiła kłamać? — drążył Sajgon, na co karpatka pokręciła głową.
— A ja pzecież mówię, że wszystko jest w poządku! — oburzyła się, strosząc futro na karku.
Sajgon nie zrobił na Smoku dobrego pierwszego wrażenia, ale młódka miała nadzieję, że z czasem czarnofutry ogarnie się i wyciągnie tego kija z zadka. Wtedy na pewno ich treningi zaczną przebiegać znacznie przyjemniej. Nie będą się musieli wadzić o jakieś drobnostki. Bo jak inaczej nazwać niewielkie kłamstwa? Przecież były na tyle błahe, że wypruwanie sobie z ich powodu żył było po prostu marnotrawstwem energii i czasu. Ale skoro Sajgon tak bardzo chciał stać przy swojej narracji, w takim razie proszę bardzo. Byle się tylko nie zdziwił, jak kiedyś zostanie zgorzkniałym staruszkiem bez przyjaciół.
Szylkretka tak była sfrustrowana drugą zasadą Sajgonu, że musiała się pójść wyżalić Wronie. Prędko odnalazła dymną i jej legowisko na kasztanowcu. Znajdowało się nieco wyżej, ponieważ kotka szkoliła się na zwiadowcę i musiała potrafić umiejętnie poruszać się na wysokościach.
— Wlono! Wlono, zejdź na dół! — krzyknęła Smok, stojąc pod drzewem.
Kotka o oklapniętych uszach prędko zsunęła się po pniu na ziemię, stając przed szylkretową uczennicą.
— Tak? Chciałaś o czymś porozmawiać? — spytała od razu, po czym uśmiechnęła się do młodszej. — Poza tym gratuluję awansu! Faktycznie zostałaś wojownikiem i wierzę, że teraz uda ci się zostać najlepszym kotem na tej randze!
Smok w głębi duszy ucieszyła się na pokrzepiające słowa koleżanki, jednak w rzeczywistości przewróciła tylko oczami.
— Mniejsza o to… — westchnęła, zmieniając temat. — Dostałam mentola, nazywa się Sajgon. Ma stlaszny kij w tyłku! Powiedział mi, że nie toleluje kłamstw w żadnej postaci, a ja uważam, że to gluba pzesada! — oburzyła się, smagając ogonem powietrze.
— Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! — mruknęła czule Rohan.
— Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na dzewie, i szukałam kamyczków w wodzie! — zaczęła opowiadać, a w jej oczach zaiskrzyła duma.
Jednocześnie srebrzysta rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona uspokoiła ją wzrokiem.
— Pani córka jest naprawdę odważna! — mruknęła, na co Smok wypięła pierś i zadarła brodę.
Po chwili szylkretka spojrzała wprost na swoją matkę i wyszczerzyła ząbki.
— Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę — spytała, przechylając główkę.
— Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! — miauknęła Rohan, po czym machnęła ogonem i wróciła do kociarni.
Gdy zniknęła w wejściu do żłobka, odezwała się dymna:
— Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić?
Młódka przysiadła na ziemi, po czym podrapała się palcem po brodzie.
— Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… — odpowiedziała, mrużąc na moment ślepka. Po chwili jednak jej pyszczek rozjaśnił się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawiła się determinacja. — Hej, z całą pewnością zostanę wojownikiem! I to najsilniejszym, jakiego Owocowy Las kiedykolwiek widział! — stwierdziła z taką pewnością siebie, że równie dobrze jej słowa już mogłyby być prawdą.
— Och, naprawdę? W takim razie życzę ci powodzenia w osiągnięciu swojego celu! — odparła dymna, posyłając młodszej pokrzepiający uśmiech. — Może nawet kiedyś uda nam się pójść na wspólny trening! Co o tym myślisz, Smoku? — zapytała.
Jak to, co myśli? Oczywiście, że chętnie odbędzie z kimś szkolenie!
— Tak, tak! Pójdziemy na wspólny tlening i zobaczysz, że pokonam cię skinieniem palca! — zaśmiała się Smok, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Ale zanim to, pokonam jeszcze swojego blaciszka, bo mu to obiecałam! — dodała, przytakując głową z pełną powagą.
Wrona zachichotała na słowa malucha.
— To może odbędziemy trening w trójkę, jeśli mój i wasi przyszli mentorzy się na to zgodzą? Chciałabym zobaczyć, jak walczysz z bratem! — oznajmiła, zaciekawiona słowami Smoka.
Mała karpatka nie wahała się nawet przez chwilę. Od razu podskoczyła z radości i odparła:
— Tak, tak, tak! Pielścień spali się ze wstydu jak ze mną pzegla na twoich oczach!
Uczennica otworzyła pysk, by znów coś powiedzieć, jednak wtedy ze żłobka wychyliła pysk Rohan. Chyba już zaczynała się niecierpliwić.
Smok zauważyła jej oczekujące spojrzenie i natychmiast pognała w stronę kociarni, rzucając Wronie krótkie “do zobaczenia” na pożegnanie. Już nie mogła się doczekać, aż w końcu te wszystkie obietnice się spełnią!
* * *
Dzięki swoim ambicjom była niezwykle zaangażowana i obowiązkowa. Właśnie dlatego, gdy Sajgon przyszedł, by zabrać ją na trening, nawet się nie ociągała. Od razu zeszła z pnia, gotowa na to, by wyruszyć wraz z czarnofutrym poza azyl. Denerwował ją tylko fakt, że jako ostatnia rozpoczęła trening, podczas gdy inni uczniowie już dawno zostali zgarnięci przez swoich nauczycieli. Postanowiła mu to wytknąć.
— Hej, a czemu wychodzimy jako ostatni? — zagadnęła, gdy wraz z Sajgonem opuszczała obóz.
Ten zmierzył ją swoim poważnym wzrokiem, po czym odchrząknął i odparł:
— Dobrze, że pytasz. Lepiej, bym już od samego początku wyjaśnił ci kilka zasad, którymi się kieruję — stwierdził, patrząc wprost przed siebie.
Smok nastawiła uszu, zaintrygowana tym, co chciał jej przekazać mentor. Miała nadzieję, że będzie to coś mądrego, żeby mogła to potem zapamiętać i opowiadać rodzeństwu, jakby to ona sama to wymyśliła!
— Po pierwsze, nigdy nie uginam się pod presją czasu. Wykonuję swoje obowiązki wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy, kiedy ode mnie tego oczekują — oznajmił twardo, na co karpatka przytaknęła głową ze zrozumieniem. To, co mówił, miało sens. Po co przejmować się czasem, który był tylko jakimś wymysłem! W końcu nie można było go zobaczyć, więc czy tak naprawdę w ogóle istniał?
— A po dlugie? — spytała Smok, na co Sajgon w końcu łypnął na nią wzrokiem.
— Dlugie? — powtórzył po niej, nieco zdziwiony. Przyglądał jej się jeszcze tak przez chwilę, jakby analizował coś w myślach. Dopiero po chwili odchrząknął i znów przybrał kamienny wyraz pyska, powracając do obserwowania rysujących się przed jego nosem terenów. — Tak, po drugie… Musisz wiedzieć, że nie toleruję kłamstwa pod żadną postacią. Nie cierpię też oszustów, więc radzę ci nie próbować mnie oszukiwać, albo marnie się to dla ciebie skończy. Uwierz mi, że wyczuję kłamstwo z dziesięciu długości drzewa! — mruknął.
Te słowa nie spodobały się młodej karpatce. Ona nie widziała w kłamstwie nic złego! W końcu nic się nikomu nie stanie, jeśli wymyśli sobie historyjkę o walce z borsukiem i każdemu o niej zacznie mówić! Dlaczego ktoś miałby nienawidzić kłamstewek, nawet tych niewinnych?
— Aha… — burknęła w odpowiedzi na drugie przykazanie Sajgonu.
— Co “aha”? Czy coś ci się nie podoba? — fuknął czarnofutry. Jednocześnie żaden pojedynczy mięsień jego pyska nie drgnął, więc trudno było wyczytać, czy ma wobec Smoka jakiś wyrzut, czy pyta naprawdę.
— Nie, skądże — odparła krótko, po czym westchnęła ciężko, jednak niczego nie dopowiedziała. Jej reakcję można było uznać za wymowną…
— Przecież widzę, że coś ci nie pasuje. Czyżbyś lubiła kłamać? — drążył Sajgon, na co karpatka pokręciła głową.
— A ja pzecież mówię, że wszystko jest w poządku! — oburzyła się, strosząc futro na karku.
* * *
Szylkretka tak była sfrustrowana drugą zasadą Sajgonu, że musiała się pójść wyżalić Wronie. Prędko odnalazła dymną i jej legowisko na kasztanowcu. Znajdowało się nieco wyżej, ponieważ kotka szkoliła się na zwiadowcę i musiała potrafić umiejętnie poruszać się na wysokościach.
— Wlono! Wlono, zejdź na dół! — krzyknęła Smok, stojąc pod drzewem.
Kotka o oklapniętych uszach prędko zsunęła się po pniu na ziemię, stając przed szylkretową uczennicą.
— Tak? Chciałaś o czymś porozmawiać? — spytała od razu, po czym uśmiechnęła się do młodszej. — Poza tym gratuluję awansu! Faktycznie zostałaś wojownikiem i wierzę, że teraz uda ci się zostać najlepszym kotem na tej randze!
Smok w głębi duszy ucieszyła się na pokrzepiające słowa koleżanki, jednak w rzeczywistości przewróciła tylko oczami.
— Mniejsza o to… — westchnęła, zmieniając temat. — Dostałam mentola, nazywa się Sajgon. Ma stlaszny kij w tyłku! Powiedział mi, że nie toleluje kłamstw w żadnej postaci, a ja uważam, że to gluba pzesada! — oburzyła się, smagając ogonem powietrze.
<Wlono? A ty co o tym sądzisz?>
[1250 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz