Księżycowa Łapa przeciągnął się lekko, słysząc głos swojej mentorki. Podrapał się za uchem, a jeden z pędzelków zaplątał mu się odrobinę koło łapy. Fuknął cicho i machnął głową, niechcący uderzając siedzącego obok innego ucznia, który wyglądał na co najmniej oburzonego. Księżycek przeprosił, a następnie szybko uciekł do Kocimiętkowego Wiru.
— Dziś idziemy aż na tereny Opuszczonego Obozowiska — mruknęła kotka, strzepując uchem.
Biały kocurek kiwnął lekko głową, przebierając łapką w ziemi.
Niebieskooki szedł za mistrzynią, najszybciej jak potrafił, ale i tak zdarzało mu się potknąć o jakiś korzeń czy inne roślinki. Gdy byli już w pobliżu Opuszczonego Obozowiska, oboje zmarszczyli brwi.
— Co to? Jest strasznie głośne. Ciekawe co będzie, jak podejdziemy bliżej? — zapytał uczeń.
— Nie jestem pewna czy to dobry pomysł — odparła kotka, nieprzekonana machając odrobinę nerwowo ogonem.
— Chcę zobaczyć co to — mruknął cicho Księżycek z lekko zmrużonymi oczami.
— Idziesz zaraz za mną, jasne? Tam musi być niebezpiecznie — westchnęła kotka.
W końcu i tak musiała sprawdzić teren. Przepłynęli przez rzekę, a wtedy okazało się, że ta i tak wygłuszała dźwięki za nią. Podeszli bliżej, a przed ich oczami ukazał się przerażający krajobraz. Niektóre z drzew za rzeką leżały ścięte na ściółce leśnej. Inne z kolei posiadały już tylko swój kawałek. A obok nich jeszcze bardziej straszne potwory. Księżycowa Łapa schował się szybko za Kocimiętkowym Wirem. Po chwili dwunożni powychodzili ze swoich hałaśliwych puszek i ruszyli gdzieś na bok, prawdopodobnie robiąc sobie przerwę. Księżycek widząc to, odszedł kawałek od mentorki, szukając czegoś interesującego. Szedł tak chwilę, dopóki nie zobaczył jakiegoś futra pod jednym z obalonych drzew. Najpierw wydawało się mu, że być może było to jakieś inne zwierzę, ale gdy podszedł nieco bliżej, poznał szylkretowe futro jednej z wojowniczek Klanu Wilka. Biały zjeżył się lekko i szybko podbiegł do rudej kotki.
— Gdzie ty… — zaczęła kotka, ale widząc wystraszony pysk ucznia, zmarszczyła brwi.
— A…Aa… Pani Wirek — zaczął z drżącym głosem. — Tam — szepnął, wskazując na przygniecione ciało. — Tam jest…kotka. Pani mentorko tam chyba jest Barczatkowy Świt. Ona…chyba nie żyje — zawył żałośnie, a kotka ruszyła we wskazaną przez ucznia stronę.
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.
<Pani mentorko?>
[354 słowa]
[7%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz