— Mirtowe Lśnienie — szepnęła do niego Pchełkowy Skok. — Mogę z tobą porozmawiać… na osobności?
Jego wargi uniosły się lekko w uprzejmym, powściągliwym uśmiechu, lecz powstrzymał się od komentarza. Skinął krótko głową i ruszył w stronę wyjścia, krocząc cicho i pewnie. W myślach zastanawiał się, co Pchełka chce mu przekazać — i czy okaże się to równie użyteczne, co interesujące.
“Co takiego Pchełkowy Skok chce mi przekazać?”
— Niezłą mamy dziś pogodę, huh? — mruknął w końcu, gdy znaleźli się już poza kamiennym łukiem wejścia do obozowiska, gdzie echo rozmów klanu zdawało się rozpływać w ciepłym powietrzu.
Dzień był niezwykle jasny — niemal przesadnie spokojny. Słońce, zawieszone wysoko na błękitnym sklepieniu nieba, rozlewało swoje złote promienie po kamiennych ścianach obozu, które zazwyczaj emanowały surowym chłodem. Dziś jednak nawet one zdawały się ogrzane, jakby przyroda na chwilę zapomniała o nieustannej surowości życia w klanie.
Trawy, wysokie i ciężkie od letniego ciepła, falowały powoli pod łagodnym podmuchem wiatru, który niósł ze sobą zapach wilgotnej ziemi i żywicy. Gdzieś w oddali odezwała się mewa, a jej przeciągły krzyk przeciął powietrze niczym cienkie ostrze, po czym znów zapadła cisza.
Szli jeszcze chwilę, aż wreszcie zatrzymali się pod gęstą koroną sosen i świerków. Tam powietrze było chłodniejsze, cięższe od aromatu żywicy oraz wilgotnej kory, która nasiąkła nocną rosą.
Rudy wojownik zatrzymał, po czym powoli uniósł głowę i skierował na Pchełkowy Skok długie, przenikliwe spojrzenie bursztynowych oczu, w których czaiła się chłodna, niemal drapieżna uważność. Jego wzrok przesuwał się po sylwetce szylkretowej wojowniczki z metodyczną dokładnością, jakby próbował odczytać z jej postawy więcej, niż mogły zdradzić wypowiedziane słowa.
Nietrudno było zauważyć w jej spojrzeniu drobną iskierkę napięcia — delikatne drżenie wąsików, niepewny ruch łapy, zbyt szybki oddech zdradzały, że coś w niej kotłowało się pod powierzchnią pozornej opanowanej postawy. Czy była to ekscytacja, która rozgrzewała jej myśli niczym płomień podsycany wiatrem, czy raczej nerwowość wynikająca z ciężaru sekretu, jaki niosła ze sobą?
Mirtowe Lśnienie przyjrzał się jej jeszcze przez krótką chwilę, oceniając ją w milczeniu, prędko odciągnął jednak od niej wzrok. Rzeczywistość była bowiem dość prosta — cokolwiek teraz czuła, czy było to napięcie, duma, czy też strach, nie miało dla niego większego znaczenia. O wiele ważniejsze było to, jakie słowa za chwilę opuszczą jej pysk i czy okażą się dla niego przydatne.
— Ja… Znalazłam trzeciego kota do pomocy… — Niebieska kotka zniżyła głos do szeptu. — To Pietruszkowa Błyskawica. Przedstawiłam jej po krótce plan, jaki chcemy wykonać, więc już wie co i jak. Pozostaje tylko... dogadać szczegóły.
Uszy Mirtowego Lśnienia zastrzygły lekko, gdy słowa Pchełkowego Skoku wreszcie zostały wyrzucone w wir powietrza. Przez krótką chwilę nie odpowiedział. Zamiast tego trwał w milczeniu, pozwalając, by cisza powoli wypełniła przestrzeń między nimi.
Nowa wojowniczka sama w sobie nie była przecież niczym niezwykłym. W gruncie rzeczy każdy kot mógłby stać się „trzecim”, jeśli tylko byłby gotów stanąć po właściwej stronie konfliktu. Sam fakt znalezienia pomocnika nie robił więc na nim większego wrażenia. Znacznie bardziej przykuła jego uwagę inna część wypowiedzi — ta krótka, pozornie niewinna wzmianka o tym, że plan został już komuś przedstawiony.
“Przedstawiłam jej plan.”
Końcówka jego ogona poruszyła się powoli po ziemi, muskając miękką warstwę igliwia i zostawiając w niej ledwie widoczny ślad. W jego głowie zaczęły pojawiać się pytania, jedno po drugim, ciche, lecz natrętne jak krople wody spadające z gałęzi po nocnym deszczu.
Jak wiele wiedziała Pietruszkowa Błyskawica?
Czy Pchełkowy Skok zdradziła jedynie zarys ich zamiarów, czy może — kierowana zbyt łatwą ufnością — pozwoliła, by z jej pyska wymknęło się znacznie więcej?
Uniósł na rozmówczynię spojrzenie, które na pierwszy rzut oka wydawało się spokojne, niemal życzliwe.
— Cieszę się, że znalazłaś kogoś, kto byłby w stanie nam pomóc — odezwał się łagodnym tonem. — W tych czasach każdy kot gotów działać dla dobra Klanu Klifu jest na wagę złota. Twoja inicjatywa naprawdę zasługuje na pochwałę.
Zrobił krótką pauzę, jakby pozwalając jej przyjąć te słowa.
— Powiedz mi jednak… — dodał po chwili, lekko przechylając głowę — jak wiele wyjawiłaś Pietruszkowej Błyskawicy?
Oczy Pchełkowego Skoku rozbłysły, gdy tylko do jej uszu dotarły słowa pochwały.
— Powiedziałam jej, że chcemy chcemy zatrzymać Jaskółkę, by nie odbierała żyć i nie mogła zająć miejsca Judaszowcowej Gwiazdy. — Wyjaśniła potulnie. — I wspomniałam, że chciałabym... b-byś to Ty został L-Liderem.
Jego wąsy drgnęły lekko, gdy przetrawił jej odpowiedź. Przez moment wyglądał, jakby zwyczajnie nad tym rozmyślał, choć w rzeczywistości ważył każdą możliwość — każde słowo, które mogło paść wcześniej między nią a Pietruszkową Błyskawicą.
— Cieszę się, że wyjawiłaś jej już jakieś szczegóły — odezwał się spokojnie. Ton miał niemal aprobujący, jakby mówił do kogoś, kto dobrze wykonał swoją część zadania.
Jego ogon powoli przesunął się po ziemi.
— Ujawniłaś jej, że jestem w to zamieszany? — zapytał po chwili, unosząc lekko głowę.
Kotka zastrzygła uszami. Kiwnęła głową na jego pytanie.
— Tak. — Miauknęła. Niebieska pogrzebała łapą w ziemi. — Tylko ona... m-mówiła, że wolałaby, by to m-medycy wybrali Przywódcę. Żeby zostawić tę decyzję Przodkom...
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
— Aha... I Pietruszka powiedziała, ż-że nie pomoże nam, jeśli będziemy chcieli z-zabić Jaskółkę. O-Ona by chciała ją wygnać.
Jego źrenice rozszerzyły się wyraźnie, a końcówka ogona zaczęła nerwowo drgać.
Czy Pchełkowy Skok naprawdę postanowiła wyjawić tej kotce niemal cały ich plan, nie zastanawiając się nawet nad konsekwencjami? Pietruszkowa Błyskawica wiedziała zbyt wiele, a kot, który wiedział zbyt wiele, zawsze był albo mógł stać się problemem. Nie mógł przecież po prostu przystać na jej warunki — oznaczałoby to oddanie kontroli komuś, kto nie należał do jego gry. A jednak, jeśli naprawdę była gotowa stanąć przeciwko Jaskółce, odrzucenie jej mogło okazać się zwykłym marnotrawstwem.
Końcówka jego ogona powoli przestała drgać, gdy w jego głowie zaczęła formować się znacznie wygodniejsza możliwość.
— Myślę, że Pietruszka z całą pewnością będzie idealnym trzecim kotem — mruknął w końcu spokojnie, choć w jego słowach nie było ani odrobiny szczerości. — A co do jej warunków… sądzę, że jestem w stanie na nie przystać.
„Co teraz zrobisz, Mirtowe Lśnienie?” — przemknęło mu przez myśl. Ta kotka mogła przecież go wydać, a wtedy jego plan mógłby runąć, zanim jeszcze naprawdę się rozpocznie — a on nigdy nie sięgnąłby po to, czego pragnął najbardziej. Po władzę.
Jeśli jednak Pietruszkowa Błyskawica naprawdę wyzwie Jaskółkę na pojedynek, wszystko może potoczyć się dokładnie tak, jak powinno. A potem… wystarczy już tylko jeden właściwy ruch. Bo gdy Jaskółka przestanie stanowić problem, nic nie będzie stało na przeszkodzie, by pozbyć się również Pietruszkowej Błyskawicy...
Tak. Zabije tą wojowniczkę zaraz po tym, jak zabije Jaskółkę. A jeśli ktoś jeszcze odważy się stanąć mu na drodze — jeśli jakikolwiek kot postanowi wtrącić się w sprawy, które go nie dotyczą — pozbędzie się też i go. Myśl ta była w nim dziwnie spokojna, niemal uporządkowana, jakby stanowiła naturalny element większego planu, który od dawna dojrzewał w jego umyśle.
Bo przecież prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym żaden kot nie będzie już dla niego przeszkodą. Dzień, w którym wszystkie głosy sprzeciwu ucichną, a w Klanie Klifu pozostaną jedynie wojownicy doskonali — lojalni, zdyscyplinowani, posłuszni rozkazom swojego przywódcy tak bezwarunkowo, jak las poddaje się rytmowi pór roku. Wojownicy, którzy nie będą kwestionować jego decyzji, nie będą podważać jego wizji, nie będą próbować zatrzymywać go na drodze, którą sam uznał za właściwą.
I wiedział…
Nie — był niemal pewien, że Klan Gwiazdy będzie go wspierał.
Przodkowie, którzy z wysokości srebrzystego nieba obserwowali losy żywych kotów, z pewnością dostrzegą w nim siłę, której potrzebuje klan, dostrzegą determinację zdolną poprowadzić go ku wielkości. Będą wskazywać mu drogę, prowadzić jego kroki przez mrok i niepewność, aż wreszcie doprowadzą go dokładnie tam, gdzie od powinien się znaleźć. Na szczyt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz