Teraz było źle. Bardzo źle.
Całą trójkę, która była wtedy pochłonięta jeszcze w głębokim śnie, obudził przed świtem atak okropnego kasłania. Gąbczasta Perła była pierwszą, która dobiegła do boku chorego i próbowała namówić go do wyssania wody z mchu, który ułożyła wieczorem przy boku legowiska. Najpewniej pomogłoby to, chociaż trochę, gdyby nie fakt, że wojownik ledwo umiał się ruszać. Był wyczerpany walką z zielonym kaszlem, walką z napadami kaszlu i ciągłymi drgawkami i gorączką. Klekocząca Łapa, który co prawda za wujem nie przepadał, nie mógł patrzeć na te wychudzoną i zmarnowaną sylwetkę, która jeszcze tak niedawno była pokaźna i górująca nad innymi kotami. Był niczym cień dawnego siebie. Załzawione oczy wpatrywały się w sylwetki medyczek i ucznia. Kocurek miał wrażenie, jakby patrzył w ślepia kociaka, a nie dorosłego kocura.
— Klekocząca Łapo, biegnij po kocimiętke, już! — wrzasnęła Gąbka, próbując uspokoić księcia. Terminator niemal nie wywrócił się o własne łapy, kiedy próbował w miejscu okręcić swoje ciało. Wyskoczył i pognał do składziku, gdzie wręcz mechanicznie złapał przyjemnie pachnące liście. Był tak zestresowany, że nie miał nawet chwili, aby zachłysnąć się odurzającym aromatem. Między susami mignęła mu postać Różanej Woni, która musiała również pognać po inne medykamenty.
Wpadł z powrotem i rzucił zawiniątko pod dymne łapy. Asystentka nie marnowała czasu i od razu podsunęła ją prosto pod pręgowany pysk, niemal nie wciskając zioła prosto do niego.
— Zjedz to, zjedz, bo zaraz spotkasz się ze Sroczą Gwiazdą — wycedziła Gąbczasta Perła przez zęby.
Klekotek zrobił kilka kroków do tyłu. Serce waliło mu w piersi. Miał wrażenie, że wszystko dzieje się tak szybko, a jednocześnie jest rozciągnięte w nieskończoność. Bał się. Faktycznie, szczerze się bał. Nie chciał być blisko wuja, który mimo zjedzenia sporej dawki kocimiętki i widocznej poprawy, wciąż charczał, a po grzbiecie przechodziły mu gorączkowe dreszcz. Miał wrażenie, że powietrze w pomieszczeniu jest brudne i gęste. Miał wrażenie, że on też zaraz zachoruję i umrze w męczarniach. Chciał uciec. Chciał odejść jak najdalej. Zdał sobie sprawę, że prócz przerażenia jedyne co czuje, to nie strach o to, że kocur umrze, a jego rodzina będzie zdruzgotana, a bardziej obrzydzenie, które kierował całkowicie w stronę sapiącego, walczącego ze śmiercią pointa. Nie zauważył nawet, że Róża krzyczy do niego. Dopiero kiedy uderzyła go łapą w nos, ocknął się i odwrócił w jej kierunku. Była wściekła.
— Czemu tu stoisz! Biegnij po świeży mech. Ile razy mamy do ciebie mówić, Klekocząca Łapo?! — Po tych słowach przypadła do boku księcia, ignorując kompletnie młodszego. Białasek wybiegł z izolatki niczym jastrząb, łapczywie pochłaniając świeże, nieskażone powietrze poranku. Obóz był jeszcze pusty, ledwo dotykały go promienie światła. Złapał kraniec mchu, który leżał przy wyjściu. Słyszał, jak kasłanie Szałwiowego Serca staje się cichsze i mniej gryzące. Odetchnął przez zaciśnięte na mchu zęby. Rozluźnił napięty grzbiet i skierował się w kierunku rzeki. Długo jeszcze jednak zajęło, aby wyrzucił z głowy obraz choroby, która szargała ciałem kocura.
Wyleczeni: Szałwiowe Serce
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz