Zgromadzenie
Zalotna Gwiazda odczekała, aż przy wyjściu zbiorą się wszystkie koty, po czym bez słowa wyprowadziła je z obozu i ruszyła ku Bursztynowej Wyspie. Na miejsce dotarli jako drudzy. Szylkretka bez wahania wskoczyła na skałę i rozsiadła się obok srebrnej kocicy. Skinęła jej głową na powitanie.
— Dobry wieczór, Mandarynkowa Gwiazdo.
Pręgowana przywódczyni obróciła ku niej głowę.
— Dzień dobry, chyba się wcześniej nie spotkałyśmy — zauważyła, na co Zalotka uśmiechnęła się nieznacznie.
— Masz rację. Jestem Zalotna Gwiazda, nowa przywódczyni Klanu Wilka — oznajmiła, prostując się dumnie. W końcu nie każdy miał zaszczyt osiągnąć tak wiele.
Mandarynka skinęła głową.
— Jak się mają sprawy w waszym klanie? — zapytała spokojnie.
— Bardzo dobrze. Będzie co ogłaszać, gdy przyjdzie czas na przemowy — odparła szylkretka, wciąż się uśmiechając. Miała tylko nadzieję, że żaden Wilczak nie zrobi tej nocy niczego głupiego, by zepsuć jej humor. — A jak u was?
Srebrna zamilkła na moment, po czym odparła niemal bez emocji:
— Nie jest źle. Nie jest też dobrze.
Zalotna Gwiazda uniosła jedną z brwi do góry.
— A czemuż to? Czy wydarzyło się u was coś przykrego? — zapytała. Właściwie mieli ze sobą sojusz, więc wypadałoby wiedzieć, czy Klan Nocy jakoś sobie radzi. — W razie czego pamiętaj, że możesz zwrócić się do Klanu Wilka o pomocną łapę — zapewniła ją jeszcze.
— Klan Nocy nie potrzebuje pomocy. Potrafimy rozwiązać swoje własne problemy — mruknęła pręgowana, wciąż tym samym, poważnym tonem.
— Rozumiem, ale w końcu od czegoś są sojusznicy — wyjaśniła spokojnie, po czym ciaśniej owinęła ogon wokół łap. — Widzę, że dziś na zgromadzeniu całkiem sporo Nocniaków — zmieniła temat, omiatając Bursztynową Wyspę wzrokiem.
Na jej słowa Mandarynkowa Gwiazda nieznacznie wypięła pierś.
— Owszem. Klanu Nocy nie brakuje członków — pochwaliła się.
— To świetnie. Nam też.
Potem na moment zapanowała cisza, dopóki srebrna nie postanowiła jej przerwać:
— Co się stało z Nikłą Gwiazdą? Jeśli mogę wiedzieć.
Wtedy Zalotka zdała sobie sprawę z tego, że w sumie nie wymyśliła, jaką bujdę powinna wcisnąć innym klanom. Nie powie im przecież, że własnołapnie zamordowała poprzedniego lidera.
— Cóż, nie oszukujmy się, był już w podeszłym wieku. Pewnego dnia znaleźliśmy go martwego w swoim posłaniu. Odszedł spokojnie do Klanu Gwiazdy i pewnie obserwuje mnie teraz z góry. Nie ma się jednak o co martwić, los Klanu Wilka jest w dobrych łapach — odparła po jakimś czasie, nie dając po sobie poznać, że kłamie.
— Rozumiem. — Znów kocice zaprzestały rozmowy na kilka uderzeń serca. — A czy myślałaś może o wzmocnieniu naszego sojuszu?
Szylkretka westchnęła.
— Miałam... kilka spraw do nadrobienia. Przez ostatnie księżyce, Nikła Gwiazda zaniedbał nieco swoje obowiązki, choć nie winię go za to — mruknęła, wiedząc dobrze, że w rzeczywistości między innymi właśnie jego słabość i niezdolność do kierowania klanem były powodem morderstwa. — Nie myślałam nad wzmocnieniem sojuszu, ale jestem skłonna do zmiany.
— Masz konkretnego kota na myśli? — Mandarynka odparła bez wahania.
Pytanie srebrnej nieco zbiło szylkretkę z tropu. Chodziło jej o... miot sojuszniczy, tak?
— Jeśli mówisz o zorganizowaniu miotu, to... mam w klanie kilku zaufanych członków.
— Na przykład?
Zamyśliła się na moment.
— Jeśli chodzi o kocury... są to Krucze Pióro, Pustułkowy Szpon, Cienista Zjawa... A co do kotek, uważam, że Tropiąca Łaska czy Kocimiętkowy Wir byłyby dobrymi matkami. Jest też Pszczeli Rój, biologicznie to kotka, ale... uważa się za kocura. Jest moim dawnym uczniem, dobrze go znam — zaczęła wymieniać. — A jak wygląda sytuacja u ciebie?
Mandarynka spuściła wzrok na łapy, jakby się nad czymś zastanawiała.
— Musiałoby być to któreś z moich dzieci, Błękitna Laguna, Czyhająca Murena lub Pierzasta Kołysanka.
— Ile mają księżyców? — zapytała Zalotka, jakby ich rozmowa była najnormalniejszą rzeczą na świecie. Jakby nie rozmawiały właśnie o potencjalnych losach dwóch, niewinnych kotów.
— Około sześćdziesięciu.
Szylkretka skinęła głową, po czym podrapała się pazurem po brodzie.
— Hm... Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon to bracia. Mają trochę poniżej pięćdziesięciu księżyców. Cienista Zjawa ma natomiast nieco więcej niż dwadzieścia. Kocimiętka jest w podobnym wieku co do niego i Tropiącej Łaski. A Pszczeli Rój... ma około czterdziestu księżyców — oznajmiła spokojnie.
Pręgowana wydała z siebie ciche “mhm”, oznajmiając Zalotnej Gwieździe, że przyjęła jej słowa do wiadomości.
— Masz może jeszcze jakiś inny pomysł na wzmocnienie relacji między naszymi klanami?
Brązowooka rzuciła wzrokiem w stronę Judaszowcowej Gwiazdy, po czym prześlizgnęła nim po Króliczej Gwieździe.
— Cóż, nie ukrywam, że byłoby wybornie, gdybyśmy dzielili wspólną granicę... — oznajmiła, wciąż wpatrując się w dwóch liderów, których klany oddzielały Klan Wilka od Klanu Nocy. — Nie sądzę jednak, że jest to możliwe do wykonania pokojowo. Szkoda.
Wtedy, gdy Mandarynkowa Gwiazda milczała, szylkretka dosłyszała czyjeś szepty, dobiegające zza jej pleców. Odwróciła głowę po to, by niespodziewanie dostrzec... dwa kociaki! Co one tu na Mrocznych Przodków robiły!
* * *
Było dosyć wcześnie rano, a brązowooka jeszcze nie miała czasu uporządkować swojego futra. Podniosła się na łapy i zrobiła kółko po swojej norze, by rozprostować kończyny, po czym przysiadła obok dymnej kocicy.
— Co za piękny dziś dzień, prawda, Wrotyczowa Szramo? — mruknęła, uśmiechając się prześmiewczo.
Wojowniczka skinęła jedynie głową.
Zalotna Gwiazda zaczęła jeździć językiem po swoim futrze, aż natknęła się na coś podejrzanego. Zaprzestała czyszczenia okrycia i przyjrzała mu się uważniej – gdzieś między kosmykami jej futra siedział brzydki, napęczniały pasożyt. Kleszcz. Kotka skrzywiła się nieco, uderzając końcówką ogona o ziemię.
— Paskudne pasożyty — fuknęła, kręcąc powoli głową.
Podniosła się z miejsca i bez słowa opuściła swoje legowisko, kierując się w stronę lecznicy. Dawniej odwiedziny w tym miejscu wydawały jej się niekomfortowe ze względu na surową Cisowe Tchnienie, ale teraz czuła, że nikt nie może jej już podskoczyć.
Weszła pewnie do środka, napawając się zapachem ziół, który tak dobrze znała z dzieciństwa. Gdy się rozejrzała, kątem oka dostrzegła, że Roztargniony Koperek zajmowało się teraz Makową Iluzją. Ledwo co została wojowniczką, a już chorowała? Zdecydowanie była słabym ogniwem Klanu Wilka, ale lepszy rydz niż nic.
— Widzę, że praca wre — skomentowała, siadając przed niebieską szylkretką. — W mojej skórze zagnieździł się jakiś parszywy pasożyt — oznajmiła, nosem wskazując na kleszcza.
Cisowe Tchnienie skinęła w jej stronę głową i odeszła, zapewne po to, by wyjąć ze składzika kulkę mchu nasączoną mysią żółcią. Po chwili medyczka przyłożyła ją do miejsca wskazanego przez Zalotkę, a kleszcz odpadł. Liderka odetchnęła z ulgą.
— Dziękuję, Cisowe Tchnienie.
Powiedziawszy to, machnęła ogonem i opuściła lecznicę, by wrócić do swojej nory. O czym to ona myślała? Ach, tak. O tym, by zmusić Wrotyczową Szramę do wydania na świat potomstwa.
Wyleczeni: Zalotna Gwiazda, Makowa Łapa (Makowa Iluzja)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz