Podniosła spojrzenie na wejście do Kamiennej Wieży. Sylwetka jej asystentki wysunęła się zza skalnej ramy, a z jej pyszczka wypadł spory kłębek pajęczyn.
— Dziękuję — miauknęła cicho Firletka, podchodząc bliżej i zgarniając go w swoją stronę łapą.
Wróżka skinęła głową z uśmiechem.
— Gdybyś mnie potrzebowała, będę u Białego Strumienia.
Medyczka podążyła za nią wzrokiem, zanim czyjeś pokasływanie wyrwało ją z zamyślenia. Zaszyła się wgłąb lecznicy; bez słowa zbliżyła się do posłania zajmowanego przez jedną z uczennic, Rybkową Łapę.
Jej gardło ścisnęło się z współczuciem dla młodej kotki. Jeszcze poprzedniego dnia z cichą paniką próbowała ocucić uczennicę, której futro ociekało wodą, a ciało drżało, wyziębione. Zręcznymi ruchami owijała miejsce, w którym jeszcze wschód słońca temu znajdował się jej ogon. Pracując, niemal bezgłośnie mruczała pod nosem modlitwy do przodków.
Sądząc po płytkich oddechach, z którymi unosiła się klatka piersiowa niebieskiej, jej słowa zostały wysłuchane. Firletka pochyliła się nad ranną, delikatnym ruchem pyska sprawdzając, czy pajęczyny na jej zadzie trzymają się prawidłowo. Poprawiła je z pomocą tych przyniesionych wcześniej przez Wróżkę. Ostry zapach ziołowej mieszanki unosił się znad łaciatego futra, ale medyczka ledwo zwracała na niego uwagę, nie marszcząc nawet nosa.
Odgłos kroków odwrócił jej uwagę od pacjentki. Do legowiska zajrzała jedna z wojowniczek, niepewnym krokiem zbliżając się do posłania Rybkowej Łapy. Ślipia kotki wbite były w jej skuloną sylwetkę.
— Zwiewny Maku?
Futro na karku czarnej nastroszyło się lekko, zanim uniosła spojrzenie na Firletkę.
— Potrzebujesz czegoś? — kontynuowała, odsuwając na bok pajęczyny. Wojowniczka wbiła w nią spojrzenie zmęczonych oczu. — Nie wyglądasz na okaz zdrowia.
Jak gdyby zdradzając samą siebie, kotka pociągnęła nosem.
— Nie, ja tylko‐ Ja przyszłam zobaczyć, co u niej — wymiauczała jednak, pocierając bezmyślnie nozdrza łapą. — …martwię się.
Firletka skinęła lekko głową. Pamiętała, że to właśnie Zwiewny Mak zaciągnęła nieprzytomna uczennicę do lecznicy; nie chciała sobie nawet wyobrażać szoku, który musiała czuć znajdując jej ciało nad rzeką. Nie była pewna, czy kotki łączyła jakakolwiek przyjaźń. Może widziała je parę razy zajęte zabawą czy konwersacją, ale zdawały się zaprzestać temu zwyczajowi parę księżycy temu. Starsza kotka patrzyła teraz nerwowo na niebieską, jakby nie była pewna, czy jej towarzystwo byłoby pozytywnie odebrane.
— Jest w dobrych łapach — zamruczała medyczka, kładąc ogon na barkach kotki. — Jest młoda i silna, wykaraska się z tego… A w między czasie, pozwól mi znaleźć coś na Twój katar.
wyleczona: Zwiewny Mak
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz