Śmierć Porywistego Sztormu
Mróz, który panował w obozie, był nie do wytrzymania. Pora Nagich Drzew była na bardziej mroźna, niż mogli się tego spodziewać sami Gwiezdni. Mimo nieprzyjaznych warunków pogodowych, koty i tak musiały wychodzić na patrole oraz łowić dla siebie pożywienie. Nawet jeśli okrzyknięto zdrajcami jej rodziców, tak Klan Nocy musiał płynąć dalej, jak ta rzeka.
Trzcinowy Szmer właśnie krzątała się po obozie, miała jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i musiała wziąć trening jej własnego ucznia, Centuriową Łapę. Przygotowała nawet dla kocura plan treningowy, mieli łowić dzisiaj ryby, chciała pokazać, jak lód jest niebezpieczny oraz jakim wyzwaniem jest dla nich rzeka, która w większości jest skuta lodem.
Właśnie wychodziła od Gąbczastej Perły i miała już zawitać w legowisku uczniów, kiedy do obozu wpadł patrol graniczny, na którym brakowało jej siostry. Lśniąca Ikra, Czosnkowa Krewetka i Rosiczkowa Kropla wyglądali na przerażonych. Coś musiało się stać.
Trzcinowy Szmer stanęła, jak wryta i wpatrywała się na niebieskiego wojownika, który wyszedł na przed grupy.
— Porywisty Sztorm dołączyła do Klanu Gwiazdy — obwieścił Lśniąca Ikra.
Po obozie rozległ się szum zszokowanych kotów, w tym jej. Czemu jej rodzina nagle okazywała się zdrajcami lub przychodziła po nich śmierć? Czy na nią też coś czyha w niedalekiej przyszłości? Czemu Klan Gwiazdy zajął się jej rodziną? Czy naprawdę tak szpecili swoją krwią ten klan?
Harmider zdezorientowanych Nocniaków przerwał znów Lśniąca Ikra, który podniósł wyżej ogon, by uciszyć wszystkich dookoła.
— Porywisty Sztorm pokłóciła się z resztą podczas patrolu. Przechodziliśmy akurat koło zamarzniętej rzeki, kiedy postanowiła udowodnić nam niewinność jej rodziców. Pomimo naszych przestróg weszła na zamarzniętą taflę, jak możecie się domyślić, lód załamał się pod jej łapami. Szybko zniknęła pod wodą. Było to na tyle gwałtowne, że nikt z nas nie zdążył do niej dobiec. Niestety wejście po jej ciało było ryzykowne dla reszty patrolu i z bolącym sercem nie udało nam się sprowadzić jej do obozu na ostatnie pożegnanie — miauknął niebieski wojownik z wyraźnym smutkiem.
Trzcinowy Szmer ugięła się na własnych nogach.
“Nawet nie mają ciała?” — jęknęła bezsilnie w myślach.
Chciała krzyczeć i płakać, nad stratą, jednak nie umiała. Nie miała na to sił, nie miała już sił na nic. Będzie musiała odwołać trening ze swoim uczniem albo poprosić kogoś, by zajął się Rezedową Łapą. Teraz jedynie, co chciała, to pobycie sam na sam w legowisku. Chciała wtulić w ciepłe posłania i zamknąć przed światem.
— Masz, Trzcinowy Szmerze, to mak. — Podsunęła jej pod nos Gąbczasta Perła, która zatroskana przyszła ją odwiedzić w legowisku wojowników — Pomoże, ci w żałobie. Ostatnio w Klanie Nocy są same złe wieści… Przykro mi, że musiała przydarzyć się waszej rodzinie taka tragedia.
Trzcinowy Szmer milczała. Nie umiała spojrzeć się nawet na medyczkę, chciała być wiecznie twarda i pokazywać, że nie ruszają jej losy kotów, które stają w obronie zdrajców, nawet jeśli te koty są z jej własnej rodziny. Właśnie, w tym był problem. Kochała własną rodzinę, jednak nie mogła być dla nich lojalna, kiedy okazują się mordercami lub później zastraszają Klan Nocy, jakimiś zbezczeszczonymi zwłokami zwierzyny.
Miała tyle pytań do Porywistego Sztormu. Czemu chciała bronić, koty, które przy pierwszej lepszej okazji najchętniej by ją zabiły? Czemu musiała wchodzić na ten głupi lód? Przez nią właśnie straciła całe swoje rodzeństwo. A może to właśnie była wina rodziców? Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa nie mieli ich na pierwszym miejscu. Widziała, jak matka z obrzydzeniem patrzyła się na jej relację z Niezapominajkową Nadzieją.
— Przekażę komuś, by zajął się twoim uczniem, podczas twojej chwilowej niedyspozycji.
— Poproś Żmijowcową Wić, czy mógłby podszkolić Rezedową Łapę. Ufam mu, że dobrze go zajmie na ten jeden dzień.
— Nie jestem przekonana, żebyś spędziła jeden dzień w legowisku wojowników… Nosisz na swoim sercu wiele żalu oraz jesteś podczas żałoby. Powinnaś odpocząć kilka dni, dojść własnemu umysłu do zdrowia, a nie przemęczać się — zauważyła z troską Gąbczasta Perła.
“Nie mam czasu na użalanie się nad sobą” — odpowiedziała jej gorzko w myślach.
Zapadła między nimi cisza i żadna z nich nie chciała jej przerwać. Dymna medyczka w końcu się podniosła i delikatnie pogładziła ją po barku, zanim wyszła na polanę. Trzcinowy Szmer została sama. Zlizała ziarno maku i zwinęła się w ciasny kłębek.
“Jak trzeba być głupim, żeby wchodzić na lód…” — pomyślała gniewnie, wyobrażając sobie całe zajście.
Na ich tereny zawitała Pora Zielonych Liści, a z nią roztopy oraz najróżniejsze dolegliwości, które rozprzestrzeniały się Nocniakach, jak jakaś epidemia. Chociaż nie wszystkie dolegliwości były związane z chorobami. Najlepszym przykładem był sam jej uczeń, który zaciął się ostrym kamieniem, od tych przebrzydłych dwunożnych, na jednym z treningów.
Teraz stali przed wejściem do lecznicy i gromiła go wzrokiem. Od paru dłuższych chwil starała się kocura zaciągnąć do środka, jednak ten skutecznie stawiał opór.
“Niedorzeczne! Jak można być aż tak upartym?!”
Wściekła na Rezedową Łapę, zamiatała ogonem ziemie.
— Ruszaj tam do środka, nie chcę więcej powtarzać! — prychnęła na niego.
— A nie możemy najpierw dokończyć treningu? Nie chcę siedzieć tak długo w legowisku medyka!
— Nie możemy dokończyć treningu, bo cały jeszcze się potniesz, fajtłapo! Właź do środka albo dostaniesz karę!
— Karę?! Niby za co?!
— Właśnie za to, co teraz robisz! Właź! — tracąc cierpliwość, pchnęła go w stronę lecznicy.
Kocurek wpadł do środka, omal się nie wywracając. Ona weszła zaraz za nim i swoim ciałem zasłoniła wyjście na zewnątrz, żeby młodszy nie uciekł.
— W czym mogę pomóc? — zabrzmiał znudzony głos Różanej Woni.
Czarno biała medyczka siedziała na swoim posłaniu i z nieukrywaną niechęcią podeszła do nich.
— Rezedowa Łapa zaciął się kolorowym szkłem od dwunożnych, podczas treningu — powiedziała pokrótce, zanim jej uczeń zdołał choćby otworzyć pysk — Rana jest na ogonie.
— Hmm… Dobrze więc — mruknęła starsza od niej kocica i zakrzątała się w lecznicy, po to, by wyjść z jakimiś ziołami oraz pajęczyną.
Trzcinowy Szmer nie przywiązywała większej wagi do roślin, które używały medyczki w medycynie. Nigdy nawet nie starała się ich pojąć, po prostu dawała im działać, nie kwestionując ich wyborów, których zresztą i tak by nie zrozumiała. Była zbyt ciężko pracującą wojowniczką, żeby jeszcze interesować się listkami.
Różana Woń szybko oporządziła Rezedową Łapę i machnięciem ogona nakazał im opuszczenie lecznicy. Medyczka nie musiała dwa razy prosić. Przekaz był aż nadto jasny oraz ona, jak i jej uczeń nie chcieli dłużej tam przebywać, jeśli nie było to konieczne.
— Dziękujemy, Różna Woni — miauknęła na odchodne i wyszła na polanę — Natomiast ty, Rezedowa Łapo, pójdziesz po jakiś smaczny kąsek z dziupli na zwierzynę i dasz Różanej Woni w podzięce. Dzisiaj masz wolne, jutro dopiero zabiorę cię do Brzozowego Zagajniku.
— No dobrze… — jęknął, niezadowolony Rezedowa Łapa i ciągnąc za sobą swój ogon w opatrunku, poszedł w kierunku kłody przy źródełku.
Trzcinowy Szmer pokręciła jedynie głową i ruszyła do legowiska wojowników, gdzie powinien znajdować się przy odrobinie szczęścia, jej kolega, Zmierzchająca Fala. Czy działo się coś ciekawego w jego relacji z Kropiatkową Skórą?
Wyleczeni: Rezedowa Łapa
Trzcinowy Szmer właśnie krzątała się po obozie, miała jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i musiała wziąć trening jej własnego ucznia, Centuriową Łapę. Przygotowała nawet dla kocura plan treningowy, mieli łowić dzisiaj ryby, chciała pokazać, jak lód jest niebezpieczny oraz jakim wyzwaniem jest dla nich rzeka, która w większości jest skuta lodem.
Właśnie wychodziła od Gąbczastej Perły i miała już zawitać w legowisku uczniów, kiedy do obozu wpadł patrol graniczny, na którym brakowało jej siostry. Lśniąca Ikra, Czosnkowa Krewetka i Rosiczkowa Kropla wyglądali na przerażonych. Coś musiało się stać.
Trzcinowy Szmer stanęła, jak wryta i wpatrywała się na niebieskiego wojownika, który wyszedł na przed grupy.
— Porywisty Sztorm dołączyła do Klanu Gwiazdy — obwieścił Lśniąca Ikra.
Po obozie rozległ się szum zszokowanych kotów, w tym jej. Czemu jej rodzina nagle okazywała się zdrajcami lub przychodziła po nich śmierć? Czy na nią też coś czyha w niedalekiej przyszłości? Czemu Klan Gwiazdy zajął się jej rodziną? Czy naprawdę tak szpecili swoją krwią ten klan?
Harmider zdezorientowanych Nocniaków przerwał znów Lśniąca Ikra, który podniósł wyżej ogon, by uciszyć wszystkich dookoła.
— Porywisty Sztorm pokłóciła się z resztą podczas patrolu. Przechodziliśmy akurat koło zamarzniętej rzeki, kiedy postanowiła udowodnić nam niewinność jej rodziców. Pomimo naszych przestróg weszła na zamarzniętą taflę, jak możecie się domyślić, lód załamał się pod jej łapami. Szybko zniknęła pod wodą. Było to na tyle gwałtowne, że nikt z nas nie zdążył do niej dobiec. Niestety wejście po jej ciało było ryzykowne dla reszty patrolu i z bolącym sercem nie udało nam się sprowadzić jej do obozu na ostatnie pożegnanie — miauknął niebieski wojownik z wyraźnym smutkiem.
Trzcinowy Szmer ugięła się na własnych nogach.
“Nawet nie mają ciała?” — jęknęła bezsilnie w myślach.
Chciała krzyczeć i płakać, nad stratą, jednak nie umiała. Nie miała na to sił, nie miała już sił na nic. Będzie musiała odwołać trening ze swoim uczniem albo poprosić kogoś, by zajął się Rezedową Łapą. Teraz jedynie, co chciała, to pobycie sam na sam w legowisku. Chciała wtulić w ciepłe posłania i zamknąć przed światem.
* * *
Trzcinowy Szmer milczała. Nie umiała spojrzeć się nawet na medyczkę, chciała być wiecznie twarda i pokazywać, że nie ruszają jej losy kotów, które stają w obronie zdrajców, nawet jeśli te koty są z jej własnej rodziny. Właśnie, w tym był problem. Kochała własną rodzinę, jednak nie mogła być dla nich lojalna, kiedy okazują się mordercami lub później zastraszają Klan Nocy, jakimiś zbezczeszczonymi zwłokami zwierzyny.
Miała tyle pytań do Porywistego Sztormu. Czemu chciała bronić, koty, które przy pierwszej lepszej okazji najchętniej by ją zabiły? Czemu musiała wchodzić na ten głupi lód? Przez nią właśnie straciła całe swoje rodzeństwo. A może to właśnie była wina rodziców? Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa nie mieli ich na pierwszym miejscu. Widziała, jak matka z obrzydzeniem patrzyła się na jej relację z Niezapominajkową Nadzieją.
— Przekażę komuś, by zajął się twoim uczniem, podczas twojej chwilowej niedyspozycji.
— Poproś Żmijowcową Wić, czy mógłby podszkolić Rezedową Łapę. Ufam mu, że dobrze go zajmie na ten jeden dzień.
— Nie jestem przekonana, żebyś spędziła jeden dzień w legowisku wojowników… Nosisz na swoim sercu wiele żalu oraz jesteś podczas żałoby. Powinnaś odpocząć kilka dni, dojść własnemu umysłu do zdrowia, a nie przemęczać się — zauważyła z troską Gąbczasta Perła.
“Nie mam czasu na użalanie się nad sobą” — odpowiedziała jej gorzko w myślach.
Zapadła między nimi cisza i żadna z nich nie chciała jej przerwać. Dymna medyczka w końcu się podniosła i delikatnie pogładziła ją po barku, zanim wyszła na polanę. Trzcinowy Szmer została sama. Zlizała ziarno maku i zwinęła się w ciasny kłębek.
“Jak trzeba być głupim, żeby wchodzić na lód…” — pomyślała gniewnie, wyobrażając sobie całe zajście.
* * *
Aktualne
Teraz stali przed wejściem do lecznicy i gromiła go wzrokiem. Od paru dłuższych chwil starała się kocura zaciągnąć do środka, jednak ten skutecznie stawiał opór.
“Niedorzeczne! Jak można być aż tak upartym?!”
Wściekła na Rezedową Łapę, zamiatała ogonem ziemie.
— Ruszaj tam do środka, nie chcę więcej powtarzać! — prychnęła na niego.
— A nie możemy najpierw dokończyć treningu? Nie chcę siedzieć tak długo w legowisku medyka!
— Nie możemy dokończyć treningu, bo cały jeszcze się potniesz, fajtłapo! Właź do środka albo dostaniesz karę!
— Karę?! Niby za co?!
— Właśnie za to, co teraz robisz! Właź! — tracąc cierpliwość, pchnęła go w stronę lecznicy.
Kocurek wpadł do środka, omal się nie wywracając. Ona weszła zaraz za nim i swoim ciałem zasłoniła wyjście na zewnątrz, żeby młodszy nie uciekł.
— W czym mogę pomóc? — zabrzmiał znudzony głos Różanej Woni.
Czarno biała medyczka siedziała na swoim posłaniu i z nieukrywaną niechęcią podeszła do nich.
— Rezedowa Łapa zaciął się kolorowym szkłem od dwunożnych, podczas treningu — powiedziała pokrótce, zanim jej uczeń zdołał choćby otworzyć pysk — Rana jest na ogonie.
— Hmm… Dobrze więc — mruknęła starsza od niej kocica i zakrzątała się w lecznicy, po to, by wyjść z jakimiś ziołami oraz pajęczyną.
Trzcinowy Szmer nie przywiązywała większej wagi do roślin, które używały medyczki w medycynie. Nigdy nawet nie starała się ich pojąć, po prostu dawała im działać, nie kwestionując ich wyborów, których zresztą i tak by nie zrozumiała. Była zbyt ciężko pracującą wojowniczką, żeby jeszcze interesować się listkami.
Różana Woń szybko oporządziła Rezedową Łapę i machnięciem ogona nakazał im opuszczenie lecznicy. Medyczka nie musiała dwa razy prosić. Przekaz był aż nadto jasny oraz ona, jak i jej uczeń nie chcieli dłużej tam przebywać, jeśli nie było to konieczne.
— Dziękujemy, Różna Woni — miauknęła na odchodne i wyszła na polanę — Natomiast ty, Rezedowa Łapo, pójdziesz po jakiś smaczny kąsek z dziupli na zwierzynę i dasz Różanej Woni w podzięce. Dzisiaj masz wolne, jutro dopiero zabiorę cię do Brzozowego Zagajniku.
— No dobrze… — jęknął, niezadowolony Rezedowa Łapa i ciągnąc za sobą swój ogon w opatrunku, poszedł w kierunku kłody przy źródełku.
Trzcinowy Szmer pokręciła jedynie głową i ruszyła do legowiska wojowników, gdzie powinien znajdować się przy odrobinie szczęścia, jej kolega, Zmierzchająca Fala. Czy działo się coś ciekawego w jego relacji z Kropiatkową Skórą?
Wyleczeni: Rezedowa Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz