Pora Nagich Drzew
Gąska przez długi czas była przygnębiona z powodu śmierci Cienia. Czuła się winna sytuacji i raz za razem karała się za swą bezsilność, odejmując sobie od pyska upolowane przez wojowników piszczki. Rzadko kiedy opuszczała obóz, czy właściwie legowisko stróży, a jeśli już zebrała się w sobie, aby wyjść poza obozowisko, nie zapuszczała się w okolice Konającego Buku. Wiedziała, że kocur został godnie pochowany, gdy mróz oraz śnieżyca odpuściły, zresztą sama uczestniczyła podczas obrzędu pogrzebowego, jednak ilekroć zapuszczała się na lisią długość miejsca, w którym zostawiono łysego kocura, trudno jej było zachować spokój.
Trening Kasztanki również ucierpiał, za co dodatkowo była na siebie zła. Szylkretka kilkukrotnie przepraszała rudą terminatorkę, poświęcając resztę energii na znalezienie jej godnego zastępstwa, podczas gdy ona przechodziła żałobę i potrzebowała uporządkować myśli.
Dzisiaj treningiem uczennicy miał zająć się Orzeszek.
Nim czarno-biały udał się w teren z córką Kolendry, położył przy legowisku Gąski niewielką piszczkę. Kotka strzepnęła uchem, nie decydując się na posiłek.
Kotka przymknęła oczy, decydując się na sen.
Młoda kotka z zaciekawieniem przyglądała się łysemu kotu, który na dźwięk swojego imienia niepewnie wystąpił spośród tłumu. Jego każdy ruch wydawał się nerwowy i niepewny, również spojrzenie, które utkwił w przywódcy, zdradzało, że w tej sytuacji ani trochę nie czuje się pewnie.
Nim Gąska zdecydowała się zbliżyć do swojego mentora, zerknęła w kierunku Kajzerki i Orzeszka. Matka z uśmiechem na pysku dała znać córce za pomocą łapy, aby zrobiła krok w kierunku mentora.
Błękitne oczy ponownie skupiły się na synu Cierń.
"To ma być mój mentor?"
Gąska przegryzła wnętrze pyszczka, starając się nie dać po sobie poznać, że najzwyczajniej w świecie jest odrobinę rozczarowana wyborem mentora. Nie znała Cienia, jednak gdy oznajmiła tacie, że chciałaby podążać ścieżką stróża, jak on, myślała, że to właśnie Orzeszek zostanie jej mentorem.
Gąska poruszyła energicznie głową, po czym dziarsko zrobiła krok w przód, chcąc dać szansę Cieniowi. Zetknęła się z synem Żmii nosem, tym samym oficjalnie zostając jego uczennicą.
Przed jej oczami pojawiło się wiele obrazów, przestawiających jej czas, gdy była uczennicą. Poranki, kiedy nie miała ochotę wstawać na trening, a Cień niepewnie dotykał jej swym łysym ogonkiem po barku. Wspólne wyprawy do medyków oraz szamanki w celu poznania podstaw medycyny, jak i aby posłuchać o Wszechmatce. Wspólne polowanie, wizyta w żłobku, aby pomóc królowym w opiece nad młodymi, jak i również niesienie pomocy każdemu kotu, który tego wymagał.
Jedno ze wspomnień trwało jednak dłużej. Był ciepły wieczór, pory zielonych liści lub wczesnej pory opadających liści. Gąska wygrzewała się w promieniach zachodzącego słońca na jednym z kamyków, a jej mentor siedział niedaleko niej, na trawie. Udali się wspólnie w jedno z ulubionych miejsc Cienia. Kocur, mimo że rozmowa z uczennicą była dla niego sporym wyzwaniem, mówił spokojnie, decydując się na dłuższe zdania. Wzdychając, ułożył głowę na swoich przednich łapach.
– T-twój... głos Gąsko jest niczym kojąca melodia – wymruczał. – M-możesz mi coś zaśpiewać?
– Zaśpiewać? – Przekrzywiła łebek, jednak zdecydowała spełnić prośbę mentora. Cichutko zaczęła mruczeć jedną z kołysanek, która śpiewała jej i jej braciom Kajzerka, gdy byli malutkimi kociętami. Nawet jeśli na dobrą sprawę fałszowała, cieszyła się, że mogła umilić czas kocurowi.
Gdy otworzyła oczy, zdała sobie sprawę, że w trakcie snu płakała. Ostrożnie przetarła łapą mokry policzek i okolicę oczu, decydując się rozmasować zmęczony pysk. Czuła ukłucie w sercu, ale również ciepło w związku z możliwością ponownego ujrzenia Cienia w samych miłych sytuacjach. Wszechmatka nie pozwoliła, aby jej sny z udziałem zmarłego kocura zamieniały się w koszmary.
Gąska przeciągnęła się, po czym powoli zbliżyła się do otworu. Orzeszek i Kasztanka prawdopodobnie nadal byli poza obozem, jak pozostali stróże. Zaskoczyło to nieco koteczkę, gdyż o tej porze, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, większość stróży grzała się już na swoich posłaniach.
– Dobry wieczór Gąsko. Dopiero wstałaś? – Kotka wzdrygnęła się, gdy do jej uszu dotarł cichy głos Jeżogłówki.
– T-tak... – bąknęła, uciekając spojrzeniem w bok. – A ty? To znaczy, czy miałaś dzisiaj łapy pełne roboty, czy może miałaś wolniejszy dzionek...
– Niezbyt. Odkąd zabrakło Osetka, Poranek i Wiciokrzew częściej proszą nas o pomoc... – miauknęła cicho. W jej głosie nie słychać było żalu, jedynie smutek w związku z zaginięciem młodego ucznia medyka. Szylkretowa kotka westchnęła. – Żal mi Wiciokrzewa. Jakby nie patrzeć, Osetek był dla niego jak syn. – Zmrużyła oczy. – Ty również nie wyglądasz zbyt dobrze...
– Byłam obecna przy śmierci swojego mentora... właściwie on jeszcze wtedy żył, gdy go zostawiliśmy na mrozie... – zaczęła, starając się na spokojnie mówić o śmierci kocura. – Chyba potrzebuje czasu, aby na swój własny sposób przejść po nim żałobę i pozbyć się poczucia winy...
Jeżogłówka podeszła do Gąski i delikatnie dotknęła łapą łapy buraski. Śmiały gest zaskoczył córkę Kajzerki; niebieskooka doskonale zdawała sobie sprawę, że siostra Jaskra nie przepada za dotykiem, a mimo to zdecydowała się na ten delikatny gest, robiąc przy okazji nadzieję stróże.
– Rozumiem. Jednak pamiętaj, że nie powinnaś czuć winy. Zrobiłaś bardzo dużo i byłaś gotowa zrobić jeszcze więcej. Ty, Sajgon i Mucha. Dzięki wam nie odszedł w samotności.
Gąska nerwowo poruszyła uszami i zabrała swoją łapę.
– P-pójdę zanieść mamie piszczkę... – mówiąc to, ponownie zanurkowała w legowisku stróży.
Zbliżyła się do posłania, na którym leżała pozostawiona przez ojca piszczka. Pochwyciła ją ostrożnie w zęby, po czym ponownie stanęła w wyjściu.
Jeżogłówka strzepnęła uchem, nie spuszczając spojrzenia ze stróżki. W końcu jednak skinęła lekko łebkiem i udała się w przeciwną stronę.
Gąska miała wrażenie, że wraz z nadejściem nowej pory świat nabrał wyraźniejszych kolorów. Częściej wychodziła z obozu, na dobre wracając do swojej rutyny stróża. Zabierała Kasztankę na treningi, pomagała medykom, jeśli była potrzeba, doglądała kociąt w kociarni oraz wśród tych obowiązków znajdowała czas na wspólnie spędzenie czasu z mamą, tatą, Guziczkiem oraz z Czajką.
W międzyczasie również udało jej się odkryć tożsamość kota, do którego bazy kilkanaście księżyców temu zajrzała. Nic dziwnego, że mało który kot był w stanie skojarzyć kocura.
Gąska właśnie wracała z wyprawy na granicy, gdy jej nozdrza wychwyciły obcy zapach na terenie Owocowego Lasu, bardzo blisko ich obozu. Właśnie, zapach samotnika wcale nie był obcy. Wiedziała doskonale, do jakiego kota on należy.
Zdenerwowana, że samotnicze rodzeństwo zignorowało jej ostrzenie, uderzyła ogonem o twardą ziemię, po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku Szopy Strachu. Po drodze rozważała, jak powinna skonfrontować się z intruzami.
Przegonić? Porozmawiać na spokojnie i poinformować ich, że wrócili na tereny Owocowego Lasu? A może lepiej byłoby udać się czym prędzej do obozu i wrócić do szopy razem z groźnie wyglądającymi wojownikami, pokroju Muchy czy Sajgona? Gorzej, jeśli między pobratymcami a rodzeństwem doszłoby do jakiegoś konfliktu, który mogły eskalować z powodu charakteru czarnej vanki.
Właśnie, skoro o niej mowa, Gąska nie wyczuwała jej zapachu na trawie. Zaniepokoiło ją to odrobinę, ale nie na tyle, aby zdecydować się zrezygnować z zajrzenia do budowli dwunożnych.
Nim zdecydowała się zajrzeć do środka przez dziurę w starych drzwiach, obeszła dookoła szopę. Zatrzymała się, gdy dostrzegła na trawie świeżą krew.
Kocią krew.
Gąska wzdrygnęła się, gdy z wnętrza szopy dobiegł huk, po czym wśród mroku dało się usłyszeć kocię zawodzenie. Stróżka przełknęła ślinę, po czym z łatwością, dzięki swoim niewielkim rozmiarom wyślizgnęła się do środka.
Niebieska ślipka świeciły w ciemności, skupiając się kolejno na gratach, które wypełniały wnętrze szopy. Promienie słoneczne wpadające przez szparę między drewnianą ścianą oświetlały ścianę, na której błyszczały ostre narzędzia.
Kolejny huk, który omal nie sprawił, że Gąska zeszła na zawał. Najeżona niczym najprawdziwszy jeż wygięła grzbiet, a z jej gardła wydobył się ostrzegawczy pomruk.
– Wiem, że tu jesteś! Wyjdź i się pokaż! – miauknęła, a jej głos odbił się po pomieszczeniu. Przez dłuższy czas odpowiadała jej głucha cisza, aż w końcu pomiędzy pudełkami przemknął cień, a w mroku rozbłysły pomarańczowe ślipia. Niebieski kocur powoli wyszedł naprzeciw Gąsce, gdy nagle osunął się na ziemię.
Ciało niebieskie zdobiły liczne, świeże rany. Poza tym wyglądał na skrajnie wychudzonego, wręcz jak żywy trup. Mimo złego samopoczucia silił się na wytłumaczenie Owocniaczce powodu, dla którego z powrotem znalazł się na terenach Owocowego Lasu.
Gąska położyła po sobie uszy. Mimo że słowa z trudem opuszczały pysk kocura, pojęła co to i jego siostrę spotkało. A spotkało ich to dlatego, że ich tamtego dnia nakazała im odejść z terenów.
Niewiele myśląc, Gąska zbliżyła się do rannego. Nakazała mu wstać, dość ostrym tonem, co kocur niemalże natychmiast uczynił. Ledwo stał na chyboczących się łapach i nim zdołał upaść, Gąska pozwoliła mu się oprzeć na jej barku.
– Potrzebujesz pomocy medyka. I to takiego z prawdziwego zdarzenia... – miauknęła, decydując się zabrać ze sobą kocura do obozu, albo chociaż bliżej niego. Sama niewiele była w stanie zrobić. Co prawda liznęła podstawy medycyny, jednak co najwyżej mogła mu podać zioło na gazy lub przemyć delikatne skaleczenie. Wolała oddać go w łapy Wiciokrzewu, Poranka lub uzdrowicieli, niż próbować eksperymentować na chorym, mając nadzieję, że nie przyśpieszy jego odejścia.
Deszcz wpatrywał się tępym spojrzeniem w Gąskę. Wyglądało to tak, jakby do końca nie rozumiał, co do niego właśnie powiedziała. Jednak musiał podjąć, że kotka chciała mu pomóc. Niepewnie kiwnął łebkiem, po czym z pomocą Gąski powoli poczłapał w kierunku wyjścia. Po dłuższym czasie niż przeważnie by zajął odcinek trasy, w końcu dotarła do serca obozu. Gdy Mucha dostrzegł ją ledwo dźwigającą obcego na swych plecach, wybiegł koteczek naprzeciw i wspólnymi siłami zaciągnęli rannego do legowiska.
Gąska z przyjęciem przyglądała się, jak medycy oczyszczają ranę, będącą śladami po pazurach drugiego kota, gdy wtem rozległ się w lecznicy głos jednego z wojowników, oznajmiający, że lider oczekuje w swym legowisku stróżki.
Trening Kasztanki również ucierpiał, za co dodatkowo była na siebie zła. Szylkretka kilkukrotnie przepraszała rudą terminatorkę, poświęcając resztę energii na znalezienie jej godnego zastępstwa, podczas gdy ona przechodziła żałobę i potrzebowała uporządkować myśli.
Dzisiaj treningiem uczennicy miał zająć się Orzeszek.
Nim czarno-biały udał się w teren z córką Kolendry, położył przy legowisku Gąski niewielką piszczkę. Kotka strzepnęła uchem, nie decydując się na posiłek.
Kotka przymknęła oczy, decydując się na sen.
𐔌՞꜆˶- ̫ -՞𐦯꜆ ᶻ 𝗓 𐰁
Nim Gąska zdecydowała się zbliżyć do swojego mentora, zerknęła w kierunku Kajzerki i Orzeszka. Matka z uśmiechem na pysku dała znać córce za pomocą łapy, aby zrobiła krok w kierunku mentora.
Błękitne oczy ponownie skupiły się na synu Cierń.
"To ma być mój mentor?"
Gąska przegryzła wnętrze pyszczka, starając się nie dać po sobie poznać, że najzwyczajniej w świecie jest odrobinę rozczarowana wyborem mentora. Nie znała Cienia, jednak gdy oznajmiła tacie, że chciałaby podążać ścieżką stróża, jak on, myślała, że to właśnie Orzeszek zostanie jej mentorem.
Gąska poruszyła energicznie głową, po czym dziarsko zrobiła krok w przód, chcąc dać szansę Cieniowi. Zetknęła się z synem Żmii nosem, tym samym oficjalnie zostając jego uczennicą.
Przed jej oczami pojawiło się wiele obrazów, przestawiających jej czas, gdy była uczennicą. Poranki, kiedy nie miała ochotę wstawać na trening, a Cień niepewnie dotykał jej swym łysym ogonkiem po barku. Wspólne wyprawy do medyków oraz szamanki w celu poznania podstaw medycyny, jak i aby posłuchać o Wszechmatce. Wspólne polowanie, wizyta w żłobku, aby pomóc królowym w opiece nad młodymi, jak i również niesienie pomocy każdemu kotu, który tego wymagał.
Jedno ze wspomnień trwało jednak dłużej. Był ciepły wieczór, pory zielonych liści lub wczesnej pory opadających liści. Gąska wygrzewała się w promieniach zachodzącego słońca na jednym z kamyków, a jej mentor siedział niedaleko niej, na trawie. Udali się wspólnie w jedno z ulubionych miejsc Cienia. Kocur, mimo że rozmowa z uczennicą była dla niego sporym wyzwaniem, mówił spokojnie, decydując się na dłuższe zdania. Wzdychając, ułożył głowę na swoich przednich łapach.
– T-twój... głos Gąsko jest niczym kojąca melodia – wymruczał. – M-możesz mi coś zaśpiewać?
– Zaśpiewać? – Przekrzywiła łebek, jednak zdecydowała spełnić prośbę mentora. Cichutko zaczęła mruczeć jedną z kołysanek, która śpiewała jej i jej braciom Kajzerka, gdy byli malutkimi kociętami. Nawet jeśli na dobrą sprawę fałszowała, cieszyła się, że mogła umilić czas kocurowi.
𐔌՞꜆˶- ̫ -՞𐦯꜆ ᶻ 𝗓 𐰁
Gąska przeciągnęła się, po czym powoli zbliżyła się do otworu. Orzeszek i Kasztanka prawdopodobnie nadal byli poza obozem, jak pozostali stróże. Zaskoczyło to nieco koteczkę, gdyż o tej porze, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, większość stróży grzała się już na swoich posłaniach.
– Dobry wieczór Gąsko. Dopiero wstałaś? – Kotka wzdrygnęła się, gdy do jej uszu dotarł cichy głos Jeżogłówki.
– T-tak... – bąknęła, uciekając spojrzeniem w bok. – A ty? To znaczy, czy miałaś dzisiaj łapy pełne roboty, czy może miałaś wolniejszy dzionek...
– Niezbyt. Odkąd zabrakło Osetka, Poranek i Wiciokrzew częściej proszą nas o pomoc... – miauknęła cicho. W jej głosie nie słychać było żalu, jedynie smutek w związku z zaginięciem młodego ucznia medyka. Szylkretowa kotka westchnęła. – Żal mi Wiciokrzewa. Jakby nie patrzeć, Osetek był dla niego jak syn. – Zmrużyła oczy. – Ty również nie wyglądasz zbyt dobrze...
– Byłam obecna przy śmierci swojego mentora... właściwie on jeszcze wtedy żył, gdy go zostawiliśmy na mrozie... – zaczęła, starając się na spokojnie mówić o śmierci kocura. – Chyba potrzebuje czasu, aby na swój własny sposób przejść po nim żałobę i pozbyć się poczucia winy...
Jeżogłówka podeszła do Gąski i delikatnie dotknęła łapą łapy buraski. Śmiały gest zaskoczył córkę Kajzerki; niebieskooka doskonale zdawała sobie sprawę, że siostra Jaskra nie przepada za dotykiem, a mimo to zdecydowała się na ten delikatny gest, robiąc przy okazji nadzieję stróże.
– Rozumiem. Jednak pamiętaj, że nie powinnaś czuć winy. Zrobiłaś bardzo dużo i byłaś gotowa zrobić jeszcze więcej. Ty, Sajgon i Mucha. Dzięki wam nie odszedł w samotności.
Gąska nerwowo poruszyła uszami i zabrała swoją łapę.
– P-pójdę zanieść mamie piszczkę... – mówiąc to, ponownie zanurkowała w legowisku stróży.
Zbliżyła się do posłania, na którym leżała pozostawiona przez ojca piszczka. Pochwyciła ją ostrożnie w zęby, po czym ponownie stanęła w wyjściu.
Jeżogłówka strzepnęła uchem, nie spuszczając spojrzenia ze stróżki. W końcu jednak skinęła lekko łebkiem i udała się w przeciwną stronę.
* * *
Pora Nowych Liści
Gąska miała wrażenie, że wraz z nadejściem nowej pory świat nabrał wyraźniejszych kolorów. Częściej wychodziła z obozu, na dobre wracając do swojej rutyny stróża. Zabierała Kasztankę na treningi, pomagała medykom, jeśli była potrzeba, doglądała kociąt w kociarni oraz wśród tych obowiązków znajdowała czas na wspólnie spędzenie czasu z mamą, tatą, Guziczkiem oraz z Czajką.
W międzyczasie również udało jej się odkryć tożsamość kota, do którego bazy kilkanaście księżyców temu zajrzała. Nic dziwnego, że mało który kot był w stanie skojarzyć kocura.
Gąska właśnie wracała z wyprawy na granicy, gdy jej nozdrza wychwyciły obcy zapach na terenie Owocowego Lasu, bardzo blisko ich obozu. Właśnie, zapach samotnika wcale nie był obcy. Wiedziała doskonale, do jakiego kota on należy.
Zdenerwowana, że samotnicze rodzeństwo zignorowało jej ostrzenie, uderzyła ogonem o twardą ziemię, po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku Szopy Strachu. Po drodze rozważała, jak powinna skonfrontować się z intruzami.
Przegonić? Porozmawiać na spokojnie i poinformować ich, że wrócili na tereny Owocowego Lasu? A może lepiej byłoby udać się czym prędzej do obozu i wrócić do szopy razem z groźnie wyglądającymi wojownikami, pokroju Muchy czy Sajgona? Gorzej, jeśli między pobratymcami a rodzeństwem doszłoby do jakiegoś konfliktu, który mogły eskalować z powodu charakteru czarnej vanki.
Właśnie, skoro o niej mowa, Gąska nie wyczuwała jej zapachu na trawie. Zaniepokoiło ją to odrobinę, ale nie na tyle, aby zdecydować się zrezygnować z zajrzenia do budowli dwunożnych.
Nim zdecydowała się zajrzeć do środka przez dziurę w starych drzwiach, obeszła dookoła szopę. Zatrzymała się, gdy dostrzegła na trawie świeżą krew.
Kocią krew.
Gąska wzdrygnęła się, gdy z wnętrza szopy dobiegł huk, po czym wśród mroku dało się usłyszeć kocię zawodzenie. Stróżka przełknęła ślinę, po czym z łatwością, dzięki swoim niewielkim rozmiarom wyślizgnęła się do środka.
Niebieska ślipka świeciły w ciemności, skupiając się kolejno na gratach, które wypełniały wnętrze szopy. Promienie słoneczne wpadające przez szparę między drewnianą ścianą oświetlały ścianę, na której błyszczały ostre narzędzia.
Kolejny huk, który omal nie sprawił, że Gąska zeszła na zawał. Najeżona niczym najprawdziwszy jeż wygięła grzbiet, a z jej gardła wydobył się ostrzegawczy pomruk.
– Wiem, że tu jesteś! Wyjdź i się pokaż! – miauknęła, a jej głos odbił się po pomieszczeniu. Przez dłuższy czas odpowiadała jej głucha cisza, aż w końcu pomiędzy pudełkami przemknął cień, a w mroku rozbłysły pomarańczowe ślipia. Niebieski kocur powoli wyszedł naprzeciw Gąsce, gdy nagle osunął się na ziemię.
Ciało niebieskie zdobiły liczne, świeże rany. Poza tym wyglądał na skrajnie wychudzonego, wręcz jak żywy trup. Mimo złego samopoczucia silił się na wytłumaczenie Owocniaczce powodu, dla którego z powrotem znalazł się na terenach Owocowego Lasu.
Gąska położyła po sobie uszy. Mimo że słowa z trudem opuszczały pysk kocura, pojęła co to i jego siostrę spotkało. A spotkało ich to dlatego, że ich tamtego dnia nakazała im odejść z terenów.
Niewiele myśląc, Gąska zbliżyła się do rannego. Nakazała mu wstać, dość ostrym tonem, co kocur niemalże natychmiast uczynił. Ledwo stał na chyboczących się łapach i nim zdołał upaść, Gąska pozwoliła mu się oprzeć na jej barku.
– Potrzebujesz pomocy medyka. I to takiego z prawdziwego zdarzenia... – miauknęła, decydując się zabrać ze sobą kocura do obozu, albo chociaż bliżej niego. Sama niewiele była w stanie zrobić. Co prawda liznęła podstawy medycyny, jednak co najwyżej mogła mu podać zioło na gazy lub przemyć delikatne skaleczenie. Wolała oddać go w łapy Wiciokrzewu, Poranka lub uzdrowicieli, niż próbować eksperymentować na chorym, mając nadzieję, że nie przyśpieszy jego odejścia.
Deszcz wpatrywał się tępym spojrzeniem w Gąskę. Wyglądało to tak, jakby do końca nie rozumiał, co do niego właśnie powiedziała. Jednak musiał podjąć, że kotka chciała mu pomóc. Niepewnie kiwnął łebkiem, po czym z pomocą Gąski powoli poczłapał w kierunku wyjścia. Po dłuższym czasie niż przeważnie by zajął odcinek trasy, w końcu dotarła do serca obozu. Gdy Mucha dostrzegł ją ledwo dźwigającą obcego na swych plecach, wybiegł koteczek naprzeciw i wspólnymi siłami zaciągnęli rannego do legowiska.
Gąska z przyjęciem przyglądała się, jak medycy oczyszczają ranę, będącą śladami po pazurach drugiego kota, gdy wtem rozległ się w lecznicy głos jednego z wojowników, oznajmiający, że lider oczekuje w swym legowisku stróżki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz