Gąska nie była zadowolona, że lider wytknął jej pomyłkę, którą popełniła z dobrego serca, jak i wrodzone naiwności.
– Teraz to co innego. Wątpię, żeby specjalnie doprowadził się do takiego stanu, aby nas oszukać... N-nie mogłam go przecież zostawić w tej szopie! P-poranek oraz Wiciokrzew powiedzieli, że to był ostatni moment, aby mu pomóc! Inaczej by umarł.
Gąska nie bardzo wiedziała, dlaczego jej ton głosu stał się donośniejszy. Mimo częściowego zawahania się, w związku ze strachu przed możliwą karą, kotka próbowała znaleźć sensowne wytłumaczenie na chęć uratowania rannego kocura. No przecież nie mogła go zostawić samego, pozwalając się mu wykrwawić. Nie mogła go przecież zostawić, jak zostawiła Cienia.
Nie. Po prostu nie.
Przywódca westchnął, dotykając łapą swojego pyska. Spojrzenie, które przez cały czas spoczywało na młodej stróżce, nieco złagodniało.
– Dobrze. Ten samotnik będzie mógł zostać w Owocowym Lesie do czasu, aż jego stan się nie polepszy. Jednak nim odejdzie, będzie zmuszony spłacić swój dług, który u nas... nie, u ciebie zaciągnął. Pamiętaj, że każde jego przewinienie, za każdą jego próbę zaszkodzenia naszej społeczności to ty będziesz odpowiadać, ponieważ od dzisiaj to ty jesteś za niego odpowiedzialna, tak jak mentor odpowiada za wybryki swojego ucznia, a rodzic za kocięcia. Rozumiesz to, Gąsko? – Przytaknęła. Było to zrozumiałe; jeśli kocur zechce jakoś zaszkodzić Owocowemu Lasu, to wina spadnie na Gąskę i to ona odczuje skutki. – Dobrze. Na tę chwilę to tyle.
Gąska pożegnała się z liderem, po czym opuściła skromne progi przywódcy. Zimny wiatr ostudził jej nerwy, które towarzyszyły jej przez całą rozmowę z kocicą. Była tego świadoma, jednak zdawała sobie sprawę, że liderka musiała ją poinformować o tym.
~~~
– N-nie wiem. Obojętnie. Samotnik. Pacjent. Brat kłamczuchy i oszustki. Możesz mu mówić również po imieniu. Jeśli dobrze pamiętam, na imię ma Deszcz – miauknęła, czując złość, że ojciec doszukiwał się między nią a kocurem jakieś relacji, której nie było. Szylkretka po prostu w ostatnim momencie uratowała kocura i teraz była po prostu za niego odpowiedzialna. – Będę musiała mu powiedzieć, w jakiej sytuacji się znalazł, jak już się lepiej poczuje. – Potrzepała łebkiem, mając nadzieję, że liderka nie miała racji odnośnie do pułapki. Wolała jednak uprzedzić kocura, że wszystko, co zrobi, zarówno dobrego, jak i złego, będzie miało wpływ na Gąskę w oczach społeczności.
– Nim jednak zasypiesz go zasadami, nakazami i zakazami, przynieś mu coś do jedzenia. – Czarno-biały zaśmiał się. Na pysku Gąski również pojawił się uśmiech, słaby, jednak czujne oko ojca było w stanie je zauważyć. Gąska powoli podniosła się, po czym zbliżyła się do pieńka, na którym piętrzyły się świeże zdobycze. Ostrożnie pochwyciła w zęby niewielkiego gryzonia, z którym zniknęła we wnętrzu lecznicy. – Wszechmatka musiała nad nim czuwać. Dała mu szansę. – zamruczał ojciec sam do siebie, spoglądając w kierunku burzowych chmur, które zakryły błękitne niebo nad Owocowym Lasem.
~~~
– Proszę. Musisz jeść, jeśli chcesz, żeby wróciły ci siły i wyzdrowieć – miauknęła, nie do końca siląc się na miły ton głosu. – Pewnie już to słyszałeś od medyków, ale znajdujesz się w obozie Owocowego Lasu. Dopóki nie wyzdrowiejesz, zostaniesz w lecznicy... Spotkaliśmy się Porą Opadających Liści. Pamiętasz mnie? Dlaczego mnie nie posłuchaliście i wróciliście... wróciłeś na nasze tereny?
Kocur nie odpowiedział. Kilkukrotnie zamrugał, po czym wyciągnął łebek i ostrożnie zahaczył zębami o ciało małego szarego zwierzątka. Spożywanie posiłku nie było łatwe, gdy miało się poranione łapy, jak i sam pysk. Początkowo Gąska, nie chcąc się narzucać, chciała pozwolić pacjentowi na powolne spożycie posiłku, jednak zrozumiała, że zajmie to wieczność. Grzecznie zasugerowała, że mu pomoże, na co Deszcz kiwnął głową, przysuwając jej z powrotem mysz, którą zaczęła dzielić na mniejsze kawałki.
Gąska się czuła tak, jakby została matką. W dodatku przerośniętego kocięcia. Miała nadzieję, że opieka i doglądanie tego kocięcia nie będzie problematyczne.
~~~
Gąska właśnie wracała do obozu w towarzystwie swojego rodzeństwa, któremu miała pomoc przetransportować upolowaną zwierzynę.
– Jak się ma twój podopieczny? – spytał Guziczek, ciągnąc za sobą ogromnego zająca. Dzięki temu, że zwierzę zaplątało się łapą w śmieci dwunożnych, z łatwością był w stanie go pochwycić.
– Masz na myśli tego samotnika? Dobrze. Ze wschodu słońca na wschód słońca jego rany wyglądają lepiej. Pewnie za niedługo opuści Owocowy Las, ale to zależy od medyków i ich opinii.
– Wiesz może, kto go tak urządził? Inni samotnicy, jego siostra, a może jakiś wojownik...
Gąska spojrzała na Czajkę, który trzymał w pyszczku mniejszą zdobycz. Chomika.
– Prawdopodobnie inni samotnicy, jednak nie jestem do końca pewna. Mogę jedynie zakładać... On nie jest chętny na rozmowy ze mną. Gdyby nie medycy, nie dowiedziałabym się, że ta kotka, która mu towarzyszyła, jego siostra, nie żyje...
– To przykre. Zostać samemu na tym świecie bez rodziny... Samemu, samiuteńkim, jak paluszek...
Gąska strzepnęła uchem. Wina, że częściowo przyczyniła się do śmierci Rosy, rozlała się po jej ciele. Nerwowo rozejrzała się po terenie, po czym zbliżyła pysk do pyska Czajki i zabrała mu chomika.
– Ej!
Kotka przyspieszyła kroku, aż w końcu rozpędziła się na dobre. Gnała pomiędzy Owocowym Laskiem, kierując się z powrotem do obozu.
~~~
– Dzień dobry, Gąsko – podjął ojciec, dostrzegając córkę, która w tym samym czasie podnosiła chomika z ziemi. – Dobrze, że jesteś. Właśnie opowiadałem Deszczowi o wierze w Wszechmatkę...
Gąska dość szybko pokonała dzielącą ją odległość od pacjenta, przed którym położyła chomika.
– Dlaczego... dlaczego rozmawiasz z moim ojcem, jak gdyby nic, a podczas moich prób rozmowy z tobą, milczysz. Tak samo jest, gdy rozmawiasz z medykami. G-gdyby nie ja, umarłbyś, tam samo jak...
– G-gąsko... – podjął Orzeszek, na co Gąska zamilkła. Najeżone futro na grzbiecie opadło, jak i mimika pyska kotki uległa zmianie.
– P-przepraszam... – rzuciła, kładąc po sobie uszy.
– Nie lubię cię – padło z pyska Deszczu. Zarówno Orzeszek, jak i Gąska wlepili spojrzenie w kocura, a grzbiet szylkretki wygiął się w łuk. – Przez ciebie mam problem ze słuchem... Przez ciebie Rosa została zaatakowana... Nie lubię twojego głosu, a tym bardziej twojej obecności obok siebie...
– P-przeze mnie?! – krzyknęła, czując przeogromną złość na kocura, za to, że zrzucał na nią winę i obarczał nieszczęściami, które się mu przytrafiły. Co prawda czuła się winna, ale przecież nie mogła przewidzieć, dokąd samotnicy się udadzą, po tym, jak nakazała im odejść z terenów Owocowego Lasu. Na to, co się stało później, nie miała przecież wpływ. – P-przykro mi, że straciłeś siostrę, ale to nie ja ją zaatakowałam. P-pewnie sama sprowokowała atak, po była przebrzydłą kłamczuchą, która żerowała na nieszczęściu innych! P-pewnie ktoś stracił cierpliwość i ... Ugh... powinnam cię zostawić w tej szopie!
Orzeszek położył po sobie uszy, przepraszająco spoglądając na pozostałe koty w lecznicy. Mimo jego starań, aby uspokoić córkę, jak i przeprowadzonego przez nią kocura do obozu, nie był w stanie przemówić do nich, aby byli ciszej. Między niebieskim kocurem, a szylkretką wywiązała się kłótnia, która na dobrą sprawę była czymś dobrym. Dzięki temu zarówno Deszcz, jak i Gąska mogli siebie w końcu na dobre poznać, a także zrozumieć. Po raz pierwszy mimo ciężkiej atmosfery mogli ze sobą dłużej pomówić.
– Gąsko... Gąsko! – zawołał Orzeszek, stając pomiędzy szylkretką a niebieskim kocurem. – Idź, zanieś mamie posiłek, dobrze? Potem zajrzyj do kociarni, a wieczorem porozmawiamy w legowisku stróży...
Gąska prychnęła. Popełniła błąd, przyprowadzając tego samotnika do obozu. W końcu jednak miała twardy dowód, że samotnik celowo ją ignorował podczas odwiedzin, a ona starała się z całych sił, aby jego pobyt w Owocowym Lesie minął dobrze. Teraz tylko brakowało, aby kocur zrobił coś, przez co ponownie straciłaby w oczach owocniaków.
Może, gdy jutrzejszego dnia zajrzy do lecznicy, wszystkie zioła zostaną wymieszane, a posłania zniszczone?
Odwróciła się i opuściła lecznicę, po drodze zderzając się bokiem ze zdezorientowaną Jeżogłówką. Nie przeprosiła kotki, nie odezwała się słowem. Pomknęła przed siebie, dokładnie tam, gdzie ponad dwadzieścia księżyców temu został znaleziony karton z trójką kociąt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz