Aldrowanda nie miała w swym zwyczaju wstawać zbyt wcześnie rano. Lubiła pospać nieco dłużej, a nawet jeśli już się wybudziła, to wciąż wylegiwała się na swym posłaniu, do którego zdążyła się nie tylko przyzwyczaić, ale nawet i nieco je polubić. W dodatku dowiedziała się ona, że ta podstawa jej legowiska złożona z patyków nazywała się gniazdem, czyli coś stworzonego nie przez koty, lecz przez ptaki. Dla kota żyjącego dziko było to, jak się okazało, czymś zupełnie normalnym. Jednak dla niej, młodej kotki żyjącej w dosyć małym i zamkniętych świecie cyrku, gniazdo było czymś, co zdawało jej się całkiem niezwykle. No bo jak taki ptak mógł to sam utkać swoim małym dziobem? Niesamowite!
Jednak wracając do samej pobudki, to kotka wstała dzisiaj wyjątkowo bez ociągania się. Jej łapki świerzbiły ją z nieukrywanej ekscytacji. Dzisiaj miało nastąpić jej mianowanie na wojownika. Jej i jej brata, Tygryska, tak dokładniej. I o ile Tygrysek nie mógł się doczekać tego dnia ze względu na to, że będzie mógł dowiedzieć się, jak wygląda życie wojowników klanu, to jego siostra miała w głowie coś zupełnie innego — w końcu będzie mogła wyjść poza obóz! Nieco błahy powód, sama musiała to przed sobą przyznać. Jednak wizja zobaczenia świata poza tym, co znała, ekscytowało ją jak nic innego. Niegdyś wydawało jej się, że teren poza jej cyrkiem musi być nudny. Teraz jednak z coraz większą ciekawością wyczekiwała poznania tej krainy, szczególnie po ostatniej opowieści Jastrzębiego Zewu.
— Aldrowando, prawie wszyscy w klanie jeszcze śpią. A co za tym idzie, do waszego mianowania jeszcze nieco pozostało — miauknęła karmicielka nieco rozbawiona, widząc, jak jej podopieczna już od dobrej chwili siedziała przy wyjściu ze żłobka, i wyczekiwała na rozpoczęcie ceremonii.
Aldrowanda odwróciła swój mały łepek i spojrzała na kotkę. Westchnęła cicho, po czym podniosła się i podreptała z powrotem, tym razem siadając obok swojej opiekunki.
— A nie mogliby wstać wcześniej? — zapytała koteczka z lekkim przekąsem.
— Musisz być bardziej cierpliwa. Bez tej cechy nie zostaniesz za dobrą wojowniczką — skarciła ją karmicielka, jednak jej ton nadal pozostawał lekki. Rozumiała bowiem, że ta markotność wynika ze zwyczajnej ekscytacji szylkretki.
Aldrowanda chciała wywrócić oczami, jednak powstrzymała się od tego. Zamiast tego, zwróciła wzrok na Tygryska, który nadal błogo spał obok Jastrzębiego Zewu. Przez moment zamarzyła, aby i tym razem spała sobie jak gdyby nigdy nic. Przynajmniej by ją wtedy tak nie nosiło…
***
— Ach, nie mogę się już doczekać! — pisnął Tygrysek cicho, przebierając delikatnie łapki z niecierpliwości. — Mam nadzieję, że nie zmienią mi członu „Tygrysi”.
Jego siostrą parsknęła śmiechem, machając delikatnie swym puchatym ogonem.
— No nie wiem, Popielicowa Łapa nie brzmi tak źle — zażartowała koteczka.
— Hej! Wcale nie śpię aż tak dużo! — miauknął kocurek z lekką urazą wyczuwalną w jego tonie. — A poza tym, ty wcale nie śpisz jakoś dużo krócej ode mnie.
— Ale ja dzisiaj wstałam wcześniej! — odmiauknęła, probując wybronić się przed oskarżeniami brata.
Mimo tej całej małej sprzeczki między nimi, myśli kotki pozostały na jej początku. Rozumiała obawy Tygryska. Ona sama lękała się nieco, że ich pierwszy człon może być zupełnie inny po mianowaniu na ucznia tak jak na przykład w przypadku Strzępka, a teraz już Zszarzałej Łapy. Uczucie te potęgował fakt, że z racji tego, iż oba kociaki wywodzą się spoza klanu, co gorsza od dwunożnych, to przywódca może nie chcieć, aby jego koty miały imiona związane z czymś, czego jego klanowcy nie lubią. A kotka bardzo lubiła swoje imię i nie chciałaby, aby się ono zmieniło. Niestety, ta decyzja już chyba nie od niej zależna, prawda...?
***
Aldrowanda usłyszała nagle wołanie przywódcy. Ona i Tygrysek omal nie podskoczyli aż po sam sufit żłobka z ekscytacji. Jastrzębi Zew zareagowała na to jedynie cichym pomrukiem rozbawienia.
— No, nadszedł w końcu czas na was. Chodźcie — zwróciła się do kociąt, po czym wyprowadziła je ze żłobka i zabrała na spotkanie klanu.
Mała koteczka siedziała dumnie wyprostowana, Tygrysek również. Z uwagą wpatrywali się w przywódcę, zastanawiając się, kogo mianuje on pierwszy. A mianował… Tygryska! A w zasadzie to już Tygrysią Łapę. Siostra patrzyła na niego z szerokim uśmiechem, czując się dumna ze swego braciaka, jednocześnie czując ulgę ze względu na fakt, że przywódca nie zmienił jego pierwszego członu. A to oznaczało, że najprawdopodobniej jej również nie.
— Aldrowando, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Aldrowandowa Łapa. Twoim mentorem będzie Drzemiące Słońce. Mam nadzieję, że Drzemiące Słońce przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknął doniośle Judaszowcowa Gwiazda, po czym spojrzał na wspomnianego wojownika. — Drzemiące Słońce, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Delikatnej Bryzy doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją rozwagę i cierpliwość. Będziesz mentorem Aldrowandowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Drzemiące Słońce podszedł do Aldrowandowej Łapy i zetknęli się nosami. Gdy kocur usiadł obok niej, a klan zaczął wykrzykiwać nowe imię uczennicy, ona wyprostowała się jeszcze bardziej, czując, jak rozpiera ją w środku czysta ekscytacja i radość. Kiedy zebranie w końcu dotarło do końca i wszyscy skończyli gratulować dwójce nowych uczniów, Aldrowandowa Łapa spojrzała na swojego mentora.
— Kiedy wyruszymy na pierwszy trening? — zapytała z nutką niecierpliwości, chcąc już jak najszybciej opuścić jaskinię i obejrzeć świat poza nią ponownie.
— Pierwszy trening odbędzie się dopiero jutro. Dzisiaj musisz najpierw poznać nasze terytorium i granicę — odrzekł wojownik niezbyt donośnym tonem.
Kotka dostrzegła już, że nie jest on raczej typem kota towarzyskiego. Siedząc przed żłobkiem wraz z Jastrzębim Zewem, zwróciła na rudego kocura uwagę ze dwa lub trzy razy i zawsze przesiadywał on sam. Nie przeszkadzało jej to jednak, ponieważ wspaniale zdawała sobie sprawę, że zawsze ona sama może z łatwością, i wielką chęcią, przejąć rolę głównie mówiącego.
— Dobra. To na co czekamy? — miauknęła uczennica, machając delikatnie ogonem z ekscytacji.
Po tym jej mentor zaczął iść w kierunku wyjścia z jaskini, a ona od razu udała się za nim. Tak nie mogła się doczekać zobaczenia już całego terytorium i plaży, o której wspomniała jej raz Bożodrzewny Kaprys.
[970 słów]
[Przyznano 19%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz