Biała młódka ze swoim rudym bratem rosła w oczach, ledwo, co byli małymi kulkami, które niemal całe dnie spędzały przy brzuchu rodzicielki, a teraz? Zaczynali powoli odkrywać otaczający ich świat — oczywiście pod czujnym okiem Tramontany, która nie chciała żadnego z nich stracić. W końcu mieli zapewnić jej spokojne życie na starość, nie musząc się przejmować tym, kto jej pomoże w samotniczym życiu, zapoluje i zadba, by umarła z godnością. Dla starszej jej dwójka młodych była niczym oczka w głowie, o które chciała dbać, jak tylko mogła i pozwalał jej statut samotnika. Dlatego też feralnego dnia po usłyszeniu i wyczuciu w powietrzu zagrożenia, zagoniła rodzeństwo do nory, choć raczej oboje nie byli z tego faktu zbytnio zadowoleni, jednakże niebieskooka się tym nie przejmowała — ważniejsze było ich bezpieczeństwo, które mogła im zapewnić w schronienie oraz kiedy ta dwójka maluchów nie będzie popiskiwać.
Mistral nieco zdezorientowana zachowaniem matki, spojrzała za siebie, by ujrzeć przerażenie i przejęcie w oczach rodzicielki. Młódka sama się spięła, zaczynając być odzwierciedleniem emocji samotniczki. Przez nieuwagę koteczka stanęła krzywo na jednej z przednich łap, doprowadzając do jej zwichnięcia. Głośno pisnęła z bólu, który zaczął promieniować od uszkodzonej kończyny, zmuszając przy tym Tramontanę, by ta chwyciła ją za skórę na karku i resztę drogi do nory pokonała, będąc niesioną w pysku matki. Samotniczka, tylko kiedy skryła w ciemniejszym zakamarku jamy, kazała im pozostać cicho i pod żadnym pozorem choćby drgnąć. Młódka chciała otworzyć pyszczek, dopytać co się dzieje, przy okazji skarżąc się na łapę, lecz biały ogon Tramontany skutecznie jej to utrudnił. Mistral widziała mieszankę różnych emocji w oczach matki, które były głównie zdominowane przez strach oraz potrzebę ochrony swoich młodych.
Dalsze wydarzenia potoczyły się w zastraszającym tempie — walka, krew, by finalnie skończyło się to pewną śmiercią. Koteczka z szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak ich matka ginie, poświęcając życie dla niej i Świergotka. Kiedy było po wszystkim, strachu kompletnie sparaliżował jej drobne ciało, tak podobne do Tramontany z wyglądu. Młódka nie dopuszczała do siebie myśli, że ich rodzicielka tak po prostu polegnie w boju — nie zgadzała się na to. Chciała krzyczeć, płakać, wręcz wyć z rozpaczy, jednak żaden dźwięk nie opuszczał jej gardła. Nawet zwichnięta łapa straciła na znaczeniu w obliczu takiej tragedii.
Już miała wykonać pierwszy krok w stronę jeszcze ciepłego ciała matki, kiedy niespodziewanie do nory wpadł liliowy kocur. Biała kojarzyła jego zapach, który czasem unosił się w powietrzu, kiedy tylko przebudzała się z drzemki. Tramontana kiedyś im opowiadała o jakimś kocie, który przenosił jej zwierzynę, gdy musiała mieć na nich oko.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz po chwili jego głos nie dał rady opuścić pyska starszego. Wpatrzony zielonymi oczami w zmasakrowane ciało samotniczki, podszedł do niej, a następnie upadł przy konającej kotce, oplatając łapami krwawiącą szyję. Wraz z kolejnym uderzeniem serca jego wzrok na chwilę spoczął na dwójce kociąt, jednak już po chwili ten zaczął badać sylwetkę starszej. Z tej perspektywy Mistral ledwo mogła dostrzec ledwo unoszące się boki matki, a co dopiero jej pysk.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, a koteczce zdawało się, że jeszcze dodatkowo przy tym się jąka, co nieco ją w duszy poirytowało. Jej uszy były przyzwyczajone do czystego, spokojnego, po prostu idealnego głosu matki, a teraz? Jedyny dźwięk w jamie, jaki mogła usłyszeć to jakieś jąkanie się obcego kocura, który mamrotał coś nad ciałem jej najdroższej matki.
Liliowy po chwili przeniósł swoje zielone oczy, tak obce Mistral, właśnie na nią. Ta była wpatrzona w niego szeroko otwartymi oczami, w których był widoczny strach, a fakt, iż zaczynały się powoli szklić, mógł wskazywać na początek opłakiwania zmarłej. Chciała usłyszeć zapewnienia od kocura, że Tramontana przeżyje, nic jej nie jest i z tego wyjdzie cało, jak przystało na silną samotniczkę.
«★»
Młódka nie wiedziała, ile czasu minęła, lecz zapewne dość sporo, patrząc na, że jej białe futerko przybierało najpierw ciepławą barwę zachodzącego słońca, by następnie zostać otuloną przez ciemny późny wieczór. Niebieskooka była niesiona w pysku przez uzdrowiciela, podczas gdy jej brat spoczywał na jego grzbiecie, na którym grzecznie pozostawał, jakby z obawą, że spadnie lub co innego — Mistral nie była w stanie go zbytnio dojrzeć z obecnego punktu widokowego. Jedyne, co znajdowała się w zasięgu jej jasnego spojrzenia, były mijane drzewa, krzewy oraz łapy liliowego, które obecnie przyozdabiał szkarłat, który dawniej należał do żyjącej Tramontany.
Po jakimś czasie przed nimi zaczął majaczyć obraz, przypominający naturalny mur z drzew oraz krzewów, w którym znajdował się tunel, przez który przeszedł kocur. Niemal od razu przed Mistral ukazał się obóz Owocowego Lasu, a jego członkowie zaciekawieni skierowali swoje spojrzenia, bądź kroki w ich kierunku. Biała po chwili poczuła pod sobą twardą ziemię, którą przykrywała trawa, by następnie do jej uszu dobiegł głuche uderzenie, jakby kocie ciało ciężko upadło na glebę. Pchana ciekawością i nieco obawą o swojego brata, spojrzała za siebie, by ujrzeć widok nieprzytomnego ciała uzdrowiciela — w pierwszej chwili pomyślała, że on też nie żyje, lecz kiedy tylko przeniosła swoje przestraszone oczy na jego bok, zdała sobie sprawę, że ten oddycha.
«★»
Późniejszy ciąg dalszy tego precedensu nie był jej do końca znany, gdyż na nowo znalazła się w powietrzu, niesiona przez jakiegoś kota. Najpierw znalazła się w dziupli, która już w progu była przesiąknięta zapachem ziół, jedno z nich o ostrym zapachu zostało nałożone na zwichniętą łapę młódki. Z uwagą obserwowała cały ten proces, śledząc czujnym wzrokiem poczynania rudego kocura o żółtych oczach, który później przyjrzał się Świergotkowi, stwierdzając, że jemu w porównaniu do siostry nic nie dolegało. Ja już miała zaprotestować, obruszyć się, jednak nie było jej to dane, gdyż kolejny raz znalazła się w powietrzu i zaniesiona do następnego obcego jej miejsca. Tam jednakże pozostał przy niej i Świergotku kolejny obcy osobnik, którego czarna sierść była przyozdobiona bielą oraz jakimiś bliżej nieokreślonymi przedmiotami. Biała nieco podejrzliwie badała go wzrokiem, woląc, by zamiast niego była tu Tramontana, najlepiej w lisiej norze, w której zapach samotniczki niemal otulał kocięta, niczym fizyczny ogon starszej.
«★»
Kolejny dzień nadszedł, a młódka miała nadzieję, że to wszystko było koszmarem, który wykreował jej kocięcy rozumek. Jednakże spotkała się z przykrym rozczarowaniem, kiedy tylko uchyliła swoje powieki, a zamiast półmroku lisiej nory zastał ją widok przebijających się promieni słońca przez liściaste poszycie kociarni. Kolejnym powodem do smutku był fakt, iż zamiast Tramontany obok nich spał czarny kocur. Młódka już miała się wygrzebać z posłania, które pachniało równie obco, co całe to miejsce, kiedy do jej uszu dotarły niepewne kroki. Niebieskie spojrzenie niemal od razu skierowało się w kierunku wejścia do legowiska, gdzie ujrzała liliową sylwetkę kocura, który wczoraj zjawił się w norze, a następnie zabrał do tego obcego miejsca.
— Ty — syknęła, czując nienawiść wobec zielonookiego. Głównie było to spowodowane zabranie od boku matki, nawet jeśli ta była umierająca.
<Wiciokrzew? Dobre pierwsze wrażenie>
Wyleczeni: Mistral
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz