*gdzieś w międzyczasie po ponownym zostaniu uczniem*
Jedyny plus był taki, że oprócz niego była tylko jedna uczennica, więc legowisko miał prawie całe dla siebie. Nie wyobrażał sobie mieszkania z wojownikami. Zresztą, coś mu mówiło że i oni się cieszą, że nie muszą go codziennie oglądać.
Wyszedł z legowiska, wciągając do płuc wilgotny zapach lasu. Bezsprzecznie nadeszła już pora opadających liści, idealnym tego dowodem był nocny deszcz. Leśna ściółka nie zdążyła jeszcze wyschnąć, zimne krople skapywały z koron drzew przy mocniejszym podmuchu wiatru.
Kawałek dalej kocur zauważył sporą kałużę. Podszedł do niej i zaciekawiony spojrzał w swoje odbicie. Uśmiechnął się paskudnie do szkaradnej mordy, którą zobaczył. Jego prawe ucho, a raczej to, co z niego zostało, przypominało nadgryziony strzęp skóry. Mimo starań medyczek, po ciosie Pstrągowego Pyska zostały cztery wąskie, ale długie blizny. Zniekształcały wargę sprawiając, że jego sardoniczny uśmieszek wyglądał jeszcze straszniej. Do tego dochodziły grube szramy nad drugim okiem, pamiątka po spotkaniu z Lisią Gwiazdą. Na samo wspomnienie lidera Klanu Klifu kocur poczuł wściekłość. Znajdzie sposób, jak odpłacić mu za to wszystko…
Spojrzał w swoje oczy. Tylko one się nie zmieniły. Brązowe z plamami złota, które w odbiciu wyglądały na szarość, patrzyły na świat z tym samym smutkiem, ukrywanym pod warstwami ironii, pogardy i agresji.
Wyglądał jak cholerna piękność, wianuszek kotek powinien nie odstępować go na krok.
Opadające liście… Gdy się wtedy obudził, leżał w ich stercie. Spanikowany, nie mający pojęcia kim jest. Tak wiele zmieniło się od tego czasu… Poznał prawdę, stracił wszystko co miał i odnalazł nowy dom. Przynajmniej tak mu się wydawało. Nawet, gdyby chciał stąd odejść, nie miał dokąd. No, i miał rachunki do wyrównania. Dopiero gdy ta Lisia Menda umrze, będzie mógł myśleć o odejściu.
W końcu nie miał nikogo, kto by go tu trzymał.
Uświadomił sobie, jak bardzo się zmienił. Stał się dziki i zgorzkniały, przestał zważać na cokolwiek. Nie uznawał żadnej świętości i ze zgrozą dostrzegł, że zaczyna naginać własne zasady. Kiedy ostatnio uniósł łeb i patrzył w gwiazdy?
Jeszcze raz spojrzał w oczy swojego odbicia. Czaił się w nich mrok. Od zawsze tam był ale kocur miał przykre wrażenie, że zanurza się w oceanie ciemności i pustki.
Wzdrygnął się i odwrócił wzrok.
Ta cholerna kocica… Nie powinien dać się ponieść emocjom. Nie chodziło tylko blizny i ucho, wygląd to ostatnie, czym się przejmował (a patrząc na to, jak był piękny i tak już nic nie zaszkodzi jego urodzie). Chodziło o to, że zrobił dokładnie to, czego chciała. Rzucił się na nią dając upust złości i pozwalając jej zrobić to samo. Wykorzystała go, jak on wykorzystał Spopieloną Paproć i Iglasty Krzew. Była słaba.
- Dokładnie tak, jak ty - pomyślał, czując się winny. Chciał nią gardzić, ale nie potrafił. To tak, jakby chciał zacząć gardzić samym sobą (chociaż do tego był na coraz lepszej drodze).
Jeśli miał być ze sobą absolutnie szczery… cieszył się, że znalazł ich tamten patrol. Nie wybaczyłby sobie, gdyby ją zabił. Widział furię w jej oczach i wiedział, że by się nie podała. A on też nie miał zamiaru.
Święte miejsce… Nie wierzył w Klan Gwiazdy (może i opowieść o kotach mieszkających na niebie była bardzo podobna do wizji walecznych wilków stających się gwiazdami za swoje zasługi, ale nie miał zamiaru porzucać swojej wiary), więc nie widział w swoim postępowaniu nic złego. Szczególnie, że koty, które ich rozdzieliły należały do Klanu Klifu.
Miał pecha, bo kawałek dalej natknął się na patrol własnego klanu, na dodatek prowadzony przez Spopieloną. Widocznie usłyszeli całe zajście i postanowili to sprawdzić. Oczywiście nie byli szczęśliwi, gdy zauważyli co się stało, ale miał to gdzieś. No, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał. A później wizyta u medyczki, rozmowa z liderem…
- Wilcza Łapo! - Borsucza Gwiazda używał jego imienia kiedy tylko mógł. - Spóźniłeś się. Jak zwykle zresztą.
Głos mentora wyrwał czarnego z zamyślenia. Kocur odwrócił wzrok od kałuży i uśmiechnął się wrednie.
- Uprzejmie proszę o wybaczenie, Błotnista Gwiazdo, mój mentorze. Nie wiem, jak mogłem dopuścić do tak haniebnego postępku. Mam szczerą nadzieję, że w swej wspaniałomyślności mi wybaczysz, o liderze.
- Dość - warknął jego mentor. - Szepczący Wiatr skarżyła się na pchły. Wymienisz posłanie w legowisku starszyzny i pomożesz jej z problemem - rozkazał, po czym odszedł, nie czekając na reakcję.
Wilcza Łapa westchnął tylko. Rzeczywistość wzywała. Rzucił ostatnie spojrzenie na kałużę i wrócił myślami do dużej burej kotki z Klanu Nocy.
- Ciekawe kto ją zranił - pomyślał, odchodząc.
*kiedyś, po ponownym mianowaniu*
Wielkie drzewo była parę kroków stąd. Skręcił w tamtą stronę, sam nie wiedząc za bardzo dlaczego. Od razu przypomniała mu się walka, którą tu stoczył. Bura kocica… Kiedy ostatnio o niej myślał, zastanawiał się, kto sprawił, że jest taka, jaka jest. Kto ją skrzywdził.
Zrobił parę kroków w stronę granicy z Klanem Nocy. Wątpił, żeby była w pobliżu, ale skoro już tu był, czemu by tego nie sprawdzić?
Nie wierzył własnemu nosowi, gdy wyczuł jej woń. Zrobił jeszcze krok i usiadł.
Zauważyła go i zjeżyła sierść.
- Porozmawiajmy - rzucił, zanim zdążyła coś powiedzieć.
<Pstrągu? Wilczy chce szczerze porozmawiać ;)>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz