Każdy kolejny dzień przynosił jej coś nowego, a choć od przybycia do Klanu Burzy minęło już wystarczająco wiele czasu, by obozowisko przestało wydawać się obce, wciąż odnosiła wrażenie, że znajduje się na początku długiej ścieżki, której końca nie potrafiła jeszcze dostrzec. Coraz lepiej rozpoznawała zapachy unoszące się pomiędzy legowiskami, coraz pewniej poruszała się po znajomych ścieżkach i coraz częściej łapała się na tym, że potrafi wymienić imiona wojowników bez konieczności zatrzymywania się na chwilę w myślach. Mimo to nadal pozostawało wiele rzeczy, których jeszcze nie rozumiała, a każdy nowy wschód słońca zdawał się odkrywać przed nią kolejne fragmenty życia klanu. Większość czasu spędzała przy Rudej Lisówce. Treningi wypełniały znaczną część jej dni, a ona sama dokładała wszelkich starań, by jak najszybciej stać się wojowniczką godną swojego klanu. Nie brakowało jej zapału ani determinacji; wręcz przeciwnie, każda nowa umiejętność, każde poprawnie wykonane zadanie i każde słowo pochwały rozgrzewały jej serce bardziej, niż chciała się do tego przyznać.
Mimo to relacja z mentorem pozostawała dla niej czymś trudnym do jednoznacznego określenia.
Ruda Lisówka nie był od niej wiele starszy, co początkowo wydawało się czymś, co powinno ułatwić wzajemne porozumienie. Zamiast tego między nimi niemal od początku istniała osobliwa bariera, subtelna i niewidoczna, lecz wyczuwalna przy każdej dłuższej rozmowie. Nie potrafiła wskazać jej źródła. Nie chodziło nawet o różnicę charakterów ani o jego sposób bycia. Było raczej tak, jakby każde z nich stało po przeciwnej stronie strumienia — wystarczająco blisko, by się słyszeć, lecz zbyt daleko, by naprawdę zrozumieć własne myśli.
Z początku wydawał jej się nieśmiały, może nawet odrobinę zagubiony. Podczas pierwszych dni treningu często sprawiał wrażenie, jakby sam nie wiedział, co powinien powiedzieć lub jak zachować się w jej obecności. Niekiedy odpowiadał krótko, innym razem urywał zdania w połowie, a momenty ciszy zdawały się przychodzić między nimi częściej, niż można by się spodziewać po mentorze i uczennicy.
Z czasem nauczyła się dostrzegać, że pod tą niezręcznością kryło się coś więcej. Coraz częściej podejmował rozmowę sam z siebie, czasami opowiadał o klanie, o patrolach lub konkretnych wydarzeniach, a jednak nawet wtedy odnosiła wrażenie, że jakaś część jego pozostaje zamknięta za niewidzialną ścianą. Jakby każde wypowiedziane słowo było wcześniej starannie rozważone, a każda myśl musiała przejść przez filtr ostrożności, zanim ujrzała światło dnia.
Nie miała mu tego za złe.
Wręcz przeciwnie, im dłużej go poznawała, tym bardziej była przekonana, że w jego przypadku nie wynikało to ze złej woli ani niechęci. Po prostu był kotem, którego trudno było odczytać. Kotem, który nosił w sobie znacznie więcej myśli, niż pozwalał zobaczyć innym.
Mimo wszystko zaczynała odczuwać potrzebę oddechu.
Nie od treningu ani od obowiązków, lecz od tej nieustannej ostrożności, która zdawała się towarzyszyć każdej ich rozmowie. Coraz częściej łapała się na tym, że tęskni za zwyczajną, lekką konwersacją, niewymagającą analizowania każdego słowa i zastanawiania się, czy przypadkiem nie powiedziała czegoś niewłaściwego.
Oczywiście miała Tojadową Kryzę.
Sama myśl o nim wywoływała na jej pysku mimowolny uśmiech, łagodny i ciepły niczym promienie słońca przebijające się przez burzowe chmury. To właśnie z nim dzieliła najwięcej wspomnień, to jemu ufała najbardziej i to przy nim mogła pozwolić sobie na pełną szczerość bez obawy, że zostanie źle zrozumiana.
Jednak nawet to nie zmieniało faktu, że świat nie kończył się na jednym kocie.
Kochała czas spędzany u jego boku, lecz nie chciała, by całe jej życie obracało się wyłącznie wokół jednej relacji, niezależnie od tego, jak ważna była dla jej serca. Chciała poznawać innych wojowników, słuchać ich historii, budować własne przyjaźnie i odnaleźć miejsce wśród kotów Klanu Burzy nie jako czyjaś partnerka czy uczennica, lecz po prostu jako ona sama.
Przez dłuższą chwilę pozwalała spojrzeniu wędrować po obozowisku, przeskakując od jednej sylwetki do drugiej bez wyraźnego celu. Wojownicy przemieszczali się pomiędzy legowiskami, wymieniali krótkie uwagi, zajmowali się własnymi obowiązkami lub odpoczywali po patrolach, a każdy z nich zdawał się być pochłonięty własnym fragmentem codzienności. Im dłużej jednak ich obserwowała, tym bardziej rosło w niej poczucie niezdecydowania. Każda kolejna twarz wydawała się równie odpowiednia jak poprzednia, przez co wybór zamiast stawać się łatwiejszy, komplikował się z każdą upływającą chwilą.
W końcu cicho westchnęła.
Jeśli będzie analizować każdą możliwość osobno, najpewniej spędzi tu całe popołudnie, nie zamieniając ani jednego słowa z kimkolwiek.
Ta myśl rozbawiła ją na tyle, że kącik jej pyska drgnął lekko ku górze.
Postanowiła więc zdać się na przypadek.
Oderwała wzrok od tłumu i ruszyła przed siebie, zanim zdążyła ponownie zmienić zdanie. Dopiero po kilku krokach pozwoliła sobie spojrzeć, w stronę kogo właściwie zmierza.
Jej wybór padł na wysokiego, rudego wojownika, którego sylwetka wyróżniała się spośród otaczających go kotów. Miał nieco wydłużony pysk i sprawiał wrażenie kogoś, kto równie dobrze mógł być pogrążony we własnych myślach, jak i gotowy do rozmowy, a właśnie ta trudna do określenia zwyczajność wydała jej się nagle wyjątkowo zachęcająca.
Nie znała go szczególnie dobrze. Kojarzyła jego imię, kilka zasłyszanych opinii oraz kilka krótkich sytuacji, w których ich ścieżki przecięły się gdzieś pomiędzy patrolami i codziennym życiem obozu, lecz na tym właściwie kończyła się ich znajomość.
— Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. Jesteś… — na moment umilkła. — Oskrzydlony… Ognik?
Przesunęła ciężar ciała z jednej łapy na drugą, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim ponownie spoczęło na wojowniku.
<Ogniku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz