dawno temu
Jagnięca Łapa okazała się jedną z naprawdę nielicznych, którzy od samego początku nie próbowali w żaden sposób umniejszać im z powodu ich pochodzenia. W pełni zadbała o to, by pod względem zdrowia niczego im nie brakowało i by jak najszybciej wrócili do formy.
Jego stan wymagał zdecydowanie więcej uwagi niż Miłostki, co było dla niego niezwykle irytujące, zważywszy na to, że to przecież on uważał się za tę rozsądniejszą jednostkę, a więc wszelkie choróbska powinny omijać go szerokim łukiem, choćby z czystego szacunku dla jego ostrożności.
Niedola długo go nie opuszczała, co zdawało się tak naprawdę znacznie bardziej przeszkadzać jego siostrze, niż jemu samemu. Do tego stopnia, że przy pierwszej możliwej okazji, pointka opuściła go w towarzystwie ich niby-mentora. Niby, bo trudno było mówić o jakimkolwiek szkoleniu, skoro niezbędną wiedzę mieli już w posiadaniu od dawien dawna.
Mimo wszystko nie dręczyło go poczucie winy z powodu bezczynności. Lubił siedzieć w miejscu i nic nie robić — miał to po ojcu. Nie taka jednak była jego rola, by spać całymi dniami, gdy powinni zadbać o to, by jak najlepiej prezentować się w nowym miejscu. Na razie cały ten ciężar spoczął na barkach Truskawkowej Łapy.
Gdy tylko stale towarzyszące mu uczucie chłodu pozostało jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, wziął się do roboty. Pierwotna niemożność samodzielnego opuszczania obozu niezwykle go zniechęcała. O ile pierwsze wyprawy w towarzystwie Motorowego Lśnienia wydawały się czymś logicznym — w końcu musieli zapoznać się z terenami — tak każdy kolejny raz wywoływał w nim narastający ból głowy.
Rudy okazał się jednak całkiem znośny. Spokojny, momentami co najwyżej sprawiał wrażenie lekko znużonego faktem, że ciągnie się za nim dwójka przerośniętych uczniaków. Mimo wszystko dało się go tolerować. Ewidentnie wojownik starał się trzymać ich na dystans, ale Wędrująca Łapa nie miał go za co winić. Nie był przecież jedynym, który nieszczególnie darzyli ich dwójkę zaufaniem.
Płowy błędnie założył, iż przeniesienie do legowiska uczniów poprawi ich sytuację. Czuł się tam niedopasowany jak bocian wśród zgrai kaczek. Ponadto, pomimo zmiany imienia, Miłostka bywała Miłostką, wdając się zbyt często w zbędne dyskusje.
Obiecał sobie, że nie będzie już pilnował jej na każdym kroku. Nie było tu żadnego odpowiednika Lnu, przez którego musiałby się o nią zamartwiać. Zresztą, byli na tyle dorośli, iż naprawdę musiał dać jej więcej przestrzeni. Liczył na spokojne i bezpieczne życie dla nich obojga, ale nie podobało mu się, że gdy tylko ona coś odwalała, wszyscy od razu mogli skojarzyć to z nim.
Bo byli rodzeństwem. Bo przyszli tu razem.
Bo oboje ośmielili się zapragnąć oddychać tym samym powietrzem co „prawdziwi” Klifiacy.
Jego stan wymagał zdecydowanie więcej uwagi niż Miłostki, co było dla niego niezwykle irytujące, zważywszy na to, że to przecież on uważał się za tę rozsądniejszą jednostkę, a więc wszelkie choróbska powinny omijać go szerokim łukiem, choćby z czystego szacunku dla jego ostrożności.
Niedola długo go nie opuszczała, co zdawało się tak naprawdę znacznie bardziej przeszkadzać jego siostrze, niż jemu samemu. Do tego stopnia, że przy pierwszej możliwej okazji, pointka opuściła go w towarzystwie ich niby-mentora. Niby, bo trudno było mówić o jakimkolwiek szkoleniu, skoro niezbędną wiedzę mieli już w posiadaniu od dawien dawna.
Mimo wszystko nie dręczyło go poczucie winy z powodu bezczynności. Lubił siedzieć w miejscu i nic nie robić — miał to po ojcu. Nie taka jednak była jego rola, by spać całymi dniami, gdy powinni zadbać o to, by jak najlepiej prezentować się w nowym miejscu. Na razie cały ten ciężar spoczął na barkach Truskawkowej Łapy.
Gdy tylko stale towarzyszące mu uczucie chłodu pozostało jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, wziął się do roboty. Pierwotna niemożność samodzielnego opuszczania obozu niezwykle go zniechęcała. O ile pierwsze wyprawy w towarzystwie Motorowego Lśnienia wydawały się czymś logicznym — w końcu musieli zapoznać się z terenami — tak każdy kolejny raz wywoływał w nim narastający ból głowy.
Rudy okazał się jednak całkiem znośny. Spokojny, momentami co najwyżej sprawiał wrażenie lekko znużonego faktem, że ciągnie się za nim dwójka przerośniętych uczniaków. Mimo wszystko dało się go tolerować. Ewidentnie wojownik starał się trzymać ich na dystans, ale Wędrująca Łapa nie miał go za co winić. Nie był przecież jedynym, który nieszczególnie darzyli ich dwójkę zaufaniem.
Płowy błędnie założył, iż przeniesienie do legowiska uczniów poprawi ich sytuację. Czuł się tam niedopasowany jak bocian wśród zgrai kaczek. Ponadto, pomimo zmiany imienia, Miłostka bywała Miłostką, wdając się zbyt często w zbędne dyskusje.
Obiecał sobie, że nie będzie już pilnował jej na każdym kroku. Nie było tu żadnego odpowiednika Lnu, przez którego musiałby się o nią zamartwiać. Zresztą, byli na tyle dorośli, iż naprawdę musiał dać jej więcej przestrzeni. Liczył na spokojne i bezpieczne życie dla nich obojga, ale nie podobało mu się, że gdy tylko ona coś odwalała, wszyscy od razu mogli skojarzyć to z nim.
Bo byli rodzeństwem. Bo przyszli tu razem.
Bo oboje ośmielili się zapragnąć oddychać tym samym powietrzem co „prawdziwi” Klifiacy.
***
Leniwie przeciągnął się w przymałym posłaniu, nie mając odwagi ubiegać się o więcej materiału na jego rozbudowanie. Ostatnie blaski słońca zadawały się powoli gasnąć nad ternami, co tylko pogłębiało jego senność. I gdy już zdawał się począć pochrapywać, ruda pointka niespodziewanie zawisła nad nim z miną sugerującą, że całe zło tego świata jest jego winą.
Uśmiechnął się lekko, widząc, jak uchyla pysk.
— Chyba wkrótce dadzą nam uzyskać miano wojowników, nie sądzisz? — Ubiegł ją w pół słowa, łapą trącając poszarpane futro na jej boku.
— Moglibyśmy mieć je już dawno, ale ktoś postanowił być wiecznie chory — prychnęła, odtrącając jego kończynę. — Ja tu oszaleję przez ciebie. Pewnie chcą nas mianować za jednym razem, a przez twoją słabość się to tylko przeciąga.
— Gdybym nie musiał ciągle dodatkowo stresować się twoją głupotą, to moje zdrowie miałoby się lepiej — stwierdził. — Tak to cierpiałem za nas dwóch.
— Ja też byłam chora, ale jakoś potrafiłam wyzdrowieć w tempie normalnego kota. Nie każdy jest takim niedorajdą jak ty — fuknęła.
— Jeśli ja jestem niedorajdą, to ty jesteś mysim móżdżkiem — skwitował, czując w tym momencie, że wzrok zebranych w legowisku kotów spoczywa na nich zbyt uważnie. — Dobra, cichutko. Już pora dla kociaków do spania.
Oczywiście nie były to słowa, które mogłyby uspokoić kotkę. Wręcz przeciwnie, czego był w pełni świadomy, nadto ją rozjuszyły.
— Ty się dobrze czujesz? — Skrzywiła się. — Kociaków? Masz na myśli siebie? Gratuluję samoświadomości.
— Mentalnie nadal nie wyszłaś ze żłobka — zauważył, wzruszając ramionami.
— Wyszłam. I to zdecydowanie szybciej niż ty.
To była ciężka decyzja, ale od razu zdecydował się zamilknąć, pozwalając jej żyć w satysfakcji z wygranego pojedynku słownego. Nie obyło się jednak bez jej powtarzalnych komentarzy o sukcesie, toteż bardzo poważnie zaczął rozważać spanie na środku obozu, byleby odpocząć od niej na dłuższą chwilę.
Chłodny kamień pod łapami wydawał się w tej chwili znacznie przyjemniejszy niż dalsze słuchanie jej triumfalnych wywodów.
***
Dni mijały szybciej, niż mógłby się spodziewać. W końcu treningi z Mirtowym Lśnieniem zmieniły się w pełnoprawne, nieraz samodzielne wypady na polowania. Rudzielec wydawał się dobrym nauczycielem, ale będąc w tym wieku, dla Wędrującej Łapy było to wręcz upokarzające — bycie zmuszonym do podążania za kimś krok w krok.
Odkąd tu trafili, lider zdawał się nie opuszczać swojego legowiska. Toteż zdziwiło ich niezmiernie, gdy ten przerażający starzec, ledwo co, bez żadnych uprzedzeń, wyczłapał się ze swojej groty. W żadnych czeluściach myśli Sekrecikowych ten kocur nie był w stanie wyglądać nawet za młodu na tyle dostojnie, by jego ojciec, ten stary, poczciwy Miodek, miał z kimś takim sympatyzować. Może w tych wszystkich opowieściach chodziło mu o kogoś innego?
— Miejmy to już z głowy — westchnął brązowy, powoli przewracając oczami. — Ta dwójka już zbyt długo rozpycha się wśród uczniaków.
Nie było nawet pewności, czy słowa te miały zostać jedynie wyburczane pod nosem, ale każdy kot w centrum obozu z pewnością był w stanie je usłyszeć.
Mimowolnie Wędrująca Łapa i Truskawkowa Łapa spojrzeli po sobie. Nie było nikogo, do kogo ten opis pasowałby bardziej niż do nich, nawet jeśli brzmiał uwłaczająco.
A jednak w tych słowach kryła się nadzieja. Zmiana, do której dążyli, odkąd tylko zapadła chaotyczna decyzja o opuszczeniu Owocowego Lasu. Przynajmniej dla niego była ona gwałtowna, bo nigdy tak naprawdę nie kwestionował, od kiedy pointka planowała już swoją ucieczkę.
— Wędrująca Łapo, Truskawkowa Łapo, wystąpcie.
Starszy kocur zdawał się zachwiać, próbując ustać na mównicy, ale jego mina nadal pozostawała groźna.
— Zgodnie z tym, co do mnie doszło, poznaliście już dostatecznie wszelkie zasady klanu i kodeksu. Nie ma co przedłużać — chrząknął. — Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tych uczniów. Trenowali pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ich wam jako kolejnych wojowników.
Na moment nad obozem zapadła cisza, przerywana jedynie odległym, rytmicznym dźwiękiem uderzania fal o skały.
W końcu lider przekierował na nich łaskawie swój wzrok.
— Czy przysięgacie przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — wyrwało się jako pierwszej Truskawce, która zdecydowanie bardziej miała dość bycia uczniem i nie mogła doczekać się tego momentu.
— Przysięgam — powtórzył za nią płowy.
Byli już świadkami mianowań innych, a jednak wciąż było w tym coś... dziwnie uroczystego. Cztery klany prowadziły się według tych samych zasad, a społeczeństwo, w którym ich dwójce przyszło się wychowywać, patrzyło na to zupełnie inaczej.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję wam imiona wojowników. Od tej pory będziecie znani jako Wędrujący Wibrys i Truskawkowe Pole.
Zdawałoby się, że wypowiadana wielokrotnie formuła powinna mieć dalszy ciąg, ale Judaszowiec najwyraźniej raczył ją pominąć. W końcu ich mianowanie było jedynie formalnością.
Tak samo, jak przy ich przybyciu, ze strony tłumu nie było słychać żadnego entuzjazmu, choć większość kotów zdawała się już przywyknąć do ich obecności, co i tak mogli uznawać za względny sukces.
Skinęli jedynie głowami, świadomi, że zgodnie z wolą Gwiezdnych nie wolno im było teraz wymienić ani jednego słowa. Mieli spędzić wartę przy granicach obozu w milczeniu, aż do porannego wyjścia pierwszego patrolu.
Wieczór powoli zapadał nad klifem. Nie wiedział, czy tak właściwie nie będą to najpiękniejsze chwile jego życia. Przez tak długi czas nie usłyszy ani na moment biadolenia ze strony siostry.
Jedynym, do czego wciąż nie potrafił przywyknąć, były ich nowe imiona. Nawet gdy zwracał się do rudej nadanym tu mianem, w jego głowie pozostawała tą parszywą, niewdzięczną Miłostką, z którą przeżył zdecydowanie za dużo.
Gdy zajęli swoje miejsca na tę noc, wbił spojrzenie w dal, próbując udawać, że widok morza jest niezwykle wzruszający i że to naprawdę wspaniałe, iż będzie mógł oglądać je od teraz, każdego dnia, aż do końca swojego życia.
Ciemna tafla wody połyskiwała w oddali, a fale rozbijały się ponuro o częściowo zatopione skały. Wzdrygnął się i tylko raz ukradkiem zerknął w stronę kotki. Pysk miała skierowany w zupełnie inną stronę, więc nie był w stanie odczytać jego wyrazu.
Czy była zadowolona, że oficjalnie zostali wojownikami w tym miejscu? Z pewnością miała mu za złe, że tak długo to trwało, ale na to akurat nie miał większego wpływu.
Zmarszczył nos.
A może jednak żałowała porzucenia Owocowego Lasu?
Wyprostował się gwałtownie, jakby sama myśl sprawiła mu ból.
Nie. To z pewnością by się nie wydarzyło.
***
teraźniejszość
teraźniejszość
Nie mógł zdecydować, czy rutyna była czymś miłym, czy okropnym. Czasem lubił tę monotonię i spokój, innym razem zaczynało go to przytłaczać.
Zastrzygł uchem, przysłuchując się tematowi rozmów siedzących na uboczu wojowników. Wspominali co rusz o dwunożnych, widzianych już po raz kolejny nieopodal plaży. Poniekąd go to zaintrygowało, a gdy tak o tym myślał, doszedł do wniosku, że nigdy nie miał bezpośredniego kontaktu ze wspominanymi istotami.
Od czasu mianowania wyjątkowo unikali się z Truskawkowym Polem. Nie było to celowe. Każde z nich chciało skosztować życia na własną łapę. Fakt, że ich posłania pozostawały blisko siebie, sprawiał jednak, że i tak widywali się z bliska częściej, niż by chcieli.
Wieczorami. Bo rankami, gdy wstawał, jego siostry nigdy nie było. Nie przeszkadzało mu, że wypadał przy niej na mniej pracowitego. Starał się zawsze jak mógł, by dorównać ilością upolowanej zwierzyny innym kotom z patrolu, próbując przy tym nie myśleć, ile piszczek naniosła tego dnia do obozu Truskawka.
Wspomnianą kotkę znalazł w przeciwległym od legowisk kącie jaskini. W pełni pochłonięta pielęgnacją swojego futra zdawała się nawet nie zauważyć, gdy ruszył wprost w jej kierunku.
— Już się tak nie upiększaj. Z twoim charakterkiem i tak mało który wytrzyma — rzucił zaczepnie.
Gdyby zaszedł do niej z czymś miłym do powiedzenia, to by znaczyło jedno. Zachorował. Ewentualnie to nie byłby on, tylko ktoś niezwykle do niego podobny.
W jej spojrzeniu momentalnie wyłapał poddenerwowanie.
— Na twój krzywy pysk za to żadna by nie wytrzymała, patrząc nawet chwilę bez zwrócenia posiłku — stwierdziła, wyjątkowo spokojnym jak na nią tonem. — Masz jakąś sprawę, czy przyszedłeś denerwować mnie dla zasady? Naprawdę, Wędrujący Wibrysie, liczyłam, że wydoroślałeś... Nawet zmiana otoczenia ci nie pomogła. Dla ciebie nie ma już ratunku. — Pokręciła głową z rezygnacją.
Przez moment między nimi zawisła znajoma cisza. Ta sama, która od księżyców poprzedzała kolejne, coraz to bardziej dziecinne docinki.
Uśmiechnął się lekko.
Tęsknił czasem za tym.
— Akurat przybyłem w innym celu — mruknął, mrużąc oczy. — Wyciągam wręcz do ciebie pomocną łapkę w zaoferowaniu ciekawszej formy spędzenia czasu. Skoro i tak nie uganiasz się chwilowo za nikim, to chodź. Chciałbym coś zobaczyć.
Skrzywiła się.
— Co zobaczyć? Chcesz znowu założyć się o jakąś głupotę i ujrzeć po raz kolejny swoją dramatyczną porażkę? Pewnie, jestem chętna — rzuciła z zadowoleniem.
Parsknął.
— To potem — uznał. — Teraz chciałbym zobaczyć jakiegoś dwunożnego.
Pointka zdawała się z początku oszołomiona.
Najpewniej tym, że to, co mówił, mogło być dla niej rzeczywiście interesujące.
— No i? — mruknęła. — Nie słyszałeś, że ktoś już widział ich nad wodą? To kwestia krótkiego spaceru. Już mógłbyś ruszyć to tłuste...
— Przyszedłem z braterskiej serdeczności zaoferować ci miły, wspólny wypad. Nie mieliśmy jeszcze okazji uczcić naszej pełnoprawnej przynależności do klanu — zauważył, patrząc na nią wyczekująco.
— Nie, nie musisz się martwić, że nie umiem znaleźć sobie innego towarzystwa niż własna siostra. Mam taki kaprys, by być dzisiaj dla ciebie... miłym.
Zastrzygł uchem, przysłuchując się tematowi rozmów siedzących na uboczu wojowników. Wspominali co rusz o dwunożnych, widzianych już po raz kolejny nieopodal plaży. Poniekąd go to zaintrygowało, a gdy tak o tym myślał, doszedł do wniosku, że nigdy nie miał bezpośredniego kontaktu ze wspominanymi istotami.
Od czasu mianowania wyjątkowo unikali się z Truskawkowym Polem. Nie było to celowe. Każde z nich chciało skosztować życia na własną łapę. Fakt, że ich posłania pozostawały blisko siebie, sprawiał jednak, że i tak widywali się z bliska częściej, niż by chcieli.
Wieczorami. Bo rankami, gdy wstawał, jego siostry nigdy nie było. Nie przeszkadzało mu, że wypadał przy niej na mniej pracowitego. Starał się zawsze jak mógł, by dorównać ilością upolowanej zwierzyny innym kotom z patrolu, próbując przy tym nie myśleć, ile piszczek naniosła tego dnia do obozu Truskawka.
Wspomnianą kotkę znalazł w przeciwległym od legowisk kącie jaskini. W pełni pochłonięta pielęgnacją swojego futra zdawała się nawet nie zauważyć, gdy ruszył wprost w jej kierunku.
— Już się tak nie upiększaj. Z twoim charakterkiem i tak mało który wytrzyma — rzucił zaczepnie.
Gdyby zaszedł do niej z czymś miłym do powiedzenia, to by znaczyło jedno. Zachorował. Ewentualnie to nie byłby on, tylko ktoś niezwykle do niego podobny.
W jej spojrzeniu momentalnie wyłapał poddenerwowanie.
— Na twój krzywy pysk za to żadna by nie wytrzymała, patrząc nawet chwilę bez zwrócenia posiłku — stwierdziła, wyjątkowo spokojnym jak na nią tonem. — Masz jakąś sprawę, czy przyszedłeś denerwować mnie dla zasady? Naprawdę, Wędrujący Wibrysie, liczyłam, że wydoroślałeś... Nawet zmiana otoczenia ci nie pomogła. Dla ciebie nie ma już ratunku. — Pokręciła głową z rezygnacją.
Przez moment między nimi zawisła znajoma cisza. Ta sama, która od księżyców poprzedzała kolejne, coraz to bardziej dziecinne docinki.
Uśmiechnął się lekko.
Tęsknił czasem za tym.
— Akurat przybyłem w innym celu — mruknął, mrużąc oczy. — Wyciągam wręcz do ciebie pomocną łapkę w zaoferowaniu ciekawszej formy spędzenia czasu. Skoro i tak nie uganiasz się chwilowo za nikim, to chodź. Chciałbym coś zobaczyć.
Skrzywiła się.
— Co zobaczyć? Chcesz znowu założyć się o jakąś głupotę i ujrzeć po raz kolejny swoją dramatyczną porażkę? Pewnie, jestem chętna — rzuciła z zadowoleniem.
Parsknął.
— To potem — uznał. — Teraz chciałbym zobaczyć jakiegoś dwunożnego.
Pointka zdawała się z początku oszołomiona.
Najpewniej tym, że to, co mówił, mogło być dla niej rzeczywiście interesujące.
— No i? — mruknęła. — Nie słyszałeś, że ktoś już widział ich nad wodą? To kwestia krótkiego spaceru. Już mógłbyś ruszyć to tłuste...
— Przyszedłem z braterskiej serdeczności zaoferować ci miły, wspólny wypad. Nie mieliśmy jeszcze okazji uczcić naszej pełnoprawnej przynależności do klanu — zauważył, patrząc na nią wyczekująco.
— Nie, nie musisz się martwić, że nie umiem znaleźć sobie innego towarzystwa niż własna siostra. Mam taki kaprys, by być dzisiaj dla ciebie... miłym.
<Truskawkowe Ciastko Pole?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz