– Myślisz, że Zawodzące Echo sobie dobrze radzi? Czy sobie poradzi... – Dryfujący Fluoryt siedziała wraz z Księżycem przed legowiskiem starszych, ciesząc się wieczorem i ostatnimi promieniami słońca, które wszystko wdzięcznie zamieniały w miedziany kolor. Najwidoczniej jej wzrok powędrował ku wieży, która rozbudziła kilka martwiących myśli w głowie, które zdawały się nie dotykać w ten sam sposób kronikarza. Żył w swojej bańce, nie martwił się tym, kto przejmie władzę tak długo, jak nie podepcze podstawowych praw moralności, a Zawodzące Echo zdawał się być odpowiednim kandydatem, chociaż nie był tak bliski serca Księżyca, jak to było w przypadku Dryfującej. Dlatego nie miał takich zmartwień. Innym jego, obecnym utrapieniem była natomiast Baziowa Łapa, która pomimo jęczenia i marudzenia na temat bólu swojej głowy, odmawiała przez dłuższy czas odwiedzenia medyków w celu zdiagnozowania problemu, chociaż Księżycowy Odłamek zdołał jej powiedzieć już wiele razy, że bóle głowy mogą się przerodzić w coś więcej i być objawem przegrzania i odwodnienia i gwiezdni wiedzą czego jeszcze. W końcu jednak uległa, jednak nie dlatego, że zirytowany jej marudzeniem kronikarz jej kazał, a dlatego, że bóle głowy się nasiliły i młodsza kotka zaczynała mieć przez nie problemy z zaśnięciem. Wciąż się zastanawiał, dlaczego niektórzy mieli takie obiekcje przed pozbawieniem się bólu. W pewnym momencie zaczynał mieć poważne rozmyślania na temat tego, czy przypadkiem połowa z kotów będących w klanie to nie masochiści, nawet spytał o to Baziową Łapę, co prawda sarkastycznie, ale odpowiedź jako taką uzyskał (zdegustowane i oceniające spojrzenie pewnie też, ale nie mógł ich zobaczyć).
,,Po prostu nie przepadam za zapachem ziół, to wszystko. Przestań być dziwny, mam przez ciebie ciarki, bleh."
Tak, obecnie sam za lecznicą nie przepadał, głównie przez Zawilca i możliwością zostania sam na sam z Wróżką... ale na pewno nie przez zapach się tam unoszący.
A teraz, właśnie dlatego, dla tego bólu głowy, dla towarzystwa, oba dorosłe koty siedziały na zewnątrz lecznicy, czekając, aż Baziowa Łapa skończy swoją wizytę. Dryfujący Fluoryt zabrała się z nimi całkiem przypadkiem, a Księżyc z chęcią zaakceptował towarzystwo starszej kotki. W końcu tyle się od niej dowiedział przez ten czas! Wiedział już na przykład, że jej imię pochodzi od nazwy kamienia, który kiedyś należał do kolekcji w jej szopie i że istniał w różnych kolorach. Od niebiesko zielonych, po fioletowe... chociaż niewiele mu to mówiło. Wspominała również o perłach, o których sam czasem słyszał, o magicznych kamieniach zmieniających kolor pod światło, o sznurach srebrzystych lśniących bardziej niż zadbane futro, w które wplątane były opale, będące jak krople rosy na pajęczynie. Słuchał o diamentach, które były jak wygładzony lód nigdy nie topniejący, o selenitach, celestynach i ametystach, o kryształach kolor zmieniających, co nazwy wśród kotów nie miały, o ostrych odłamkach od nocy czarniejszych, które razem tworzyły niezwykłą łąkę i gdyby tylko dało zamienić się je na kwiaty... I gdy tak opowiadała o tych wszystkich cudownych kamieniach, których nie sposób było znaleźć na tak pospolitej ziemi jak tereny klanów, to aż sam zaczynał tęsknić do jej melancholicznych słów, które opisywały przeszłość. Jej przeszłość, co prawda, ale tak wyraźną, że zdołała dotknąć duszy Księżyca. Mówiła również często o tym, jak to czakra przepływa przez ciało i jak owe wszystkie kamienie na nią działają... i o grzybach często różnych opowiadała, o ich kształtach, kolorach i jak pięknie niektóre barwiły wapienne kamienie... tym razem jednak, jak zgadywał, tematem nie były cudowne, z nieba opadłe gwiazdy, a Echo, który zdawał się lada chwila mieć objąć stanowisko lidera, chociaż pewnie sam dymny nie chciał o tym myśleć.
,,Kto by chciał?"
Skoro przekazanie żyć nie wyszło, to pewnie jedynym sposobem teraz była śmierć, a mało kto czeka na odejście w zaświaty swojego rodzica, szczególnie, że Królicza Gwiazda był ostatnim bliskim członkiem rodziny Echa.
– Czy sobie radzi, tak. Czy sobie poradzi, pewnie tak. – odpowiedział w końcu, po dłuższym zastanowieniu. – Zależy od tego, kogo wybierze na zastępcę... – dodał, chociaż nie był pewien, czy pocieszył tym Fluoryt.
– Tak, tak... tylko teraz te ślady samotników na granicy... boję się, że mogą się odważyć przekroczyć oznaczenia graniczne, coraz odważniej stawiają kroki, a już tyle było z nimi problemów – wydusiła z siebie cichym, zmartwionym głosem. – Nie za dużo tych problemów, wszystkich na raz nagromadzonych? Jak gdyby świat miał się walić nam na głowy.
– Samotnicy na granicy?
– O tak, nie słyszałeś? – zdawała się jakaś zaskoczona, szybko szukając informacji w głowie – O, oh, czekaj moment – poczuł lekki powiew przed swoim pyskiem, jakby łapę uniosła, by go zatrzymać od mówienia. – Rzeczywiście, wspominał o tym Burzowe Chmury jedynie Echu i Cyklonowi, chyba nie chcą jeszcze zbyt wielu informacji zdradzać i wprowadzać pobudzenia, tak mi się zdaje. Pewnie się jeszcze chcą upewnić – myślała na głos. Księżyc kiwnął krótko głową, z cichym ,,jasne, jasne", upewniając kotkę, że nikomu nie będzie rozpowiadał niezbyt potwierdzonych informacji. Czasem zapominał, że wojowniczka, chociaż tak różna od zastępcy, to będąca z nim w zażyłej, przyjaznej więzi. Nic więc dziwnego, że kilka ciekawych informacji mogła posiadać.
– To tylko samotnicy, Zawodzące Echo sobie radził z gorszymi rzeczami – zapewnił kotkę, krzyżując łapy podczas leżenia – Z resztą, jeśli nie da, to zawsze może zrobić jak Piaszczysta Zamieć i oddać pałeczkę komuś innemu. To nie tak, że się zapadnie w sobie pod ciężarem obowiązków, zdaje się mieć inną energię od... – przerwał. Od wiadomo kogo. Królicza Gwiazda wciąż się jakoś trzymał ale widać było, jak mocno podupadł na zdrowiu i srebrny dziwił się, dlaczego gwiezdni jeszcze nie pozwolili mu odejść.
– Zostałam nafaszerowana zielskiem jak wilczaki trucizną – nowy głos, wraz ze zbliżającymi się, znajomymi krokami, świadczył o końcu wizyty u medyka, oraz niezbyt zadowolonym, najpewniej wyleczonym pacjencie. Baziowa Łapa stanęła przed dwójką starszych od siebie znajomych, ciągnąc za sobą powiew ziół. – Nigdy więcej nie zachoruję.
– Skoro tak mówisz...
wyleczeni: Baziowa Łapa
,,Po prostu nie przepadam za zapachem ziół, to wszystko. Przestań być dziwny, mam przez ciebie ciarki, bleh."
Tak, obecnie sam za lecznicą nie przepadał, głównie przez Zawilca i możliwością zostania sam na sam z Wróżką... ale na pewno nie przez zapach się tam unoszący.
A teraz, właśnie dlatego, dla tego bólu głowy, dla towarzystwa, oba dorosłe koty siedziały na zewnątrz lecznicy, czekając, aż Baziowa Łapa skończy swoją wizytę. Dryfujący Fluoryt zabrała się z nimi całkiem przypadkiem, a Księżyc z chęcią zaakceptował towarzystwo starszej kotki. W końcu tyle się od niej dowiedział przez ten czas! Wiedział już na przykład, że jej imię pochodzi od nazwy kamienia, który kiedyś należał do kolekcji w jej szopie i że istniał w różnych kolorach. Od niebiesko zielonych, po fioletowe... chociaż niewiele mu to mówiło. Wspominała również o perłach, o których sam czasem słyszał, o magicznych kamieniach zmieniających kolor pod światło, o sznurach srebrzystych lśniących bardziej niż zadbane futro, w które wplątane były opale, będące jak krople rosy na pajęczynie. Słuchał o diamentach, które były jak wygładzony lód nigdy nie topniejący, o selenitach, celestynach i ametystach, o kryształach kolor zmieniających, co nazwy wśród kotów nie miały, o ostrych odłamkach od nocy czarniejszych, które razem tworzyły niezwykłą łąkę i gdyby tylko dało zamienić się je na kwiaty... I gdy tak opowiadała o tych wszystkich cudownych kamieniach, których nie sposób było znaleźć na tak pospolitej ziemi jak tereny klanów, to aż sam zaczynał tęsknić do jej melancholicznych słów, które opisywały przeszłość. Jej przeszłość, co prawda, ale tak wyraźną, że zdołała dotknąć duszy Księżyca. Mówiła również często o tym, jak to czakra przepływa przez ciało i jak owe wszystkie kamienie na nią działają... i o grzybach często różnych opowiadała, o ich kształtach, kolorach i jak pięknie niektóre barwiły wapienne kamienie... tym razem jednak, jak zgadywał, tematem nie były cudowne, z nieba opadłe gwiazdy, a Echo, który zdawał się lada chwila mieć objąć stanowisko lidera, chociaż pewnie sam dymny nie chciał o tym myśleć.
,,Kto by chciał?"
Skoro przekazanie żyć nie wyszło, to pewnie jedynym sposobem teraz była śmierć, a mało kto czeka na odejście w zaświaty swojego rodzica, szczególnie, że Królicza Gwiazda był ostatnim bliskim członkiem rodziny Echa.
– Czy sobie radzi, tak. Czy sobie poradzi, pewnie tak. – odpowiedział w końcu, po dłuższym zastanowieniu. – Zależy od tego, kogo wybierze na zastępcę... – dodał, chociaż nie był pewien, czy pocieszył tym Fluoryt.
– Tak, tak... tylko teraz te ślady samotników na granicy... boję się, że mogą się odważyć przekroczyć oznaczenia graniczne, coraz odważniej stawiają kroki, a już tyle było z nimi problemów – wydusiła z siebie cichym, zmartwionym głosem. – Nie za dużo tych problemów, wszystkich na raz nagromadzonych? Jak gdyby świat miał się walić nam na głowy.
– Samotnicy na granicy?
– O tak, nie słyszałeś? – zdawała się jakaś zaskoczona, szybko szukając informacji w głowie – O, oh, czekaj moment – poczuł lekki powiew przed swoim pyskiem, jakby łapę uniosła, by go zatrzymać od mówienia. – Rzeczywiście, wspominał o tym Burzowe Chmury jedynie Echu i Cyklonowi, chyba nie chcą jeszcze zbyt wielu informacji zdradzać i wprowadzać pobudzenia, tak mi się zdaje. Pewnie się jeszcze chcą upewnić – myślała na głos. Księżyc kiwnął krótko głową, z cichym ,,jasne, jasne", upewniając kotkę, że nikomu nie będzie rozpowiadał niezbyt potwierdzonych informacji. Czasem zapominał, że wojowniczka, chociaż tak różna od zastępcy, to będąca z nim w zażyłej, przyjaznej więzi. Nic więc dziwnego, że kilka ciekawych informacji mogła posiadać.
– To tylko samotnicy, Zawodzące Echo sobie radził z gorszymi rzeczami – zapewnił kotkę, krzyżując łapy podczas leżenia – Z resztą, jeśli nie da, to zawsze może zrobić jak Piaszczysta Zamieć i oddać pałeczkę komuś innemu. To nie tak, że się zapadnie w sobie pod ciężarem obowiązków, zdaje się mieć inną energię od... – przerwał. Od wiadomo kogo. Królicza Gwiazda wciąż się jakoś trzymał ale widać było, jak mocno podupadł na zdrowiu i srebrny dziwił się, dlaczego gwiezdni jeszcze nie pozwolili mu odejść.
– Zostałam nafaszerowana zielskiem jak wilczaki trucizną – nowy głos, wraz ze zbliżającymi się, znajomymi krokami, świadczył o końcu wizyty u medyka, oraz niezbyt zadowolonym, najpewniej wyleczonym pacjencie. Baziowa Łapa stanęła przed dwójką starszych od siebie znajomych, ciągnąc za sobą powiew ziół. – Nigdy więcej nie zachoruję.
– Skoro tak mówisz...
wyleczeni: Baziowa Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz