– Dobrze, posłuchaj, mam kilka pomysłów i wiesz, wśród tych znajdek mamy całkiem kreatywną głowę i myślę, że jeśli tylko trochę podrośnie to można ją wkręcić w temat wiesz? Chociaż teraz też można, ale myślę, że później będzie lepiej. – krzątała się i coś nawijała, to wiedział. Bazia Łapa pojawiła się rano, nie, po południu... tak, to był dobry czas na schowanie się. Słońce w górze sprawiało, że wychodzenie w dzień było niezwykle głupie i powodowało przegrzania i odwodnienia, chociaż nagrzane kamienie na pewno kusiły, by się na nich wylegiwać. Klan się jednak musiał przestawić na tryb poranno-nocno-wieczorny i coraz więcej kotów spędzało czas w tunelach i grocie, uciekając przed gorącem. Spać też się za bardzo nie dało, przypominało to bardziej cierpienie a budzenie się wiązało się z odwodnieniem. I czuł się właśnie odwodniony. Bardzo odwodniony, chociaż było to jedynie jego psychiczne złudzenie.
– Mhm. Nie masz może jakichś myszy do złapania? – spytał, przeciągając mozolnie łapą po pysku, zamieniając go końcowo w masę drożdżową do wyrobienia.
– Nie, uciekamy przed słońcem. A jak mnie wygonisz i się przegrzeję to zwalę winę na ciebie. – odparła bez przejęcia – O, a na tamtym kamieniu płaskim może być miejsce... takie, wiesz. Do przedstawiania. Jest na widoku i jest płaskie i całkiem szerokie, nadaje się.
Ziewnął. Wciąż jeszcze żył swoim odrzuceniem i nie wiedział czy cieszyć się z gadaniny kotki czy jednak uciekać. Miał na tyle energii?
– Mmmm więc co tak właściwie chcesz zrobić – spytał raz jeszcze, podchodząc nieco bliżej by wymacać, co przyniosła. Zaraz w łapy został mu wciśnięty całkiem dorodny kijek, który jednak w jego mniemaniu, po dokładnym obmacaniu, nie był niczym specjalnym.
– Nie jesteś dobry w słuchaniu ze zrozumieniem, co? Przedstawienie! Wiesz, żeby odwzorować wydarzenia z historii. Bez urazy, ale słuchanie tylko teorii brzmi nudno i w połowie każdego wykładu na jaki się wybieram, zwyczajnie usypiam. Szczególnie jak Wędrujące Niebo coś mówi w tym swoim języku obcych... powieki same robią się ciężkie.
– Żadnej nie czuję – mruknął, wzruszając barkami. Jemu też się zdarzało przysypiać na wykładach mentora i doskonale wiedział, co kotka czuje. Jeszcze w jakieś ładniejsze dni ciężej mu było się skupić, a głowa zlatywała na dół co drugie uderzenie serca i chyba tylko nagły wrzask mógłby go rozbudzić. Natomiast co do przedstawień, rzeczywiście, przypomniało mu się, o czym miał porozmawiać z resztą kronikarzy i Wróżką. Problem w tym, że najpierw zapomniał, potem mu się nie chciało, gdzieś pomiędzy poczuł jakąś niechęć do poruszania tego tematu pomieszanego z irracjonalnym strachem, czy czymś podobnym, a na końcu była oczywiście sprawa z Wróżką, z którą nie chciał jeszcze przebywać sam na sam żeby nie zatoczyć się w spirali swoich własnych myśli i żałości.
– No i sam wyglądasz teraz jak starzec z tą brodą, więc jak się tu przychodzi to ma się wrażenie, że to drugie legowisko starszyzny a grota to po prostu wielka siedziba starców i dziwaków.
– Broda? Co? Postarza mnie? – spytał nagle przejęty, łapami macając swój pysk i dłuższą bródkę, która zdążyła wyrosnąć w czasie jego wegetacji w dziurze. Przejmował się tym, co myślą inni, nie ma mowy, by było inaczej, chociaż sam nie zwracał uwagi na wygląd. W końcu i tak nie miał takiej możliwości, jednak co, jeśli wygląda śmiesznie? Nie, nie przesadzaj, nie możesz ufać słowom przerośniętego kociaka, gdyby to był mały, żłobkowy szkrab, to pewnie rzeczywiście miałby rację, w końcu kocięta nie mają na sobie filtra. Ale to już jest prawie wojownik! ... Tylko co, jeśli rzeczywiście zarasta i zamienia się powoli w kociego Gandalfa?
– Tym się przejmujesz...? – tak, zdecydowanie ominął część wypowiedzi o dziwakach, ale nie miał żadnych obiekcji co do tego. Wędrujący dziwnie mówił, Lotos był specjalny a on ślepy. Mieli jeszcze starą niemą babę która czasem nawiedzała grotę. Jak to się mówi, możesz wyjść z groty ale grota nie wyjdzie z ciebie. Więc tak, w gruncie rzeczy była to nora dziwaków. – Ale w sumie, musisz uważać. Jak tak dalej pójdzie, ta broda dorośnie do ziemi i będziesz się o nią potykać, zacznie gromadzić w sobie wszystkie ziarna i kiełki. Ich ilość będzie rosła i rosła, aż nie będzie się dało ich wyciągnąć. I wiesz co wtedy będzie? Będziesz się o to potykał, aż w końcu, pewnego razu, ta broda zahaczy się o jakiś korzeń i nie puści. I mimo, że będziesz szarpał i szarpał, to tylko sobie obijesz brodę, a inni wcale nie będą w stanie ci pomóc. I wiesz co wtedy?
– Odgryzę sobie brodę.
– Tak. Nie, zamienisz się w drzewo. Te wszystkie nasiona wykiełkują, zamienią się w pnącza, otoczą cię jak sieć pajęcza, a kiedy nie będziesz się już mógł ruszyć to te kiełki w twoim futrze wykiełkują i zamienisz się w korzenie drzewa. Ale spokojnie, będę cię wtedy odwiedzać, mimo, że jesteś wiecznie senny i nudny...
– Jakiego drzewa?
– Nie wiem, jakim chcesz być? Może jakaś wierzba czy brzoza...
– Może być – wizja bycia drzewem wcale nie była zła, a brzozy tak ładnie szumiały na wietrze...
– O czym wy mówicie. – Cyklonowe Oko, najwyraźniej wracając z patrolu znalazł coś, co mogło się nadać do gabinetu osobliwości, czy łapkowa, postanawiając zejść jeszcze na dół zanim udał się do klanu – Baziowa Łapo, jeśli nie masz co robić, jestem pewien, że Zwiewny Mak znajdzie ci jakieś kreatywne zajęcie. – ton jego głosu brzmiał co prawda spokojnie, jednak Księżyc poczuł się z jakiegoś powodu skarcony. Nie przepadał za takimi momentami, kiedy czuł się jak kocię które coś narozrabiało i teraz było pouczane. Bazia widocznie również nie była zachwycona.
– Będziemy wychodzić na zewnątrz dopiero wieczorem – wyjaśniła na swoją obronę – I Zwiewny Mak może to potwierdzić, jest za gorąco, roztopimy się, jak wyjdziemy.
– Nie musisz wcale wychodzić na zewnątrz, żeby być w stanie pomóc – wojownik w czasie wywodu kotki zdążył podejść do Księżycowego Odłamka, postawić mu kilka przedmiotów które przyniósł pod łapy do identyfikacji (czy nadaje się do dołożenia gdziekolwiek), by skierować później swoją uwagę znów na lilową kotkę. – Jestem pewien, że starsi będą szczęśliwi z pomocy wyciągnięcia kleszczy z futra, a Brzoza i kocięta z dostawy mchu z wodą. – wyjaśnił spokojnie, brzmiąc niemal podręcznikowo - Jednak nie jestem Zwiewnym Makiem, żeby wydawać ci polecenia. Wciąż jednak możesz coś zrobić z własnej inicjatywy.
– Można powiedzieć, że mi pomaga – odezwał się w końcu Księżyc, przerywając mały wykład. Skoro już został w to wciągnięty, a przynajmniej tak się poczuł, to może już oficjalnie wziąć w tym udział – Myślimy nad nowym projektem, który może wymagać zaangażowania większej grupy kotów, a Baziowa Łapa... bardzo się wczuła. – poczuł na sobie spojrzenie kocura, który widocznie przez chwilę oceniał sytuację, by końcowo, ku uldze Księżyca, uznać to za dobry powód, by nie terroryzować kotki dalej swoimi przemyśleniami na temat produktywności. Nie, żeby wojownik nie miał racji, ale kronikarz osobiście nie przepadał za pracą samą w sobie, jeśli nie miał dobrego dnia, a za przypominaniem czy poganianiem do produktywności tym bardziej nie gustował. Niezwykle wtedy się irytował i tym bardziej odmawiał wykonania powierzonych mu zadań, a zdawało się, że Bazia również nie należała do zdyscyplinowanych pracusiów.
– Skoro tak uważasz, to nie mam się do czego przyczepić – Cyklon nie zamierzał zbyt długo siedzieć w grocie, już zmierzając ku wyjściu, nie otrzymawszy odpowiedzi od Księżycowego Odłamka odnośnie rzeczy które przyniósł, a o których sam niebieski na moment zapomniał, a wrócić do nich myślami miał dopiero za jakiś czas, gdy przez przypadek na nich stanął. Dlaczego jednak doszło do tak brutalnego zapomnienia o darach przyniesionych przez starszego wojownika? A to głównie dlatego, że sam kremowy był teraz w umyśle kronikarza nieco ważniejszy od tego, co przyniósł. Olśniło go na moment, kiedy siedział tak w miejscu, zastanawiając się, co dalej. Czy nie miał przypadkiem spytać Cyklona o dołączenie do chóru i jego prób? Już dawno, dawno temu...
– A. – wymknęło mu się nagle z pyska, zanim wstał niezdarnie z miejsca, potykając się o własne łapy, chcąc szybko dogonić kocura, zostawiając za sobą trochę zdezorientowaną Bazię. Czy zdoła go dogonić? Nie powinien odejść daleko, jednak mógł wyjść kilkoma różnymi różnymi drogami, ale jeśli pójdzie za zapachem, to może... Ouh! Zatrzymał się w momencie, w którym niemal wpadł na długofutrego wojownika – Ugh. Uh, Cyklonowe Oko? Tak, wybacz, słuchaj... masz czas dzisiaj wieczorem? Albo jakbyś się po prostu zgłosił, kiedy masz czas... – spoczęło na nim długie, pytające spojrzenie. Nawet jeśli nie miał głosu wrodzonego, można go było wypracować... dadzą radę. Tylko, czy przyjdzie, czy może odmówi...?
– Mhm. Nie masz może jakichś myszy do złapania? – spytał, przeciągając mozolnie łapą po pysku, zamieniając go końcowo w masę drożdżową do wyrobienia.
– Nie, uciekamy przed słońcem. A jak mnie wygonisz i się przegrzeję to zwalę winę na ciebie. – odparła bez przejęcia – O, a na tamtym kamieniu płaskim może być miejsce... takie, wiesz. Do przedstawiania. Jest na widoku i jest płaskie i całkiem szerokie, nadaje się.
Ziewnął. Wciąż jeszcze żył swoim odrzuceniem i nie wiedział czy cieszyć się z gadaniny kotki czy jednak uciekać. Miał na tyle energii?
– Mmmm więc co tak właściwie chcesz zrobić – spytał raz jeszcze, podchodząc nieco bliżej by wymacać, co przyniosła. Zaraz w łapy został mu wciśnięty całkiem dorodny kijek, który jednak w jego mniemaniu, po dokładnym obmacaniu, nie był niczym specjalnym.
– Nie jesteś dobry w słuchaniu ze zrozumieniem, co? Przedstawienie! Wiesz, żeby odwzorować wydarzenia z historii. Bez urazy, ale słuchanie tylko teorii brzmi nudno i w połowie każdego wykładu na jaki się wybieram, zwyczajnie usypiam. Szczególnie jak Wędrujące Niebo coś mówi w tym swoim języku obcych... powieki same robią się ciężkie.
– Żadnej nie czuję – mruknął, wzruszając barkami. Jemu też się zdarzało przysypiać na wykładach mentora i doskonale wiedział, co kotka czuje. Jeszcze w jakieś ładniejsze dni ciężej mu było się skupić, a głowa zlatywała na dół co drugie uderzenie serca i chyba tylko nagły wrzask mógłby go rozbudzić. Natomiast co do przedstawień, rzeczywiście, przypomniało mu się, o czym miał porozmawiać z resztą kronikarzy i Wróżką. Problem w tym, że najpierw zapomniał, potem mu się nie chciało, gdzieś pomiędzy poczuł jakąś niechęć do poruszania tego tematu pomieszanego z irracjonalnym strachem, czy czymś podobnym, a na końcu była oczywiście sprawa z Wróżką, z którą nie chciał jeszcze przebywać sam na sam żeby nie zatoczyć się w spirali swoich własnych myśli i żałości.
– No i sam wyglądasz teraz jak starzec z tą brodą, więc jak się tu przychodzi to ma się wrażenie, że to drugie legowisko starszyzny a grota to po prostu wielka siedziba starców i dziwaków.
– Broda? Co? Postarza mnie? – spytał nagle przejęty, łapami macając swój pysk i dłuższą bródkę, która zdążyła wyrosnąć w czasie jego wegetacji w dziurze. Przejmował się tym, co myślą inni, nie ma mowy, by było inaczej, chociaż sam nie zwracał uwagi na wygląd. W końcu i tak nie miał takiej możliwości, jednak co, jeśli wygląda śmiesznie? Nie, nie przesadzaj, nie możesz ufać słowom przerośniętego kociaka, gdyby to był mały, żłobkowy szkrab, to pewnie rzeczywiście miałby rację, w końcu kocięta nie mają na sobie filtra. Ale to już jest prawie wojownik! ... Tylko co, jeśli rzeczywiście zarasta i zamienia się powoli w kociego Gandalfa?
– Tym się przejmujesz...? – tak, zdecydowanie ominął część wypowiedzi o dziwakach, ale nie miał żadnych obiekcji co do tego. Wędrujący dziwnie mówił, Lotos był specjalny a on ślepy. Mieli jeszcze starą niemą babę która czasem nawiedzała grotę. Jak to się mówi, możesz wyjść z groty ale grota nie wyjdzie z ciebie. Więc tak, w gruncie rzeczy była to nora dziwaków. – Ale w sumie, musisz uważać. Jak tak dalej pójdzie, ta broda dorośnie do ziemi i będziesz się o nią potykać, zacznie gromadzić w sobie wszystkie ziarna i kiełki. Ich ilość będzie rosła i rosła, aż nie będzie się dało ich wyciągnąć. I wiesz co wtedy będzie? Będziesz się o to potykał, aż w końcu, pewnego razu, ta broda zahaczy się o jakiś korzeń i nie puści. I mimo, że będziesz szarpał i szarpał, to tylko sobie obijesz brodę, a inni wcale nie będą w stanie ci pomóc. I wiesz co wtedy?
– Odgryzę sobie brodę.
– Tak. Nie, zamienisz się w drzewo. Te wszystkie nasiona wykiełkują, zamienią się w pnącza, otoczą cię jak sieć pajęcza, a kiedy nie będziesz się już mógł ruszyć to te kiełki w twoim futrze wykiełkują i zamienisz się w korzenie drzewa. Ale spokojnie, będę cię wtedy odwiedzać, mimo, że jesteś wiecznie senny i nudny...
– Jakiego drzewa?
– Nie wiem, jakim chcesz być? Może jakaś wierzba czy brzoza...
– Może być – wizja bycia drzewem wcale nie była zła, a brzozy tak ładnie szumiały na wietrze...
– O czym wy mówicie. – Cyklonowe Oko, najwyraźniej wracając z patrolu znalazł coś, co mogło się nadać do gabinetu osobliwości, czy łapkowa, postanawiając zejść jeszcze na dół zanim udał się do klanu – Baziowa Łapo, jeśli nie masz co robić, jestem pewien, że Zwiewny Mak znajdzie ci jakieś kreatywne zajęcie. – ton jego głosu brzmiał co prawda spokojnie, jednak Księżyc poczuł się z jakiegoś powodu skarcony. Nie przepadał za takimi momentami, kiedy czuł się jak kocię które coś narozrabiało i teraz było pouczane. Bazia widocznie również nie była zachwycona.
– Będziemy wychodzić na zewnątrz dopiero wieczorem – wyjaśniła na swoją obronę – I Zwiewny Mak może to potwierdzić, jest za gorąco, roztopimy się, jak wyjdziemy.
– Nie musisz wcale wychodzić na zewnątrz, żeby być w stanie pomóc – wojownik w czasie wywodu kotki zdążył podejść do Księżycowego Odłamka, postawić mu kilka przedmiotów które przyniósł pod łapy do identyfikacji (czy nadaje się do dołożenia gdziekolwiek), by skierować później swoją uwagę znów na lilową kotkę. – Jestem pewien, że starsi będą szczęśliwi z pomocy wyciągnięcia kleszczy z futra, a Brzoza i kocięta z dostawy mchu z wodą. – wyjaśnił spokojnie, brzmiąc niemal podręcznikowo - Jednak nie jestem Zwiewnym Makiem, żeby wydawać ci polecenia. Wciąż jednak możesz coś zrobić z własnej inicjatywy.
– Można powiedzieć, że mi pomaga – odezwał się w końcu Księżyc, przerywając mały wykład. Skoro już został w to wciągnięty, a przynajmniej tak się poczuł, to może już oficjalnie wziąć w tym udział – Myślimy nad nowym projektem, który może wymagać zaangażowania większej grupy kotów, a Baziowa Łapa... bardzo się wczuła. – poczuł na sobie spojrzenie kocura, który widocznie przez chwilę oceniał sytuację, by końcowo, ku uldze Księżyca, uznać to za dobry powód, by nie terroryzować kotki dalej swoimi przemyśleniami na temat produktywności. Nie, żeby wojownik nie miał racji, ale kronikarz osobiście nie przepadał za pracą samą w sobie, jeśli nie miał dobrego dnia, a za przypominaniem czy poganianiem do produktywności tym bardziej nie gustował. Niezwykle wtedy się irytował i tym bardziej odmawiał wykonania powierzonych mu zadań, a zdawało się, że Bazia również nie należała do zdyscyplinowanych pracusiów.
– Skoro tak uważasz, to nie mam się do czego przyczepić – Cyklon nie zamierzał zbyt długo siedzieć w grocie, już zmierzając ku wyjściu, nie otrzymawszy odpowiedzi od Księżycowego Odłamka odnośnie rzeczy które przyniósł, a o których sam niebieski na moment zapomniał, a wrócić do nich myślami miał dopiero za jakiś czas, gdy przez przypadek na nich stanął. Dlaczego jednak doszło do tak brutalnego zapomnienia o darach przyniesionych przez starszego wojownika? A to głównie dlatego, że sam kremowy był teraz w umyśle kronikarza nieco ważniejszy od tego, co przyniósł. Olśniło go na moment, kiedy siedział tak w miejscu, zastanawiając się, co dalej. Czy nie miał przypadkiem spytać Cyklona o dołączenie do chóru i jego prób? Już dawno, dawno temu...
– A. – wymknęło mu się nagle z pyska, zanim wstał niezdarnie z miejsca, potykając się o własne łapy, chcąc szybko dogonić kocura, zostawiając za sobą trochę zdezorientowaną Bazię. Czy zdoła go dogonić? Nie powinien odejść daleko, jednak mógł wyjść kilkoma różnymi różnymi drogami, ale jeśli pójdzie za zapachem, to może... Ouh! Zatrzymał się w momencie, w którym niemal wpadł na długofutrego wojownika – Ugh. Uh, Cyklonowe Oko? Tak, wybacz, słuchaj... masz czas dzisiaj wieczorem? Albo jakbyś się po prostu zgłosił, kiedy masz czas... – spoczęło na nim długie, pytające spojrzenie. Nawet jeśli nie miał głosu wrodzonego, można go było wypracować... dadzą radę. Tylko, czy przyjdzie, czy może odmówi...?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz