Białe futerko po raz kolejny się zatrzęsło. Ciągłe kasłanie sprawiało, że oczka kociaka były załzawione, a oddychanie przez drobne kocięce płucka było odrobinę cięższe niż zwykle. Wtulił pyszczek w czarno-białe futro matki, próbując jak najlepiej się nim ogrzać. Po chwili jednak sierść załaskotała w nos, co sprawiło, że zwinnie odsunął się od matki i kichnął. Maluch spojrzał na ziemię przed sobą, wypatrując jakiegoś organu, który właśnie uznał, że mu wypadł.
— M-Mama, bo coś mi wypadło… Tu... Chyba — miauknął słabym głosem.
— O czym ty mówisz Księżycku? — mruknęła Jaskółcze Ziele, troskliwie liżąc swoje jedyne kocię po poliku.
Niebieskooki wskazał łapką gdzieś na klatce piersiowej i spojrzał na mamę szklanymi oczkami.
— O tu. Coś bardzo boli, jakby się…urwało? — miauknął i zaczął rozpaczać.
Podszedł do mamy i przytulił się najmocniej, jak potrafił, mając najszczerszą nadzieję, że w ten sposób ból przejdzie. Skoro smutki przechodzą, to ból i kasłanie też powinno! Niestety jednak nawet tak mocny przytulas nie zdołał nic naprawić.
— No dobrze… Odwiedzimy Cisowe Tchnienie i jej asystenta — mruknęła w końcu Jaskółcze Ziele, a z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie. — Ale to ostatni raz, gdy idę razem z tobą, jasne? — dodała bardziej szeptem, tak jakby było jej ciężko rozstawać się kiedykolwiek z kociakiem. Wiedziała jednak, że wkrótce zostanie uczniem, a wtedy ich kontakt…najprawdopodobniej się urwie. Nie zdążyła nawet wbić mu całej wiedzy na temat Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, a już niedługo miał przecież uciekać z matczynego gniazdka. Musiała jednak przyznać, że było jej szkoda. Tak bardzo nie chciała niszczyć pełnego energii potomka wiedzą o kulcie. Wiedziała jednak, że jej powinnością było wprowadzenie swojego dziecka na ścieżkę, którą sama kroczy. Księżycek widząc zmartwiony pyszczek matki, spojrzał na nią troskliwie i lekko przejechał swoją białą łapką po jej boku.
— Mamuś nie martw się, nic mi nie będzie! — miauknął z drobnym jak na niebieskookiego uśmiechem.
Jaskółcze Ziele otrząsnęła się nagle, jakby ktoś wylał jej lodowatą wodę prosto na głowę. Gdy dotarły w końcu do niej słowa syna, uśmiechnęła się lekko.
— Jasne. Wierzę w to — odmruknęła, uśmiechając się słabo.
Księżycek nie wyglądał na przekonanego słów mamy, więc wskoczył na jej grzbiet, wbijając lekko swoje pazurki.
— Będzie dobrze! Obiecuję — miauknął zachrypniętym głosikiem. W ten właśnie sposób ignorując to, że Księżycek był już dosyć starszym kocięciem, ruszyli w stronę legowiska medyka.
Zapach ziół uderzył ich już chwilę po wejściu. Księżycek chciał zatkać swój różowy nosek, ale zamiast tego spadł z grzbietu matuli, spadając na ziemię. Jęknął cicho z bólu, rozcierając bok. Zauważył, jak w jednym kącie wstaje jakaś sylwetka. Liliowa kotka? A może kocur? Księżycek sam nie był pewien, zapach ziół nie pozwalał mu na odgadnięcie.
— Pan medyk? A może pani… Kuperek? Podarek? — zaczął pod nosem, co najwidoczniej spotkało się ze śmiechem kota. Księżycek nie słyszał jednak w tym śmiechu nic pozytywnego. Dźwięk, który wydał cętkowany kot, wydawał się nie mieć nic wspólnego ze śmiechem. Zaczął się lekko trząść i schował się za mamą. Wyjątkowo dzielnie się nie rozpłakał.
— Dzień dobry Roztargniony Koperku — miauknęła Jaskółcze Ziele swoim naturalnym głosem.
Księżyckowi za to brakowało w tym głosie ciepłego matczynego tonu.
“Nie lubimy pana od ziółek?” pomyślał biały kocurek, otrzepując się z ziemi.
— Co cię tu sprowadza? — zapytał asystent.
Gdy Księżycek usłyszał głos kota, prędko uznał, że to kocur. Uznał także że być może jest znacznie mniej przerażający, niż wygląda.
— Pan medyk jest z tych złych kotków? — zapytał, wpatrując się w liliowego, a w jego oczach nie można było ujrzeć żadnego zahamowania.
<Panie medyku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz