Do jej uszu dobiegł cichutki szelest. Postawiła je czujnie, odwracając łeb w kierunku poruszenia. Przypadła do ziemi, brzuchem, prawie że szorując po posadzce. Uważała na wszelkiego rodzaju gałązki oraz kamyczki, skradając się niczym prawdziwy łowca. Ogon miała nisko, a sama, gdyby mogła, to by chyba pełzła po tym gruncie. Wreszcie, znalazłszy się w odpowiedniej odległości, wybiła się w powietrze. Łapami przygniotła pulchnego grzywacza. Ptaszysko stawiało długo opór, trzepocząc grubymi, sporych rozmiarów skrzydłami. Parę razy uderzył kotkę po głowie z głuchym trzaskiem. Kalinowa Łapa nie dawała za wygraną, nie rezygnując z uścisku oraz wagi, jaką nagle nałożyła na jego kruche kości. Nawet jeśli sama była filigranowa, nie oznaczało to, że nie miała siły. Wgryzła się w szyję ptaszyska, próbując dogryźć do krtani, żeby przestał stawiać opór. Na jej podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak krwi. Zwierzyna w pewnym momencie opadła bezsilnie, godząc się ze swoim losem. Szara koteczka podniosła ją, odwracając się na pięcie, kierując z powrotem do kocura. Pokazała mu swój łup z dumą na mordce, on jednak westchnął jedynie pod nosem.
— Ja łapałem podczas jednego treningu trzy takie, gdy byłem w twoim wieku. Jeśli chcesz, żeby Zalotna Gwiazda mianowała cię niedługo, będziesz musiała bardziej się postarać. Jeden grzywacz to za mało, żeby wykarmić cały klan — podjął stanowczo, wznawiając ustalone tempo powrotu. — Wracamy — dorzucił jeszcze na koniec, na jego kufie nie było nawet cienia zmęczenia. Ciekawe czy rzeczywiście go to nie męczyło, czy tak dobrze to maskował? W sercu uczennicy narodziła się frustracja, rozprzestrzeniająca się niczym zaraza, teraz jedynie w formie podobnej do mrowienia.
Vanka przewróciła oczami wtedy, kiedy miała pewność, że dymny na nią już nie spogląda. Dlaczego Krucze Pióro nie mógł jej nigdy po prostu pochwalić? Dlaczego zawsze jej robił pod górkę w każdej możliwej sytuacji? Machnęła puszystą kitą, nie chcąc tak wcześnie się poddawać. Truchtem dogoniła mentora, nadal wysoko trzymając swoją zwierzynę. Może podzieli się nią z jednym z uczniów, żeby mieć jakieś pojęcie o ich postępach w nauce?
W ciszy dotarli do obozu Klanu Wilka. Kalinowa Łapa oddaliła się od zastępcy w momencie, w którym tamten skierował się do legowiska wojowników. Zawędrowała do nory starszych, z uśmieszkiem wpatrując się na śpiącego już wujka. Po cichutku podeszła do niego, układając się tuż obok. Ze smutkiem zauważyła, iż nie mieści mu się w łapach. Bardzo szybko rosła i ta zmiana była dla niej niezwykle dotkliwa. Położyła przed nim świeżo upolowanego grzywacza. Trzcinniczkowa Dziupla spał w najlepsze, może nie był obecnie głodny, dlatego też nowy zapach nie obudził go. Vanka zamknęła oczy, wtulając się w futro starszego. Jej bok zaczął powoli unosić się, a potem opadać, gdy oddała się w objęcia snu. Miała nadzieję, że przyśni jej się coś miłego. Może coś, dzięki czemu łatwiej byłoby jej nie zastanawiać się nad dziwnym zachowaniem swojego mentora.
***
Następnego dnia
Na grzbiet Kalinowej Łapy padły pierwsze ciepłe promyczki słońca. Uniosła łeb ku górze, z zadowoleniem spostrzegając, iż niebo czyste jest od wszelkiego rodzaju skaz w formie gołębich chmur. Uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc oczy. Burze ostatnimi czasy bywały dość dotkliwe, deszcze tworzyły ogromne kałuże, przez które ciężko było przejść. Ziemia pochłaniała je niezwykle szybko, tym samym dostęp do wody był ograniczony. Lekkie podmuchy wiatru mierzwiły jej futro. W pewnym momencie ktoś stanął przed nią, zasłaniając cały ten przyjemny blask. Gdy wstała jakiś czas temu, przeprowadziła rozmowę z Trzcinniczkową Dziuplą, który ucieszył się, że ją widzi. Ona sama także była bardzo zadowolona z tego powodu. Wujek podziękował jej za śniadanie. Kalinka odnowiła też swoje posłanie – teraz wplotła w nie parę płatków kwiatów. Co prawda były delikatnie wysuszone ze względu na pogodę. Słońce prażyło dość intensywnie, niezwykle mocno dotykało to zarówno roślinność, jak i nawet zwierzynę. W ciągu dnia nie było co wychodzić, dopiero pod osłoną nocy i wieczora można było podziałać więcej, ponieważ zapadał zmrok i cienia było wszędzie. Temperatura spadała trochę, chociaż nadal noce nie należały do najzimniejszych. Nie powstrzymywało jej to jednak przed zapewnieniem sobie jak najlepszych warunków, żeby mogła się przynajmniej wyspać i dobrze najeść.
Otworzyła oczy z niezadowoleniem, już mając w zamiarze wytknąć temu, który przeszkadza, że nie podoba jej się to. Prędko jednak jej spojrzenie złagodniało, gdy spostrzegła, że przeszkadzaczem był nikt inny jak Ognikowa Słota. Uniosła jedną brew do góry ze skonfundowaniem. Ciekawe czego mogła chcieć od niej wojowniczka? Odkąd została uczennicą, nie rozmawiała już codziennie z szylkretką. Ich interakcje były teraz zazwyczaj krótsze i rzadsze, nie powinno być to niczym dziwnym, w końcu żółtooka miała teraz mentora i to dość surowego, który wymagał od niej wręcz ponad maksimum jej możliwości oraz zajmował większość jej dnia, jak i również część nocy, którą mogłaby poświęcić na odpoczynek. Uczył ją wiele, wymagał od niej nawet więcej.
— Chodźmy w cień, jest tak gorąco, że możesz nabawić się bólu głowy, jeśli będziesz się tak wygrzewać, szczególnie w godzinach szczytu. A nie chcesz raczej przeleżeć tak ładnej pogody u medyka — miauknęła Ognikowa Słota, ogonem wskazując młodszej jedno z drzew, które oferowało dość sporą ilość cienia. Pod nim nie odpoczywał także żaden z kotów, więc mogły porozmawiać tak naprawdę na każdy temat. Dwie kotki skierowały się pod nie wspólnie. — Za niedługo zostaniesz wojowniczką. Chcę, żebyś nawet wtedy dalej się starała. Udoskonalaj swoje umiejętności tak długo, jak tylko możesz, żeby nigdy nie zesztywnieć jak starsi — miauknęła brązowooka, patrząc na pyszczek szarej.
Kalinowa Łapa pokiwała głową.
— Wiem. Ognikowa Słoto, masz uczennicę, prawda? — zagadnęła Kalinka, chociaż dobrze wiedziała o Cykoriowej Łapie. Ciekawe, jak uczyła ją Słota? — Jak ją uczysz? Czy jesteś bardzo surowa? Czy Cykoriowa Łapa dobrze się uczy?
Ognikowa Słota strzepnęła nerwowo ogonem, marszcząc nos.
— Cykoriowa Łapa to najbardziej leniwa uczennica, jaką mogłam szkolić. Nawet jeśli próbuję przekazać jej jakieś wartości, to ona mnie zwyczajnie nie słucha. Robię co tylko w mojej mocy, jednak ona tego nie docenia. Zawsze staram się działać tak, żeby jej nie było źle i żeby cokolwiek trafiło do jej głowy. Pewnie gdyby szkoliła ją sama Zalotna Gwiazda, to nie byłoby lepiej, jest po prostu niewdzięczna. A czemu, Kalinowa Łapo? Skąd takie pytanie? — zapytała szylkretka, spozierając na młodszą. Między nimi wytworzyła się swego rodzaju chwilowa napięta atmosfera. Czy brązowa pręguska naprawdę była taka tragiczna? Była uczennicą już dłużej niż ona, tak naprawdę to Kalinowa Łapa nigdy nie przykładała większej uwagi, jak chodziło o koleżankę z legowiska. Dopiero ostatnio uświadomiła sobie, że Ognikowa Słota ma uczennicę.
— Po prostu jestem ciekawa, jak są szkoleni inni uczniowie. Ja mam Krucze Pióro za mentora — wyjaśniła, nie chcąc wspominać nic, co by mogło działać na szkodę starszego kocura. Tak naprawdę to chyba niepotrzebnie zaczęła w ogóle ten temat. Wzruszyła ramionami. — Opowiedziałabyś mi o przodkach? — prędko podjęła próbę zmienienia go, gdy zaczął być coraz bardziej niewygodny. Przecież nie powie jej, że ma wymagającego mentora. Każdy by się raczej z tego powodu cieszył – w końcu, gdyby miała takiego, co by jej niczego nie uczył, to też nie czułaby się dobrze.
<Ognikowa Słoto?>
[1365 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz