— Idziemy — powiedział stanowczo, ruchem ogona nakazując jej podążyć za sobą.
— W taką pogodę? — zapytała, czując, jak deszcz obija jej się o głowę.
— Jeśli przyjdzie ci kiedyś walczyć za nasz klan, wrogowie nie będą sobie wybierać pogody, w jaką zaatakują! Jeśli zniechęca cię lekka mżawka, to równie dobrze możesz wrócić do żłobka albo od razu do medyka, jeśli się tak boisz — warknął, sierść sama podniosła mu się wzdłuż karku. — Idziemy.
Kalinowa Łapa położyła uszy po sobie. Nie wyglądała dużo inaczej z powodu tego, iż były oklapnięte. Spadła na nich ulewa, a nie lekka mżawka. Ale nie było co z nim dyskutować, bo to i tak nie przyniosłoby nic dobrego. Idąc tak u boku mentora, patrzyła jedynie na drogę przed sobą. Pokryła się dużych rozmiarów kałużami, sięgającymi jej do kostek, jeśli spróbowała w nie wdepnąć. Deszcz sprawnie uniemożliwiał jej rozglądanie się na boki, skapywał jej z futra na czole, nim się obejrzała, była cała przemoczona. Przynajmniej nie było Pory Nagich Drzew – oczywiście podmuchy owiewały ich wibrysy stale, aczkolwiek nie były na tyle mroźne, żeby zrobić im większą krzywdę, przynajmniej nie od razu. Szara koteczka miała wrażenie, jakby coś mignęło jej przed oczami. Niezwykle jasne, jarzące się światło rzuciło swój ostry blask na podłoże, na drzewa, całe niebo w ułamek sekundy pokryła czysta zaogniona biel, za którą po chwili wyłonił się śnieżny, rozgałęziony piorun. Wraz z nim przybył niezwykle głośny trzask oraz warkot, gorszy od tego potwora dwunożnych. Biała sierść nastroszyła jej się wzdłuż kręgosłupa, a mięśnie w łapach same napięły. Nigdy w życiu nie widziała czegoś identycznego! Niebo umilkło, zanim nie pojawił się na nim kolejny, równie donośny trzask. Czuła dudnienie własnego serca, żołądek, miała wrażenie, przewrócił jej się.
Mokra ziemia kleiła się do łap Wilczaczki. Dwójka zatrzymała się, Krucze Pióro spojrzał na nią zza przymrużonych powiek.
— Nie wrócimy, dopóki niczego nie upolujesz.
Kotka skinęła mu jedynie głową, zanim nie zanurkowała w pobliskich krzewach. Na co mogła zapolować podczas tak paskudnej pogody? Wszystko, co mogło, zdążyło już się pochować. Łapy same poniosły kotkę do jednego z pobliskich drzew. Spojrzała w górę, była tu nawet dobrze chroniona przed deszczem. Wytrzepała sierść z nadmiaru wody i chwyciwszy się kory sztywno, podciągnęła się wyżej, wreszcie lądując na jednej z gałęzi. Parę uderzeń serca później znalazła się na kolejnej, zaglądając do szerokiej dziupli. Ku jej zdziwieniu, wewnątrz siedział pręgowany ptak. Rozdziawił żółte oczy szeroko – kolorystycznie przypominały wręcz te jej, co było miłą niespodzianką. Szarej aż zrobiło się go żal, aczkolwiek nie mogła wrócić z pustymi łapami. Mogła być to jedyna zwierzyna, jaką dzisiaj znajdzie. Wepchnęła się do środka, uniemożliwiając mu wylot. Podniósłszy łapę, dostrzegła, że wysiadywał trójkę młodych. Gdyby podrosły jeszcze trochę, prawdopodobnie byłyby tak wielkie, jak on sam. Wreszcie zacisnęła szczęki na karku ptaka. Sówka przestała stawiać opór, skrzydła opadły jej marnie, a młode schowały się w kącie gniazda, spozierając na kotkę z przerażeniem. Kalinowa Łapa wyjrzała zza dziupli. Wreszcie, skupiając wystarczająco wzrok, zorientowała się, że Krucze Pióro stoi tuż pod drzewem.
— Krucze Pióro! Znalazłam gniazdo, są tu młode — zawołała do niego, niepewna czy usłyszał. Po chwili do jej uszu doleciało chrobotanie, wojownik musiał zacząć się wspinać. Nim się obejrzała, dymny znalazł się na gałęzi prowadzącej do dziupli. Zaczęła podawać mu młode, które on sprawnie uśmiercał, a potem odkładał na szerokiej gałęzi za sobą. Kalinowa Łapa chwyciła swoją pójdźkę, czekając, aż mentor zrobi miejsca, aby mogła bezpiecznie wyjść. Wilczak chwycił trójkę prędko, schodząc z drzewa ostrożnie. Szara koteczka podążyła jego śladem.
Wreszcie jej łapy dotknęły gruntu. Patrzenie na świat z takiej wysokości wydawało się dość nietypowe, szczególnie że przywykła do widoku z ziemi, a nie z prawie korony drzewa.
***
Kalinowa Łapa wróciła do obozu. Deszcz zdążył już nieco uspokoić się, chociaż nadal ciężko było powiedzieć o całkowitym jego zniknięciu. Mokre powietrze docierało do niej chętnie, utrudniając odrobinę oddychanie po wysiłku. Odłożyła zwierzynę na stertę, zadowolona z dzisiejszego dnia. Gdy ułożyła się w legowisku uczniów, do jej uszu dotarły kroki. Początkowo nie przykładała im wielkiej wagi, prawdopodobnie wrócił kolejny uczeń ze szkolenia, chociaż widziała większą część z nich wewnątrz. Niewykluczone, że mogła być jedyną uczennicą, którą wzięto w tak paskudną pogodę na trening. Przymknęła oczy, już chcąc oddać się w objęcia snu, kiedy usłyszała znany jej głos.
— Kalinowa Łapo, doszły mnie słuchy, że znalazłaś gniazdo? Ta pójdźka na stercie jest twoja? — zapytała Ognikowa Słota z uśmieszkiem, trzymając mysz polną za ogon. Położyła zwierzątko przed vanką. Żółtooka otworzyła oczka, spozierając na wojowniczkę.
— Tak… udało mi się — miauknęła oszczędnie. Chciała odpocząć, chociaż świeży posiłek przed jej nosem zachęcał ją do spożycia go. Burczało jej w brzuchu.
— Dobra robota. To dla ciebie, świetnie się spisałaś — Słota przysunęła zdobycz bliżej, żeby szara nie musiała szczególnie się wyciągać tylko po to, by jej sięgnąć.
— Dziękuję — mruknęła Kalinowa Łapa, zabierając się za dość ospałe spożywanie zdobyczy. Po paru gryzach zorientowała się, że z futerka i mięsa pozostały jedynie kości. Zatrzęsła się lekko z zimna, gdy podmuch wiatru dotarł do jej grzbietu. Napuszyła przemoczoną sierść, próbując jakoś się przed nim uchronić, jednak było to trudne. Zabrała się za wylizywanie mokrych kłosów. Oby tylko nie przesiedziała na tym zbyt długo, długie futro bywało uciążliwe. Szczególnie że cały czas jej się wydłużało. — Ognikowa Słoto, boisz się piorunów? — zapytała pomiędzy liźnięciami, przypomniawszy sobie o przerażającym widoku.
<Są naprawdę straszne, Ognikowa Słoto!>
[1030 słów]
[Przyznano 21%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz