Ćmi Księżyc przybyła na skraj urwiska późną nocą. Nie spotkała w obozie nikogo, kto mógłby ją zatrzymać, wybić ten niepotrzebnie niebezpieczny pomysł, przemówić do rozsądku kocicy, która i tak nie słuchała nikogo innego, prócz siebie i Klanu Gwiazdy. Nawet świeżo mianowany Słoneczne Oko, który o zmroku rozpoczął swoje pierwsze czuwanie, nie mógł jej zawrócić. Nawet gdyby nie był zmuszony do milczenia, jego słowa byłyby niczym bzyczenie upierdliwej muchy. Była zmęczona, znów niemal nie zmrużyła oka. Już od samego rana miała łapy pełne roboty, a punktem kulminacyjnym było nagłe przyniesienie do lecznicy Świetlistej Walki, która zasłabła na patrolu z powodu przegrzania. Świergoczący Potok musiał przytargać ją na własnych plecach, gdyż koteczka nie była w stanie wykrzesać z siebie, chociaż kapki sił. O ile nie doszło do udaru, tak córka Postrzępionego Mrozu pozostała pod okiem Jagnięcego Ukłonu. Ćma była wdzięczna, że Klan Gwiazdy dawał jej dzisiaj tylko sprzyjających okazji. Wszystko zdawało się być z góry ustalone. Medyczka czuła, że dzisiaj wydarzy się coś wielkiego, że dostanie od Przodków jakiś wspaniały znak, który otworzy przed klanem nowe możliwości, rozjaśni im drogę do poprawy ich sytuacji. Być może nawet zabierze ze sobą w końcu umęczoną duszę staruszka i obdaruje ich nadzieją, którą wielu już dawno potraciło. Te myśli napawały ją spokojem. Wdychała morskie powietrze, które nawilżało i oczyszczało wnętrze jaj nosa. Czuła relaksującą woń soli, piasku i tego bezkresu, który można było poczuć całym sobą, kiedy przesiadywało się w ciszy, w samotności nad klifem. Zamknęła ślepia. Wzięła głęboki wdech i skupiła się na odnalezieniu kontaktu z Klanem Gwiazdy. Potrzebowała wskazówki. Wiedziała, że klan wciąż moczy łapy w ciemnej toni, wiedziała, że są podzieleni i niezadowoleni. Wiedziała, że nie czeka ich nic dobrego, jeśli ona nic nie zrobi.
Nagle krzyk.
Nie koci, niepochodzący z wymiaru Srebrnej Skórki.
Dziki, rozwścieczony. Głodny.
Poczuła uderzenie powietrznego bata, usłyszała uderzenie ptasich skrzydeł.
A potem ścisk, piekący ból na grzbiecie i kłujące szarpanie w okolicach karku. Utraciła grunt pod łapami.
Ogromny morski ptak porwał ją w powietrze. Zakrzywiony dziób złapał ją za skórę nad łopatkami. Miała wrażenie, że ta zaraz się urwie i odsłoni bielutkie kości. Ból był tak ogromny, że nie umiała nawet krzyczeć; dech zamarł w gardle. Był w szoku, nie dowierzała kompletnie. Zapomniała, że powinna się szarpać. Wiatr na policzkach wciąż był obecny, wciąż chłodził jej nos i uszy. Po raz pierwszy, od kiedy pamiętała, w jej głowie była całkowita pustka. Od dawna kroczyła ścieżką, którą stworzyli dla niej Przodkowie, od tak dawna kierowała się nią, robiła wszystko, aby wypatrywać iskier życia. Teraz jednak wszystko było ciemne. Nikt nie pomaszerowałby w nocy nad urwisko. Nikt by nie ryzykował. Morze jest zdradzieckie, tak samo jak ptaki, które wykarmia swoimi rybami. Nie oddychała, nie drgała. Czuła jedynie, że zamaszyste ruchy skrzydeł są coraz bardziej ociężałe; była zdecydowanie zbyt dużą zdobyczą. Potwór będzie musiał ją puścić. Nie da rady dłużej jej trzymać w swoich sidłach.
Zrobił to w końcu, a szarpiące podmuchy zaczęły być bolesne. Spadała prędko, a jednocześnie miała wrażenie, że musiała przebywać drogę aż z Rozświetlonych Łąk; trwała w końcu tak niesamowicie długo... Niemal nienaturalnie obróciła się łapami do góry. Wiedziała, że nie ma sensu, aby próbować upaść na nie. Jej docelowym miejscem w końcu musiała być morska toń. Tak ciemna i mroczna. Tak zdradziecka, nieznana.
Czy to mógł być posłaniec? Czy została ukarana za to, że nie udało jej się zrobić różnicy? Uratować współklanowiczów? Może ptaszysko nosiło na sobie znaki Gwiezdnych, pozbyło się jej, aby stworzyć miejsce dla nowego wybawcy? Czy ktoś będzie bardziej kompetentny niż ona?
Nagle uderzyła w tafle. Ból był jeszcze gorszy niż zaciskający się dziób. Resztki powietrza, które pozostały jej w płucach zostały siłą wydarte z cichym piskiem. Próbowała zapełnić tę pustkę, ale zamiast rześkiego, życiodajnego tlenu, jedyne co udało jej się pozyskać, to fala słonej i parzącej wody, która prędko zalała jej całe wnętrze. Próbowała kasłać, ale z każdym atakiem kaszlu coraz więcej płuc znajdywało się pod morskim panowaniem. Woda zdawała się wyciągać z niej wszelkie siły.
"Jaka szkoda, że Mżawka nigdy nie nauczyła mnie pływać..."
To była jej ostatnia myśl, zanim podrażnione od soli ślepia zamknęły się po raz ostatni. Ćmi Księżyc po raz pierwszy prawdziwie nic nie zobaczyła.
Wyleczeni: Świetlista Walka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz