Wspomnienie
Łapy Granitu szurały po twardej i zimnej powierzchni, raz za razem zdobywając otarcie na swojej małej poduszce. Co jakiś czas pomarańczowe spojrzenia kociaka przenosiło się na matkę, która niosła w pysku małe szylkretowe ciałko. Pomrok lub Słota. Nie był pewny przez wzgląd na wyczerpujący marsz i zmęczenie, ale wiedział, że jedna z siostrzyczek walczyła o życie. Oczy same mu się zamykały i maluch nie raz, nie dwa osunął się na swych łapkach, o mało co nie lądując na Drodze Grzmotu, prosto pod nadjeżdżającym Potworem.
– Uważaj, Granicie! – syknęła matka, ogonem podtrzymując ciało burasa, którego futerko wpadało w jaśniejszy odcień, do złudzenia przypominający ciemny niebieski. To właśnie przez wzgląd na odcień futra jedyny syn Jasnoty zyskał imię Granit.
Pomarańczowe ślepia spojrzały się na rodzicielkę, po czym Granit przeniósł spojrzenie na swoje dwie siostrzyczki kryjące się pod matczynym ciałem. Dlaczego musieli iść tak daleko, aby poprosić kogoś o pomoc. Czy ten biały kocur, który przychodził do ich mamusi, nie mógł im pomóc? Dlaczego tata z nimi nie poszedł na poszukiwania ziół. I czemu musieli opuścić bezpieczne schronienie w jednej z alejek i iść tak daleko... daleko... daleko...
Zastawiając się, czy uda im się na czas znaleźć pomoc, kocurek stanął na wyprostowanych łapkach. Jego długa, bujna bura sierść była posklejana na końcach od błota. Na końcówce ogona znajdowała się również przeżuta guma, która przyczepiła się do jego futerka, gdy szurał nim po podłożu.
– Dam radę. Jestem kocurem, a to obowiązkiem kocura jest bycie silnym i niesienie pomocy kocicom – oznajmił, wpatrując się w matkę szeroko otwartymi oczami.
Na pysku Jasnoty zagościł uśmiech i rozbawienie. Otarła się policzkiem o pyszczek swego synka, cicho występując: "Dziękuję". Nie pozwoliła mu jednak nieść chorej siostry. Poprosiła go, aby uważnie obserwował otoczenie i informował je wcześniej przed grupami kotów kryjących się w zaułkach.
Kolejnym, co zapamiętał była Jasnota skrywająca swoje pociechy pośpiesznie w gęstym krzewie. Ucho matki poruszało się we wszystkie możliwe strony, co zarówno zaciekawiło, jak i rozbawiło kocurka. Obiecał przypilnować sióstr pod nieobecność matki. Wpatrywał się w jej pysk, nim ta zakryła gałęziami ich kryjówkę i się oddaliła.
Jej zapach, co prawda wciąż wyczuwalny, wydawał się z każdym kolejnym uderzeniem serca blaknąć. Działo się to zbyt szybko. Za szybko. Z pyska cierpiącej siostrzyczki wydobył się słaby pisk, który zastąpił głośny kaszel. Mama kazała być im cicho, dlatego kocur poprosił schorowaną, aby kaszlała ciszej. Niestety nie była w stanie spełnić prośby brata.
Po dłuższym czasie, będącej niczym wieczność dla dwuksiężycowego kociaka, gałęzie zaszeleściły, a pomiędzy nimi kocięta dostrzegły łaciaty pysk. Nie należał on jednak do ich matki. Obca kotka wpatrywała się w trójkę znajdek, zatrzymując na dłużej spojrzenie na ciężko oddychającej koteczce.
Cień nie chciał opuszczać krzewu. Obiecał w nim zostać do powrotu mamy, jednak ta wciąż nie wracała. Był głodny, a życie jego siostry było zagrożone.
Opuścił głowę, pozwalając wkroczyć Zalotnej Krasopani do ich kryjówki, nie zdając sobie jeszcze z tego sprawy, że co prawda mama do nich nie przyszła, nie wróciła i już nigdy nie wróci, ale zamiast niej pojawiła się matka, ratując ich przed łapami drapieżników, śmiercią z głodu czy zimna. Ta sama, która nie była na tyle łaskawa wobec Jasnoty.
* * *
Rzeczywistość, czas odrobinę zaprzeszły, prawdopodobnie Pora Nagich Drzew lub wczesna pora nowych liści
Czarno-biała postać stanęła naprzeciw kocura, który trząsł się na legowisku. Jej słowa nie dochodziły do uszu kocura. Poruszała niemo pyskiem, przemawiając do jakiegoś kota stojącego poza polem widzenia Cienistej Zjawy. W końcu na swym czole oraz grzbiecie poczuł co zimnego, przez co na początku wzdrygnął się, a jego sierść stanęła dęba. Okład jednak zdołał przynieść ulgę, zbijając gorączkę. Co prawda przez kolejne dni kocur zdecydował się oszczędzać, nie decydując się na opuszczanie obozu, ponieważ nadal był osłabiony dziwną chorobą, jednak gdy tylko w swoim zasięgu dostrzegł Wilgową Gorycz, starał się znajdować u jego boku lub przypadkowo zderzał się z nim. Podczas tych przypadkowych zderzeń, starał się wybadać sytuację: gdzie bury był i z kim. Jeśli dobrze pamiętał, syn Iskrzącej Nadziei przy ich ostatnim spotkaniu na granicy z Klanem Burzy pachniał lawendą, wrzosami oraz ostrym zapachem mieszanki ziół, co było dziwne, ponieważ w futrze kocura nie znajdowała się żadne z ziół.
"Czyżby to zdradzieckie nasienie przekazywało w jakiś sposób zioła z klanu, wspierając uciekinierów? Na pewno! Na pewno jest w zmowie ze swoimi krewniakami i mentorem! Pozostał w klanie, aby go sabotować i wyniszczyć od środka!"
W umyśle Cienistej Zjawy, pomimo że kocur jeszcze kilka dni temu gorączkował, zrodził się wspaniały pomysł. Pomysł idealny, w jego mniemaniu. Pamiętał, jak koty zareagowały, gdy podczas zgromadzenia Nikła Gwiazda poinformował koty o grupie zbiegów. Pamiętał pomruki wśród tłumu, jawiącą nienawiść względem zdrajców. Bo nikt nie lubił zdrajców. Czy nie lepszym niż poinformowanie matki na temat zdrady Wilgowej Goryczy będzie pozwolenie, aby to łapy kotów z klanów, które gorliwie oddają wiarę w Klan Gwiazdy niczym bezmyślne pionki, zabarwił szkarłat? I to podczas zgromadzenia na Bursztynowej Wyspie! Być może w obronie zdrajcy stanąłby jakiś medyk, którego również przypadkiem można byłoby pozbawić życia. Którego on mógłby zabić w imię miejsca, gdzie brak gwiazd.
Kocur zatoczył się. Przed upadkiem ochroniło go cielsko Wilgowej Goryczy, na którym się oparł i zanurzył w jego futrze pysk. Zaciągnął się jego zapachem. Nic. Tym razem żadnych ziół.
Wilga, mimo że pozostawał niewzruszony na niespełna rozumu syna liderki, w końcu odepchnął go od siebie. Cienista Zjawa cofnął się o kocura, zataczając się po raz kolejny. Tym razem udało mu się nie wpaść na żadnego innego kota i samemu złapał równowagę. Pokręcił głową, unosząc spojrzenie na kocura.
Byli na swój sposób podobni, a jednak tak bardzo różni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz