[Po ucieczce Baśniowej Stokrotki i Dryfującej Bulwy]
Lepka, szkarłatna ciecz zaczęła zostawiać ślady dwójki uciekinierów, którzy z Kolorowej Łąki pomknęli do Brzozowego Zagajnika. Wojownicy wiedzieli, że nie mieli za dużo czasu, bo w obozie można było usłyszeć szmery, czy odgłosy łap, które uderzały o kamienie. Zapach wokół nich był cierpki i gorzki, co ledwo przechodziło ledwo żywej samotniczce przez nozdrza. Baśniowa Stokrotka oparta na barkach jej partnera próbowała złapać oddech, nie potykając się o własne łapy. Kocica przez chwilę nie czuła własnych kończyn. Miała wrażenie, że nie dotykają ziemi, że unoszą się gdzieś pomiędzy bólem a wolą, która nie pozwalała jej się zatrzymać. Bury wojownik stał nad nią, próbując zmusić się do noszenia jej wiotkiego ciała. Musiał jednak zacisnąć zęby, bo oboje wiedzieli, że nie mają innego wyboru. Polizał partnerkę po czole, muskając ją ogonem. Spłaszczył uszy i rozejrzał się wokół siebie. Baśniowa Stokrotka z przymrużonymi oczami spoglądała na jego ruchy warg, ale nic nie słyszała, jedynie krew pulsującą w jej uszach. Bulwa zamknął pysk i skinął do niej łbem. Szybko wycofał się i ruszył w las, zostawiając partnerkę bez opieki. Ta niepostrzeżenie zastrzygła uszami i poruszyła wibrysami, próbując obrócić się na drugi bok. Z każdą chwilą jej oddech stawał się płytszy i słabszy, bo walka z Błękitną Laguną dawała o sobie owe znaki. Po krótkiej chwili Dryfująca Bulwa wrócił z… pajęczyną na patyku. Najwyraźniej ten miał w planach opatrzyć rany wojowniczki, ale nie wiedział jak się do tego zabrać. Stokrotka przełknęła ślinę i ledwo co wstała z ziemi. Skinęła do partnera, biorąc od niego pajęczynę. Kremowa będąc jeszcze maleńkim kociakiem, uczyła się od matki medycyny. Co prawda nie było dane jej wykorzystywać jej na przestrzeni tych wielu księżyców, ale co nieco pamiętała. Rozwinęła pęd wilgotnej od rosy pajęczyn, owijając ją wokół głębokich ran kocicy. Żeby oszczędzić Dryfującej Bulwie hałasów jej piszczenia, ugryzła patyk, z którego znikała pajęczyna. Krew przenikała przez opatrunek, ale zbyt słaba, żeby samodzielnie stuknąć w ziemię i zostawić po sobie ślad. Pręgowana ponownie oparła się o barki burego kocura, po czym oboje mozolnie ruszyli dalej w las. Barwy liści zmieniały się naprzemiennie, tylko o tym chciała myśleć teraz wojowniczka, a nie uciekać przed klanem, który skazał ją niesłusznie na wygnanie. Przed nimi ziemia nagle opadła wyraźniej, tworząc wąskie zagłębienie między stromymi ścianami porośniętymi paprociami i zwisającymi korzeniami. Wąwóz ukazał im się prędko, był niewielki, niemal ukryty, jakby powstał przez przypadek albo przez długie lata cichego działania wody. Powietrze było tu chłodniejsze, wilgotniejsze, a zapach wody stał się wyraźny i niepodważalny. Baśniowa Stokrotka zatrzymała się na krawędzi, jej bok unosił się pod przypływem adrenaliny. Spojrzała w dół, próbując ocenić, czy da radę zejść, nie tracąc równowagi. Dno wąwozu znajdowało się zaledwie kilka długości ogonów lisa poniżej, a jego środek przecinał wąski strumień, którego powierzchnia migotała słabo w świetle przesączającym się przez liście.
— Musimy tam zejść — szepnęła, wskazując łapą mały strumyk. Bury wystąpił przed nią, skacząc na najbliższy kamień, który prowadził stromą ścieżką w dół. Szarmancko podał partnerce łapę, co pozwoliło jej zejść obok niego. Kamyczki czy drobne kawałki ziemi zaczęły osuwać się w dół pod ich ciężarem, dlatego wojownicy prędko zeskoczyli na niższy stopień. Kiedy w końcu dotarli na dno, jej łapy niemal ugięły się pod nią. Strumień płynął tuż obok nich, niepozorny dla tych, którzy mieli słaby wzrok. Woda była przejrzysta, przesuwała się wokół małych, gładkich kamieni, które przez lata zostały wygładzone jej dotykiem. Baśniowa Stokrotka weszła do środka bez wahania.
Zimno przeszło przez jej skórę natychmiastowo, co wywołało u niej gęsią skórkę czy dreszcze. Przeniknęło przez jej łapy i wspięło się wyżej, jakby próbowało zatrzymać jej krzepnięcie krwi. Kocica próbowała czuć się bezpiecznie, mając nadzieję, że Klan Nocy nie pofatyguję się ich tropem. Za ostrymi jak brzytwa kamieniami, ukazała się im sporej wielkości grota. Tam musieli przeczekać do świtu, ale czy mieli pewność, czy nikt owej jaskini nie jest właścicielem? Spojrzała wzdłuż biegu strumienia. Płynął w jednym kierunku, skręcając łagodnie między ścianami wąwozu. Gdzieś dalej, poza jej wzrokiem, musiał łączyć się z rzeką. Z kamieni na suficie spływała woda, która tworzyła osłonę. Mówili, że ciekawość to pierwszy stopień do Mrocznej Puszczy, ale co miała poradzić? Pręgowana ogonem przywołała do siebie męża, wskazując łapą przejście. Tam rozległ się szmer i ciche mruczenie. “Czyżby lis?” — pomyślała samotniczka. Cofnęła się o krok, wciąż nie będąc pewna, czy pójście za strumykiem było dobrym pomysłem. Dryfująca Bulwa natychmiast stanął przed nią, zasłaniając ją własnym ciałem, choć sam ledwo utrzymywał się na łapach. Jego ogon zesztywniał, a barki napięły się pod cieniem niepewności, która wypełniła grotę równie gęsto, jak chłodne, wilgotne powietrze. Baśniowa Stokrotka poczuła, jak jego futro drży przy jej boku, i wiedziała, że nie był gotów na kolejne spotkanie z kimkolwiek. Z mroku wyłoniła się sylwetka kocura. Nagle serce kremowej zaczęło bić szybciej, a jej oddech znowu stał się płytszy. Co chwilę rozmazywał jej się obraz, ale nie mogła w tej chwili odpuścić. Wojowniczka wysunęła się zza ciała partnera, westchnęła, zmierzając wzrokiem zasłonę z wody. Pod kątem można było zauważyć szczelinę, dzięki której przejdą na drugą stronę, a pajęczyna nie zerwie się z ran kocicy. W jamie panowała ciemność, jedynie kilka promieni słońca przedostawały się za szczelinę. Gdzieś w głębi rozległ się kolejny szmer, czego już nie dało się ominąć szerokim łukiem.
— Kto to? — zapytał pierwszy Bulwa, rozglądając się gorączkowo w ciemnościach. Pręgowana chrząknęła, łapiąc się za ramię partnera.
— Wszystko dobrze? Stokrotko, Stokro~...
***
Powieki Baśniowej Stokrotki drgnęły, a ona niespodziewanie się podniosła. Leżała w innym miejscu, niż w tym, w którym upadła. Nigdzie nie czuła Dryfującej Bulwy, czyżby ją zostawił? Na ranach kotki znajdowały się dziwne glony, które ześlizgnęły się od razu, kiedy ta próbowała wstać. Jej ucho drgnęło, kiedy usłyszała kroki za mini wodospadem. Po chwili wyszedł z nich Bulwa, trzymając rudą wiewiórkę za kitę. Za nim znajdował się inny kot, nieco niższy i z drobniejszą budową. Wojownik, widząc, jak Stokrotka raczyła dać oznaki życia, upuścił zdobycz i podbiegł do niej.
— Hej, hej! Już dobrze, spokojnie… Oddychaj. Wszystko Ci wytłumaczę, to jest Chrząszcz, pomoże Ci wrócić do zdrowia — wychrypiał Dryfująca Bulwa. Włóczęga z wiązanką ziół przysiadł koło Stokrotki, skinął do niej głową i położył przed nią mech zamoczony w wodzie.
Dymny kocur położył po sobie uszy, po czym wysyczał coś pod nosem.
— Nie zdejmuj tego! Wdało Ci się zakażenie — skarcił ją. Bicolorce kamień spadł z serca, kiedy okazało się, że lokator w jaskiniach nie był groźny. Chrząszcz poprawił jej “glony” w postaci opatrunku, po czym rozkazał samotniczce się położyć. Baśniowa Stokrotka zapomniała, jak okropne są wizyty u medyka, zwłaszcza u Różanej Woni. Dobrze, że jej tutaj nie było, zawsze odczuwała niechęć do Stokrotki…
[Teraźniejszość]
Baśniowa Stokrotka opuściła wąwóz powoli, lecz tym razem jej łapy nie uginały się pod nią, a każdy krok był pewny i świadomy, jakby ziemia znowu zaczęła ją rozpoznawać i przyjmować z powrotem do świata żywych. Wilgoć groty i chłód strumienia pozostały za nią, zastąpione przez zapach lasu, który w świetle dnia wydawał się zupełnie inny niż wtedy, gdy uciekała przez niego półżywa, znacząc swoją drogę krwią i strachem. Teraz powietrze było łagodniejsze, niosło ze sobą aromat nagrzanej kory, suchych liści i odległych śladów drobnej zwierzyny, która nieświadoma jej obecności poruszała się gdzieś pomiędzy krzewami. Szła wzdłuż granicy terenów niczyich, trzymając się cienia drzew, których korony poruszały się leniwie pod wpływem ciepłego wiatru, a jej ciało reagowało na każdy dźwięk z dawną czujnością, która nigdy nie zniknęła, a jedynie przycichła na czas leczenia. Wiedziała, że nie powinna zapuszczać się zbyt daleko, że wciąż nie należała do żadnego miejsca, a mimo to coś w niej ciągnęło ją naprzód, jakby las próbował jej coś pokazać. Coś jednak zaintrygowało ją, żeby pójść dalej. Stokrotki, które pięły się łodygami wysoko w górę, w świetle słońca wyglądały bosko. Wyrastały w niewielkiej luce między korzeniami starego dębu, ich białe płatki były czyste i nieskazitelne, a żółte środki zwrócone ku słońcu, jakby nie znały cierpienia ani wygnania, które naznaczyło jej własne imię. Zatrzymała się bezwiednie, a jej oddech zwolnił, kiedy patrzyła na nie z uczuciem, którego nie potrafiła nazwać, bo przez krótką chwilę wyglądały jak wspomnienie czegoś, co należało do innego życia. Na jednej z cienkich, zielonych łodyg wisiała mała, zakrzywiona łuska, której powierzchnia połyskiwała matowo w świetle dnia, jakby została tam umieszczona celowo, a nie przez przypadek. Była jasna, niemal biała, z ostrą krawędzią i kształtem, który znała aż za dobrze. Kocica chwyciła przedmiot do łapy, żeby lepiej mu się przyjrzeć, a po tym była pewna, że to łuska kocich pazurów. Wojowniczka wiedziała, kogo to robota, co wywoływało w niej agresję.
— Mam Ci ulec Wasza Wysokość? — syknęła kremowa. Wyrwała łuskę z łodygi, biorąc stokrotkę do pyska. Kolejny płatek razem z szumem wiatru odpadł, lądując głucho na ziemi.
— Myślisz, że jestem zła, krwi pragnę, chcę odebrać wam duszy los. Pomknęłam tą drogą, ratując, co się da, gdy wciąż nadzieję jeszcze tu mam. Czuję strach, że w powietrzu unosi się trwoga i moich bliskich czeka śmierć. — Kolejny płatek runął na mech, przy czym Stokrotce udało się jej go zdeptać.
— O to czas na decyzje czy wrócić, czy nie, czy swój na szali położyć mam los…
Łodyżka mocniej zacisnęła się w pysku kotki, a ostatni płatek poszybował przed siebie.
Wyleczeni: Baśniowa Stokrotka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz