Nocny patrol przebiegał spokojnie. Chłodny wiatr smagał futro Świtającej Maski, czuwającego nad bezpieczeństwem klanu wilka. Całego żłobka i reszty, nastawionej wobec konfliktu neutralnie bądź ignorującej go. Morskie oczy młodego wojownika błyszczały w ciemności, a księżycowe światło podkreślało ich głębię.
Lynx wsłuchał się w odgłosy natury. Pragnął się ruszyć i biec, dokądkolwiek zaprowadziłyby go kończyny, ale świadomość obowiązku sprawiła, że całą swoją wolną wolą przebywał w miejscu.
Na początku wszystko szło dobrze. Srebrna Skóra przesuwał się po niebie, konstelacje gwiazd zmieniały swoje położenie. Czasami przez kocie terytorium przebiegły myszy lub inne mniejsze drapieżniki. Im bliżej było końca nocnego czuwania, tym kocurowi coraz bardziej czegoś brakowało. Snu, obecności innego członka stada, jedzenia, sam zastanawiał się nad powodem pustki w nim samym.
Wysuwał pazury i wbijał je w ziemię. Delikatnie rył cienkie linie na wilgotnej glebie. Kierował jedną kreskę w górę, inną w dół, trzecią, czwartą i kolejną po łuku. Połączył je w jeden rysunek, gdy ich ilość zwiększyła się. Narysował coś podobnego do ptasiego skrzydła.
Do jego nosa dotarł zapach. Znajomy. Mieszanka ziół.
Konwaliowe Serce. To musiała być ona.
Zerwał się do biegu. Omijał zręcznie przeszkody na swojej drodze. Skręcał gwałtownie i nagle, podążając za wonią kwiatów i innych medycznych roślin. Kilka razy wpadł na pnie drzew. Reagował cicho, nadal pamiętając o konieczności milczenia.
Dotarł na miejsce, na małą polanę, gdzie zauważył jedynie kopulujące owady na pobliskich gałęziach.
Dyszał. Rozejrzał się. Nigdzie nie zauważył czarnej sierści ani radosnego blasku żółtych oczu.
Powrócił na dawne miejsce patrolu.
Oszalałeś - pomyślał. - Obyś nie oszalał do końca.
Po wchodzie słońca udał się od razu do legowiska wojowników, wybrał pierwszy lepszy mech i położył się na nim. Zasnął.
Lynx wsłuchał się w odgłosy natury. Pragnął się ruszyć i biec, dokądkolwiek zaprowadziłyby go kończyny, ale świadomość obowiązku sprawiła, że całą swoją wolną wolą przebywał w miejscu.
Na początku wszystko szło dobrze. Srebrna Skóra przesuwał się po niebie, konstelacje gwiazd zmieniały swoje położenie. Czasami przez kocie terytorium przebiegły myszy lub inne mniejsze drapieżniki. Im bliżej było końca nocnego czuwania, tym kocurowi coraz bardziej czegoś brakowało. Snu, obecności innego członka stada, jedzenia, sam zastanawiał się nad powodem pustki w nim samym.
Wysuwał pazury i wbijał je w ziemię. Delikatnie rył cienkie linie na wilgotnej glebie. Kierował jedną kreskę w górę, inną w dół, trzecią, czwartą i kolejną po łuku. Połączył je w jeden rysunek, gdy ich ilość zwiększyła się. Narysował coś podobnego do ptasiego skrzydła.
Do jego nosa dotarł zapach. Znajomy. Mieszanka ziół.
Konwaliowe Serce. To musiała być ona.
Zerwał się do biegu. Omijał zręcznie przeszkody na swojej drodze. Skręcał gwałtownie i nagle, podążając za wonią kwiatów i innych medycznych roślin. Kilka razy wpadł na pnie drzew. Reagował cicho, nadal pamiętając o konieczności milczenia.
Dotarł na miejsce, na małą polanę, gdzie zauważył jedynie kopulujące owady na pobliskich gałęziach.
Dyszał. Rozejrzał się. Nigdzie nie zauważył czarnej sierści ani radosnego blasku żółtych oczu.
Powrócił na dawne miejsce patrolu.
Oszalałeś - pomyślał. - Obyś nie oszalał do końca.
Po wchodzie słońca udał się od razu do legowiska wojowników, wybrał pierwszy lepszy mech i położył się na nim. Zasnął.
Smutne...
OdpowiedzUsuń