gdy
Świt był jeszcze uczniem
- T-to
dla ciebie. T-teraz jesteśmy przyjaciółmi Świt-tająca Łapo –
powiedział spokojnym tonem Leszczynowa Bryza, podsuwając pod łapy
płowego piórko, zresztą ładne. Uczeń delikatnie dotknął
podarunku od rudego, nie zdołał podziękować, ponieważ zbliżali
się do nich Ostrokrzewiowy Cierń i Wężowy Wrzask. Mentor i
kuzynka, dlaczego teraz? Akurat, kiedy zyskał szansę na zdobycie
cennej znajomości, z innym kotem. I to wojownikiem!- Dziękuję, Leszczynku, to naprawdę wspaniałe, ale... lepiej wróć do żłobka. Czeka mnie ciężkie spotkanie z kuzynką... - miauknął Świtająca Łapa i szybko wplątał piórko w sierść na ogonie. Wstał i przyjacielskim mrugnięciem pożegnał się z synem Iglastej Gwiazdy.
Podszedł do Ostrokrzewiowego Ciernia i Wężowego Wrzasku. Starał się nie patrzeć na kulejącego kremowego, ze zwykłego szacunku i... po prostu nie chciał wszczynać kłótni czy napiętej rozmowy. Ostatnio kontakt między nimi nieco się pogorszył i nie chciał czynić z mentora wroga. W końcu miał spędzić z kocurem co najmniej jeden księżyc na treningu, nim płowy zostanie mianowany. Gorsza była towarzyszka Ostrokrzewiowego Ciernia. Kotka, siostra Potrójnej Łapy, kuzynka. Zupełnie inna od inteligentnego liliowego. Ciągle miaucząca trzy po trzy pokraka, rozgadana. Gdy Trójka przebywał jeszcze w żłobku, Wężowy Wrzask przychodziła codziennie, aby wyrzec wiązankę słów na temat swojego treningu, a następnie wychodziła, niemal mdlejąca. Nie potrafiła brać odpowiedniej ilości powietrza podczas dłuższej gadaniny.
- Zostaw nas samych – powiedział kremowy kocur do kotki, a ta, ze skwaszonym wyrazem pyska, odeszła. - Świtająca Łapo, dzisiaj posyłam cię na całonocny patrol wraz z Wężowym Wrzaskiem i Łasiczym Skowytem. To będzie krótka próba przed twoim mianowaniem. Jak wytrwasz z nimi, udowodnisz swoją wartość i potwierdzisz, że dobrze mnie słuchałeś podczas treningów.
- Z nimi?! Jedna warta drugiej – burknął uczeń z niezadowoleniem.
- Świtająca Łapo, prawdziwy wojownik jest zdolny do poświęceń – odpowiedział kremowy, ignorując negatywną rekcję swojego ucznia. - Jak przez to przebrniesz, to... będziesz mógł być z siebie dumny.
- Dobrze, mentorze – powiedział płowy i udał się do legowiska uczniów. Przed nim trudna noc. Nie wiedział, po co kremowy zarządził całonocny patrol i nie dowiedział się tego nigdy.
po
mianowaniu Świtu
Odgarnął
łapą kawałek mchu ze swojego posłania i wyjął zakopane piórko
od Leszczynowej Bryzy. Powąchał je, na podarunku nadal wyczuwał
zapach rudego. Uśmiechnął się półgębkiem, czuł się przy
kocurze coraz pewniej. Mniej więcej wiedział, co przy nim mówić,
a co nie. Pocieszał wojownika, gdy widział w jego oczach łzy.
Widocznie
przeznaczeniem Świtającej Maski było pocieszanie strapionych
kocurów i znoszenie marudzeń liliowego ucznia medyka. Do tego
względnie poukładane życie z Konwaliowym Sercem.
Zatęsknił
za ukochaną czarną kotką, lecz zdusił to uczucie w sobie. Nie
teraz, nie mógł dać się ponieść emocjom, gdy przebywa w klanie.
Zaraz ktoś zapytałby się o jego stan i lynx znalazłby się w
nieciekawej sytuacji.
Schował
piórko na miejsce i wyszedł z legowiska. Zauważył siedzącego z
boku Leszczynka, ze spuszczoną mordką. Podszedł do rudego bez
chwili wahania.
- Leszczynowa
Bryzo! Nie uwierzysz! - miauknął płowy, będąc blisko starszego
od siebie. - Zostałem mianowany. Już nie jestem Świtającą Łapą,
a Świtającą Maską! - Na dowód swojj radości wypiął pierś do
przodu.
<Leszczynku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz