Został wojownikiem, nareszcie.
Nauczanie, trwające pięć księżyców, skończyło się, mimo
wojennej zawieruchy. Od kilku tygodni zajmował umysł czymś
zupełnie innym, niż zastanawianiem się nad przyszłym losem klanu
wilka. Liczyła się tylko Konwalia i... tajemniczy głos w głowie,
który nawiedzał do w snach i przyjmował fizyczną postać. Kilka
razy zdawało się lynxowi zauważyć blask morskich oczu wśród
krzewów i drzew. Prawdopodobnie przesadzał, widocznie odziedziczył
coś po oschłej i strachliwej mamuśce.
Spotkał się z nią, medyczką.
Wymienili się kilkoma informacjami na temat ważniejszych wydarzeń,
które wydarzyły się w ciągu ostatnich dni. On pochwalił się
swoim mianowaniem. Natomiast Konwaliowe Serce została uczennicą na
okres pięciu księżyców. Świtająca Maska, na wieść o tym, wbił
kilka razy pazury w ziemię i nakreślił parę głębokich kresek.
Jak można pozbawiać tak ważną osobistość, jak medyka, jego
obowiązków? Nawet, gdy był młody. Przez przypadek ktoś zginął,
zupełny PRZYPADEK i z tego powodu lider klanu burzy pozbawił czarną
wolności. Co to za paskudny klan? Zacisnął kły.
Zemsta. Słodka zemsta –
szepnął Ktoś, kto znowu się uaktywnił i przemawiał do płowego.
Wojownik zignorował go, już dość narażał się anonimowym
przodkom, którzy podobno żyli w skupisku gwiazdek.
Próbował
pocieszyć kotkę. Serce krajało mu się na widok strapionej
ukochanej. Współodczuwał z nią wszelkie emocje: radość, smutek,
gniew. Nie lubił, gdy czuła się źle. Podświadomie pocieszał ją,
starał się, jak mógł.
Będzie
cierpiała. Gorzej niż teraz.
Zaproponował
wyścig, a potem bawili się w berka. Biegali razem, przekraczając
raz po raz granice swoich klanów. Cieszyli się względnie ciepłym
dniem, wspólnie, razem. To się liczyło. Konwaliowe Serce, z
radosnym uśmiechem, zbliżyła się do lynxa i skoczyła na niego.
Rozpędzony Świtająca Maska przewrócił się. Sierści obu kotów
zlały się w jedną plamę, poturlali się razem, dopóki nie
uderzyli w rosnące nieopodal drzewo.
- Nic
ci się nie stało?! Świt! Przepraszam! To moja wina! Krwawisz!
Przeze mnie... poszukam ziół i pajęczyn – usłyszał z oddali
głos Konwaliowego Serca. Nie podniósł się, nie śmiał. Jego ciało opuścił wszelkie siły. Nie zrozumiał dlaczego. Przecież często obrywał gorzej od pazurów Ciężkiej Łapy.
Zamknął
oczy, a gdy otworzył je kilka sekund później, zauważył mgłę.
Gęstą. Nie czuł swojego ciała. Zniknął las, zniknęły tereny
graniczne klanu wilka i burzy. Panowała cisza, lecz przerywana przez
czyjeś kroki i metaliczne szuranie pazurów o podłoże. Wojownik
próbował podnieść głowę, ale próba skończyła się porażką.
Przed
jego oczami pojawił się cień o konturach ciała kota. Kosmyki
pozornego futra wiły się i żyły własnym życiem. Ogon poruszał
się raz w prawo, raz w lewo. Cienista istota przyglądała się
płowemu morskimi oczami, takimi samymi, jakie posiadał wojownik.
Identyczne co do barwy, odcienia i wielkości. W przeciwieństwie do
lynxa, obca forma życia nie miała źrenic, a jedynie małą, białą
kropkę.
No,
no, no, nareszcie się spotykamy. Szkoda, że na tak krótko, bo
twoja... nasza ukochana cię ratuje – odezwał
się cienisty. Brzmiał jak ten głos, który Świt słyszał raz po
raz we własnych myślach.
- Kim
jesteś? Dlaczego mnie nawiedzasz? - zapytał się lynx, chcąc
poznać prawdę. Usłyszał śmiech cienistego w odpowiedzi.
Jaki
niecierpliwy. Już wkrótce zobaczysz mnie w realnym życiu i wtedy
nie opuszczę cię już nigdy. Zostanę twoim najwierniejszym
sojusznikiem, a ty... moją marionetką, Świtusiu.
- Świtająca
Masko! Świtająca Masko! - Wypowiedź cienistego przerwał głos
czarnej kotki. Na dźwięk jej słów wizja mgły i morskookiego
kota zniknęła. Płowy powrócił do rzeczywistości. - Nie mogłam
cię obudzić, tak się bałam. Nigdy mnie tak nie strasz, na klan
gwiady.
- Ja...
miałem dziwny sen... - zdołał tylko miauknąć osłupiały
wojownik.
A
więc podświadomość bawiła się z nim w kotka i nornicę. Miał
zwykłe omamy słuchowe, nic więcej, za bardzo je przeżywał i
przez to śnił o dziwnym kocie.
Jestem
prawdą i życiem, przekonasz się.
<Konwaliowe
Serce?>
Już Świt? Zemściłeś się na tym paskudnym klanie? XD
OdpowiedzUsuń