BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 marca 2022

Od Mrówki

 Kotka odetchnęła kilkukrotnie. Siedziała w żłobku, ostatni raz jako jego mieszkaniec. Kostka kończyła czyścić jej futerko. Łapki złotej koteczki drżały lekko z podekscytowania. Stanie przed społecznością już nie jako kociak, ale prawdziwa uczennica. Z beztroskiego malucha stanie pracowitą terminatorką. Mrówka wyobrażała sobie pełne zaangażowania treningi. Nie mogła się doczekać, aż nauczy się nowych rzeczy i będzie mogła zostać wielką wojowniczką. Była ambitna i wiedziała, że musi się postarać. 
Słonecznik także był podekscytowany wizją nowego etapu. Oboje obawiali się oczywiście opuszczenia Kostki, zamieszkania w innym legowisku i zmiany trybu życia. Zamiast zabaw będą treningi. Kostka obiecała, że zawsze będą mogli do niej przyjść, jeśli będą jej potrzebować. Orzeł również zapewniał o swoim wsparciu, Szyszka promieniała z dumy. Mrówka również była dumna. Nie zawiedzie siebie ani swojej rodziny. Będzie mogła na nich liczyć i z chęcią pochwali się zdobytą wiedzą. 
- Gotowi? - Orzeł zajrzał do żłobka, uśmiechając się do dzieci i partnerki. 
Kostka kiwnęła głową, posyłając krótkie spojrzenie na kocięta. Wypełniła swój obowiązek, kociaki wyrosły na zdrowe i silne. Przyniosą dumę ich społeczności. Kostka lekko trąciła Słonecznika i Mrówkę. Złota zamknęła na chwilę ślepka. Otworzywszy je ponownie, udała się do wyjścia. 
Ona i Słonecznik musieli przebyć tę drogę sami. Szli spokojnie, z lekką nieśmiałością, na sam środek zgromadzenia. Pobratymcy wlepiali w nich ślepia, czekając na dalszy przebieg ceremonii. O dziwo ceremonia nie trwała wcale długo. Liderka zwołała wszystkich mieszkańców pod Wysoką Gałąź. Imiona pozostały bez zmian, jak nakazywała tradycja Owocowego Lasu oraz wybór wnuków czarnulki. Słonecznik otrzymał Bielik, ich ciocię. Oboje byli zadowoleni z wyboru. 
Ogonek Mrówki poruszył się niespokojnie. Nadeszła jej kolej. Złota kotka uniosła pewnie pyszczek. Żółte oczy lśniły z podekscytowania. Miała odwagę stawić czoła nowemu wyzwaniu. 
- Mrówko, twoim mentorem będzie Krzemień. - wzrok liderki spoczął na wojowniku. - Krzemieniu, byłeś dobrym i pracowitym uczniem. Jesteś gotowy na szkolenie uczennicy. Przekaż swoją wiedzę Mrówce.
Córka Orła wzrokiem szukała mentora. Nie słyszała wcześniej o Krzemieniu. Wyłapała jednak wzrok Kostki. Mama nie wyglądała na zadowoloną. Siedziała spięta, piorunując wzrokiem czarnego kocura z bielą. Uczennica drgnęła. Ciało wojownika pokrywały liczne blizny. Sprawiał wrażenie surowego. Mrówka przełknęła ślinę. Ojej, to może być trudna współpraca. 
Odetchnęła. To mianowanie na zawsze pozostanie w jej pamięci. Krzemień ruszył w jej stronę. Intensywne zielone ślepia wlepiały się w mianowaną.
- Miło cię poznać. - miauknęła Mrówka, prostując sylwetkę. 
To była prawda. 

Od Mrówki

W krótkim życiu Mrówki pojawiła się zazdrość. Perkoz i Miód przeszli pod opiekę jej rodziców. Mrówka była zbyt mała żeby rozumieć, że Owieczka popełniła samobójstwo, osierocając swoje kocięta. Ciocia Bielik teraz rzadko wpadała do żłobka, pogrążona w żałobie. O ile Kostka nie poświęcała tak dużo uwagi adoptowanym dzieciom, tak w przypadku Orła było na odwrót. Syn Szyszki wpadał codziennie do żłobka, żeby odwiedzić swoje dzieci i przy okazji kocięta przyjaciółki. Im również przynosił zabawki i zwierzynę! Mrówka była zirytowana, że uwaga tatusia nie skupia się tylko na niej. Orzeł prawdziwie pokochał nowych członków ich rodziny. Spędzali więc czas w piątkę, niekiedy szóstkę. Mrówka postanowiła zwierzyć się ze swoich uczuć Kostce, jednak ta podsumowała jej zachowanie "Powinnaś panować nad emocjami". Zaczęła zauważać, że chociaż kremowa kocica zajmowała się Perkozem i Miodem, robiła to szybko i z pewnym zniecierpliwieniem. Nie traktowała ich jak potomstwa, ale jak obowiązek. Mrówka i Słonecznik mogli natomiast zawsze liczyć na miłość ze strony matki. W pewnym momencie przestała odczuwać zazdrość. Do Miodek miała stosunek neutralny, z Perkozem zdarzało jej się bawić. Mrówka z każdym dniem robiła się także większa i silniejsza. 
Pamiętała doskonale dzień, gdy po raz pierwszy opuściła kociarnię. Pochłonęły ją nowe, intensywne zapachy natury, drzew, owoców. Zachwycała się widokiem ptaków na gałęziach drzew i pięknymi liśćmi ozdabiającymi korony wysokich, różnorodnych drzew. Członków Owocowego Lasu było mnóstwo! Mrówka nie mogła ich zliczyć, zapamiętać zapachu ani imion. Kostka i Orzeł pozwolili swoim kociętom na samodzielne zwiedzenie obozu. Zajęli się rozmową z ciocią Daglezją i wujkiem Głogiem. Mrówka z energią przemierzała zakątki obozu, ciesząc się każdą chwilą spędzoną na świeżym powietrzu. Słonecznik maszerował za nią. 
Gdy kocięta powróciły do rodziców, dołączył do grona dorosłych jeszcze jeden kot. Szyszka siedziała obok Orła, z owiniętym ogonem wokół łap. Na widok całej czwórki uśmiechnęła się promiennie.
- Widzę, że poznałyście obóz, maluchy. - zamruczała. 
- Babcia! - pisnęła Mrówka, wtulając się w ciepłą, czarną sierść. Starsza kocica czule polizała ją po łebku. 
- Ojej, ale szybko rosną. Wkrótce będą większe od Zimozioła. - miauknęła Szyszka, przytulając Słonecznika. 
- Zanim się obejrzycie będziecie mieli wnuki. - zaśmiała się Daglezja, zerkając na Orła.
Dymny kocur podkręcił głową. 
- Jak dla mnie mogą długo pozostać kociakami.
- Życie ucznia o wiele bardziej im się spodoba. - odparła Kostka, zgarniając do siebie kociaki ogonem, żeby wrócili do środka. 
Resztę tego dnia spędzili już w kociarni, ale pod opieką rodziców. Od tamtego czasu coraz częściej mogli opuszczać kociarnię, co za każdym razem wiązało się z ogromną radością i ciekawością.
Przechodząc do teraźniejszości, Mrówka obudziła się wtulona w kremowe futro Kostki. Karmicielka jeszcze spała. Koteczka zamrugała kilkukrotnie, odpędzając resztki snu. Podniosła się do siadu, otwierając różowy pyszczek w ziewnięciu. Jej braciszek jeszcze spał, podobnie jak Perkoz i Miodek. Wszyscy mieścili się na jednym posłaniu z miękkiego mchu i piór. Mrówka wydobyła jedno piórko i zaczęła się nim bawić. W oczekiwaniu aż się obudzą, postanowiła zająć się zabawą. 
Aż żal było zabronić koniuszkowi ogonka w dotknięciu nosa Słonecznika. Raz, drugi, trzeci. Kocurek przekręcił się na drugi bok, kiwnął, po czym otworzył ślepka. Zdziwiony i trochę niezadowolony wpatrywał się w siostrę. 
- Mrówka, daj spać. Za wcześnieee.
- Zabawa nie może czekać, Słonecznik. Pora na przygodę. - miauknęła z pewnością w głosie koteczka. Trąciła braciszka łapką. - Nudzę sięęęę. 
- To pobaw się mchem. - miauknął zaspanym głosem kociak.
Usłyszała burknięcie Kostki, która również zdążyła się obudzić. Schyliła się do braciszka. - Chodź, pójdziemy po mysz dla mamy na śniadanie. Może opowie nam jakąś historię.
Oczka Słonecznika zalśniły.
- Niech będzie. 
Kocurek ociężale podniósł się na równe łapki, przeciągając się natychmiastowo. Mrówka zajęła się szybko pielęgnacją sierścią. Trwało to krótko, niezbyt przykładała się do higieny. Koteczka i kocurek udali się do wyjścia ze żłobka. Wystawili na zewnątrz łebki. Pogoda zapowiadała się cudownie. Dwójka kociąt wybiegła z ciepłego schronienia, rozpoczynając zabawę w berka połączonego z przepychankami. 
Słonecznik pierwszy dotarł do sterty ze zdobyczą. Kocurek wyciągnął z niego myszkę. Szara istotka pachniała świeżością, pewnie zasmakuje mamusi. Mrówka rozejrzała się po obozie. Patrol właśnie udał się do wyjścia. Zmrużyła ślepka. Chciałaby zwiedzić świat poza obozem. Został jeszcze księżyc do zdobycia rangi ucznia. 
Jej wzrok zatrzymał się na Jabłoni. Zawsze budziła wiele uczuć u Mrówki. Była ogromna, dostojna, królewska. Mała lubiła obserwować wspinające się na nią koty i przemawiającą babcię. Złota koteczka nie czekając na zdanie braciszka, pobiegła do Jabłonki, wybijając się z tylnych łapek i zahaczając pazurkami o jej korę. Mrówka zwróciła pyszczek do brata, nadal trzymając się uparcie drzewa.
- Łap mnie. - zaśmiała się, puszczając. 
Spadła na czekającego brata. Pisnęła z oburzeniem, kiedy ugryzł ją w ucho. Wystawiła język. Słonecznik podjął się wyzwania, wskakując na siostrę w celu zapasów. Ich piski mógł usłyszeć każdy mieszkaniec Owocowego Lasu.

03 marca 2022

Od Kuny do Motylego Trzepotu

Zaśmiała się. Przygotowała ciało do skoku i zaatakowała. Pac! Kociak spadł na ziemię.
- Modliszka! Czemu jesteś taka silna?
- Jestem od ciebie starsza. I mądrzejsza. 
- Nie jesteś!
Starała się po raz kolejny pokazać potęgę jej pulchnych łapek, ale ciosy jak od pluszowego misia nie robiły na niewiele starszej kotce wrażenia. Tylko chichotała, patrząc jak Kuna zaczyna się wkurzać.
- A kiedy ja będę uczniem?
- Niedługo. Zobaczysz jaka to frajda!
- A co się robi? - usiadła obok uczennicy, chcąc wysłuchać jej relacji.
- Masz mentora i on cię uczy. Głównie polowania, ale też jak tropić, jak walczyć, jak się wspinać po drzewach.. wszystkiego. Niestety trzeba się przy tym trochę wybrudzić, ale potem nie jest źle. Właśnie. - strząsnęła łapą jakiś listek czy inną igiełkę z głowy Kuny. - ty bałaganiaro. Patrz czasem, czy nie wyglądasz jak śmietnik.
- Dopiero się bawiłam z Mysikrólikiem! Było fajnie. A on jest jeszcze bardziej brudny. Sosnowa Igła do teraz wyciąga mu rzepy z ogona.
- Oboje jesteście niechluje. - zaśmiała się srebrna. - Najlepiej jest jak masz fajnego mentora. Ja mam Małą Różę. Jest spoko. Lubię ją, chociaż czasem zachowuje się jak mysi móżdżek.
Jak na zawołanie pojawiła się za rozmawiającymi "siostrami" mentorka Modliszki, o której plotkowały.
- Modliszkowa Łapo, tu jesteś. Z kim rozmawiasz? - głos Małej był tak piskliwy, że Kuna chciała zakryć uszy. Na Klan Gwiazdy, co to jest?
- Z Kuną.
- O, jakie maleństwo. Córka Sosnowej Igły, prawda?
- Prawda. - powiedziała bura, podchodząc bliżej do arlekinki.
- Ojej, nigdy nie miałaś ojca, jeśli dobrze pamiętam?
Czarna osłupiała na chwilę. 
- No.
- Widzisz, jakie kocury są złe?
- Zaczyna się. - przewróciła oczami Modliszka i powolutku, po cichutku wycofała się.
- Chyba nie są. Mam fajnych braci.
- Jesteś jeszcze młoda i nie wiesz, co mogą zgotować w przyszłości. A uwierz mi, taki Jastrzębia Gwiazda, taki Mroczny Omen, taki Trójka co czynią? Samo zło. Jesteśmy w tej jaskini właśnie przez nich. Gdyby na skale siedziała jakaś kotka, byłoby normalniej. I lepiej.
- A czym się różnimy od kocurów?
- My jesteśmy bardziej opanowane, a nie trzaskami pazurami, zębami i pazurami tam gdzie nie trzeba. Jesteśmy ignorowane, bo wszyscy myślą że jesteśmy słabe, a tylko kocury silne i mądre. Ale tak naprawdę to kotki mają większe mózgi. Jesteśmy lepsze.
Kiwnęła tylko niepewnie głową. Nie do końca wierzyła Małej Róży, ale jej słów (oprócz faktu, że jej głos był jak odgłosy pękającego szkła) słuchało się przyjemnie. To wyjaśnia, dlaczego zawsze wygrywa zabawy z Mysikrólikiem! Ma duży mózg. A on mały. 
Czekoladowa wojowniczka uniosła łeb, jak gdyby zobaczyła starego znajomego.
- O, Motyli Trzepocie, może teraz masz czas, by pogadać?
Kuna odwróciła się, by spojrzeć na szylkretkę. Uśmiechnęła się na jej widok. Ładna. Może zostanie jej kolejną przyjaciółką!
<Motyli Trzepocie?>

Od Jałowego Pyłu CD Wilczej Zamieci

- ...taka paskudna, że Jałowy Pył zgodził się jedynie z litości. Ale nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego. To dobry kocur. W przeciwieństwie do ciebie. Nie waż się więcej na niego patrzeć. Nie waż się więcej oddychać tym samym powietrzem co on. Zrozumiałaś?
Cięty głos Marchewkowego Grzbietu przyprawiał go o dreszcze. Wyjrzał, co się dzieje z rudą wojowniczką i do kogo kieruje swe słowa.
Bicolorka stała twardo nad skuloną z przerażenia Wilczą. Czarna wyglądała jak kupka strachu, która zaraz zemdleje. 
Zauważyła go i wlepiła w szare ciało wielkie, pomarańczowe oko. Posłał jej pełne współczucia spojrzenie.
- I co? Niewiniątko zaniemówiło? - warknęła jego partnerka, przybliżając jej twarz do osiwiałego pyska Wilczej Zamieci. - Zrozumiano?
- Zostaw już ją. Dostała karę, a ty nie musisz się pastwić nad półżywym patykiem.
Usłyszał prychnięcie pręgowanej kocicy. Po chwili jednak schowała pazury, machnęła ogonem i odwróciła się w stronę Jałowego, by podejść do niego i liznąć po policzku.
- Masz rację. Niech to ścierwo samo przemyśli, do kogo należy się zbliżać.
Cóż miał powiedzieć. Odszedł, zostawiając czarną kotkę samą.

***

przed mianowaniem dzieci Wilczej
Marchewkowego Grzbietu nie było w obozie. Poszła na patrol wieczorny. Miał chwilę spokoju, mógł odetchnąć. W końcu. Miła perspektywa. Tylko co robić? Warto by było nie przeleżeć pół nocy w jednym miejscu.
Tak właściwie to przecież żłobek pękał w szwach od tych małych, stukających łapek. Nikt się nie obrazi, jeśli zaniesie im i matce coś do skubnięcia. 
Podszedł więc do sterty zwierzyny, przepychając się przez grupkę zmęczonych wojowników dzielących się językami. Ze sterty wziął jednego z najtłustszych królików, jakie w takim momencie można było znaleźć, co od razu przykuło uwagę jednego typa.
- A ileż się napolowałeś, że dla siebie takie cacko zabierasz? - warknął Dziki Gon.
- To dla Wilczej Zamieci i jej kociąt.
- A ktoś ci ją kazał dokarmiać? - wtrąciła się Szczypiorek. - Nie marnuj zwierzyny.
Zignorował dogryzki, choć nie mógł się nie zgodzić że były w jakiejś części słuszne. Oprócz tego, że na dużą część posiłków Wilcza reagowała skubnięciem, faktycznie ani kotka ani jej dzieci nie miały najlepszej sławy. A zamieszanie w to Koperkowego Powiewu jeszcze zaostrzyło sprawę. Dobrze, że to wszystko ucichło. Współczuł wojownikowi. Nie wyglądał na takiego, co potrafił skrzywdzić motylka, a co dopiero współklanowicza. Tylko chwycił lepiej zwierzynę i wszedł do ciepłej jaskinii. Zastał tam kilka zainteresowanych par oczu, które od razu do niego dobiły, pytając o imię, wiek, ilość złapanej zwierzyny w ciągu całego życia i średnią prędkość z którą zwykle biega po równinach. Kociaki takie już były. Dziwne. 
Za to Wilcza Zamieć była raczej przerażona czyjąś obecnością. Upuścił uszatego ssaka przed nią.
- Przyniosłem coś do was... wszystkich.
<Wilcza Zamiecio?>

Od Jarzębinki Do Zimorodka

Jarzębinka czuła zapach kociąt w żłobku. Słyszała jak jej rodzeństwo biega i udaje wojowników, ale ona wolała przespać się trochę. Leżała w swoim legowisku obok matki i rozmarzała o tym, jakiego będzie mieć mentora. Chciała zostać silną wojowniczką, która przynosiłaby dumę swemu klanowi. Wyobrażała sobie już treningi w wielkim lesie. Już czuła zapachy lasu i granic, które były na wyciągnięcie jej łapki. Niestety, musiała jeszcze poczekać aż 5 księżyców, na ten moment. Podczas gdy tak rozmyślała, Zimorodek wleciała z impetem na jej grzbiet.
- Nie chcesz się z nami pobawić?
Jej siostra patrzyła na nią błagalnym wzrokiem.
Jarzębinka przewróciła się na bok i spojrzała zła na siostrę.
- Miałam taki fajny sen...
Skłamała udając, że wcale nie słyszała zabaw rodzeństwa. Wolała jeszcze przespać się chociaż chwilę.
- Proszę..!
Zimorodek stała nadal nad siostrą. Jarzębinka odparsknęła kotce.
- Niech ci będzie...
Kotka wstała z posłania i otrzepała się z mchu. Jej białe futerko było dość zmierzwione, a sierść na ogonie stała jej we wszystkie strony.
- Bawicie się w wojowników?
Zapytała z zaciekawieniem, choć dobrze wiedziała, jak będzie brzmieć odpowiedź jej siostry.
- Tak!
Zimorodek podskoczyła radośnie w górę, po czym machnęła ogonem w stronę brata.
- Chodź, Blask już na nas czeka!
Kotka potruchtała w stronę Blasku.

<Zimorodku?>

Od Zimorodka CD. Blasku

Białe płaty sypały z nieba, były one zwiastunem bardzo zimnych dni. Zimorodek leżała skulona gdzieś w kącie żłobka przyjmując jakąkolwiek pozycję by zaabsorbować trochę ciepła. Ucho jej drgnęło, gdzieś z oddali usłyszała lekki tupot łapek przedzierających się przez zaspy białego puchu. Jej oczom ukazał się biały kocur, jego sierść idealnie wtapiała się w otoczenie podczas pory nagich drzew, jedynym co odbijało się z odległości były to szkarłatno-czerwone oczy kocurka oraz jakiś brązowy obiekt w jego kocięcym pyszczku.
- To dla ciebie. - miauknął przyjaźnie Blask przysuwając noskiem szyszkę, którą jeszcze chwilę temu trzymał w pyszczku.
Zimorodek popatrzyła na owoc iglastego drzewa, powąchała, po czym podniosła łebek w stronę braciszka. - Dziękuję. - odmruknęła zastanawiając się co zrobić z tym faktem. Blask przyjacielsko się na nią patrzył.
- Mam pomysł! - dodało po chwili łaciate kocię. - W żłobku nie mamy zbyt wiele ciekawych zabaw. - Sprecyzowała, po czym popchnęła szyszkę w stronę Blasku. Kocur popatrzył na nią lekko zaciekawiony prawdopodobnie rozumiejąc co siostra chcę osiągnąć. Braciszek sięgnął pyszczkiem szyszki i zaczął nią turlać po śniegu, aż Zimorodek zaczęła wyrywać mu ją z łap.
- Nie! Teraz jest moja! - krzyknęła śmiejąc się radośnie oraz przejmując brązowy obiekt. Kocięta bawiły się tak razem nie ustalając żadnych zasad. Raz szyszkę miała Zimorodek a raz jej brat. Był to też dobry sposób na rozgrzanie ciała w taką zimną porę roku.
Po czasie do żłobka wróciła Rdzawe Futro, która prawdopodobnie przebywała z Jaśminowym Snem. 
- Mama! - Kocięta skoczyły z radości w stronę mamy wycieńczone zabawą. 
- Mamusiu, wymyśliliśmy z Blaskiem nową grę - Uśmiechnęła się łaciata koteczka, tuż obok niej stał jej brat z równie wielkim uśmiechem na pyszczku.
- Doprawdy? Jakaż to gra Zimorodku? - wymruczała Rdzawa wylizując jednocześnie kocięta jedno po drugim.
- Rzucanie szyszką! Blask, chciałbyś wyjaśnić mamie? - Zimorodek odwróciła wzrok ku bratu próbując nakłonić go aby wyjaśnił Rdzawemu Futru zasady zabawy.

<Blask?>


Od Wiewiórczej Łapy

W chwili kiedy całe otoczenie minimalnie się rozjaśniło, Wiewiórcza Łapa, wraz ze swoim mentorem, Sroczym Piórem, oraz siostrą Słodką Łapą i jej mentorką, Gawronim Skrzydłem, wyszli, aby trenować. 
Rudy szedł obok Słodkiej Łapy, w myślach jedyne co robiąc, to narzekając na grubą warstwą śniegu, w którym przez własną sierść, nie mógł się nawet schować. Utrudniało mu to polowania, oraz niektóre treningi, bardzo mocno mu utrudniało. 
Kocur powąchał powietrze, wyczuwając słabe zapachy zwierzyny, których dawno tu nie było, oraz zapachy innych kotów Klanu Klifu. Zawsze uwielbiał zapach swojego własnego terytorium i zdawał sobie sprawę z tego, że nie wytrzymałby długo bez tego charakterystycznego zapachu.
Koty w końcu zatrzymały się na ośnieżonej polanie, a mentorzy uczniów, ustawili przed nimi.
- Pamiętacie zasady walki w lesie? - zapytała Gawronie Skrzydło.
Wiewiórcza Łapa od razu pokiwał łbem na tak. Przypomniała mu się jedna z zasad, która brzmiała na coś w rodzaju "kiedy czujesz obcy zapach, a w lesie nie ma wiatru, który mógłby go przynieść, wróg jest bardzo blisko". Żałował trochę, że Kalinkowej Łapy nie ma tu z nim, ona uwielbiała treningi walki, a przez pytanie Gawroniego Skrzydła, czuł, że właśnie to będą trenować.
- A więc dziś nauczycie się swojego pierwszego ruchu bitewnego - zaczęła Gawronie Skrzydło - Jesteście wciąż uczniami, więc przyda wam się poznać coś, aby móc pokonać większego kota od siebie.
Wiewiórcza Łapa obawiał się, że będzie musiał walczyć z kimś na poważnie. Szczerze, nie było to jego marzenie i wolał polować dla Klanu, niż walczyć z innymi kotami. Oczywiście, to nie znaczy, że nie zrobi tego, jeśli będzie taka potrzeba. 
Połowę dnia uczeń spędził na trenowaniu techniki walki, wraz ze swoją siostrą. Polegała ona na tym, że uczeń musi wskoczyć na grzbiet większego przeciwnika, aby zadać mu obrażenia od góry. Liczyła się również szybkość, ponieważ jeśli kot chciałby przygnieść ucznia swoim ciałem, trzeba szybko z niego zeskoczyć.
Po powrocie do domu, padnięty, zjadł zwierzynę razem z Truskawkową Łapą, wymieniając z nim parę słów, po czym poszedł położyć się na swoje miejsce w legowisku uczniów, gdzie już zasnął. 


02 marca 2022

Od Rysiej Łapy

Wgryzła się w białą łapę, czując jak pod jej zębami otwiera się strumień gęstej krwi o metalicznym posmaku ziemi. Syknięcie wroga tylko ją podsyciło, lecz równie szybko otrzymała soczystego kopniaka prosto w pysk. Prędko podniosła się z ziemi, jednak to Koguci Dziób był od niej szybszy. Jego grube łapy przygniotły kremowo-białą sierść uczennicy do ziemi, wraz z jej chudym ciałem. Kopała go po brzuchu, lecz nieudolnie. Zatopił zęby w jej szyi, przedzierając się przez śnieżnobiały puch na niej. Wyrwała mu się bez pisku z bólu.
Nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku, i to nie z przerażenia. Wiedziała, że jej ciało pokrywa rozgrzana tarcza jak ze stali, którą mało kto przetnie. Księżyce trenowania w tym miejscu zrobiły z niej w końcu kogoś porządnego. Wojownika godnego należenia do Klanu Klifu. Kogut wybił jej z głowy głupie myśli. Zespawał ją w niezniszczalny kamień. W kogoś, kto już nigdy się nie załamie.
Powtarzała to sobie w myślach za każdym razem. Chciała taka być. Jakaś jej część wierzyła, że właśnie kimś takim jest. Druga część wciąż istniała i się temu sprzeciwiała. Musiała myśleć rozsądnie. Tego, co jej w uszach bezsensownie piszczy należało się pozbyć. Wyrzucić.
Ah! Zrobiła unik przed łapą Koguciego Dzioba. Zamyśliła się po raz kolejny. Starała się przewidzieć jego następny ruch, ale to ona teraz dostała. Nim się podniosła wpadła na pomysł. 
Musiała go zaskoczyć. 
Nim czarny zdążył kiwnąć pazurem pognała między szerokie, grube i chropowate pnie dębów. Miała już pomysł. Miała szansę do realizacji. Musiała go tylko odciągnąć w miejsce, w którym będzie mieć przewagę. Sam jej tego nauczył. Był inteligentny. Zmartwiła się, lecz minęła chwila i oczyściła umysł. Nie mogła sobie tym zaprzątać łba, zwłaszcza w ważnym momencie.
Zatrzymała się na moment, by się zorientować gdzie jest i nabrać tchu. Usiadła, słysząc tylko i wyłącznie oddalone kroki kocura. Byłą na chwilę bezpieczna w tej gęstwinie. Miejsce, gdzie brak gwiazd było specyficzne. Na myśl często przywodziło jej tereny Klanu Klifu, jednak były zupełnie inne. Jakieś takie.. puste. Zimne i chłodne. Obrzydliwa mgła unosiła się nad ziemią i wzbijała w powietrze, przez co wydawało jej się, że jest o wiele cięższa i masywniejsza niż w rzeczywistości. Czasami miała wrażenie, że biegnie przez wzburzone błoto, które przylegało do końcówek jej sierści na całym ciele. Brr. Przez jej grzbiet skakały iskierki, przeskakujące z włosa na włos, wzbudzając dreszcze i skurcze. Energia tego miejsca była niezwykła. To rzecz której brakowało jej w prawdziwym świecie. Tutaj każde uczucie wyglądało inaczej. Każdy ruch, myśl. Nic nie przypominało jej tego, co czuła normalnie. Koguci Dziób wzbudził w niej poczucie przywiązania do Mrocznej Puszczy. Niewątpliwie. Obejrzała się, czy nikt nie idzie. Zdarzyło się jej widzieć inne koty. Inne niż Kogut, oczywiście. Były jej zupełnie obce, nawet nie tyle co ich nie znała, tyle, że sprawiali wrażenie nieistniejących w środku. Ciał bez duszy. Tak właściwie, nawet nieliczna, wychudzona i przerażająca zwierzyna wydawała się być nieobecna. Jak poza zasięgiem świadomości. Chciała zadawać wiele pytań mentorowi. Ciekawiła ją natura tej wszawej ziemi. W jakiś chory sposób była piękna. 
Dudnienie kroków wraz z szczękiem szponów vana był jak gruchot rzuconych kości o skałę. Rozbudził ją. Czy była przygotowana? Nie była pewna. W mig zaostrzyła swój sprzęt o korę pobliskiego drzewa, po czym skryła się za nim. Zastanawiała się, ile czasu może minąć nim kocur zrozumie jej taktykę i pozna położenie.
Nie doceniła przeciwnika, który ze sprawnością, wijąc się jak wąż, prześlizgnął się między dylami bez najmniejszej drzazgi wbitej w łapy. Czuła, że członek Ciemnego Lasu wie gdzie ona jest. Niepokój pojawił się tym razem nie w głowie, a od razu w jej klatce piersiowej, ściskając za płuca. Zdusiła to i popruła za zeschnięte gałązki ostrokrzewu, który stał nieopodal. Słyszała własne bicie serca, goniące za chęcią ucieczki jak oszalałe. Nie uda ci się; nie jesteś w stanie pokonać mistrza - powtarzały jej natrętne głosy. Chciała się z nich otrząsnąć, jak z transu, jednak wiedziała, że tak nie potrafi. Była dziwna. Jej obowiązkiem było nauczyć się z tym żyć. Odetchnęła głęboko, o mało się tym nie krztusząc mazią z powietrza. Czas na zebranie w sobie jakiejś odwagi. 
Wyskoczyła w stronę łaciatego i zbiła się z nim w jedną, szarpiącą się kulę gdy tylko jedno ucho pojawiło się w zasięgu jej szponów i zębów. Oboje się rozdzielili po mignięciu okiem, lecz Ryś nie miała najmniejszej ochoty tego przerywać. A tak właściwie miała, jednak nie miała ochoty przegrać walki. Spięła mięśnie i rzuciła się z pazurami po raz drugi, ale tym razem Koguci Dziób był już przygotowany. Zrzucił ją jak denerwującą pchłę z grzbietu. Naskoczyła po raz trzeci. To uderzenie starał się zablokować umięśnionymi łapami, jednak tym razem to Rysia była silniejsza. Sforsowała jego blok i błyskawicą przedarła się, by to kocura przygnieść do ziemi. Ten jednak wiedział co się święci. Nie dał się przydusić, a wgryzł się w pierś kotki, która natychmiast się cofnęła i puściła wroga. Głupi, ale skuteczny chwyt. Warknęła pod nosem. Powinna to przewidzieć. Czarny bez uprzedzenia sam uderzył, przewracając kotkę na ziemię. Zasyczała. Miała świadomość, że jak się podniesie ten się na nią rzuci. Wciąż czuła na karku zabliźniający się ślad po takim błędzie. Błędzie którego więcej nie popełni. 
W tym czasie Dziób uderzył silną łapą w ramię kotki, potem po raz drugi i trzeci w różne partie ciała. Odskoczyła w tył, uderzając przez nieuwagę w wysoką, tykowatą olszę. Ledwo co po raz drugi uciekła przed solidnym udrapaniem jej twarzy. Nim rąbnęła o coś znowu wyprostowała się i napadła na zaskoczony pysk kota. Pazury wbiła w jego barki i przetoczyli się razem, uderzając o gołą ziemię. Odbiła się od niej i wgryzła się w szyję kocura, który szarpał się jak opętany. W końcu opadł, miaucząc o końcu rozgrywki.
Miała zabrudzony pysk. Oblizywała się po zębach, o mało nie spadając na goły grunt spowity piachem i spękaniami. Kotłowało w niej zbyt dużo negatywnych, pojedynczych przemyśleń. Wśród nich było zwycięstwo. Pokonała go. 
Duma uderzyła dopiero po kilku chwilach, gdy spojrzała na podnoszącego się, masywnego kota. 
- Bolało? - spytała ironicznie. 
- Jak na ciebie, bardzo. - rzucił, otrzepując się z resztek bielicy. - Jestem z ciebie dumny, Rysia Łapo. 
Ciepły ton głosu mentora rozgrzał ciało kremowej uczennicy jak płomienie. Te słowa były jak przepiękna słowicza pieśń, skierowana właśnie do niej. I tylko do niej. To gdzie się znajdowała nie było ważne - to bagno pachnące śmiercią i brudem. Takim było tylko wysłuchanie tego, co chciała usłyszeć. 
Bardzo kochała tego słuchać. Rzadko kiedy ktoś mówił coś w ten deseń o niej w Klanie Klifu. Szybciej rozsiewały się ploty. Denerwujące ploty. To tu była wartościowa. 
- Jesteś najlepszą wojowniczką we własnym Klanie. Księżyce treningu nie poszły na marne, Rysiu. Stałaś się czymś więcej niż zwykłym kotem. Jesteś teraz kimś, kogo nie da się opisać. Kimś, kto dłużej nie będzie pomiotem brudnej krwi. Teraz przeinaczyłaś się w wartą swojego tytułu. 
Przeszył ją od uszu po końcówkę ogona delikatny dreszcz, ale tym razem nie przez bagnistą mgłę, tylko przez pochwały. Podniosła kąciki ust do góry, wraz z uszami, w których gotowała się ciepła krew.
- Gdyby Lisia Gwiazda mógł tu przyjść powtórzyłby moje słowa, ale i tym razem nie jest w stanie. Szczere gratulacje dla ciebie, Rysia Łapo.
- Dlaczego nie może? - wymsknęło jej się przez przypadek, jednak nie żałowała tego. Chciała usłyszeć. Może coś jest nie tak?
- Duchy Mrocznej Puszczy chodzą różnymi ścieżkami, innymi niż śmiertelnicy. Nawet jeśli jesteś tutaj, to nie jest tak proste. Wszystko się rządzi innymi prawami.
Kiwnęła głową.
- Rysia Łapo, jesteś wspaniałym bojownikiem, którego potencjał lśni jak tarcza księżyca w pełni, a czego inni dostrzec nie mogą, ale mam dla ciebie jeszcze jedno, ważne zadanie.
- Jakie? - powiedziała z pewnością w głosie. Nic nie stało jej na przeszkodzie by wypełnić jakiś swój obowiązek. Aby uczynić coś ważnego. Spełnić ważną rolę... Rozpłynęłaby się. 
- Powiedz mi, Rysia Łapo, jak bardzo żałujesz krwi, która w tobie płynie?
- Bardzo. Mogłabym zrobić wszystko, byleby moim ojcem nie był durny burzak. - zawarczała. Czemu on w ogóle o to pyta? Okropieństwo. Czyste okropieństwo. 
- Wszystko?
- Mówię, że wszystko!
Koguci Dziób uśmiechnął się.
- Udowodnisz nam to.
Zamilkła na chwilę, czekając na następne słowa w małym osłupieniu. 
- Każdy z nas zawsze musiał coś udowodnić. A ja wierzę, że mogę powierzyć ci coś takiego. 
Skinęła głową.
- Na granicy z Klanem Burzy czai się ich pełno na samotnych patrolach. Wyłap takiego. Pokaż mi jak bardzo ich nienawidzisz. 
Zamrugała kilka razy, patrząc na czarno-biały pysk byłego wojownika jej Klanu. 
- Zabij. 
Błękitne, lodowate oczy kotki otworzyły się w przestrachu. 
- C-czy to konieczne? - głos jej zadrgał, a sama się poczuła jakby miała wypluć zaraz potężnego kłaka. Co jest nie tak z nią, że tak reaguje? Musiała to zignorować. Nic innego. Ukryć, schować, zapomnieć. Tak jak jej mówiono.
- Jeśli jesteś prawdziwym klifiakiem to oczywiście. - zaczął ją okrążać, a ona tylko odwracała się by patrzeć na jego pysk. Teraz to co wypowiadał nie było już miłe, zagrzewające do działania. Było straszne.
- Kodeks wojownika..
- Kodeks jest dla tych, co wierzą w siłę kici w gwiazdach. To tylko cię ogranicza. A uwierz mi, wiele kotów, których nigdy o to byś nie posądziła ma swoje za pazurami. Jeśli milutkie kuleczki ciepła i miłości mogły to zrobić, to dlaczego nie ty?
Przełknęła nerwowo ślinę. Dopiero teraz wszystkie rany z bitwy zaczęły ją piec jak ugryzienia pozostawione przez całe stado szerszeni. Adrenalina opadła. Wzrok chciał uciec gdzie indziej... Ba, cała chciała. 
Dlaczego jest taka pierzchliwa?
- Chyba, że czujesz się jednością z burzakami. Jeśli tylko chcesz, możesz odbiec w ich strony, zacząć gonić wiatr. Lecz czy to jest życie, o którym marzysz? - zawarczał gardłowo Kogut, czekając na odpowiedź. 
Pokręciła łbem.
- Nie. Jestem klifiakiem. Nikim innym. - odpowiedziała zbitym tonem.
- W takim razie?
Wzięła głęboki wdech.
- Zrobię to. - miauknęła zbierając w sobie wszystkie siły, byle jej głos brzmiał normalnie. Machnęła ogonem.
- I to chciałem usłyszeć. - szepnął, po czym zaczął się powoli rozmywać. Wpierw łapy, później ogon, brzuch, szyja, aż w końcu głowa i zielone oko z błyskiem zaufania. Wszystko zniknęło, zostawiając w tym dziwnym świecie uczennicę samą. Nie mogła tego zepsuć. Zawiedzenie Koguta byłoby gorsze niż okropne.
Jest jedynym kotem który we mnie wierzy. - pomyślała, garbiąc się. - Dlaczego to jest takie trudne nawet w mojej głowie?
Wyprostowała się. Nie miała wyboru. Każdy ma coś za pazurami.

***

Zapach krwi, oznaczeń zapachowych i glutowatej mgiełki zniknął. Zastąpiła je przyjemna woń lasu, świeżej zwierzyny i innych kotów. Już nie starała się ułożyć wygodnie. Nawet jeśli jedynym, czego chciała był sen, nie mogłaby zasnąć. Wiedziała, że tej nocy już nie zmruży oka chociażby na drobną chwilę. Argh! Rany. Wciąż bolą.
Wylizała się porządnie, by zasklepić obrażenia i ukryć ich smród. Okryła je gęstym futrem. Owinęła jeszcze ogon wokół swojego ciała. Wciąż mroziło na dworze. Z jej pyska wydostał się nierówny oddech, przeistaczający się w parę. Musiała dotknąć pyska, by się upewnić że nie wygląda jak morderca. A przynajmniej jeszcze nie wygląda.
Czy naprawdę jest do tego zdolna?
Czy zabije?
Są takie rzeczy, które stoją wyżej niż moralność. - pojawiła się u niej myśl, którą szybko zastąpiła inna. - Musisz to zrobić. Nikt tego nie zrobi za ciebie. Jesteś jedyną, do której to należy.
Zmieniła się w kulkę. Nie wiedziała, jak inne koty to robią. Jak mogą się czegoś takiego nie bać. Może to z nią było coś nie tak? Może była zwyczajnym tchórzem. Śmieciem. 
Nawet jeśli, to to zrobi. Jeśli to miała być ostatnia rzecz w jej życiu również. To nie może być niemożliwe. Będzie szybko. Zapomni o sprawie. Życie będzie się toczyło dalej.
Miała taką nadzieję. 

Od Czajkowej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

 Weszli razem do legowiska starszyzny, żeby tam odbyć swoją karę. Liczyli, że Narcyzm umili im to zajęcie jakąś ze swoją historii, jednak zastali zarówno jego jak i Orlikowy Szept spowitych we śnie. Dziwny, nieznany zapach dotarł do jej nosa. Nie był to normalny zapach leża starszyzny do jakiego była przyzwyczajona. Zmarszczyła brwi, wyczuwając, że coś jest nie tak. 
- Obudzimy ich? Lepiej by wiedzieli, że tu jesteśmy, bo się jeszcze wystraszą.
Przyznała bratu rację skinieniem głowy. Podeszła do starszych kocurów, nie zwracając na nich aż takiej uwagi. W końcu znała ich i widziała wiele razy, nie było sensu się im przyglądać jak jakiś kociak. 
- Narcyzowy Pyle? Nie chcieliśmy Was budzić, ale wolelibyśmy żebyście się nie przestraszyli jakbyście nagle usłyszeli jakiś hałas... - miauknęła cicho, próbując delikatnie obudzić niebieskiego. Nie odpowiedział. Nawet się nie ruszył. Uniosła łepek, posyłając Węglowi zdziwione spojrzenie. Wiedziała, że niektórzy mają mocny sen, ale że aż tak? Węgiel zachęcił ją skinieniem głowy, żeby spróbowała jeszcze raz. "Narcyzowy Pyle?" powtórzyła głośniej. Podeszła jeszcze parę kroków, by zobaczyć, że oczy starszego nie są kompletnie zamknięte. Spod zmrużonych, nieruchomych powiek gdzieś w przestrzeń spoglądały złote oczy. Pozbawione iskry, pozbawione światła. Dreszcz zaniepokojenia musnął jej grzbiet. Widziała, żeby ktoś spał z otwartym pyskiem, ale oczami? Położyła łapę na barku niebieskiego, szturchając delikatnie. Zimno rozeszło się po poduszkach jej łapek. Z jej gardła wydarło się ciche, zamyślone burknięcie. 
- Wiesz, może oni hibernują. Rozżarzony Płomień mi powiedział, że Porą Nagich Drzew jest mniej zwierzyny, bo niektóre zasypiają w sen zimowy... - pomyślała na głos, kładąc po sobie uszy niekoniecznie przekonana własną teorią. Przecież reszta z klanu tak nie robiła... może to przychodzi z wiekiem? W końcu zarówno Narcyz jak i Orlik byli sędziwi, więc niby czemu nie...

< Zwęglona Łapo? >

01 marca 2022

Od Pierwszego Brzasku Do Szczawiowego Liścia

Wiele rzeczy mógł się spodziewać, ale na pewno nie tego, co pewnego pięknego wschodu słońca usłyszał od swojego syna:
– Tata, zmieniłeś kolor.
Słowa Truskawka zmroziły mu krew w żyłach. Uśmiechnął się do niego i bąknął jakąś słabą wymówkę, żeby jak najszybciej wybiec z obozu. Zapomniał! Na śmierć zapomniał! Biegł, przeklinając swoją głupotę. Poczuł się pewnie i bezpiecznie, zupełnie jak w domu, całkowicie zapominając… 
W kilku skokach znalazł się przy zamarzniętej kałuży. Faktycznie. Jego sierść straciła swój rudy odcień, a spod jednolitego brązu wychodziło coraz więcej cętek. Rozejrzał się w panice. Biel. Tylko nieprzebyte połacie mokrego, zimnego śniegu. I nic więcej. Żadnej ziemi, roślin czy liści. Nic, w czym mógłby się wytarzać, żeby zamaskować naturalny kolor futra.
Że też nie pomyślał o tym wcześniej! I ani Iskierka, ani nikt inny… Ona była przyzwyczajona, mogła nie zauważyć, a z nikim poza dziećmi nie spędzał ostatnio zbyt wiele czasu, zresztą i z nimi widywał się rzadziej przez treningi. Była szansa, że żaden z Klifiaków nie zauważył.
Serce łomotało mu w piersi jak stado dzików. Kręcił się w kółko, rozglądając na boki, przez panikę nic nie widząc. Otrzeźwił go dopiero palący ból rozpaczliwie chwytających tlen płuc. Przywrócił mu jasność umysłu. Zatrzymał się.
– To nie ma sensu – miauknął sam do siebie. – Uspokój się. Tak, dobrze. – Odetchnął głęboko. Zmęczone płuca nie chciały w pełni napełnić się powietrzem. – Na spokojnie. Na pewno nikt nie zauważył. Inaczej ktoś zwróciłby ci uwagę, prawda? Na spokojnie.  – Głęboki wdech i wydech. – Pójdziesz do lasu, tam jest mniej śniegu. Coś znajdziesz. I znowu będziesz czarno-brązowo-rudy. Nikt się nie połapie.
Trochę uspokojony, ruszył głębiej w las. Jego łapy drżały, gdy stawiał kolejne kroki.

Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że ktoś go obserwuje. Czyjeś spojrzenie niemal wypalało mu dziurę w karku, ale gdy się odwracał, nie dostrzegał nikogo podejrzanego. Któregoś razu wpadł przez to prawie na któregoś z wojowników. 
– Przepraszam – miauknął odruchowo, nie zwracając na niego większej uwagi.
– Następnym razem uważaj – usłyszał w odpowiedzi. Coś go tknęło. Przeczucie. Jego głos? Odwrócił wzrok, przyglądając się kocurowi baczniej. Był od niego niewiele wyższy i trochę szczuplejszy, krótka liliowa sierść miejscami poprzetykana była nitkami siwizny. Pomarańczowe ślepia patrzyły na niego szczerze i hardo. 
Miał wrażenie, że już się spotkali. Kiedyś… 
– Jasne, będę.
Nie potrafił przypomnieć sobie jego imienia. Gdy wróci do legowiska…

Zamruczał cicho, gdy Iskierka liznęła go w policzek. Tak bardzo mu tego brakowało. Odkąd ich dzieci zostały uczniami, a ona zrezygnowała z funkcji liderki, mieli mnóstwo czasu dla siebie. Bury korzystał z tego jak tylko potrafił. Najbardziej lubił wspólne wieczory, kiedy leżeli wtuleni w siebie i rozmawiali o wszystkim i o niczym…
– Iskierko?
Szylkretka bezbłędnie wyczuła wahanie w jego głosie. Spojrzała mu w oczy, zaniepokojona.
– Coś się stało, Chmurko?
Przytulił się do niej mocniej. Lubił, gdy tak na niego mówiła.
– Jakiś czas temu przypadkowo na kogoś wpadłem. Głupio mi bo… nie pamiętam jego imienia. Liliowy wojownik, pomarańczowe ślepia. Raczej starszy, miał pędzelki na uszach…
Przez pyszczek kotki przebiegł cień.
– Szczawiowy Liść. Syn Berberysowej Gwiazdy i Żywicznej Mordki, brat Mysiego Kroku – zamilkła na moment, zamyślając się. – To on kiedyś… mnie śledził. Cały ten cyrk z Olchowym Sercem…
Przerwał jej, delikatnie kładąc jej ogon na grzbiecie. Przywarli do siebie mocniej. Wspomnienia… Oboje starali się ich unikać. 
– Nie myśl o tym – miauknął.
– Ty też – odparła, uśmiechając się smutno. Liznął ją po policzku. Oboje wiedzieli, że nie potrafią.
Już prawie zasypiał, kiedy sobie przypomniał. Tamto zgromadzenie. Kłócili się. Chodziło o Iskierkę i nie potrafił zachować spokoju. Pokłócił się z Klifiakiem, zrobił z siebie idiotę, a później usłyszał tamtą rozmowę Iskierki… Kolejne księżyce były najgorszymi w jego życiu.
Wspomnienia… 
Ciekawe, czy Szczawiowy Liść też je przywoływał.


<Szczawiku?>