Wracali z treningu. Hiacyntowa Cętka z dumnie uniesionym ogonem niósł królika, którego nie udało się złapać szylkretce. Kotka nie miała pojęcia jakim cudem udało się go kocurowi pojmać. Przecież króliki były takie duże i szybkie, a jeden już podrapał Konopie jak próbowała go złapać. Westchnęła ciężko. Nadal z Bocianem nie skomunikowali się z niedobitkami Klanu Lisa. Widok zalanego obozu, niegdyś ich domu łamał im serce, choć Bocian jedynie milczał. Ich plan opierał się na przepłynięcie rzeki na drugą stronę i odnalezienie innych Lisiaków, lecz zdradliwy szelest na jednym z polowań ukazał prawdziwy pysk Burzaków. Obserwowali ich. Po tym polowaniu dziwne wpadanie na Orzechowe Futro i jego zakłopotany uśmiech przestał dziwić Konopie.
— Idź do medyków, niech to obejrzą — burknął kocur.
Szylkretka zaplątała się pod łapy wojownika.
— To kochane, że się tak o mnie martwisz — miauknęła, ocierając się o bok biało-szarego.
Hiacynt odepchnął ją szybko łapą.
— Nie martwię się, uwierz — mruknął, wywracając oczami. — Widzisz tą łaciatą kotkę? — wskazał łapą na czarną kotkę z białymi plamkami. — To Konwaliowe Serce, niech obejrzy rany na twoim pysku.
Konopia kiwnęła łebkiem i żwawym krokiem podeszła do legowiska medyków. Klan Burzy był taki spokojny. Jakby istnienie wojny i przemocy było zupełnie obce Burzakom. Życie toczyło się wolnym krokiem bez jakiś większych zwrotów akcji. Podobno jakaś kotka zginęła przed ich pojawieniem, ale tylko jakiś stary dziad za nią płakał w starszyźnie. Pewnym krokiem Konopia przekroczyła próg legowiska medyków. Układająca zioła kotka jeszcze jej nie zauważyła. Szylkretka zakradła się bliżej medyczki, czekając aż ta tylko się odwróci. Gdy zaskoczone żółte ślipia spotkały się z zielonymi, Konopia miauknęła głośno.
Wąsy medyczki drygnęły, lecz szybko opanowała malujące się na pyszczku zaskoczenie.
— Coś się stało Pójdźkowa Łapo? — zapytała tak cicho, że Konopia musiała podejść bliżej niej, żeby dosłyszeć mamrotanie kotki.
— Królik mnie podrapał — odpowiedziała kotka, przyglądając się mchowemu posłaniu.
Po uderzeniu serca władowała się do niego, przeciągając. Świeżo zebrany mech był taki miękki. Leniwie przewróciła się na grzbiet.
— Cwane z nich bestie, myszy o wiele łatwiej się poluje, wiesz? — miauknęła po czym przypomniała sobie, że w leśnych klanach medycy działają inaczej.
Coś chyba kiedyś Biegnący Potok o kodeksie medyków jej mówiła, ale pamiętała z tego tyle co nic. Zielone ślipia zerknęły na asystentkę medyka, która szukała najwidoczniej jakiegoś zioła. Konopia zerwała się na łapy i usiadła tuż koło kotki.
— Ej, a na czym polega to wasze medykowanie? — zapytała zaciekawiona.
<Konwalio?>
Główne układanie ziół, ale dzięki fabule ostatnio mają co robić XDD
OdpowiedzUsuń