Kiedyś
Księżycowa Łapa szedł niemal ramię w ramię z rudym kocurem. Biały zdecydowanie nie przepadał za tunelami, nie mówiąc już o wszechobecnej w nich wilgoci. Wzdrygnął się lekko, znowu słysząc głos Cętkowanej Łapy.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — miauknął, na co Księżyc cicho prychnął.
— Prawdopodobnie już wkrótce. Treningi z… — zaczął, chcąc wypowiedzieć imię garbatego ucznia, ale się powstrzymał. — Kocimiętkowym Wirem jednak przynoszą efekty! — odparł w końcu, uśmiechając się lekko, co z pewnością nie było nawet widoczne w zacienionym tunelu.
Korzystając z tej ciemności, zmrużył zirytowany oczy. Nie podobała się mu obecność Seradelkowej Łapy, idącej przed nimi. Nie, żeby miał do niej samej jakiś problem, ale co chwilę smyrała go ogonem po nosie, czego Księżyc powoli nie wytrzymywał.
— Serad… — zaczął, ale nagle mu przerwano.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy zauważyli wyjście.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a Biały ruszył zaraz za nim.
Bieluch rozglądał się po pyskach zebranych kotów. Zauważył zebrane piszczki i szybko uznał, że faktycznie mogli iść nieco szybciej. To był jego kolejny raz w tunelach, miał dziwne wrażenie, że wcale nie musiał tam wchodzić, szczególnie że już raz zaliczył tę część treningu. Westchnął tylko cicho i podszedł bliżej Cętkowanej Łapy.
— Jak ci się podobał trening Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela.
— Pfff… Lepszy? Nie martw się, wkrótce będzie moje mianowanie. Pierwszy raz od tych księżyców treningu zacząłem robić faktyczny progres — miauknął.
“Szkoda tylko, że za cenę poniżania Garbatej Łapy…” pomyślał, lekko kładąc uszy po sobie.
Kilka dni po mianowaniu Księżyca
Rozbity Księżyc siedział nieopodal stosu zwierzyny, zajadając się wiewiórką. Chciałby móc ją zjeść razem z mamą, jednak sam postanowił, że nie będzie znów rozmawiać. Fakt faktem tęsknił za ciepłem Jaskółczego Ziela, jednak ta go opuściła. Teraz gdy chciała się nim ponownie zająć, “mały” Księżycek już jej nie potrzebował. Już od mianowania na ucznia nie polegał na czarno-białej, więc czemu miałby to robić, teraz gdy przeszedł już swój trening? Z takimi myślami, szarpnął zwierzątko leżące pod swoimi łapami, odrobinę zirytowany. Było już dosyć późno, lecz to właśnie ta pora pozwalała kotom na dzielenie się językami i czerpanie przyjemności z otaczającego ich chłodu. Biały podskoczy lekko, czując czyjś ogon na swoim grzbiecie.
— Wystraszyłeś się czegoś? — zapytał rudy kocur, a Księżycek zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Na pewno nie wystraszyłem się stojącej koło mnie rudej pchły — prychnął cicho i przesunął część zwierzyny na bok, w stronę, po której stał Tęgosz. — Jak idzie trening? Słyszałem, że robisz duże postępy — mruknął cicho, oblizując górną wargę z krwi. — Jak sądzisz, kiedy zostaniesz mianowany… Cętkowany Tęgoszu? — zapytał, uśmiechając się lekko, być może zalotnie w stronę ucznia.
<Cętku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz