Przeszłość, początek poprzedniej pory nagich drzew
“Głupi, egoistyczny! Czemu mu to powiedziałem? Czy jestem aż tak zachłanny, że sama przyjaźń z nim mi nie wystarcza?” — pomyślał, kiedy tylko po powrocie do obozu udali się w swoje strony. Czarny z każdy krokiem karcił się coraz bardziej w myślach, dopóki nie przystanął na środku tunelu. “Czy… ja z siebie robię jakąś ofiarę losu? Przecież pewnie nie jestem pierwszym kotem w klanie, który został przez kogoś odrzucony.”
Gorzki śmiech opuścił jego pysk, nim wznowił marsz do Groty Pamięci. Liczył, że zastanie tam Skrzydlatą Płomykówkę, która może mu jakoś doradzi, co z tym wszystkim począć — nawet jeśli srebrna była zastępczynią, to starała się znajdować czas dla każdego pobratymca, który potrzebował tego. Dlatego też Poczciwy Szakłak mógł na nią liczyć, szczególnie po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, mniej więcej wiedzieli, co drugie z nich czuję, więc stanowili dla siebie wzajemne wsparcie.
Miał szczęście, gdyż młodsza właśnie była w trakcie rozmowy z Oskrzydlonym Ognikiem, który był mentorem Żywicznej Łapy, czyli siostry Bursztynu, szkolącego się pod opieką czarnego. Musiałby z młodzikiem jakkolwiek poruszyć temat treningów, gdyż prace nad podziemnym obozem sukcesywnie się posuwały i już niedługo klan wróci do dawnego rytmu. Zielonooki nie chciał im zbytnio przeszkadzać w czasie konwersacji, więc przystanął w pewnej odległości, cierpliwie oczekując końca ich wymiany zdań. W międzyczasie starał się nie spoglądać na rodzeństwo, by ci nie czuli się ponaglenie do niczego ze strony wojownika.
W pewnym momencie jasne spojrzenie zastępczyni padło na Szakłaka, chwilę później również podobnie uczynił Oskrzydlony Ognik. Płomykówka coś jeszcze powiedziała do brata, a następnie odeszła w stronę oczekującego wojownika.
— Coś się stało Szakłacz- — przerwała, przypominając sobie prośbę przyjaciela. — Poczciwy Szakłaku? — poprawiła.
— Nie chciałem wam przeszkadzać… — wymruczał, odprowadzając wzrokiem brata rozmówczyni.
— Spokojnie, rozmawialiśmy na temat treningów uczniów, nie jest to nic naglącego. No to mów, co się stało, że aż przyszedłeś do mnie, a nie na przykład Gasnącej Łapy?
Na dźwięk imienia kremowego, wojownik widocznie się zgarbił, co oczywiście nie mogło umknąć srebrnej.
— Czyli to… — Nie musiała nawet kończyć, gdyż niewielkie skinienie głową ze strony zielonookiego, utwierdziło ją w domysłach i swych obserwacjach. — Może chcesz porozmawiać gdzieś na osobności? — zaproponowała.
— Nie trzeba. Chodzi o to, że powiedziałem mu coś bardzo osobistego, lecz chyba zostałem odtrącony.
— Czekaj, czy ty mi chcesz powiedzieć, że…?
— Że się w nim zakochałem? Tak.
— Wiedziałam! Mogłeś się wtedy na patrolu wybierać, lecz, jak i tak byłam pewna swego — odpowiedziała dumna z siebie kocica. Szybko jednak spoważniała, wracając do tematu, kiedy to kocur spojrzał na nią swoimi matowymi ślepiami. — A tak, wybacz. Czyli wyznałeś mu uczucia? — Otrzymała jedynie skinienie głowy na potwierdzenie. — I jak zareagował?
— Po chwili nerwowo się zaśmiał, lecz szybko umilkł, jakby wcześniej uważał, że to, co mówię, jest żartem. Potem próbował coś jeszcze powiedzieć, lecz chyba słowa nie były w stanie mu przejść przez gardło.
— Może daj mu czas, by się z tym oswoić? Lub pozwolić mu to wszystko przemyśleć? Widać, że jesteście ze sobą bardzo blisko, lecz może jemu wystarcza to, co jest? Nawet jeśli nie odwzajemni twoich uczuć, to nie powinieneś go unikać, zrywać kontaktu.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Trochę minęło od dnia, kiedy to czarny kocur powiedział dawnemu Klifiakowi o swych uczuciawch względem niego. Mimo to dało się zauważyć widoczną różnicę w zachowaniu ich obu — przestali tyle rozmawiać, niemal wcale, już nie przesiadywali razem przy posiłkach, nie dzielili się językami, jakby stali się dla siebie kompletnie obcymi kotami. Zapewne każdy Burzak dostrzegał zmiany w ich zachowaniach, lecz mało kto próbował drążyć temat, uważając, że kocury zapewne jedynie się pokłóciły za parę wschodów im minie, wracając do dawnego stanu.
To jednak nie miało miejsca. Szakłak starał się stosować do rady Płomykówki, lecz za każdym razem, gdy dostrzegał kremowe futro w tłumie, uciekał, a jeśli już musiał przechodzić obok ucznia, to robił to szybko i nerwowo, jakby od tego zależało jego życie. Podobnie w przypadku rozmów, starał się je szybko kończyć, tłumacząc obowiązkami, choć do jego ulubionych wymówek należał trening z Bursztynową Łapą. Mimo wszystko czarny zawsze próbował wysłuchać do końca pomarańczowookiego czy też zatrzymać się, kiedy ten go wołał.
Podobnie był też tym razem. Szakłak lekko zgarbiony starał się przemknąć, lecz los chciał, że Gasnąca Łapa go dostrzegł i z jakiegoś powodu jego pysk opuściło wołanie za wojownikiem.
— Szakłaku, zaczekaj! — W ciągu uderzenia serca wołany zatrzymał się, czekając, aż kremowy podejdzie na tyle blisko, by żaden z nich nie musiał krzyczeć. W końcu stanęli pyskiem w pysk, przez chwilę w grobowej ciszy, aż pierwsze słowo nie opuściło warg pręgowanego
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem, nie wiedząc zbytnio, co powiedzieć.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
Jednolity dotąd chował pewną urazę wobec kremowego, lecz ta szybko minęła pod wpływem jego słów. Widok Gasnącej Łapy w takim stanie sprawił, że Burzak nie był w stanie dłużej się na niego gniewać czy odczuwać pewien żal. Chciał zrobić wszystko, by uczeń czuł się w klanie, jak w prawdziwym domu, by może też z czasem również odwzajemnił uczucia zielonookiego, które nie byłby w żadnym stopniu wymuszone.
— Gasnąca Łapo… — zaczął, w pierwszym odruchu chcąc łapą dotknąć podbródka kremusa i nieco unieść jego głowę, by ten spojrzał swymi pomarańczowymi oczami na Szakłaka. Finalnie jednak zatrzymał się w połowie ruchu, zdając sobie sprawę, że powinien dać czas i przestrzeń kocurowi. — Proszę, spójrz na mnie. — Kiedy tylko prośba czarnego została spełniona, na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Dam Ci tyle czasu, ile potrzebujesz. Jak będzie trzeba, to postaram się nawet nie kręcić wokół ciebie, byś nie pomyślał, że się narzucam lub na siłę próbuje przekonać do odwzajemnienia moich uczuć.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Po dwóch wschodach słońca w obozie można było ponownie zauważyć, jak Gasnąca Łapa i Poczciwy Szakłak spędzają razem więcej czasu. Choć może nie w takich ilościach, jak dawniej, lecz widać było, że dotychczasowe niesnaski między nimi już przeminęły. U zielonookiego można było czasem zaobserwować dłuższe zamyślenie lub zawahanie się, jakby chciał mieć pewność, że ruch, który wykona lub słowo, które wypowie, nie będzie odebrane przez kremowego w ponaglający sposób w oczekiwaniu na jego odpowiedź, co do uczuć wobec jednolitego.
— Gasnąca Łapo! — Nieco radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do pomarańczowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniach Bursztynowej Łapy.
<Znajdziesz czas dla mnie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz