Przeszłość
— Myślisz, ty niewdzięczny pomiocie Klanu Gwiazdy, że z tobą skończyłam?! Zapłacisz mi za to, za wszystko, ty zawszona kupo futra! — rozległ się warkot po żłobku, a zbliżająca się ku niemu, niczym nieuchronny koniec, Bielinka, zasłoniła swoim cielskiem widok wejścia do chronionego przez krzewy miejsca, w którym dorastały i dowiadywały się o świecie kocięta, w tym jednym z nich był właśnie Szalej, a także Tęcza. Dystans między nimi przemierzyła bez większych oporów. Oprócz nich czuwała również do niedawna Ognikowa Słota, mistrzyni tym razem wyszła po zwierzynę ze sterty, jakąś chwilę temu, ponieważ żaden z uczniów dzisiaj się nie zjawił, a przynajmniej nie do tej pory. Jasny ogon starszej kocicy dygotał na boki swobodnie, ale wystarczająco nerwowo, żeby pokazać młodemu kocurkowi, że sprawa była raz jeszcze… śmiertelnie poważna. Spojrzał na kocicę przed sobą wielkimi oczkami, chociaż nie malował się w nich strach, a raczej… próbował przeanalizować, jaki będzie jej pierwszy ruch. Oczywiście, intensywnego dudnienia serca i spiętych mięśni łap nie potrafił ukryć, ale nie sądził, żeby Wilczaczka przed nim zwracała na to uwagę… raczej nigdy nie posądziłby jej o żaden pomyślunek czy refleksje, zważając na jej ostatnią niekorzystną decyzję w postaci zaatakowania go, a także dzisiaj – kolejnej próby pozbycia się. Jeśli taka była wola Mrocznej Puszczy, zginie dzisiaj. Jeśli nie, Bielince znowu się dostanie po łbie, a jemu pozostawało bronienie się wszystkimi czterema łapami oraz każdym, nawet najmniejszym kłem w paszczy. Ostatnim razem brązowooka wyskoczyła na niego i szybko przygwoździła go do ziemi. Dlatego tym razem nie zdziwił się, że również wystrzeliła w jego kierunku niczym goniony zając pośród wysokich kłosów trawy oraz kwiatów polnych. Wszystko działo się tak szybko, niemal musnęła go już swoimi pożółkłymi pazurami, jednak on uchylił łba, wręcz kładąc się płasko na ziemi i uskakując w bok w ostatniej chwili. Parę włosków uleciało mu z głowy, gdy podniósł się odruchowo i wyprostował wysoko, niczym żuraw, który właśnie pożarł swoją zdobycz w postaci świeżo upolowanej żaby ze stawiku. Jego wąsy zafalowały, a Tęcza pisnął z zaniepokojenia. Ruszył w celu pomocy Szalejowi, aczkolwiek Bielinka odepchnęła go swoim barkiem dość stanowczo, z jej gardła wydobywał się bulgot, jakby miała ich zaraz opluć jadem.
— Taki jesteś sprytny? Zobaczymy, co zrobisz, ty mysi bobku, gdy już cię złapię! Wtedy ci nikt nie pomoże, mysi wąsie! — splunęła, a rudy srebrny rzucił się ku wyjściu w celu ucieczki. Wiedział, że nie miał z nią szans. Była od niego starsza, masywniejsza i z pewnością znała przynajmniej jeden chwyt bitewny. A on nawet nie rozpoczął swojego treningu, ponieważ był zbyt młody. Biegł ile sił w małych łapkach, niemal potykając się o wystający korzeń. Przeskoczył go na szczęście, nie miał nawet czasu na to, żeby sprawdzić, czy Bielinka go doganiała. Nagle, gdy tylko znalazł się w wyjściu, tuż nad nim przeskoczył sprawnie rudy kocur, który uderzenie serca później przyparł liliową do ziemi łapą, wbijając jej pazury w pierś. Jeden z wojowników! Czy nie był on przypadkiem spokrewniony z Ognikową Słotą? Tęcza patrzył na nich wielkimi ślepkami, chowając się niezgrabnie pod uschniętymi paprociami legowiska, a Szalej próbował powstrzymać, trzęsenie się łap. Musiał wypaść przed nowym kotem dobrze! Nie wolno mu było okazywać strachu czy słabości, tak nie wypadało!
A jednak mimo wszystko jego uszy podrygiwały nerwowo, wyłapując każdy najmniejszy szmer, a źrenic nie mógł zdjąć z oprawczyni, która teraz, niczym wąż wśród ogrzanych kamieni, sunący po jaskrawym piachu, robiący dla siebie miejsce i śledząc trop własnej ofiary, wiła się pod rudasem, tylko niepotrzebnie marnując swoje siły. Patrzyła nienawistnie na Cętkowanego Tęgosza, a potem pluła w kierunku młodszego rudasa, szczęką próbując ująć jedną z łap starszego. Tęgosz jednak był dużo silniejszy i unieruchomienie jej całkowicie nie sprawiło mu nawet najmniejszego trudu.
— Ogarniesz się, ty, pokrako, czy może mało ci kar od Zalotnej Gwiazdy? — wysyczał do niej, gdy brązowooka wreszcie zrobiła sobie przerwę na złapanie oddechu. Zrozumiała, że w takim stanie nie wskóra zbyt wiele.
— Grr… TY GŁUPI, SŁABY KOCIE! TY ŁAJNOJADZIE, PUSZCZAJ MNIE! — zaczęła krzyczeć, a jej donośny głos odbijał się od ścian echem. — ZAPCHLONA SKÓRO, WRZODZIE NA OGONIE! WSZYSTKO MI PSUJESZ! — mówiła, a klatka piersiowa unosiła jej się, po czym opadała pospiesznie.
***
Teraźniejszość
Dotarli wreszcie do miejsca, o którym szylkret tak wiele opowiadał przez ostatni czas. Bardzo zależało mu na tym, żeby srebrny nauczył się również odnalezienia się w podziemiach. Była to umiejętność, którą musiał nabyć każdy z Wilczaków i to bez wyjątków, jeśli chcieli czuć się tutaj w pełni jak w domu.
— W razie wojny lub innej potrzeby, możemy wykorzystać tunele, w których inne klany mogą się nie połapać tak sprawnie. W dodatku, jeśli w obozie nie byłoby już bezpiecznie, możemy zawsze zaszyć się głęboko pod ziemią — tłumaczył mu niebieskooki, zatrzymując się wreszcie przed wejściem do jednej z ciągnącej się nor. Może nawet kiedyś była przez kogoś zamieszkana? — Twoim zadaniem będzie wejść do tunelu i znaleźć wyjście. Będę czekał na drugiej stronie — miauknął mu jeszcze na odchodne długofutry, a bursztynooki kiwnął głową jednokrotnie, patrząc na niego tak neutralnie, jak tylko się dało. Całego wywodu do tej pory słuchał dość uważnie, w końcu nie wolno mu było sobie pozwolić tutaj zostać! Łatwo było się pogubić pod ziemią… czy sama teoria mu wystarczyła? Przekona się.
Wetknął łeb do środka, rozglądając się w półmroku. Światło padało tylko na określoną ilość przestrzeni wewnątrz, a lwi kawałek kocur zasłonił swoim cielskiem. Westchnął i machnął ogonem w celu wyładowania narastających nieprzyjemności w umyśle. Do jego nosa dopłynął mroźny, nieprzyjemny wręcz, ziemisty zapach wymieszany z czymś w rodzaju zaduchy. Wszedł wreszcie, nie chcąc przedłużać dalej nadto. Może wróci przed zmierzchem, wieczorem robiło się naprawdę lodowato, wtedy mógłby już się pożegnać z czuciem w łapach, a może i z cenniejszą dla niego rzeczą – życiem.
— Mroczna Puszczo, miej mnie w swej opiece — wymruczał, idąc jak na razie dość niepewnie przez nawet szeroki korytarz. Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd musiało nad nim czuwać, skoro przyszło mu wejść do tuneli właśnie tak łaskawą porą, jaką była Pora Nagich Drzew, a ponadto – nie przywitały go wąskie, duszące tunele, a przestronna przestrzeń, przynajmniej na początku.
Gleba nieprzychylną porą była najlepsza, bo nie była przesiąknięta roztopioną wodą. Robiło się niebezpiecznie dopiero w momencie, kiedy przychodził odwilż. W trakcie mrozu nie było mowy o zawaleniu się ich, bo chłód bardzo sprawnie trzymał je w ryzach, a roztopy wróżyły jedynie tajenie podłoża, co za tym idzie – straceniem spójności i staniem się grząskim, ryzyko osuwisk wtedy było niezwykle ogromne. Dlatego Wilczak mógł być spokojny, przynajmniej w tej kwestii.
***
Wychylił łeb z jednej z odnóg, szukając wzrokiem swojego mentora. Nie był pewien, ile dokładnie minęło czasu, jednak nie było to szczególnie istotne. Ostatnio szylkret uświadomił mu, że dopóki jest bezpieczny i nie pcha się śmierci w paszcze, mentor będzie z niego dumny. Dlatego nie zdziwił się, gdy parę uderzeń serca później Wilczak, o którym rozmyślał, pojawił się w zasięgu jego wizji i powitał go pomrukiem aprobaty.
— Blednąca Łapo — powiedział, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie. — Wracamy do obozu.
A jednak, z jakiegoś nieznanego uczniowi powodu, myślał, że może go pochwali. Nie liczył na to, aczkolwiek wszystko na to wskazywało. Najwidoczniej nie rozgryzł go jeszcze, nie znał go za dobrze, mimo tylu przeprowadzonych treningów. Uczniak nadal nie rozumiał wielu reakcji kotów, a wszelkie przewidzenie ich, jeśli nie dotyczyło to chwytów bitewnych… było niezwykle trudne. I nie dało się opracować na nie żadnego sprawdzonego sposobu, ponieważ potrzebowałby przynajmniej jednego dla każdego z Wilczaków, a nawet więcej; dla każdego kota, którego kiedykolwiek spostrzegł w ciągu całego swojego życia. Na samą myśl miał ochotę pójść pod Cierniste Drzewo i poprosić przodków o pomoc… jednak wiedział, że nie mógł obciążać ich takimi błahostkami. Dlaczego mieliby się przejąć jego kłopotami?
Gdy dwójka znalazła się w obozie, Pszczeli Rój ruchem ogona nakazał srebrnemu, żeby udał się na spoczynek. Kiwnął mu w odpowiedzi głową, czując ulgę, że wreszcie będzie mógł się ogrzać. Gdy szedł tak przez centrum, nie przyglądając się naprawdę nikomu, to spostrzegł w jednym z kątów Cętkowanego Tęgosza…
Nawiązali kontakt wzrokowy. Cienista Zjawa, jego ojciec, ostatnio został ogłoszony zmarłym. Został zaatakowany przez przynajmniej dwa koty, ponieważ, z tego, co powiedziano, jednemu kotu dałby sobie bez większych problemów radę. Blednąca Łapa, zamiast pocieszyć i wesprzeć kompana, wgapiał się w zielone ślepia jeszcze przez jakiś czas, zastygając w miejscu i nadal nie uchylając nawet mysiego wąsa swojego pyska.
[1544 słowa - nawigacja w tunelach]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz