Wciąż odrobinkę roztrzęsiona Północ spojrzała na swój opatrunek. Cóż, to była jej pierwsza poważna kontuzja. Była z niej nawet trochę dumna, pomijając okoliczności, w jakich się jej dorobiła. Okazało się, że jest bardziej wytrzymała na ból niż jej się wydawało. W końcu nie wyła cały czas w agonii, wszystko ograniczało się do jednego czy dwóch nerwowych syknięć. Za jakiś czas zdejmie opatrunek i łapa będzie jak nowa.
- Nie, absolutnie nie. Dziękuję - mruknęła uprzejmie, opuszczając legowisko. Miała nadzieję nie spotkać już Świetlikowego Skrzydła.
***
*przed śmiercią Wilczej Łapy, pierwsze objawy choroby serca*
- Naprawdę nie dasz rady wyżej skoczyć? - zapytała zdziwiona, mierząc chłodnym spojrzeniem Wilczą Łapę. Czyżby symulował? Był aż taki leniwy? Już po raz kolejny w ciągu tego księżyca złoty kocur twierdził, że czuje kłujący ból w klatce piersiowej. Na początku Północ zupełnie to olewała, zrzucając wszystko na lenistwo i cwaniactwo kocura, mimo, że zupełnie jej to do niego nie pasowało. Ale teraz doszła do wniosku, że skoro od tamtych chwil nic się nie zmieniło, to pora coś z tym zrobić.
- Nie - sapnął uczeń. Północny Mróz przez pewną chwilę patrzyła jeszcze na niego zimno, ale stan kocura się nie poprawiał.
- No dobra - powiedziała niechętnie, powstrzymując się przed nawrzeszczeniem na niego - Co prawda dopiero zaczęliśmy, ale możesz wrócić do obozu. Zajmij się legowiskiem Świetlikowego Skrzydła. To w końcu nie wymaga wysiłku godnego wojownika - dodała kpiąco, mrużąc brązowe ślepia.
Wilcza Łapa nie odpyskował, co uznała za niepokojący objaw i niemal od razu pożałowała swoich słów. Jej uczeń wyglądał jak żywy trup, chwiał się i oddychał chaotycznie. Było gorzej, niż zazwyczaj. Północ podparła go swoim bokiem.
- Wybacz - mruknęła - Nie wiedziałam, że jest aż tak poważnie.
- J-Już m-mi l-lepiej - powiedział syn Wiśniowej Pestki. Północny Mróz pokręciła głową.
- Wracasz do obozu. Jutro potrenujemy. I nie zajmuj się Świetlikowym Skrzydłem, bo od zrzędzenia tej paskudnej staruchy jeszcze ci się pogorszy - powiedziała chłodno, bacznie obserwując swojego ucznia.
Zaprowadziła go do obozu - tak, jak obiecywała. Pozwoliła mu odpocząć w zacienionym legowisku, a opiekę nad Świetlikowym Skrzydłem poleciła Złotej Łapie. Miała zamiar szukać pomocy. Nie wyobrażała sobie trenować z kocurem, który przy każdej większej aktywności uskarża się na ból. Wiedziała, do kogo się zgłosić. Dobrze pamiętała, kto pomógł jej przy zranionej łapie.
- Potrójny Kroku - powiedziała, stając przed legowiskiem medyka. Głos dobiegający ze środka nakazał jej wejść. Niepewnie zrobiła krok do przodu.
- Mam problem z Wilczą Łapą. Boli go klatka piersiowa, szybko się męczy i jakoś tak dziwnie oddycha. Oczywiście nie przez cały czas. Głównie wtedy, kiedy każę mu zrobić coś, co wymaga więcej siły. - powiedziała cicho, patrząc uważnie na medyka - I... I zastanawiam się, czy masz może jakieś zioła, które mogłyby to uleczyć.
<Potrójny Kroku? Eh, przepraszam za gniota>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz