BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 maja 2026

Od Majaczącej Łapy do Niebiańskiej Poświaty

Majacząca Łapa został obudzony już przed porannym patrolem. Normalnie mógłby pospać jeszcze trochę czasu, ale tym razem nie pozwoli mu na to obowiązki. Mruknął niezadowolony i się przeciągnął. Przetarł oko łapą, przy okazji przypominając sobie o przeklętej ranę, która nadal mu dokucza. Nie zamierzał jednak iść do medyka, bo w końcu co go nie zabije to go wzmocni. Tak więc z dziwnym liściem, na coraz bardziej paskudnie wyglądającej łapie przemierzał kolejne odległości każdego dnia. Jak wiadomo nie od dziś, patrol składał się z co najmniej trójki kotów, więc dołączyła się do nich jakaś liliowa kotka. Złoty na początku nie zamierzał poświęcać jej zupełnie żadnej uwagi, jednak sposób, w jaki prowadziła rozmowy, z bądźmy szczerzy, niezbyt rozmowną mentorką kocura, wydawał się mu co najmniej interesujący. Także, zamiast skreślić ją jako żałosną kotkę, po raz pierwszy postanowił przyjrzeć się komukolwiek. Oczywiście nie w kontekście przyjaźni, tak daleko by się czekoladowy nigdy nie posunął. Bliżej kontekstu czystego doświadczenia i poznania wyjątku dla jego zasady. Schował więc na chwilę przesadną dumę pod swoje legowisko i podszedł nieco bliżej. Kiwnął lekko głową na przywitanie, jednak nie uśmiechnął się, tak jakby zrobił to normalny, pospolity kot. Przecież on nie był pospolity. Normalny też nie był, ale tego lepiej mu nie mówić.
— Dzień dobry. Jak ci na imię wojowniczko? — wykrztusił w końcu z siebie, posyłając kotce krzywy uśmiech.
Naprawdę próbował przekonać się do srebrnej, jednak nie wróżył temu wspaniałych skutków.

<Wojowniczko?>

[233 słowa]

[5%]

Od Majaczącej Łapy do Rozkwitającego Astru

Wrócił zmęczony, do tego zirytowany do obozu. Wyminął kogoś w przejściu i przysiadł niedaleko zrostu zwierzyny. Spojrzał bokiem na swoją mentorkę, która tylko kiwnęła głową. Wybrał sobie ze stosu średniej wielkości mysz i odsunął się gdzieś na bok, zajadając się stworzeniem. Myślał, że treningi z Pajęczą Nicią były okropne, ale nie przekonał się jeszcze o tym, jak straszne mogą być lekcje nawigacji w tunelach. Nie był nawet w stanie zliczyć, ile razy zdążył się w nim potknąć. Spokoju zaznał tylko przez kilka pierwszych odbić serca. Zaraz przysiadła się do niego jakaś kotka. Majacząca Łapa zamachnął się ogonem zirytowany, słysząc kolejne słowa wydobywające się z pyska burej kotki.
“A mogłem siedzieć w środku.” pomyślał, gdy to zadała mu następne pytanie z rodzaju tych o pogodzie. Myślał już, że wkrótce zwariuje, ale w końcu zebrał się na powiedzenie czegokolwiek.
— Wolniej. Jak cię zwą gaduło — mruknął, kierując swój wzrok na upierdliwą kotkę.
Szylkretka zmierzyła go najprawdopodobniej ostrzegawczym wzrokiem, ale Kopciuszka jakoś nieszczególnie to obchodziło. Przewrócił tylko oczami, wciągając większą ilość powietrza w płuca.
— Jestem Rozkwitający Aster. Protektorka Klanu Klifu! — uśmiechnęła się kotka, ponownie wyglądając na przyjazną.
Majacząca Łapa westchnął cierpiętniczo. Przesunął łapą po pysku tak jakby “rozmowa”, a może raczej monolog kotki była dla niego co najmniej katorgą.
— Świetnie! Majacząca Łapa jestem. Co to protektor? — zapytał.
“Nie wiedza nie jest chyba czymś złym, co? A może to kolejna z oznak słabości?” pomyślał.
— Zajmuję się innymi! Fizycznie, ale też psychicznie. Robię, co mogę, żeby każdego wesprzeć, a także opiekuję się chorymi! — uśmiechnęła się, tak jakby naprawdę kochała swoją rolę.
— Ah… Rozumiem. Czyli po prostu byłaś beznadziejną wojowniczką? — zarechotał kocur, przykrywać pyszczek łapą niezwykle rozbawiony. — Leniwa czy po prostu nieumiejętna? — prychnął, liżąc się krótko po piersi.

<Rozkwitający Astrze?>

[281 słów, nawigacja w tunelach]

[6% + 5%]

01 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

— Coś często mdlejesz — rzuciła w stronę liliowego kocura, który jakiś czas temu został przetransportowany do lecznicy, kiedy to zemdlał idealnie na środku obozu. — Weź sobie parę dni wolnego od tego wszystkiego, w końcu Owocowy Las się nie zawali, kiedy to tylko ja z Purchawką i Porankiem będziemy leczyć. A tobie to może na dobre wyjdzie — dodała, aby następnie wyminąć starszego i udać się do składziku ziół. Młódka nie zamierzała tracić cennego czasu na naukę medykamentów, a przy okazji może znajdzie kolejne braki, które później będą idealnym pretekstem do opuszczenia obozu.

Może i Mistral dość często zachowywała się wyniośle wobec innych, lecz nadal żyła stratą matki. Raczej nikt nie chce być świadkiem, jak lis rozszarpuje ciało twojej rodzicielki, która oddała życie za te twoje. W dodatku, kiedy ujrzała, jak takie samo rude stworzenie wpada do obozu za pewnym głupim uczniem, wszystko w niej na nowo odżyło. Ukrywała fakt, iż opuszczanie bezpiecznego obozu również napawało ją strachem — kiedy udawała się z Purchawką lub jednym z uzdrowicieli na zbieranie ziół, to raczej nie brali nikogo dodatkowego. Choć też zdarzały się pewne wyjątki, na przykład młódka pamiętała, jak parę razy z nimi szła Orchidea, szczególnie po tym ataku lisa, gdzie istniało ryzyko, że jakieś osobniki kręcą się w pobliżu.

Obecnie

Kolejne księżyce mijały, a biała kotka zdecydowanie na dobre zagościła w legowisku uzdrowicieli Owocowego Lasu, nawet jeśli jej nauki nie do końca skupiały się na przyszłej roli uzdrowiciela. Młódka pamięta, jakby to wczoraj Purchawka oznajmiła, iż wybiera ją jako swoją uczennicę, by została w przyszłości nowym zielarzem w ich społeczności. Stanowisko to dość długo było puste, a dokładnie od momentu, kiedy to dymna została szamanką, zastępując swoją poprzedniczkę, która odeszła do Wszechmatki. Mistral nigdy nie dopytywała o zmarłą, gdyż tak naprawdę nie było jej to potrzebne do czegokolwiek, a uczennica dodatkowo była nieco pochłonięta niedawnym pomysłem swojej mentorki. Purchawka wymyśliła otwarte spotkania teraupetyczne, na które regularnie przychodziło parę kotów, a mianowicie Lis, Kajzerka, Przypływ, Drobinka, Miodunka, Mgiełka i Całunka. Każdy z nich miał swoje własne powody, dla których pojawiali się w tym skromnym towarzystwie i dzielili się tym, co im leży na sercu.
Niebieskooka początkowo była dość sceptycznie do tego nastawiona, a nawet zamierała się łapami przy początkowych namowach Purchawki, oczywiście mając na uwagę to, jaki miała sposób bycia uczennica, a był on dość kontrowersyjny. Choć dało się zauważyć, że odkąd ta szkoliła się na zielarza, coś w jej charakterze uległo zmianie, jakby sama szamanka miała jakiś pozytywny wpływ na to. Nikt raczej na to nie narzekał, gdyż przy wcześniejszym nastawieniu Mistral do wszystkich, to każdy, a przynajmniej większość starała się przychodzić do Poranku, Wiciokrzewu czy nawet Gołąbka, szkolącego się pod okiem rudego uzdrowiciela. Biała początkowo jedynie zbywała to machnięciami łapą, uważając, że każdy to mysi móżdżek, skoro myślą, że jest ona gorsza od pozostałych Owocniaków, którzy razem zamieszkiwali dziuplę.
W końcu jednak zaczęły następować pewne drobne zmiany w zachowaniu Mistral, początkowo były to nieśmiałe uśmiechy, kiedy ktoś akurat przychodził do legowiska, a ona była w środku. Z czasem zaczęła schodzić z tonu i zaprzestała swych opryskliwych uwag. Najbardziej na tym wszystkim skorzystał Wiciokrzew, który mógł odetchnąć z ulgą, kiedy nie musiał się obawiać dość ciętych uwag ze strony młodszej. Po jakimś czasie nawet zaczął pojawiać się wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie wobec swojego mentora. Chciała go przeprosić, lecz zawsze nagle coś odciągało ją od tego lub sam kocur był akurat w danym momencie czymś zajęty. Czy Wszechmatka chciała, by młódka żyła z narastającym poczuciem winy, które z każdym dniem paliło coraz bardziej?
Wir mało przyjemnych myśli został przerwany przez pojawienie się cętkowanego zwiadowcy w legowisku. Akurat uczennice była wraz z Purchawką, gdyż Poranek był zajęty szkoleniem Gołąbka, a Wiciokrzew gdzieś niedawno wybył. Szamanka od razu przywitała Guziczka, zaczynając nieco trajkotać jak katarynka, na co Mistral rozbawiona przewróciła oczami. Zielonooka zdążyła już chyba każdemu z osobna w Owocowym Lesie powiedzieć o spotkaniach niewielkiej, które miały cel terapeutyczny i poprawienie dobrostanu psychicznego każdego, kto chciał przyjść. Za każdym razem przybyli mogli liczyć na kwiatki od Gołąbka, który ten zbierał je akurat na te okazje — początkowo niebieskooka dość sceptycznie do tego wszystkiego podchodziła, lecz z czasem sama zaczęła pojawiać się na spotkaniach, tłumacząc się przed samą sobą, że dzięki temu będzie lepszym zielarzem w przyszłości, kiedy tylko nadejdzie dzień, gdy zostanie mianowana.
— Purchawko, chyba już każdy w Owocowym Lesie wie o twoim pomyśle, nie musisz każdemu z osobna o tym mówić — odparła z drobnym uśmiechem, podchodząc do szamanki i zwiadowcy. — Lepiej poszukaj Wiciokrzewu — dodała, spoglądając przez chwilę na mentorkę. Ta krótka chwila wystarczyła, by dymna zrozumiała pewne obawy ze strony Mistral, których raczej nie wypowiadała głośno.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama? — spytał niepewnie Guziczek. Biała rozumiała jego obawy, w końcu nadal była uczennicą i to raczej dość młodą, lecz jej wiedza powoli zaczynała dorównywać tej, którą posiadali pozostali.
— Oczywiście! Skoro mam aż dwóch mentorów — odparła, a następnie wskazała wolne posłanie z mchu. Starszy po chwili wahania je zajął, a kotka mogła na spokojnie przyjrzeć się jego oku. Było one załzawione i ropiało, co musiało być mało przyjemne, dlatego też bez zbędnego zwlekania ruszyła po jaskółcze ziele. Dość sprawnie odnalazła odpowiedni medykament, więc już po chwili ponownie znalazła się przy chorym, choć na tym jej zadanie się nie kończyło, gdyż glistnik musiała najpierw przeżuć, a następnie jako okład nałożyć na zainfekowane oko.

«★»

Mistral ciężko odetchnęła, kiedy tylko wypuściła z legowiska zwiadowcę. Czuła, jak ją szczęka boli od zbyt intensywnego przeżuwania ziela, lecz wolała mieć pewność, że papka będzie odpowiednia i zadziała, kiedy położy ją na oku Guziczka. Na szczęście obecny ból się opłacić, gdyż właśnie obserwowała, jak kocur wita się ze swoim partnerem, który także był zwiadowcą. Oba kocury nosiły na sobie dość świeże rany po walce z bobrami — żałowała, że musiała, jak na ostrych krzewach czekać na powrót liliowego uzdrowiciela. Kiedy tylko ich cała grupa wyruszyła, obawiała się, że coś może nie pójść po myśli Pieczarki i Czereśni, czego skutkiem będzie narażenie Wiciokrzewu i Drobinki na atak wroga. Na szczęście im nic się nie stało, a co Mistral dziękowała Wszechmatce.
— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.

<Wiciokrzewie?>
[1017 słów]

[20%]


Wyleczeni: Guziczek

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy (Wąsatkowego Ruczaju)

“— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.”
Dawne słowa Wąsatki nadal nawiedzały go, szczególnie gdy starał się wypocząć pod koniec każdego dnia. Czyżby jednak nie nadawał się na ojca? A może lepiej będzie, jeśli kotka w końcu dowie się, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym rodzicem, a jedynie ją księżyce temu przypadkowo uratował od rychłej śmierci? Nie wiedział, co robić, lecz nie był aż tak zdesperowany, by radzić się kogokolwiek w tej kwestii, nawet Mroczną Wizję. Czekoladowy nie chciał jej po prostu niepokoić w ostatnich księżycach życia — oczywiste było, że dawna mistrzyni niedługo odejdzie do Mrocznej Puszczy, by spotkać się ze swoją zmarłą partnerką. Wtedy też zostanie tylko on i Krucze Pióro pośród żywych. Może i wizja ta nie była jakaś optymistyczna, jednak kocura to nie obchodziło, każdy w końcu umrze, a on miał nieco ważniejsze sprawy niż ciągłe napięcie z bratem.
Zielonooki zastanawiał się także, czemu to akurat dymnego wybrała Zalotna Gwiazda na zastępcę? Jasne, mieli we dwóch pewien dawny układ z liderką, jednak miał wrażenie, że tylko on przykłada się do powierzonej roli. Jakoś nie był w stanie sobie przypomnieć sytuację, kiedy to Krucze Pióro wyznaczał patrole na następny dzień. Nieco to irytowało kocura, lecz nic nie mówił z nadzieją, że Zalotna Gwiazda sama to dostrzeże i upomni zastępcę — Pustułkowy Szpon wolał sam tego nie robić, by jeszcze bardziej nie pogłębiać napięcia, jakie między nimi było. A gdyby tego było mało, od dnia, w którym niewielki patrol przyprowadził do obozu Ulę, obecnie Miodową Łapę, czuł, jak coś go uwiera w jedną z łap. Już dawno mówił sobie, że przy najbliższej okazji uda się z tym do Cisowego Tchnienia, lecz za każdym razem znajdowała się wymówka, która odwlekała to wszystko w czasie. W taki sposób prze kuśtykał niemal większość pory nagich drzew. W końcu jednak ból i irytacja sięgnęły zenitu, popychając zastępcę we właściwym kierunku, jakim było udanie się do medyków. Ich legowisko mieściło się tuż obok tego należącego do Zalotnej Gwiazdy.
Nora, w której swe rządy sprawowała Cisowe Tchnienie była już od samego wejścia przesiąknięte zapachem różnych ziół, które nieco gryzły kocura w nos. Dawniej, po wojnie z Klanem Klifu aż nazbyt często tutaj przychodził, przez co mógł się określać stałym bywalcem tego legowiska. Zastrzygł naderwany uchem, by powoli kroczyć w głąb dawnej borsuczej jamy, w której w większości panował przyjemny półmrok. Już niemal zapomniał, jak to jest być otoczony mieszaniną ziół i pomrokiem — samo to przywołało w jego umyśle nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, kiedy to jako młody wojownik był cieniem siebie, jedynie zawieszonym w marazmie, który tak chętnie i prędko oblepił go całego. Wtedy też każde opuszczenie posłania było wysiłkiem ponad jego siły, że nawet Poziomkowa Polana nie był w stanie go wyciągnąć z legowiska. Jego pierwsze zauroczenie, przed którym ostrzegała go zmarła matka — nieśmiały wojownik okazał się zdrajcą, jak znaczna część innych Wilczaków.
— Co Cię tu sprowadza Pustułkowy Szponie? — Pytanie ze strony starszej kotki skutecznie go wyrwało z wiru myśli i żaru, który na nowo zalewał go, kiedy tylko wracał myślami do wielkiej ucieczki znacznej grupy kotów.
— Witaj Cisowe Tchnienie, coś mi się wbiło w łapę — odpowiedział, unikając podawania informacji o czasie, w jakim mogło to nastąpić. Medyczka jednak nie dopytywała, zapewne aż nadto znając takie przypadki jak on i wskazała jedynie ogonem na wolne posłanie. Niebieska zniknęła w odmętach legowiska, by po chwili wrócić z niewielkim zawiniątkiem składającym się z ziół i pajęczym. Bez słowa jednooki pokazał zranioną łapę, w której tkwił kawałek szkła, by Cis sprawnie się go pozbyła, nałożyła zioła, a następnie owinęła kończynę pajęczyną.
— Przez parę dni staraj się oszczędzać łapę i przyjdź, by sprawdzić, czy nie wdała się infekcja.
— Dziękuje Ci, w zamian wtedy coś Ci przyniosę ze stosu. — Ta jedynie skinęła głową, by następnie zniknąć w głębi legowiska. Kocur sam po chwili opuścił norę, mając zamiar sprawdzić, jak sobie radzi nowe trio mistrzyń, chcąc wypytać je o parę rzeczy, lecz chęć ta dość szybko opuściła kocura. Właśnie Wąsatkowy Ruczaj brała sobie nieco marnego kosa ze stosu — Pustułka musiał z nią porozmawiać prędzej czy później, a unikanie tematu raczej w niczym nie pomoże. Dlatego też dość żwawo podszedł do stosu, biorąc losową piszczkę, by z nią w pysku dogonić przybraną córkę.
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca przy murze okalającym obóz.
— To o czym tato chciałeś porozmawiać?
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę Cię kochać, jak ojciec córkę.
— Ale?
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo Cię wtedy uratował przed utonięciem, byłaś tak mała i drobną, nie mogłem Cię tam zostawić, sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem Ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.

<Wąsatko? Nie gniewaj się na ojca, że to przed tobą ukrywał>

Wyleczeni: Pustułkowy Szpon

Od Konwaliowej Mielizny

Myśli liliowego kocura zdawały się tworzyć jedną wielką masę, z której nie da się nic sensownego wyciągnąć. Taki stan się utrzymywał, odkąd został uwolniony wraz z rodziną i mogli powrócić do klanowego życia, jakby nic nigdy się nie stało — a było wręcz przeciwnie, zbyt dużo się wydarzyło. Były więzień nie wiedział do końca co myśleć o tym wszystkim, a mało przychylne spojrzenia większości Nocniaków niczego nie ułatwiały — jakby nadal wierzyli w dawne słowa Mandarynkowej Gwiazdy o ich zdradzie. Niebieskooki powoli z dnia na dzień zaczął coraz bardziej się zamykać na innych, aż w końcu doszedł do momentu, gdy jakiekolwiek interakcje z innymi były nazbyt męczące, by je praktykować. Milczący, obojętny zdrajca, cóż za interesujący okaz stąpał wśród członków Klanu Nocy. Już na zawsze została przyczepiona do niego łatka lisiego serca, która od samego początku wisiała nad nim niczym nieuniknione fatum — w końcu skoro inni z jego rodziny byli obłudnikami, to on także nim jest.
Pręgowany w ciągu ostatnich księżyców stworzył wokół siebie mur, nie dopuszczając nikogo, kto mógłby ponownie sprawić, że zostanie wysłany na wyspę i odcięty od klanu, rodziny, dawnego życia. Nie miał zamiaru skończyć jeszcze raz w taki sposób — niech myślą, co o nim chcą, skoro tak im łatwiej.
— Niech łykają te kłamstwa niczym pelikany ryby — prychnął z pogardą. Powoli zaczynał żałować, że tak za młodu się starał wszystkim udowodnić swoją prawdziwą wartość. Finalnie to zmarnowana energia i tyle.
Przechadzając się przez centrum obozu, nie zwracał uwagi na palące spojrzenia innych czy ciche szepty między sobą, jednak aż nazbyt był ich świadomy. Zastanawiało go jakim cudem ci głupcy nadal żyli tematem jego rodziny, choć minęło już trochę czasu od tego wszystkiego. Nie mieli innych zainteresowań niż plotkowanie o jednym i tym samym? Machnął gniewnie ogonem, przecinając nim powietrze za sobą — miał dość tego miejsca, marzył, by wyrwać się stąd i odejść jak najdalej, by nie musieć oglądać pysków tych mysich móżdżków. Jednak tylko na marzeniu poprzestał, przecież nie mógł ot tak zostawić rodzinę, choć też nie mógł znieść tego, jak była traktowana przez innych Korzeń. Czekoladowa nic nie zrobiła, a już na samym początku została popychadłem całego klanu nietolerancyjnych i uprzedzonych kotów — podobnie jak Fląderka. Kocur współczuł im obu, niewinne dwie dusze, skrzywdzone przez innych, tylko dlatego, że urodziły się w złym klanie ze złym kolorem szaty.

«★»

— Klekoczący Bocianie, przynieść trochę lawendy. — Słowa Gąbczastej Perły docierały do niego jak przez mgłę. Nawet nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazł się w legowisku medyków i właśnie księżniczka skończyła sprawdzać jego stan. Może i był nieco otumaniony gorączką, jednak mimo tego, aż nazbyt dobrze widział wstręt w oczach starszej oraz słyszalną niechęć, kiedy prosiła vana o zioła.
Ciężko westchnął, przymykając na chwilę oczy, by po chwili otworzyć je na dźwięk stawianych łap. Do legowiska zawędrował Ulewny Szkwał, zapewne z powodu choroby, gdyż już po chwili Różana Woń posłała najmłodszego asystenta po mech z wodą. Pomarańczowooki dość niechętnie spełnił prośbę medyczki. Liliowy wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem ze strony niebieskiego wojownika. Konwalia starał się to wszystko zignorować, lecz czuł, że z każdym takim przejawem niechęci, a nawet wrogość wobec niego lub kogoś z rodziny, zaczyna się w tym wszystkim dusić. Mógł się miotać, jak oszalały, przypominający przy tym ledwo, co wyciągniętą z wody rybę, lecz stanowiło to jedynie marny wysiłek, którym nic nie wskóra, dlatego też najlepiej brzmiała w tym wszystkim bierność, lecz i ona miała swoje granice. Jak długo będzie w stanie wytrzymać to wszystko, udając, że nic się nie zmieniło po wysłaniu go i rodziny na wsypę przez Mandarynkową Gwiazdę?


Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna, Ulewny Szkwał

Od Flaminga (Rogatej Łapy)

Flaming ułożył się wygodnie w łapach matki, czując jej szorstkie pociągnięcia języka wzdłuż kręgosłupa. Wiatr szalejący na zewnątrz, niosący wraz ze sobą mroźne szpony Pory Nagich Drzew huczał niczym sowa, zasiadająca jedną z gałęzi nocą, przypominając wszystkim o swojej obecności. Mimo wszystko drzewa nie zostały jeszcze pokryte śnieżną bielą, z którą młody książę nie miał nawet wcześniej styczności, aczkolwiek słyszał o niej już co nieco, a w rzeczywistości sporo. Miał świadomość, jakie ryzyko wiązało się ze zbyt długim przebywaniem w paskudną pogodę poza obozem, jednak nie sądził, żeby ten problem dotyczył go tak bardzo. Jego futerko na razie dość sprawnie chroniło go przed wszelkimi niedogodnościami atmosferycznymi. Chociaż… może to raczej dzięki jego kochanej mamusi, która zawsze dbała o to, żeby mu nigdy nie było ani za zimno, ani za gorąco, a w sam raz? Jego okrywa zawsze musiała być idealnie czysta, a także ułożona. Kocur nie wyobrażał sobie momentu, w którym jego kłosy miałyby szaleć na wietrze niczym wysoko pnące się łodygi trzcin, hojnie rozrzuconych tuż przy wodzie.
Młodzikowi co jakiś czas obijały się o uszy głosy, że dzień jego ceremonii zbliżał się wielkimi krokami, mimo sielanki, której smakował codziennie i korzystał z niej w pełni, wsłuchując się w wszelką możliwą opowieść, jaką tylko starsi, a przede wszystkim bliscy byli w stanie mu przedstawić. On doskonale wiedział, kto dzisiaj zostanie mianowany. Dzisiaj to właśnie on miał zostać uczniem Klanu Nocy! Można było dość łatwo dojść do takiego wniosku, ponieważ w żłobku przebywał tak naprawdę tylko on. No i oczywiście ta rybia strawa oraz ten kocur, który go też co nieco uczył, chociaż point nie wiedział jak do niego podchodzić i jak go traktować. W końcu piastun był naprawdę ważnym kotem w życiu każdego kota należącego do rodu i nie tylko. Na myśl, że łaciaty uczył kiedyś także tę czekoladową brzydotę, żółć podchodziła mu do gardła. Może Złocisty Widlik jednak był porządny, a fakt, że Fląderka przeżyła, był jedynie czystym przypadkiem? Szczęściem w nieszczęściu?
W dodatku… odnośnie do ceremonii, kto wie, może wreszcie zyska upragniony lotos na czole, dzięki któremu koty będą kłaniały mu się niżej, niż dotychczas? Może uśmiechaliby się do niego więcej? Czy ojciec odwiedzałby go częściej? Może uważał go za słabego? Takiego, co nie umie za wiele? Jeszcze się nauczy i mu pokaże. Jeszcze ojciec będzie z niego dumny! Bardziej niż z kogokolwiek innego, bardziej niż z siebie kiedykolwiek. Niebieskooki ziewnął przeciągle, gdy matka pociągnęła jego kłosy na karku językiem za mocno. Zmarszczył brwi, które prędko wygładził. Nie wolno mu było tyle się złościć, bo jeszcze mu tak zostanie i co? I kto wtedy będzie chciał z nim w ogóle rozmawiać, skoro wyglądałby tak, jakby chodził naburmuszony całymi dniami? Chociaż może coś w tym było, w końcu wcale nietrudno było go doprowadzić do stanu konkretnego podenerwowania. Wystarczyło tak naprawdę powiedzieć parę nieprzychylnych, a nawet i niewylewnych słów o jego kochanej mamusi lub ogólnie rodzinie, której nie zdążył jeszcze poznać tak porządnie, jak mógłby chcieć. To znaczy, odkąd przyszedł na świat, poznał naprawdę wiele kotów, skoro jednak chciał być autorytetem, musiał znać cały Klan Nocy. Każdego i to doskonale, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo jeśli każdy by go znał, do wszystkich uśmiechałby się odpowiednio często i szeroko, to może zdobyłby parę miłych opinii o sobie, które przecież były tak kluczowe, jeśli chciał być szanowany! Oczywiście należał mu się już teraz szacunek za sam fakt bycia tak ważnym kotem, w końcu nie wszyscy byli wnukami Mandarynkowej Gwiazdy, a ponadto… prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy! Na samą myśl o tym napuszył sierść na piersi, ku niezadowoleniu matki. Nawet jeśli nie znał wszystkich kotów spokrewnionych z nim, to i tak czuł swego rodzaju więź z nimi.
— No już, Flamingu, zaraz musimy wychodzić. Na pewno za niedługo Mandarynkowa Gwiazda zwoła zebranie klanu! — poniosło się uradowane miauknięcie matki. Flaming zamrugał parokrotnie, posyłając jej uśmiech.
— Myślisz, że mi nada ładne imię? Może Dumna Łapa? Idealna Łapa. Nie, to… brzmi dobrze, ale nie pasuje w ten sposób — zamyślił się jeszcze, spozierając na grunt. Poczuł, jak matka powoli zaczyna go pchać w kierunku wyjścia.
— Z pewnością ci dobierze jakieś porządne! W końcu jesteś jej wnukiem, nie skrzywdziłaby cię tak, jak niektórych — powiedziała nieco ciszej. Point jakby ponownie odpłynął myślami. Ach, chodziło jej pewnie o Mysiomózgą Łapę, która prawie by go zabiła! Ta kotka była tak niepoważna! Nie potrafił zrozumieć, dlaczego przywódczyni pomyślała, żeby ją zostawić w szeregach klanu. Może przydawała się jako służka? On miał Fląderkę, a właśnie…
— Pokrako! — zawołał, a już po chwili nieopodal znalazła się czekoladowa Nocniaczka, chyląc przed nim łeb. Widząc to, uśmiechnął się chytrze, niczym młody lis.
— Tak, książę Flamingu? — zapytała, a jej końcówka ogona drgała nerwowo, gdy Wężynowy Kieł mierzyła ją oceniającym wzrokiem. Karmicielka po paru uderzeniach serca pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby nie do końca mogła uwierzyć w zachowanie syna. Sam Flaming nie czuł się jakoś szczególnie źle czy ogólnie winny całej tej sytuacji. Nie jego wina, że dawała sobą tak pomiatać i urodziła się czekoladowa. Skoro więc była kotem, który zaciąga innych do błota i im rujnuje życia, to równie dobrze i on mógł sobie jej porujnować, skoro ona napsuła już wystarczająco. Matkę pewnie denerwował bardziej fakt, że syn się ociągał, niżeli traktował źle kota, który sobie zapracował na takie traktowanie.
— Przynieś mi potem jakąś rybę ze sterty. Na pewno będę głodny po mojej ceremonii — polecił jej, nakazując kotce teraz posprzątać łoże, w którym spał jeszcze jakiś czas temu wtulony w gęste futro matki. Zauważył, że pomiędzy paprociami robiło się coraz mniej miejsca, widać było, że szybko nabierał na wadze. Fląderka miała sklecić mu nowe, wygodne, wyłożone najlepszym jakości pierzem, jakie tylko mogła znaleźć. A posłanie te miało znajdować się w legowisku uczniów, więc był ciekaw, jak jej pójdzie i czy w ogóle podoła danemu zadaniu. Tak naprawdę to nie miała wyboru. Oprócz jego rozkazów to nikt od niej nic obecnie nie chciał. Medycy już co mogli, to wyprosili, to pomogła, pozanosiła i dojrzała.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — rozbrzmiało wołanie srebrnej kocicy. Flaming zaczął wreszcie przebierać łapami, powracając myślami do teraźniejszości. Legowiskiem się będzie martwił później, na razie nie było takiej potrzeby. To znaczy oczywiście, on nie musiał, a Fląderka owszem. Musiała się postarać, o ile tylko te jej paskudne łapy były w stanie cokolwiek akceptowalnego ułożyć.
Postawił się z ogonem uniesionym wysoko na polanie, szukając wzrokiem ojca. Matka usadowiła się tuż za nim, młody kocurek miał wrażenie, że jego serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Kiedyś z pewnością dokładnie tak samo czuła się jego babka, a ponadto praprababka. Każdy Nocniak, nawet jego tata! W jego ślepkach zatańczyły iskierki podekscytowania, a łapki zaczęły delikatnie ugniatać grunt, gdy wpatrywał się w elegancki chód pręgowanej liderki. Śledził jej wzrok dość dyskretnie, żeby jej przypadkiem nie zachęcić do zmiany zdania odnośnie do jego ceremonii! Gdy ich spojrzenia spotkały się, point miał na mordce wymalowaną gotowość. Chciał już wystąpić na środek, chciał dowiedzieć się, kto zostanie jego mentorem. Od mentora zależało naprawdę wiele, miał szczerą nadzieję, że nie przydzieli mu nikogo słabego czy… niegrzeszącego mądrością. Na przykład nie chciałby, żeby go uczyła jakaś czekoladowa brzydota. Całe szczęście, że tutaj nie byli traktowani nawet jak zwyczajni wojownicy. Oni byli pod nimi, pod każdym Nocniakiem, nawet nie członkami rodu i doskonale o tym wiedzieli. Ostatnia sytuacja związana z Mysiomózgową Łapą tylko to udowodniła. To była kwestia czasu aż Fląderka zrobi coś identycznego. Może jeśli będzie wykonywać jego rozkazy, to jej los nie będzie aż tak marny?
Chłodne podmuchy wiatru omiotły powoli kształtującą się kryzę ucznia. Sierść ułożoną miał idealnie, wyglądał przepięknie! Najlepiej, jak zawsze, oczywiście. Kto mu dorównywał urodą?
Gołębie chmury pięły się po nieboskłonie, zasłaniając wszelkie możliwe promienie słońca. Krążyły po przestrzeni nad drzewami tak, jak łapy kocie po błocie, które utworzyło się po niedawnej ulewie. Flaming miał szczerą nadzieję, że nie będzie dzisiaj więcej padać. Deszcze, w połączeniu z tak zimnym wiatrem nie mogły być nigdy czymś dobrym. Ponadto wcale mu się nie widziało moknąć, dlatego to była dodatkowa kwestia, nad której prawdopodobieństwem warto było się namyślić, jednak nie teraz, teraz miał ważniejsze, dużo ważniejsze rzeczy na głowie…
“Pamiętaj, skąd pochodzisz. Pamiętaj, czyim synem i wnukiem jesteś. Nie przynieś nam wstydu”.
Pysk przywódczyni zdobiła nieodgadniona mimika. Kocurek miał lekką trudność w odczytaniu jej, starał się być jednak pozytywnej myśli.
— Flamingu, wystąp — rozbrzmiało po obozie, odbijając się po ścianach jego uszu echem, niczym w wielkiej jaskini. Kocur wystąpił przed szereg, czując na sobie spojrzenia pobratymców. Jego spojrzenie było spokojne i pewne. Przywódczyni nie spuszczała z niego pomarańczowych ślepi. — Flamingu, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Rogata Łapa. Twoim mentorem zostanę ja, Mandarynkowa Gwiazda — powiedziała stanowczo, ale i z nutą dumy w głosie. A może ją on sobie tylko dopowiedział? Rogata Łapa… Rogata Łapa… Przed jego ślepiami nagle wymalowała się postawna kocica, która nachyliwszy się nad młodziakiem, zetknęła się z nim nosami. Spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem, jakby nadal nie docierało do niego to, że jego mentorką została… jego babka! Sama przywódczyni Klanu Nocy! Czy mógł trafić lepiej? Absolutnie nie! Jego serce zaczęło bić szybciej, a ucho podrygiwało z rozemocjonowania. Odwrócił się do pobratymców, słysząc, jak z ogromnym zadowoleniem skandują jego nowe, przepiękne imię.
— Rogata Łapa! Rogata Łapa!
Czy pasowało mu takie? Było mu do twarzy w… wyimaginowanych rogach? Ciekawe co sprawiło, że otrzymał akurat takie? Nie mógł powiedzieć, że mu nie odpowiadało. Brzmiało doskonale. Poroże, ogólnie rogi kojarzyły się raczej pozytywnie albo przynajmniej dumnie. W głowie zamajaczyła mu sylwetka masywnego, dumnie wyprostowanego jelenia, prezentującego swoje rozłożyste niczym gałęzie u drzew poroże, lustrując spojrzeniem las wokół siebie, niczym król całych tych terenów. Sam point starał się nie wypaść na zbyt aroganckiego, jego pyszczek przyozdobił stonowany, elegancki uśmiech, mimo że serce, zdawało się, zaraz mu się wyrwie z klatki piersiowej, uciekając gdzieś hen daleko.
Nie był to jednak koniec. Mandarynkowa Gwiazda zachęciła swojego ucznia do tego, żeby za nią poszedł. Rogata Łapa, nie kwestionując tego, podążył za nią posłusznie niczym baranek, idąc przez centrum Klanu Nocy tak, jakby chodził tędy już niezliczone księżyce, a w rzeczywistości był to jeden z pierwszych razów, kiedy postawił tu łapę. W pewnym momencie przyłączyła się do niego reszta jego rodziny, w tym Błękitna Laguna, o dziwo, co bardzo ucieszyło kocurka, oczywiście liderka, Gąbczasta Perła, Różana Woń i jeszcze parę kotów, po których point nie rozglądał się nadto, a może powinien albo wypadałoby…?
Znaleźli się pod wysokim sumakiem. Bursztynooka zamoczyła łapę delikatnie w szkarłatnej mazi, która pachniała rybnie, ale i w pewnym sensie owocowo. Niebieskooki przyglądał się całej tej ceremonii z zaciekawieniem. Może kiedyś to on zasiądzie na miejscu babki i będzie musiał odprawić podobny rytuał, kto wie?
Zbliżyła łapę do jego głowy, naznaczając ją starannie symbolem lilii wodnej. Rogata Łapa starał się siedzieć tak spokojnie i nie ruszać się, jak tylko było to możliwe. Zależało mu na tym, aby jego znak był wykonany idealnie, żeby nikt się przypadkiem nie zastanawiał co do jego pochodzenia. Starsza zakończyła to jeszcze dwoma kropkami, które naznaczyły spód lotosu, przypominając łodygę. Przepiękne kwiecie na jego głowie było dla niego dumą tak ogromną, że ciężko było mu wyobrazić sobie przejście do codziennych obowiązków, które nadeszły szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Jego dotychczasowa sielanka opuściła go okrutnie, robiąc miejsce wreszcie na moment, w którym przyszło mu się wykazać, a musiał dokonać tego niejednokrotnie. Musieli być z niego dumni. Jego rodzina musiała widzieć jego postęp i chęci do zostania najlepszym z najlepszych, tym razem oprócz tylko pewnie nacechowanych słów, a zerowego udowodnienia w postaci zarysowanych mięśni pod futrem. W żłobku nauczył się wiele, a to nie był koniec jego nauki. Rogata Łapa wiedział, że jeśli zrobi choć jedną rzecz nie tak, mógłby wtedy pożegnać się ze swoim pięknym, dumnym imieniem i nadziejami rodziny, które tylko rosły względem niego.

***

Rogata Łapa szedł u boku przywódczyni, czując nieprzyjemnie mokrą ziemię pod poduszkami. Rozpływała się i była zdecydowanie za miękka! Trzymał ogon tak, żeby nim przypadkiem nie dotknąć tego całego brudu wszędzie wokół. Ciekawe co dzisiaj będą robić? Mokre, chłodne powietrze docierało do jego nosa prędko, przypominając o plusze. Rechot żab ucichł, gdy dwójka zbliżyła się wystarczająco blisko. Point prędko odkrył, że ich obóz otoczony był masą wysepek, a więc jeśli chcieli dotrzeć gdziekolwiek, to musiał nauczyć się pływać. On tak naprawdę wiedział już, jak pływać, moczył się przecież tyle razy w tym malutkim brodziku pod czujnym okiem Złocistego Widlika i matki, ale może wody tutaj to było zupełnie co innego. Dwójka przystanęła przy jednym z drzew, Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na swojego podopiecznego, jakby z podejrzliwością, a sam Flaming czekał na polecenia z jej strony, zastanawiając się gdzieś z tyłu głowy, dlaczego go takim spojrzeniem obdarzyła. Wyprostował się wręcz jak na zawołanie, układając sierść na piersi starannie. Może zrobił już teraz coś nie tak? Chciał jej pokazać, że był mądry i nie było potrzeby tłumaczenia mu tak obszernie, jak małemu, nierozgarniętemu kociakowi. Nagle kiwnęła do niego głową, wskazując na drzewo.
— Wdrap się. Chyba że wolisz siedzieć w tym błocie — miauknęła, owijając ogon starannie wokół łap. Może jej nie dopisywał humor?
Kocur sterczał tak jeszcze przez parę uderzeń serca, zastanawiając się, jak powinien do tego podejść. Najlepiej tak, jak uczyła go matka. Chociaż ona nie wspominała o drzewach wcale tak dużo, raczej skupiała się na rodzie królewskim, panujących zasadach w Klanie Nocy i oczywiście pływaniu czy łowieniu, wspinaczka go szczerze zaskoczyła… ale nie zamierzał się poddawać. Dobrze byłoby wykorzystać fakt, że miał większe łapy i ostrzejsze pazury, więc wczepienie się w korę nie powinno być kłopotliwe. Musiał naśladować wszystkie te mniejsze zwierzęta wokół… Podszedł do drzewa pospiesznie, ale elegancko i stanąwszy na dwóch łapach, wczepił się przednimi w twardy pień. Początkowo wyglądało to dość zabawnie, ponieważ zatrzymał się na parę uderzeń serca, sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wykonać następny ruch. Kora nie była miękka, ale była z pewnością odrobinę śliska z powodu wcześniejszej mżawki.
Okazało się, iż to było nieco trudniejsze, niż początkowo zakładał, ale to go wcale nie zniechęciło. Po chwili zaczął wczepiać się wyżej, wykorzystując do tego już również tylne łapy. Ciekawe czy tak się czuły wiewiórki? Rogata Łapa wybierał dość proste miejsca, do których mógłby się wczepić. Szukał ubytków, gdzie może i by zmieścił, chociaż część łapy. Patrzył też za takimi, gdzie było jak najmniej brudu czy innych niedogodności. W końcu kto by chciał drzazgi w poduszce? Jeszcze by się biedny poranił i musiał czekać w legowisku medyków! Nie miał na to czasu! On się musiał uczyć i zostać wojownikiem. Kątem oka zerknął, czy babka patrzyła na jego ruchy. Śledziła tak naprawdę każdy z nich, jakby czekała, aż w końcu się pomyli. W tym samym czasie jego łapa, jak na złość, poślizgnęła się, a on sam runął na ziemię, lądując w mokrym błocie. Skrzywił się, gdy ból rozprzestrzenił się po jego ciele niczym ciarki zimna czy… w tym przypadku prędzej zażenowania. Mokra ciecz rozbryzgnęła się naokoło, na szczęście nie dotykając nawet koniuszka gęstego ogona starszej.
“Dlaczego w takim momencie mi się poślizgnęła łapa? Teraz to ona na pewno nie będzie mnie traktowała na poważnie…” — pomyślał, odrobinę się smucąc. Prędko podniósł się na łapy sztywno, sprawdzając, czy przypadkiem niczego sobie nie połamał, czy nie wygiął. Po oględzinach stwierdził szybko, że raczej nic poważnego sobie nie zrobił. Tak naprawdę nie wspiął się nawet wysoko, bo przez swoje wybrzydzanie wcale sobie nie ułatwiał zadania.
Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na niego, jakby sprawdzała, czy się uszkodził, jednak prędko z tego zrezygnowała, zauważywszy, że poruszał się normalnie.
— Drzewa nie są zbudowane pod ciebie. Musisz czasami poświęcić jedną rzecz, żeby zyskać drugą. Gdybyś tylko zauważył niektóre wgłębienia, to nie dość, że wszedłbyś na górę szybciej, to w dodatku może i byś nie spadł. Jeśli szukasz wygody, to zostajesz na dole, a jeśli ci zależy na wejściu wyżej, to nie wybrzydzasz. I co najważniejsze – jak się wspinasz, to patrz przed siebie, bo nie ma wcale czasu na takie lustrowanie otoczenia, na pewno nie wtedy, kiedy drugi kot siedzi prawie że tuż za tobą. Rozglądasz się, to spadasz, proste — machnęła ogonem, otrzepując się z drobinek kurzu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale wcale nie dostrzegł w tym uśmiechu nadmiernej pobłażliwości. Podeszła do drzewa teraz ona i bez dłuższego zastanawiania się chwyciła łapami kory, robiąc to dużo bardziej elegancko niż on. Mimo śliskiej kory, jej wspinaczka szła dużo lepiej i w dodatku szybciej. Zupełnie tak, jakby jej ta wilgoć wcale nie przeszkadzała. Już po chwili znalazła się na jednej z najniższych gałęzi, spoglądając na swojego wnuka spomiędzy łysych gałęzi. Gdyby nie pomarańczowe ślepia, to wtapiałaby się w tło nawet nie najgorzej.
Rogata Łapa otrzepał sierść również, ale to nie wystarczyło, żeby się pozbyć tych niedogodności. Jego białe plamy pokryte teraz były brudem, miał ochotę zanurzyć się w jakiejś wodzie i umyć, ale to by było bardzo nierozsądne, szczególnie przy tak mroźnej pogodzie. Zesłałby na siebie tylko więcej nieszczęścia. Otrzepał się też po to, żeby zrzucić z siebie budujące się nieprzyjemne uczucia. Nie uszkodził się, więc mógł próbować dalej. Zapamiętał mniej więcej sposób, w jaki pręgowana się podnosiła wyżej i zamierzał samemu teraz tego spróbować.
Zaczął podciągać się mniej elegancko, wybierając teraz nawet i te brudne wgłębienia, byleby tylko móc gdzieś się podtrzymać. Gdyby było sucho, to by wcale nie musiał tak robić, bo pazury by mu w pełni wystarczyły.
W pewnym momencie usłyszał głos babki, która nadal przypatrywała się uczniowi.
— Spójrz, jak wysoko już jesteś.
Rogata Łapa miał ochotę wykonać to, co mu poleciła, w dodatku wybiło go to lekko z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, aczkolwiek nie wykonał tego polecenia. Nie był jeszcze bezpieczny, więc nie mógł się tak rozglądać w najlepsze. Jak tylko znajdzie się na gałęzi, to sobie wtedy popatrzy czy widać stąd obóz Klanu Nocy. W oczach liderki pojawiła się iskra zainteresowania.
Wreszcie znalazł się nawet wyżej niż wcześniej. Łapy powoli zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa przez nagły nadmiar wysiłku, co objawiało się lekkim trzęsieniem się kończyn, ale fakt, że był już blisko celu, bardzo go pocieszał. Szarpnął się ostatni raz, znajdując wreszcie obok upragnionego miejsca odpoczynku. Usadowił się na jednej z gałęzi, spoglądając na babkę, czując rosnące zadowolenie z siebie. Kocica zamrugała, wydając z siebie cichy pomruk.
— Może jednak coś z ciebie będzie, o ile to nie było tylko szczęście, a faktyczne umiejętności.
Kocur spojrzał na grunt pod sobą, czując, że to miał być dopiero początek jego treningów. Będzie musiał zrobić wiele, żeby babka go rzeczywiście pochwaliła. Dobrze, że już teraz dostrzegała, że nie był typowym Nocniakiem… a może nie był wcale nikim szczególnym w jej oczach?
Powróciwszy do obozu, Rogata Łapa prędko odszukał brązowej pokraki, zajmującej się w danej chwili jakimiś odpadkami, chyba miała je wyrzucić. W momencie, gdy tylko koteczka spostrzegła kocura, odruchowo wręcz podbiegła do sterty zwierzyny, niosąc teraz w jego kierunku dorodną rybę. Point uniósł brodę do góry, spoglądając wymownie na zdobycz. Zmrużył oczy, a mordkę zwrócił na bok, jakby mu nie pasowała taka propozycja. Przewrócił oczami, wydając z siebie teatralnie głośne westchnięcie.
— Nie ma nic innego? — powiedział zawiedziony, trącając rybę łapą, niczym z obrzydzeniem! Tak naprawdę nie robiło mu różnicy, jaką rybę miał za moment zjeść. Chciał jej po prostu dokopać po treningu, który dokopał w pewnym momencie i jemu. — Pokrako, wyczyść moje futro. Muszę wyglądać idealnie, zawsze! — zażądał, przysiadłszy wygodnie na miejscu. Owinął gęstym ogonem swoje łapy, patrząc na kiwającą głową kotkę. Uśmiechnął się podle, a jego wąsy zastrzygły. — Ale najpierw zadbaj o to, żebym był dobrze wyżywiony. Nie mogę przecież po szkoleniu być o pustym żołądku! Ani chodzić cały brudny, jakbym był jednym z was, czekoladową brzydotą — zacmokał jeszcze na sam koniec, dopiero teraz odczuwając cały ten dzisiejszy wysiłek, który mu pulsował w łapach.

[nauka wspinaczki na drzewa, 3235 słów]

[65% + 5%]

Od Serdecznej Naparstnicy do Majaczącej Łapy

Wciąż nie potrafił przestać myśleć o sytuacji, jaka przydarzyła się mu, gdy był na spacerze ze swoją siostrą. Nie sądził, że taka niewinna schadzka szybko zmieni się w taką tragedię. Choć z tego, co się dowiedział, to już nie pierwszy raz, gdy Świetlista Walka miała taki “atak”. Czy jej przypadłość też była winą Postrzępionego Mrozu i jej zdrady? To takie niesprawiedliwe, że tak wiele istnień musi cierpieć z powodu nieodpowiedzialnej kotki, która wybrała dreszczyk emocji zamiast kochającego, bezpiecznego partnera. Serdeczna Naparstnica nigdy nie byłby w stanie tak bardzo pogwałcić kodeksu wojownika. Byłoby mu zwyczajnie wstyd, gdyby zrobił coś wbrew przywódcy klanu. A gdyby przez niego mieli cierpieć niewinni? Tego dopiero by sobie nie wybaczył. Dałby się nawet do cierni wrzucić, chcąc jakoś odpokutować winy — a szylkretowa wojowniczka ma jeszcze czelność prosić go o nie zdradzenie tego wszystkiego liderowi. On by się na oczy nie był w stanie nikomu pokazać, a Strzępce tak bardzo zależy na tym, by uchować się w Klanie Klifu. Naparstnica musi się poważnie zastanowić nad tym, czy zamierza wkopać swoją matkę. W końcu, chcąc nie chcąc, nosiła go pod sercem przez kilka księżyców, a zdrada ze strony rodziny jest najgorsza. O ile wymierzenie sprawiedliwości w ogóle można nazwać zdradą.
Biało-niebieski postanowił się przejść. To był jego typowy ruch. Gdy cokolwiek zaczynało go dręczyć, po prostu szedł poza obóz i pozwalał sobie odetchnąć. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy chciał się zrelaksować, musiał wpaść na drugiego kota. Tym razem tym kotem okazał się Majacząca Łapa. Naparstnica o mało się przez niego nie przewrócił.
— Przepraszam! — mruknął niemal odruchowo, na moment zatrzymując się przed uczniem.

<Majacząca Łapo?>

Od Tojadowej Kryzy

Przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy

Słońce spowija się za jasnymi zimowymi chmurami. Grunt jest pokryty składniami zimnego śniegu. Pozostałości po letniej kolorowej trawie są spowite lodowatym szronem. Wszędzie było szaro, chociaż był czas południowy. Zimny wiatr muskał rude futro wojownika Klanu Nocy. Nocniak wyłonił swoje kły, obserwując zdobycz z ukrycia osłonięty krzewami. Mysz niczego nieświadoma grzebała coś w ziemi, jakby z upragnieniem szukała jakiegoś pożywienia na marne. Na zielonej powierzchni oka źrenice kocura się rozszerzyły, pazury wysunęły, sierść nastroszyła, a on sam po dosłownej sekundzie obserwowania pokarmu skoczył na nią i zabił. Jak na warunki pory nagich drzew mysz nie była taka chuda, jak inne które występowały w tym owym lesie na terytorium Klanu Nocy. Nocniak lekko się podniecił zdobyczą, lecz nie na tyle by poprawiło mu to jego samopoczucie.
Owym kotem był Tojadowa Kryza, dumny wojownik. Zielonooki znany jest ze swojego optymizmu i może trochę pogłębionego ego, lecz ostatnie wydarzenia w klanie nim wstrząsnęły. Nocniak pałał gniewem i tęsknotą za swoimi najbliższymi, gdyż stary mentor Rysi Bór, Borówkowa Słodycz, jego ukochana, jak i pierwotny syn Konwaliowa Mielizna byli zamknięci w obozowym więzieniu. Tojad starał się buntować i ciągle się dopytywał, czemu klan skazał ich bez twardych dowodów.
Zielonooki był w pełni przekonany, że jego rodzina została niesłusznie zamknięta, a każdy księżyc bez nich był jak mieszkanie we wrogim klanie. Tojad starał się to tłumaczyć jakoś każdego dnia, bezskutecznie. Nie dało się usprawiedliwić tego, gdyż to jasne, że inni członkowie tego klanu to mysie móżdżki, a jego wybitna rodzina cierpi rozłąką. Rudy myślał o nich dniami i nocami, aż zaczął się odizolowywać od innych, gdyż nikt go nie rozumiał. Inni myśleli, że są zdrajcami klanu, a gdy ktoś zaczynał przy kocurze ten temat, to najczęściej kończyło się kłótnią, a czasem dochodziło do łapoczynów. Mandarynkowa Gwiazda dalej żyła swoim życiem, a czasem nawet znajdowała czas na przechadzki i spacery, co niesamowicie gniewało Nocniaka, gdy widział, że wychodzi z obozu, to często w myślach jej życzył, by wpadła do kałuży błota. Zielonooki nigdy nie pałał do niej dobrymi uczuciami, a bardziej irytacją, samo poczucie nienawiści zrodziło się dosyć niedawno. Nie polepszało sytuacji to, że nawet nie mógł ich odwiedzać.

Chwila później

Tojadowa Kryza wszedł do obozu z wcześniej upolowanymi trzema myszami w pysku, ułożył je na kupce pokarmu dla klanu i ruszył w stronę swojego nowego ulubionego kąta do przesiadywania przy bluszczu. Miał tam widok na większą część klanu. Tojadowa Kryza zazwyczaj starał się w tych momentach wyłączyć jakoś swoje myśli, które doprowadzały go do szału. Wcześniej był duszą towarzystwa, a teraz samo przebywanie innych kotów wokół niego go irytowało. Przez ciągły gniew i tęsknotę Tojad zauważył, że zaczął ostatnio zaniedbywać swoje futro. Dlatego zgrabnie zmienił pozę i zaczął wylizywać swoją kryzę, wyciągał z niej zaczepione małe patyki lub inne śmieci. Przypomniało mu się, że gdy był młodszy, to często miał z tym problemy, bo wtedy o wiele mniej dbał o futro, ale nie miało to teraz zbytniego znaczenia.
Pogoda w jednej chwili z szarej i burej znacznie się pogorszyła. Lodowaty wiatr nabrał na sile i z nieba zaczęły zlatywać lekkie opady śniegu, które symbolizowały, że zaraz się jeszcze bardziej pogorszy. Tojadowa Kryza przestał wylizywać futro, tylko wstał, przeciągnął się i ruszył w stronę legowiska wojowników. Pogoda zmieniła plany kocura, gdyż Tojad planował znowu pójść na polowanie. W tym okresie klanowi brakowało pożywienia, a to był też łatwy sposób na zmianę otoczenia i zajęcia czymś głowy. Będąc już prawie przy legowisku, Tojad zauważył kątem oka swego brata, młodego Flaminga. Widział, jak ich wspólna matka Wężynowy Kieł kazała mu wracać do żłobka. Jak rudzielec dowiedział się, że matka zaszła znowu w ciążę to szczerze, był on nie lekko, ale bardzo zdziwiony. Gdyż nooo… matka Tojadowej Kryzy nie była taka młoda i na karku miała już kiedyś piątkę kociąt, go i jego rodzeństwo. Lecz nawet i tak wojownik się ucieszył, że miał szansę być starszym bratem. Obiecał sobie, że w przyszłości nawiąże z kocurkiem jakieś nici znajomości. Chciał mieć jakiś wpływ na jego życie jako członek rodziny.
Tojadowa Kryza znajdował się już w legowisku wojowników. Nie obchodzili go inni, miał ochotę wygodnie się usadowić na swoim legowisku i tak też uczynił. Przez chwilę znużony obserwował inne Nocniaki, lecz zmęczenie go dobiło.

Sen

Wojownikowi przyśniło się, jak był niegdyś młodziakiem w żłobku, budzącym się codziennie koło swojej matki Wężynowego Kła i pełnego rodzeństwa. Tojad o posturze kociaka obserwował otaczające go rodzeństwo. Widział, jak Wężynka juniorka myła swoje futro po raz setny, bo wydawało jej się, że to coś zmieni lub jak Lulek Rosiczce pokazywał swoją kolekcję, kocurek nie pamiętał czego. Promienie słoneczne wpadały do żłobka i oświetlały rosę na trawie, która w wyniku czego wyglądała jak małe świecące się z daleka kryształy. Ciepłe powietrze było owiewane, przez lekko zimnawe podmuchy wiatru co tylko jeszcze bardziej koiło koty znajdujące się w środku. Tojad zauważył listek na ziemi, który poruszał się wraz z podmuchami, więc młodziak zaczął ganiać listek. Końcowo, gdy liść, wyleciał poza żłobek a Tojad wraz z nim, to otoczenie się zmieniło. Wraz z wyjściem Tojad wcielił się w lekko starszego siebie za czasów bycia uczniem. Tojadowa Łapa był lekko zdezorientowany, więc odwrócił się w stronę żłobka, lecz zamiast żłobka zastał las. Wydawało się, jakby Tojadowa Łapa był w lesie zupełnie sam. Ku jego uldze z bluszczów, przy porośniętym mchem drzewie wyłonił się Rysi Bór, dawny mentor Nocniaka.
— Możemy iść dalej. — powiedział biały wojownik i zaczął iść w stronę jasnego słońca.
Tojadowa Łapa zaczął wojownikowi dotrzymywać kroku. Totalną ciszę zagłuszały ćwierki ptaków, szelesty liści ocierających się o siebie.
Rudzielec obserwował bacznie wojownika, lecz ten nie wydawał się zachowywać inaczej niż zwykle, jedyne co to wydawał się młodszy, co zdziwiło ucznia.
Tojad chciał żartobliwie zapytać się białasa o jego tajemnicę młodszego wyglądu, lecz coś innego zwróciło większą uwagę zielonookiego.
Pogoda ze słonecznej momentalnie zmieniła się w pochmurną. Z jasności wszystko zrobiło się szaro-bure, ptaki przestały ćwierkać, a pobliskie mniejsze zwierzęta się pochowały. Z zapachu powietrza można było wywnioskować, że zapowiada się na dużą burzę.
Futro rudzielca się nastroszyło, gdyż przeczuwał, jakby coś podobnego kiedyś się wydarzyło. Jakby brał już w czymś takim udział. Uczeń znów zwrócił się pyszczkiem w stronę białasa. Rysi Bór dalej szedł przed siebie, omijał drzewo za drzewem, bluszcz za bluszczem, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na drastyczną zmianę pogody i otoczenia.
"Co za mysi móżdżek, nawet ja zauważyłem coś takiego, a on WOJOWNIK to co" — pomyślał Tojadowa Łapa.
Gdy uczeń miał już na głos uznać, że obaj powinni wracać do obozu, bo jak taka ulewa się zbliża, to tam bardziej się przydadzą, to nagle białas zniknął.
"Eeee… co się dzieje, gdzie on jest?!" — zapytał się podświadomie rudzielec.
Chmury na niebie nie tylko zepsuły wygląd otoczenia Nocniaka, ale też zaczęły grzmieć. Krople zimnego deszczu rozpoczęły swoja inwazje na teren Klanu Nocy. Zielonooki przestraszony tym, że jeszcze futro mu się pobrudzi, zaczął biec i krzyczeć wniebogłosy. Biegł na tyle szybko, że nie zauważył głębokiej kałuży błota znajdującej się przed nim. Wpadając do niej, ostatnimi świadomymi myślami Nocniaka było przeklinanie klanu Gwiazdy za to, co go miało zaraz spotkać…

Chwila później

Przymrużone oczy rudzielca zaczęły się otwierać, gdy kocur zauważył, że już nie znajdował się w lesie tylko w obozie. Obóz wyglądał jak papka, dosłownie papka. NO I OCZYWIŚCIE Tojadowa łapa idealnie stanął w kałuży błota. Cały ten sen wydawał się zamachem na jego piękną sierść. Kocur dzięki tej kałuży, właśnie zrozumiał, że to wszystko, co się dzieje, to nie jest prawdziwe i zaraz się obudzi na swoim wygodnym legowisku.
Rudzielec zaczął się rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ze snu. Gdy chodził po całym pustym rozwalonym obozie bez ani jednej żywej duszy to podziękował losowi, że to tylko wytwór jego wyobraźni lub wspomnienia.
— Zaraz! Przecież to dzieje się w mojej głowie. Wystarczy, że sobie wyobrażę, jak się budzę czy coś… To nie może być takie trudne — powiedział na głos zielonooki.
Cały pysk rudego się zmarszczył, a jego futro najeżyło od tego, jak przestał w jednej sekundzie oddychać i się tarzać po ziemi.
— Jak to jest, że mój własny sen męczy mnie bardziej niż trzy patrole w jednym dniu! Mysi móżdżek ze mnie! Dobrze, że tego nikt nie słyszy, jak się wyzywam.
Tojad odwracając się, pojawił się w pustym, oświetlonym przez zimne słońce, więzieniu obozowym otoczonym śniegiem. Tojadowa Kryza był już w swoim obecnym wieku. Rudzielec przestał sprawiać wrażenie napompowanego energią. Jego ogon oklapł, a na pyszczku pobladł z nagłego zastrzyku smutku.
Tojadowa Kryza, nawet gdy znajdował się w krainie snów, to tęsknił za synkiem i ukochaną. Tęsknił za ich zapachami, towarzystwem lub za samym uczuciem przebywania w bliskich sobie miejscach. Miał nadzieje, że jakoś sobie tam dają radę.

Koniec snu

Tojadowa Kryza obudził się z otwartym pyszczkiem, odwodniony i cały obolały, jakby ciągle się wiercił. Na niebie słońce dawno już zaszło, a księżyc był na szczycie nieboskłonu. Legowisko było przepełnione śpiącymi już od dawna Nocniakami. Rudzielec postanowił bezszelestnie wydostać się na świeże powietrze. Z dusznego miejsca kocur przeszedł na zimne, lecz dzięki jego kryzie i ogólnie długiemu futerku zielonooki nie czuł się źle na takim mrozie. Kocur nie pamiętał swojego snu, zbyt bardzo tęsknił, by pamiętać… no i był bardzo odwodniony! Jakby nie pił od księżyców.

Chwila później

Kocur pił wodę z kałuży, widział w niej odbicie mocno świecącego księżyca. Widok był nieziemski, zapierający dech w płucach. Zielonooki już rozmyślał nad kolejnym dniem, czy pójdzie na poranny patrol, chyba że zostaną mu przydzielone inne obowiązki.
Tojadowa Kryza jeszcze przez chwilę stał nad kałużą, jakby próbował poukładać myśli, które rozpływały się szybciej niż kręgi na wodzie. W końcu westchnął cicho i oblizał pysk z resztek wilgoci.
— No… przynajmniej pić mi się już tak nie chce — mruknął sam do siebie.
Odwrócił się powoli i rozejrzał po obozie. Wszystko było na swoim miejscu. Znajome zarysy legowisk, lekko poruszone przez nocny wiatr trawy, cienie rozciągnięte pod blaskiem księżyca. Nic niezwykłego, nic, co wymagałoby jego uwagi. I może właśnie tego było mu trzeba. Zwyczajności, poczucia bezpieczeństwa, bez wrogich spojrzeń od innych kotów, poczucia, że jak wróci do legowiska, to zastanie tam Borówkową Słodycz kojąco dla niego spokojnie śpiącą. Ta nienormalność, jaka go witała każdego poranka, była jak ciernisty pazur w łapie, którego nie dało się w żaden sposób wyjąć.
"Przestań ciągle czuć tę emocję!" — pomyślał Tojadowa Kryza, gdyż wojownik był już zmęczony od ciągłego smutku.
Rudzielec popatrzył się na martwą mysz leżącą na stercie z jedzeniem i przypomniało mu to dawne wspomnienie, które dzielił z uczniem.

“Wspomnienie”

Dzień niemłody, niebo pochmurne, trawa pełna kropel mieniących się z daleka, niczym małe kryształy pogrzebane w zieleni. Rudy kocur o jasnej kryzie szedł przez las, wraz ze swoim żółtookim uczniem długość lisa dalej. Wojownik, jak i młodziak w pysku trzymali zdobycze, które zaraz mieli ofiarować na rzecz Klanu Nocy. Idąc naprzód, omijając drzewo za drzewem, rudy nucił coś pod kocim nosem. Żółtookiego na tyle to irytowało, że postanowił stanąć w miejscu i zwrócić się do mentora:
— Mógłbyś, proszę przestać.
— Coś dzisiaj jakiś spięty jesteś, bardziej niż zwykle Morszczynowa Łapo — odpowiedział Tojadowa Kryza. — STRES PIĘKNOŚCI SZKODZI, wiedziałeś? — dodał.
Morszczyn słysząc żartobliwy ton starszego od niego kota, wzdrygnął się ze złości.
— Mógłbyś być czasem bardziej poważny.
— Co masz na myśli? — zapytał zielonooki z mało zainteresowanym wyrazem pyska, jakby żadne słowa nie mogły mu zepsuć udanego dnia.
— Widz… — rozpoczął zdanie uczeń, lecz mentor mu przerwał krzykiem:
— OJ OJ OJ! Czyżby ktoś ci do oka wpadł?!
— Co…? NIE! — odpowiedział speszony Morszczynowa Łapa przez słowa mentora.
— Skąd w ogóle taki pomysł? — dodał pytająco.
— A wiesz, nigdy normalnie nie gadamy na takie tematy, a ty ogólnie chyba nie masz z kim o takich rzeczach porozmawiać, no to ja cię wysłucham. Poza tym i tak dzisiaj cię coś trapi. Wiesz Morszczyn, z kobietami trzeba lekko, jeden zły ruch, bądź zły gest na początku relacji i wszystko może się zapaść, ale ważne, by być sobą…
Morszczynowa Łapa zapewne czuł, jakby monolog Tojadowej Kryzy ciągnął się wiekami. Był zmuszony słuchać o życiowej miłości mentora, jego dzieciach, ich postępach, zasadach moralnych i ogólnie rzeczach nie ze świata ucznia. Znudzony żółtooki w jednej chwili znów wziął do pyszczka zdobycze i bez mentora ruszył dalej. Tojadowa Kryza rozbawiony od razu dogonił ucznia.
— Przyznaj, że jednak miło jest mieć kogoś do pogadania z!
— Czasem może… — odpowiedział Morszczyn.
— To, czemu nie nawiązujesz żadnych głębszych relacji z rówieśnikami? — zapytał Tojad.
— Jakby, próbowałem na początku, ale czasem mam wrażenie, że ja i oni z innych światów jesteśmy. Nie muszę z nimi rozmawiać, by to wiedzieć. Posiadamy inne priorytety w życiu.
— Odpowiedział żółtooki, jakby jednak samotność go czasem dobijała.
Tojadowa Kryza, idąc obok ucznia, szturchnął go w bok z uśmiechem na pysku.
— To dobrze, że masz mnie hehe.

“Koniec wspomnienia”

Od Tojadowej Kryzy

Przeszłość, przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy

Śnieg otulał cały las niczym mocno dziurawe sitko. Gdzieniegdzie było pełno mrozowego puchu, a indziej tylko małe kupki. Panowała szarobura atmosfera, spowodowana strukturą nieba składającą się ze ściany zimowych chmur. Z nieba spadała mżawka deszczu, która nie zapowiadała większej ulewy bądź burzy. Każda kropla z nieba przedzierała się przez chmury, by otrzeć się o gałęzie drzew i spaść na mocno nasycony wodą grunt. Dzień ten nie różnił się od innych zbytnio.
Tojadowa Kryza wyszedł z legowiska przeznaczonego dla wojowników Klanu Nocy, by odprawić się na polowanie i możliwy wskazany dla niego patrol granic klanu. Jak przystało na tę porę, klanowi potrzeba było więcej zdobyczy, by wszystkich wykarmić. Idąc tym tokiem rozumowania, rudzielec udał się na samotne szukanie zwierzyny w lesie. Nie ukrywając, zielonookiemu spodobało się to rozwiązanie, gdyż nabrał on ostatnio jakiejś wrogości do klanu, przez ostatnie wydarzenia. Tojadowa Kryza był już od młodziaka przepełniony dumą związaną z przynależnością do większego grona kotów spowilonych kodeksem, lecz przez ostatnie dla niego niesłuszne zamykanie kotów w więzieniu, musiał sobie wszystko poukładać w myślach.
Rudzielec wraz z przedzieraniem się przez las używał swojego węchu do wykrycia zapachu jakiejkolwiek zwierzyny. Musiało minąć parę chwil, zanim Tojad poczuł woń myszy. Rudy przełączył swoje ciało momentalnie na tryb myśliwy i zaczął kierować się w stronę odgłosów zwierzęcia, które umiejscowione były za krzewami pokrytymi szronem. Tojad skoczył bez zastanawiania się dłuższego i to był błąd. Zwierzyna miała czas, by wyczuć niebezpieczeństwo i zdążyła zbiec do swojej norki, skąd niemożliwym było jej ponowne wyciągnięcie.
— Mysie łajno! — wrzasnął zdenerwowany Tojad.
Parę razy się podobna akcja powtarzała, gdzie zielonooki był blisko zdobycia pokarmu, gdy popełniał jakiś głupi błąd przez swoją nieuwagę i tracił okazję. Po trzecim razie rudzielec zrozumiał, że bez dokładnego skupienia się nic nie zdziała, więc postanowił się trochę przejść. Przemierzał skrawki lasu, starając się omijać możliwe patrole.

Jakiś czas później

Mimo przemierzenia dużego już obszaru w tę i we w tę rudzielcowi nic to nie dało, więc kocur powrócił do polowania, lecz tym razem kompletnie odłączył się od życia klanowego.
“Wszytko, by nie wrócić z pustymi łapami i nie zrobić z siebie pośmiewiska” — myślał.
Tyle wystarczyło, by do południa zebrać trzy średnio pulchne szarawe myszy. Tojadowa Kryza wziął swoją jeszcze ciepłą zdobycz w pysk i ruszył w stronę zakopanych innych, przez niego dwóch mysz, by je też zanieść do obozu.
Pogoda znacznie się pogorszyła. Jeszcze rano lekko kropiło, nie zapowiadając większej ulewy. Teraz wiatry się nasiliły, a niebo jeszcze mocniej pociemniało, choć minęła dopiero połowa dnia. Sam Tojad był nawet już zniesmaczony, takim długim swoim pobytem poza klanem. Jego wielka kryza była przesiąknięta zbiorem kropelek deszczu, a łapy obłożone były losowymi resztkami błota z kałuż.
Po czasie gdy zielonooki odkopał wszystkie zdobycze, mocny deszcz zaczął spowijać las. Gdyż to nie była burza z piorunami, Tojad przeczekał chwile pod szczelnym od wody drzewem i gdy się na chwilę uspokoiło, to rudzielec bezpiecznie wrócił do obozu.

Od Poranku

Jego stan poprawił się. Mimo częstych spadków nastroju był w stanie funkcjonować, a nawet opuszczać legowisko uzdrowicieli. Lęk dalej ściskał go za gardło, lecz ulga, będąca efektem rozmów z Derwiszem oraz niedawnej rozmowy z siostrami, pomagała mu jakoś się bronić. Dalej nie mógł uwierzyć, że wyjaśnił Mgiełce i Pszczółce, co się dzieje. Nigdy nie chciał mieszać ich w swoje własne problemy, ale nie mógł już dłużej z tym zwlekać, zwłaszcza że te i tak widziały go w tym najgorszym na tamten czas stanie. Musiały wiedzieć. A wsparcie, jakim otoczyły go podczas tej rozmowy, zapadło głęboko w jego pamięci.
Siedział przy ziołach, jak zwykle je układając. Liczył wszystkie, odkładając je na równe kupki. Musiał wiedzieć, jakie mają braki. Mimo pory Nagich Drzew Poranek wiedział, że już niedługo wszystko znów zacznie kwitnąć, a po opatrzeniu rannych z walki z bobrami i kilku innych kotów z innymi dolegliwościami, jak Czereśni, w ich składziku można było zauważyć sporo braków. Na szczęście nie była to ilość mogąca zaszkodzić ich codziennej pracy.
– Jest tu kto? – usłyszał głos Szafran. Rudy od razu się odwrócił, przerywając swoją pracę.
– Ja – mruknął i powoli podszedł do kotki, czekając na jakieś wytłumaczenie. W końcu mało kto wchodzi do legowiska uzdrowicieli bez wyraźnych problemów zdrowotnych.

Wyleczeni: Czereśnia, Szafran