BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczciwy Szakłak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poczciwy Szakłak. Pokaż wszystkie posty

24 sierpnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka

Kocur w ostatnich dniach był w wyjątkowo dobrym humorze, co nie umknęło uwadze niektórym, szczególnie Skrzydlatej Płomykówce, która za każdym razem nieco mrużyła swe jasne ślepia, gdy starszy znajdował się w pobliżu. Kocica miała wrażenie, że od zielonookiego w niektórych momentach aż wręcz bije radosna aura, której u niego nie widziała od… w sumie nigdy. Nie kojarzyła zbytnio, by wojownik kiedykolwiek aż tak tryskał radością. Szakłak oczywiście czuł na sobie jej spojrzenie oraz zadawane przy tym nieme pytanie, co się wydarzyło w jego życiu, że zachowuje się, jak nie on. Mimo to ich dwójka nie miała zbytnio, kiedy o tym porozmawiać, gdyż czarnofutry brał Bursztynową Łapę na trening, uczestniczył w patrolach lub też przesiadywał z Gasnącą Prawdą, jakby ich dawny chłód w stosunku do siebie nawzajem, przeminął, niczym zalegający śnieg po porze nagich drzew.
Zielone spojrzenie właśnie uważnie śledziło pewnego kremowego wojownika, który rozmawiał z Lodówkowym Ciosem i Skrzydlatą Płomykówką, zapewne ustalając skład na patrol. Czarna kita za nim nieco sunęła po kamiennej posadzce jakby w oczekiwaniu na koniec tego długiego rozwodzenia się nad wybraniem raptem paru kotów na łowy lub sprawdzenie granic. Nieco zmrużył ślepia, kiedy to cętkowana nawiązała z nim krótki kontakt wzrokowy. Szakłak miał wrażenie, że właśnie w tym momencie na pysku młodszej pojawia się cień uśmiechu, ale i ukrytego w nim podstępu. Dosłownie uderzenia serca później, wróciła swymi niebieskimi oczami na rozmówców, którzy w ciszy słuchali jej dalszych słów.
— Co ty kombinujesz Skrzydlata? — mruknął pod nosem, w momencie, gdy czekoladowa oraz kremowy skinęli głową, a zastępczyni odeszła. Pomiędzy wojownikami wywiązała się jeszcze krótka wymiana zdań, jakby chcieli się upewnić co do ustaleń z cętkowaną. Dopiero po tym Gasnąca Prawda skierował się w stronę niewiele młodszego od siebie wojownika.
— Skrzydlata Płomykówka uznała, że powinniśmy razem przeszukać stary obóz.
— A Lodówkowy Cios? Widziałem, że z wami rozmawiała — mruknął zielonooki.
— Została poproszona o zmianę warty z Rudą Lisówką przy pilnowaniu więźniów. — Na te słowa młodszy skinął głową i podniósł się z dotychczas zajmowanego miejsca, z którego miał idealny punkt obserwacyjny na wcześniejszą rozmowę trójki Burzaków.
— W takim razie chodźmy, mówiła może o jakimś konkretnym miejscu?
Dawny członek Klanu Klifu pokręcił przecząco głową.
— Mamy spory wybór, gdyż podobno jedynie legowisko wojowników i starszyzny zostało na razie dokładnie przeszukane.
— Czyli pozostają pozostałe legowiska oraz dwa wyjścia z obozu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Pomiędzy ich dwójką toczyła się rozmowa, dopóki nie wyszli na pogorzelisko. Szakłak niemal od małego się w nim wychowywał i za każdym razem widok stanu, w jakim się znajdował, sprawiał, że jego chęci do życia nieco gasły. Gdyby nie jakiś Burzak, zapewne podzieliłby los zmarłych, wciąż pamiętał szok i rozkojarzenie, kiedy nagle został wyrwany ze snu, wszędzie był dym, a on mógł jedynie podążać u kogoś boku w nadziei, że będzie jednym z ocalałych.
Czując lekkie muśnięcie w bark, kątem oka spojrzał na pręgowanego, który nieco przysunął się do jednolitego, jakby chcąc mu dać znać, że nie jest tu sam i obok siebie ma kogoś, na kogo może liczyć. Na ten gest Szakłak minimalnie skinął głową i biorąc głębszy wdech, a następnie wydech, ruszył przed siebie, a dokładniej ku tylnemu wyjściu z obozu. Pomiędzy ich dwójką panowała cisza, lecz żaden z nich nie kwapił się do tego, by ten stan rzeczy zmieniać, a gdy tylko wkroczyli do podziemnego tunelu na prawo od Skruszonego Drzewa, przystąpili do poszukiwań. Szukali wszystkiego, co mogło się nadać — w pośpiechu porzucone zioła, osobiste znaleziska pobratymców czy cokolwiek innego, świadczącego o tym, jak koty w panice i strachu opuszczały dawny dom. Podłoże w tunelu w niektórych miejscach stanowiła mieszanka ziemi z drobnymi kamieniami, między którymi mogli na coś trafić. Nie spieszyli się, dając sobie tyle czasu, ile potrzebowali na dokładne zbadanie każdego zakamarka.
Na początku tunelu nic nie znaleźli, a zielonooki miał wrażenie, że oprócz wciąż obecnej woni dymu, czuje także już wietrzejący zapach strachu i paniki. Wojownik czuł, jak jego mięśnie same się napinają, jakby nad nim wciąż istniało widmo nagłej ucieczki przed ognistymi jęzorami. W pewnym momencie uniósł nieco spojrzenie na Gasnącą Prawdę, który był przed nim na jakąś długość królika. Kocur badał bardziej lewą stronę tunelu, podczas gdy prawą zajmował się młodszy. Widok kremowego, nieco uspokoił galopujące myśli Szakłaka, pozwalając mu się na nowo skupić w poszukiwania.
Zbliżając się do połowy tunelu, czarnofutry natknął się na skrzydło motyla, które jakimś cudem ocalało. Jego barwa była jaskrawo pomarańczowa z czarnymi żyłkami i krańcami, będące oprószone białymi kropkami.
— Gasnąca Prawdo, mam coś — oznajmił, a wymieniony przerwał swoje poszukiwania, by podejść do zielonookiego.
— Czuję głównie zapach dymu — stwierdził, gdy próbował dowiedzieć się, do kogo mogło należeć. — Jednak jest też coś jeszcze.
Poczciwy Szakłak sam spróbował określić przykrytą dymem woń.
— To chyba Małej Bazi — mruknął po dłuższej chwili. Nie czekał na nic więcej i po prostu delikatnie pochwycił znalezisko, mając zamiar od razu je zanieść właścicielce.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Kiedy tylko zwrócił kotce skrzydło motyla, uznał, że skoro Gasnąca Prawda ma chwilę, a i on sam już miał za sobą trening z Bursztynową Łapą, to udadzą się razem na patrol w stronę granicy z Klanem Wilka. Do dziś wojownik pamiętał dzień, w którym właśnie w tych okolicach wraz ze Skrzydlatą Płomykówką i Szarą Skórą, którego obecnie już nie było w klanie. Nie dlatego, że odszedł z własnej woli, lecz zginął w pożarze.
Po drodze udało im się złapać jakieś nornice, choć im bliżej byli granicy, tym trudniej było poczuć coś innego niż woń lasu iglastego, który w całości należał do Wilczaków. W międzyczasie pręgowany wyczuł trop zwierzyny i postanowił na nią samemu zapolować, na co zielonooki przystał, w końcu nikt raczej im się do gardeł nie rzuci, dopóki pozostaną na własnym terenie.
Mając po swojej prawej las, a po lewej Martwy Szlak w pewnym momencie do jego uszy dobiegł cichy przerażony pisk. Instynktownie przystanął, wyciągając szyję, by lepiej usłyszeć obcy dźwięk, który tak nie pasował do cichej i spokojnej pieśni równin. Kiedy w końcu te na nowo rozbrzmiały i nim zdołał się zastanowić, ruszył nagłym biegiem w stronę granicy za obumarłymi krzewami. Przeraźliwe kwilenie wskazywało na porzucone kocięta na ich terenie, a według kodeksu nie mógł opuścić małych istotek w niebezpieczeństwie.
Kierowany pradawnymi zasadami i instynktem po krótkim czasie dotarł do miejsca, skąd niosły się popiskiwania kociąt. Zielonooki ujrzał pod jednym z krzewów kunę, która upatrzyła sobie czyjeś dzieci na obiad. Czarna sierść od razu się nastroszyła, a pazury wysunęły, by dosięgnąć drapieżnika. Nawet się nie zastanawiał, gdy skoczył uratować obce kocięta. Zwierzę, gdy poczuło na swym długim cele obce zęby i pazury, wypuściło z pyska pręgowanego klasycznie kociaka, którego ciało bezwiednie padło na ziemię. Kocur jednak nie miał czasu się zastanawiać, czy maluch żyje, gdyż kuna nadal stanowiła zagrożenie, więc pierwszym co musiał zrobić to ją przegonić. Ta na szczęście musiała być młodym osobnikiem, gdyż kiedy tylko wojownik przeorał pazurami po jej grzbiecie, to ta uciekła — oczywiście nie pozostawiła zielonookiego bez odzewu ze swojej strony, gdyż Burzak oberwał w pysk, idealnie od lewej brwi aż do niemal prawego policzka. Rana była skośna przechodząca pomiędzy oczami.
Po odprowadzeniu wzrokiem uciekającego drapieżnika skierował swoje ślepia na dwie biedne kulki. Niestety jedna z nich nie poruszała się czy też nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, nie to co druga, która nadal przerażona kuliła się blisko ziemi. Szakłak ciężko opadł na ziemię, by żyjącego kociaka otulić ogonem — pozostał, tak aż ten się nie uspokoił. Dopiero kiedy popiskiwanie ucichło, kocur wziął delikatnie nieżyjącego malucha i położył ostrożnie na grzbiecie, by następnie jego brata ostrożnie załapać za skórę na karku. W ten sposób udał się w drogę powrotną do obozu, choć po drodze dołączył do niego kremus, która wziął od niego martwe ciało kociaka i w ten sposób wrócili.
Żyjąca znajdka od razu została zaniesiona do medyków, a kociak, którego nie udało się uratować, został pochowany. Dopiero kiedy maluch całkowicie się uspokoił po traumatycznym przeżyciu, wyznał, że jego brat zwał się Kleszcz, a on Patyczak.

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, osobisty skarb współklanowicza

12 sierpnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość

Po ostatniej rozmowie o rządach Króliczej Gwiazdy Dziki Berberys nie zawracał już głowy starszemu wojownikowi. Czarny skrycie odetchnął z ulgą, że nie jest już męczony przez innych lub ciągnięty za język do wypowiedzenia się na temat czegoś, co przez długi czas nie miało dla niego znaczenia. A nawet jeśli to teraz nie miał zbytnio, kiedy się tym przejmować — Królicza Prawda został przyjęty do klanu, więc mogli o wiele więcej czasu spędzać razem. Może i mogło to wzbudzać pewne podejrzenia u innych Burzaków, lecz Poczciwy Szakłak miał ich zdanie gdzieś — w końcu jego życie zaczynało się powoli układać, a na horyzoncie nie wisiało widmo jakiś ekscesji, które znowu by doprowadziły go do stanu, gdzie ledwo wychodził z legowiska.
Właśnie był w trakcie rozmowy z kremowym kocurem, gdy Cyklonowe Oko wraz z resztą patrolu wyczekiwali na dołączenie dawnego Klifiaka. Zielonooki z lekkim uśmiechem obserwował, jak pręgowany się oddala, a następnie opuszcza obóz. Wojownik jeszcze przez chwilę siedział na polanie, dopóki w zasięgu jego wzroku nie pojawił się biało rudy młodzieniec, który po paru uderzeniach serca już stał przed nim, zagradzając drogę. Ciało solida mimowolnie się spięło, jakby gotowe do ucieczki, gdyby Berberys postanowił nadal kontynuować temat ich dawnej rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć.
Kocur od razu rozluźnił się na te słowa, lecz w jego głowie od razu narodziło się pytanie: czego w takim razie chciał Dziki Berberys?
— Słucham Cię, Dziki Berberysie — mruknął, uznając, że zaryzykuje. Najwyżej i tę rozmowę szybko zakończy.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.
— Cóż… — zaczął, zastanawiając się w sumie, ile może powiedzieć. — Jest z Klanu Klifu i tak, znałem wcześniej Gasnącą Łapę. Zdarzyło nam się parę razy rozmawiać, gdy natrafiliśmy na siebie na granicy klanów. — W tym momencie młodszy nieco zmrużył oczy, jakby chcąc zadać kolejne pytania. — Nie Dziki Berberysie, nie zdradzałem klanu, a na granicę z Klifiakami szedłem spotkać się z siostrą, która tam żyje u boku matki i głównie to był temat naszych rozmów wtedy — wyjaśnił, stwierdzając jednak, że mógł się nie zgadzać na tę rozmowę. Nigdy jakoś nie potrafił zrozumieć kotów, które aż nazbyt interesowały się znajomościami innych, czyżby jego życie było aż tak interesujące, że kiedy było widać, ile czasu spędza z Gasnącą Łapą, to każdy będzie chciał wiedzieć, z czego to wynika? Czy nie można przyjąć możliwości, że po prostu szybko odnaleźli wspólny język i dlatego też sporo razem rozmawiają?

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Obecnie

Pora nowych liście na dobre pojawiła się na terenach Klanu Burzy. Było coraz więcej zwierzyny, choć przez wietrzne dni ta łatwiej mogła wyczuć czyhających na nich łowców, mimo to stos w nowym obozie był niemal ciągle urozmaicony, dzięki czemu każdy mógł sobie wybrać odpowiedni kąsek dla siebie. Niedawno jeszcze miało miejsce mianowanie Gasnącej Łapy na wojownika, więc teraz kocury mogły o wiele więcej czasu spędzać razem — oczywiście biorąc pod uwagę fakt, iż młodszy z nich miał ciągle do wytrenowania ucznia. Choć niedługo powinien pomyśleć nad pójściem do Zawodzącej Gwiazdy i poinformowaniem, że Bursztynowa Łapa jest gotowy na zostanie wojownikiem.
Powoli na niebie wspinało się słońce, zbliżając się do momentu swojego szczytowania na błękitnym sklepieniu ponad głowami Burzaków, którzy z różnych powodu opuścili podziemny system korytarzy i jaskiń, do których się przenieśli niedługo przed początkiem ostatniej pory nagich drzew. Zielonooki wojownik czuł, jak promienie Wysokiego Słońca przebijają się przez warstwę chmur i padają prosto na jego ciemny grzbiet. Z kolejnym sezonem kocur zapewne będzie unikał tej konkretnej pory dnia, jeśli ta za niedługo okaże się równie bezlitosna, co zwykle w czasie zielonych liści. Teraz jednak nie miał powodu się tym przejmować, gdyż jeszcze czasu do tego było oraz tuż u jego boku kroczył pewien kremowy wojownik. Szakłak, kiedy tylko spostrzegł Skrzydlatą Płomykówkę w obozie, niemal wybłagał ją o wspólny patrol z Gasnącą Prawdą. Srebrna jedynie jakby w rozbawieniu przewróciła oczami, zgadzając się na prośbę przyjaciela, który po szybkim podziękowaniu ruszył odnaleźć starszego i zabrać go na spacer. Znaczy się oficjalnie patrol, ale w oczach zielonookiego był to po prostu spacer przez tereny klanu, kiedy mogą być sami bez ciekawskich spojrzeń.
Młodszy nawet nie spostrzegł, gdy dotarli do granicy z Klanem Wilka. W jednej z dawnych rozmów z zastępczynią dowiedział się, że to właśnie w tych okolicach pozostawiono Dzikiego Berberysa. Na samo wspomnienie rudego wygnańca, poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz, powodując lekkie uniesienie się sierści w tych okolicach. Starał się nie pokazywać tego po sobie, szczególnie przy Gasnącej Prawdzie, nie chcąc martwić starszego swoimi drobnymi zmartwieniami — w końcu nie musiał wiedzieć, że Poczciwy Szakłak miał okazję z Dzikim Berberysem odbyć mało przyjemną rozmowę o ówczesnej władzy Króliczej Gwiazdy oraz fakcie, że gdyby czarny bardziej zwracał uwagę na klanowe życie, to może udałoby się uniknąć tego całego zamachu na dawnego lidera. Może teraz nie czułby obrzydzenia, kiedy ktoś zdrabnia jego imię. Może Skrzydlata Płomykówka i on nie musieli wydawać osądu na Rudzikowe Skrzydełko. Może jej dzieci nie musiałby od tamtej pory żyć z etykietą ich matki zdrajczyni klanu, obecnej minarki.

Sesja wstrzymana/zakończona

27 lipca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

Przeszłość, początek poprzedniej pory nagich drzew

“Głupi, egoistyczny! Czemu mu to powiedziałem? Czy jestem aż tak zachłanny, że sama przyjaźń z nim mi nie wystarcza?” — pomyślał, kiedy tylko po powrocie do obozu udali się w swoje strony. Czarny z każdy krokiem karcił się coraz bardziej w myślach, dopóki nie przystanął na środku tunelu. “Czy… ja z siebie robię jakąś ofiarę losu? Przecież pewnie nie jestem pierwszym kotem w klanie, który został przez kogoś odrzucony.”
Gorzki śmiech opuścił jego pysk, nim wznowił marsz do Groty Pamięci. Liczył, że zastanie tam Skrzydlatą Płomykówkę, która może mu jakoś doradzi, co z tym wszystkim począć — nawet jeśli srebrna była zastępczynią, to starała się znajdować czas dla każdego pobratymca, który potrzebował tego. Dlatego też Poczciwy Szakłak mógł na nią liczyć, szczególnie po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, mniej więcej wiedzieli, co drugie z nich czuję, więc stanowili dla siebie wzajemne wsparcie.
Miał szczęście, gdyż młodsza właśnie była w trakcie rozmowy z Oskrzydlonym Ognikiem, który był mentorem Żywicznej Łapy, czyli siostry Bursztynu, szkolącego się pod opieką czarnego. Musiałby z młodzikiem jakkolwiek poruszyć temat treningów, gdyż prace nad podziemnym obozem sukcesywnie się posuwały i już niedługo klan wróci do dawnego rytmu. Zielonooki nie chciał im zbytnio przeszkadzać w czasie konwersacji, więc przystanął w pewnej odległości, cierpliwie oczekując końca ich wymiany zdań. W międzyczasie starał się nie spoglądać na rodzeństwo, by ci nie czuli się ponaglenie do niczego ze strony wojownika.
W pewnym momencie jasne spojrzenie zastępczyni padło na Szakłaka, chwilę później również podobnie uczynił Oskrzydlony Ognik. Płomykówka coś jeszcze powiedziała do brata, a następnie odeszła w stronę oczekującego wojownika.
— Coś się stało Szakłacz- — przerwała, przypominając sobie prośbę przyjaciela. — Poczciwy Szakłaku? — poprawiła.
— Nie chciałem wam przeszkadzać… — wymruczał, odprowadzając wzrokiem brata rozmówczyni.
— Spokojnie, rozmawialiśmy na temat treningów uczniów, nie jest to nic naglącego. No to mów, co się stało, że aż przyszedłeś do mnie, a nie na przykład Gasnącej Łapy?
Na dźwięk imienia kremowego, wojownik widocznie się zgarbił, co oczywiście nie mogło umknąć srebrnej.
— Czyli to… — Nie musiała nawet kończyć, gdyż niewielkie skinienie głową ze strony zielonookiego, utwierdziło ją w domysłach i swych obserwacjach. — Może chcesz porozmawiać gdzieś na osobności? — zaproponowała.
— Nie trzeba. Chodzi o to, że powiedziałem mu coś bardzo osobistego, lecz chyba zostałem odtrącony.
— Czekaj, czy ty mi chcesz powiedzieć, że…?
— Że się w nim zakochałem? Tak.
— Wiedziałam! Mogłeś się wtedy na patrolu wybierać, lecz, jak i tak byłam pewna swego — odpowiedziała dumna z siebie kocica. Szybko jednak spoważniała, wracając do tematu, kiedy to kocur spojrzał na nią swoimi matowymi ślepiami. — A tak, wybacz. Czyli wyznałeś mu uczucia? — Otrzymała jedynie skinienie głowy na potwierdzenie. — I jak zareagował?
— Po chwili nerwowo się zaśmiał, lecz szybko umilkł, jakby wcześniej uważał, że to, co mówię, jest żartem. Potem próbował coś jeszcze powiedzieć, lecz chyba słowa nie były w stanie mu przejść przez gardło.
— Może daj mu czas, by się z tym oswoić? Lub pozwolić mu to wszystko przemyśleć? Widać, że jesteście ze sobą bardzo blisko, lecz może jemu wystarcza to, co jest? Nawet jeśli nie odwzajemni twoich uczuć, to nie powinieneś go unikać, zrywać kontaktu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Trochę minęło od dnia, kiedy to czarny kocur powiedział dawnemu Klifiakowi o swych uczuciawch względem niego. Mimo to dało się zauważyć widoczną różnicę w zachowaniu ich obu — przestali tyle rozmawiać, niemal wcale, już nie przesiadywali razem przy posiłkach, nie dzielili się językami, jakby stali się dla siebie kompletnie obcymi kotami. Zapewne każdy Burzak dostrzegał zmiany w ich zachowaniach, lecz mało kto próbował drążyć temat, uważając, że kocury zapewne jedynie się pokłóciły za parę wschodów im minie, wracając do dawnego stanu.
To jednak nie miało miejsca. Szakłak starał się stosować do rady Płomykówki, lecz za każdym razem, gdy dostrzegał kremowe futro w tłumie, uciekał, a jeśli już musiał przechodzić obok ucznia, to robił to szybko i nerwowo, jakby od tego zależało jego życie. Podobnie w przypadku rozmów, starał się je szybko kończyć, tłumacząc obowiązkami, choć do jego ulubionych wymówek należał trening z Bursztynową Łapą. Mimo wszystko czarny zawsze próbował wysłuchać do końca pomarańczowookiego czy też zatrzymać się, kiedy ten go wołał.
Podobnie był też tym razem. Szakłak lekko zgarbiony starał się przemknąć, lecz los chciał, że Gasnąca Łapa go dostrzegł i z jakiegoś powodu jego pysk opuściło wołanie za wojownikiem.
— Szakłaku, zaczekaj! — W ciągu uderzenia serca wołany zatrzymał się, czekając, aż kremowy podejdzie na tyle blisko, by żaden z nich nie musiał krzyczeć. W końcu stanęli pyskiem w pysk, przez chwilę w grobowej ciszy, aż pierwsze słowo nie opuściło warg pręgowanego
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem, nie wiedząc zbytnio, co powiedzieć.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
Jednolity dotąd chował pewną urazę wobec kremowego, lecz ta szybko minęła pod wpływem jego słów. Widok Gasnącej Łapy w takim stanie sprawił, że Burzak nie był w stanie dłużej się na niego gniewać czy odczuwać pewien żal. Chciał zrobić wszystko, by uczeń czuł się w klanie, jak w prawdziwym domu, by może też z czasem również odwzajemnił uczucia zielonookiego, które nie byłby w żadnym stopniu wymuszone.
— Gasnąca Łapo… — zaczął, w pierwszym odruchu chcąc łapą dotknąć podbródka kremusa i nieco unieść jego głowę, by ten spojrzał swymi pomarańczowymi oczami na Szakłaka. Finalnie jednak zatrzymał się w połowie ruchu, zdając sobie sprawę, że powinien dać czas i przestrzeń kocurowi. — Proszę, spójrz na mnie. — Kiedy tylko prośba czarnego została spełniona, na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Dam Ci tyle czasu, ile potrzebujesz. Jak będzie trzeba, to postaram się nawet nie kręcić wokół ciebie, byś nie pomyślał, że się narzucam lub na siłę próbuje przekonać do odwzajemnienia moich uczuć.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Po dwóch wschodach słońca w obozie można było ponownie zauważyć, jak Gasnąca Łapa i Poczciwy Szakłak spędzają razem więcej czasu. Choć może nie w takich ilościach, jak dawniej, lecz widać było, że dotychczasowe niesnaski między nimi już przeminęły. U zielonookiego można było czasem zaobserwować dłuższe zamyślenie lub zawahanie się, jakby chciał mieć pewność, że ruch, który wykona lub słowo, które wypowie, nie będzie odebrane przez kremowego w ponaglający sposób w oczekiwaniu na jego odpowiedź, co do uczuć wobec jednolitego.
— Gasnąca Łapo! — Nieco radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do pomarańczowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniach Bursztynowej Łapy.

<Znajdziesz czas dla mnie?>

12 lipca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

Przeszłość

Kiedy tylko kremowy kocur zaproponował mu spacer, nie był do końca pewny tego wszystkiego. Czuł się nieco zagubiony we własnych uczuciach, szczególnie tych związanych z Gasnącą Łapą. Nigdy nie miał kogoś, kogo mógłby określić mianem partnera — widywał różne pary w klanie i każda z nich była na swój własny sposób autentyczna. Nie wiedział, czy coś takiego będzie mógł zbudować z pomarańczowookim, a nawet jeśli to, czy przetrwają próbę czasu, problemów i innych czynników, na które nigdy nie mieli i nie będą mieć wpływu.
Czarny z dużą rezerwą podchodził do nawiązywania jakichkolwiek głębszych relacji ze względu na sporą ilość kotów, które zdążyły odejść przed nim. Nawet jeśli minęło sporo czasu to każda z tych śmierci była niczym świeża rana, która ledwo co powstała. Bał się, że jeśli zbuduje kolejną bliską relację, to ta równie szybko dobiegnie końca i to nie z jego strony. Miał dość ciągłego bólu, nieprzepracowanej do końca żałoby, czuł, jak z każdym dniem to wszystko powoli do wyniszcza. Przynajmniej tak było, dopóki nie spotkał na swojej drodze Króliczej Prawdy — kocur niespodziewanie szybko zawrócił mu w głowie, pozwalając odkryć nieznane dotąd oblicze Poczciwego Szakłaka.
Zielonooki finalnie zgodził się na wspólne wyjście poza obóz, choć od tego momentu pomiędzy nimi utrzymywała się cisza. Jednolity nie naciskał na swojego towarzysza, wiedząc, jak ciężko jest czasem podzielić się swoimi przemyśleniami, uczuciami czy ciążącą przeszłością. W tej kwestii był bardzo wyrozumiały i trzymał się zdania, że czasem sama obecność drugiego kota potrafi naprawdę dużo pomóc. W końcu jednak cisza została przerwana przeciągłym westchnieniem pręgowanego, a następnie jego słowami:
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, utrzymując wzrok na widoku przed sobą. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy
— Też do końca nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń. Wszystko, co wiem to głównie z obserwacji innych lub tego, jak Rudzikowe Skrzydełko ze Skrzydlatą Płomykówką się do mnie odnoszą. O partnerstwie nawet nie mówiąc… Większość kotów w moim wieku ma już rodziny, dzieci, a ja? Mam tylko dwie siostry za przyjaciółki… No i ciebie — dodał z lekkim uśmiechem, przystając na chwilę. — Jeśli chcesz, możemy razem poznawać, czym jest prawdziwa przyjaźń.

«★»

Pożar w Klanie Burzy

Nie wiedział do końca, co się dzieje. Wszędzie dookoła był dym, krzyki przerażonych kotów oraz gorąc kolejno to zajmujących się ogniem fragmentów obozu. Zielone spojrzenie starało się wypatrzeć pewną sylwetkę ucznia, który przez pewien czas ich znajomości stał się nie tylko przyjacielem, a kimś więcej dla wojownika.
Zakaszlał, kiedy to wdychany dym zaczął nieprzyjemnie drażnić jego przełyk i płuca. W tym samym momencie poczuł szturchnięcie w bark — przez ograniczoną widoczność nie był pewny, kim jest kot obok niego, lecz wiedział, że musi szybko się ogarnąć, nim galopujące myśli doprowadzą do jego zguby. Ruszył za innymi do Groty Pamięci, dopiero tam z czasem powoli zaczęło się wyjaśniać. Właśnie wtedy dowiedział się, że od pewnego czasu garstka Burzaków spiskowała przeciwko dotychczasowemu liderowi. Nie był zaskoczony udziałem Dzikiego Berberysu w tym, gdyż nadal pamiętał, jak dawniej nieco pokłócił się z kocurem na temat Króliczej Gwiazdy. Największy szok natomiast wywołał u niego fakt, iż w to wszystko była również zamieszana Rudzikowe Skrzydełko.
Z każdym słowem srebrnej czuł, jak to, co uważał za przyjaźń, obraca się w drobny mak. Zaczął kwestionować każde słowo, które kota zdążyła wypowiedzieć w jego kierunku — dotychczas nigdy nie poczuł, jak to jest być zdradzony, lecz teraz smak nieznanego dotąd uczucia wręcz palił go w język. Rudzik była mu bardzo bliska jako przyjaciółka, ona pierwsza postanowiła nawiązać z kocurem tego typu relację, a nagle okazało się, że spiskowała z innymi. Czy jej naprawdę było tak źle w klanie? Miała rodzeństwo, do dziś żyjącą matkę, posiadała nawet dzieci!
“Więc dlaczego… Dlaczego!” — krzyczał w myślach, starając się jakkolwiek skupić na słowach zdrajców oraz Zawodzącego Echa.
Kiedy klan miał zadecydować o ich losie, wahał się. Nie chciał przykładać w żadnym stopniu łapy do śmierci kogokolwiek, jednak kiedy to powoli coraz większa ilość kotów decydowała się na egzekucję Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika, zdał sobie sprawę, że dla ich dwójki i innych raczej nie ma odwrotu. Z gulą w gardle wyraził swoje ostateczne zdanie na temat oskarżonych wraz ze Skrzydlatą Płomykówką, czyniąc ich głosy za decydujące.

«★»

Myślał, że to już koniec i nigdy więcej nie będzie musiał brać udziału w śmierci innych. Jednakże bardzo się mylił. Zawodzące Echo wyznaczył Oskrzydlonego Ognika jako wykonawcę egzekucji Tańcującego Pierza, a jego samego jako obstawę dla rudego kata. Czarny starał się nie myśleć o tym, czego zaraz będzie świadkiem, skupiając się na swoim zadaniu, jednak protesty, groźby, a finalnie krzyki Pierza były czymś, co przez długi czas pozostanie z nim, niczym zmora, nie dając chwili wytchnienia.
Z trudem wrócił do Groty Pamięci, a raczej sąsiadującej jej jaskini, która miała stanowić nowe centrum obozu, choć te nadal było w trakcie prac. Łapiąc tam pierwszego lepszego kota, spytał o Gasnącą Łapę, lecz Burzak odesłał go do Skrzydlatej Płomykówki, która jako nowy zastępca zajmowała się przydziałem zadań i patroli.
— Skrzydlata Płomykówko — zawołał, zauważając srebrną w tunelu prowadzącego do trzech jaskiń oraz wyjścia do starego obozu. Kotka na dźwięk swojego imienia od razu stanęła, kierując spojrzenie na wojownika.
— Szakłaczku. — Określenie to niemal od razu wywołało grymas na pysku kocura oraz lawinę wspomnień związanych z Rudzikowym Skrzydełkiem, która to lubiła mówić do starszego zdrobnieniem imienia.
— Proszę, nie zwracaj się tak do mnie… Przynajmniej przez najbliższy czas.
— W takim razie potrzebujesz czegoś, Poczciwy Szakłaku? — Skinęła głową, przyjmując do wiadomości prośbę przyjaciela.
— Szukam Gasnącej Łapy.
— Wyznaczyłam go do patrolu łowieckiego. Jeśli chcesz, to mogę również tobie przydzielić zadanie. Trzeba przeszukać stary obóz i uratować ze zgliszczy wszystko, co się da.
— Jasne, sprawdzę dawne legowisko wojowników. Może jakieś posłania się ostały.
Ruda ponownie skinęła głowy, by następnie ruszyć do żłobka, gdzie Dryfujący Fluoryt opiekowała się znajdkami Zwiewnego Maku. Ona również stanowiła zagadkę dla kocura, pozostawiając te same pytania, co w przypadku Rudzikowego Skrzydełka — obie były matkami, a mimo posiadania osłony przed deszczem, wiatrem, mając zapewnione piszczki, pomoc w opiece nad maluchami, zdecydowały się na spisek przeciwko liderowi.
Odrzucając, chociaż na chwilę te myśli, zielonooki ruszył tunelem, którego wyjście prowadziło do starego obozu, po którym zostały jedynie spalone zgliszcza. Trawa niegdyś obecna niemal na każdym kroku w azylu została w całości strawiona przez ogień, ukazując jedynie jałową ziemię. Powolne kroki skierował do legowiska wojowników, którego wejście niegdyś było przysłonięte krzewami. Teraz jedyne, co po nich zostało to parę zwęglonych gałązek, które już nie nadawały się do pełnionej dawniej funkcji. Krótki tunel do nory teraz był w pełni odsłonięty przed światem zewnętrznym, a zimne promienie słońca bez problemu wpadały do dawnego legowiska. Jego sylwetka rzucała cień na drogę przed nim oraz najbliższe kawałki posłań, które niektórzy w pośpiechu próbowali uratować.
Nie spiesząc się, powoli przemierzał wejście. Co jakiś czas zatrzymywał się i oglądał szczątki uwitych legowisk. Jedno z nich delikatnie uniósł w obawie, że te pomimo trzymania się razem w zwartej konstrukcji, rozpadnie się w jego łapach. Początkowo wyglądało na całe, lecz jego tylnia część okazała się zwęglona, co oznaczało niepowodzenie w dotychczasowych poszukiwaniach. Nie mógł czegoś takiego przynieść do obozu — co innego, gdyby to było jego własne posłanie. Wtedy bez wahania by wziął je i w jaskini przydzielonej wojownikom, próbował uratować każdy kawałek, jaki się da.

«★»

Po bezowocnych poszukiwaniach ruszył w głąb terytorium, chcąc znaleźć gałęzie, które będą na tyle wytrzymałe, by stanowiły umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami. Liczył tylko, że pogoda będzie na tyle łaskawa, by w czasie tej wyprawy nie złapał go deszcz, czy też pierwszy śnieg. Wysokie trawy na równinach były wilgotne pomimo górującego słońca, a krople rosy z łatwością osadzały się na półdługiej sierści Szakłaka, sprawiając, że te już po paru krokach zaczynało łączyć się w mokre pasma. Na nieszczęście jego wędrówka nieco mu zajęła i dopiero w pobliżu granicy z terenem Klanu Wilka znalazł odpowiednie gałęzie. Może i znalazłby jakieś wcześniej, lecz wcześniejsze znaleziska według niego nie spełniały wymogów, by zostać użyte do budowy nowego obozu.
Gałęzie były raczej tych większych rozmiarów, więc zabranie ich wszystkich na raz nie było możliwe dla kocura. Wziął raptem parę sztuk i z nimi ruszył w drogę powrotną, która okazała się znacznie dłuższa i cięższa z nowym balastem. Mimo to wierzył, że jego wysiłek nie pójdzie na marne i przyniesione znaleziska idealnie się sprawdzą do powierzonego zadania.

«★»

— Gasnąca Łapo, masz może chwilę? — Pytanie padło z pyska Szakłaka, kiedy tylko powrócił do obozu i odnalazł kocura, którego wcześniej próbował odnaleźć. Chciał mu coś ważnego powiedzieć, czując, że przeciągnie tego, może w późniejszym czasie mścić się na zielonookim. Może to, co miał do wyznania było tylko czymś jednostronnym, chwilowym, lecz pomimo tych obaw chciał, by kremowy kocur wiedział o tym.

<Gasnąca Łapo?>

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana
Zebranie gałęzi na umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami

22 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

TW: Koszmar senny, krew

Wielkimi krokami nadchodziła pora zielonych liści, kiedy to temperatury dla większości kotów były mało przyjemne, a nawet niebezpieczne. Zielonooki Burzak najchętniej, by przez cały ten sezon siedział schowany w legowisku wojowników i co najwyżej nocą opuszczać to schronienie, by wykonywać swoje obowiązki. Mimo wszystko nie narzekał, a przynajmniej nie otwarcie, nawet jeśli po każdym patrolu niemal od razu szukał dla siebie zacienionego miejsca w obozie.
W ostatnich dniach pod swoją opiekę otrzymał nowego ucznia, Bursztynową Łapę. Rudy zdecydowanie był przeciwieństwem swojego mentora, który to starał się z nim znaleźć wspólny język, aby ich współpraca na treningach jakoś szła. Już po pierwszym wyjściu z obozu wraz z uczniem, zrozumiał czemu, to on miał go szkolić – Bursztyn był istny ucieleśnieniem chaosu i zagłady, a przynajmniej w oczach wojownika. Ostatni raz, kiedy miał jakąkolwiek styczność z nieposkromionym charakterem u kociaka czy też ucznia, była bodajże Rybkowa Łapa, którą szkoliła Skrzydlata Płomykówka. Chociaż do tego grona mógł też zaliczyć rodzeństwo Tańczącego Pierza z nim włącznie – nie pamiętał, czy był wtedy na zgromadzeniu, czy mimowolnie usłyszał rozmowę innych wojowników w legowisku o zachowaniu ówczesnych kociaków. Jakby wtedy było mało, to jeszcze Rudzikowe Skrzydełko wykazała się jakże ponadprzeciętną dojrzałością. Później, kiedy tylko srebrna odzyskała status wojowniczki, Szakłak czasem lubił jej przypominać dawne błędy – nie robił tego złośliwie, a jedynie w przyjacielskich zaczepkach, co czasem podzielała również Płomykówka, która niedługo później sama podłapał zachowanie kocura.
Zielonooki właśnie wyłaniał się z legowiska wojowników na światło dzienne – na co nieco niezadowolony zmrużył oczy i poruszył końcówką ogona. Jego depresyjny nastrój nadal mu się utrzymywał, szczególnie teraz, kiedy nadchodził sezon, w którym księżyce temu zmarł Poczciwy Dziwaczek. Czarny nadal tęsknił za swoim dawnym mentorem, któremu nawet niedane było ujrzeć niedługo później narodzone potomstwo. Kocur chyba oddałby wszystko, by jeszcze raz móc spędzić czas ze zmarłym.
Ledwo zdążył wykonać parę kroków, gdy niespodziewanie pojawił się Zawodzące Echo, wręcz wyrósł jak spod ziemi. Jednolity zatrzymał się w połowie kroku, nie mając najmniejszych zamiarów wpaść na zastępcę.
— Udasz się z Szarą Skórą i Skrzydlatą Płomykówką na patrol graniczny, oni Ci przekażą więcej szczegółów. — Zielonooki jedynie skinął głową. Nie przeszkadzała mu rzeczowość ze strony dymnego, wręcz lubił to w nim – zero zbędnych słów, ciągnięcia rozmowy.
Szakłak po odprowadzeniu Echa wzrokiem skierował swoje matowe spojrzenie na dwójkę Burzaków, która już czekała przy jednymi z tuneli, stanowiących wyjście z obozu. Czarny powolnym krokiem dołączył do nich i w chwilowej ciszy ruszyli na patrol.
— Pożarowa Łapa nie idzie? — zagaił do Płomykówki, czując jak struny głosowe nieco mu odmawiają posłuszeństwa – zdecydowanie za rzadko ich używał w ostatnim czasie, a nie chciał strzępić sobie języka na treningach z Bursztynową Łapą. Uważał, że rudy ma słuchać na tyle uważnie, by wojownik nie musiał pięć razy powtarzać jednego i tego samego.
— Szakłaczek dzisiaj należy do rozmownych kotów? — sarknęła srebrna, używając zdrobnienia, którym na co dzień posługiwała się jej siostra wobec starszego.
— Już tak nie kąsaj — mruknął.
— Na Przodków, już osiem słów opuściło twój pysk, rozkręcasz się.
— Ha ha, bardzo zabawne — stwierdził, przewracając oczami.
— Wiem, powalam swoim poczuciem humor — zażartowała, nim powaga na nowo pojawiła się na jej pysku. — Zawodzące Echo stwierdził, że powinna zająć się czymś innym w tym czasie. A twój uczeń to gdzie, hm?
— Uczy się pokory pod okiem Rudzikowego Skrzydełka i Tańczącego Pierza. — Po tych słowach Płomykówka wyglądała, jakby miała się zakrztusić, gdyby coś jadła, bądź piła.
— Błagam, powiedz, że nie mówisz poważnie… Nie wiem, czy istnieje gorszy wybór.
— Dzięki za wspieraniem moich decyzji.
— To jest chyba pierwsze decyzja, którą mogę zaliczyć do pokrojów tych od siostry.
— I ty przeciwko mnie? — spytał z udawanym bólem w głosie, na co ruda jedynie wzruszyła ramionami. — Tak właściwie dokąd zmierzamy?
— Do granicy z Klanem Wilka. — Do ich rozmowy wtrącił się Szara Skóra, który szedł nieco z przodu ich niewielkiej grupki.
Czarny skinął głową i do samej granicy milczał. W międzyczasie pogoda diametralnie się zmieniła, a niebo zostało przysłonięte szarymi chmurami, z których później zaczęło nieznacznie kropić. Kiedy tylko pierwsze oznaki deszczu dotknęły rozgrzanej sierści Szakłaka, poczuł się cudownie – właśnie tego było mu potrzeba, by uniknąć przegrzania spowodowanego zbyt długim przebywaniem na słońce. Pogoda ta utrzymywała się w czasie, kiedy łapy ich poniosły do Upadłego Potwora. Nie starali się zachowywać nawet najmniejszej ciszy, nie spodziewając się nikogo, dlatego też, jakie było ich zdziwienie, gdy okazało się, że ktoś usłyszał ich kroki, a następnie wyłonił się spod białego Potwora. Cała trójka od razu się najeżyła w pierwszej chwili, myśląc, że jakiś Wilczak lub samotnik zabłądził.
— Hej, przepraszam! — mruknął kremowy, niezgrabnym krokiem ruszając w ich stronę. — Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił.
W pierwszej chwili zielonooki nie dowierzał w to, co widzi – tuż przed nimi stał Królicza Prawda, Klifiak. Szakłak był pewny, że ten nie zabłądził i doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż znajduje się na terenie Klanu Burzy. Podejrzliwie zmierzył go wzrokiem, wychodząc na przód patrolu.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał, zachowując się, jakby pręgowany był mu kompletnie obcy. Nim ten odpowiedział, Szakłakowi nie uszło uwadze, że ten wziął parę drżących oddechów, jakby obawiał się czegoś.
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Głos Klifiaka był nieśmiały i na tyle cichy, że czarny sam ledwo był zdolny usłyszeć jego słowa.
Wojownik miał mieszane uczucia co do tego wszystkiego, lecz skoro Królik opuścił klan, to może faktycznie coś było na rzeczy? Przełknął ślinę i zwrócił się do dwójki za sobą:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Skrzydlata Płomykówka nie była do końca przekonana, jednakże skinęła głową i z Szarą Skórą oddaliła się prosto w stronę obozu. Czarny odprowadził ich wzrokiem do momentu, gdy miał pewność, że nie usłyszą rozmowy między ich dwójką. Zielonooki miał ochotę zrugać kremowego od góry do dołu, jednak zrezygnował z tego pomysłu, zastanawiając się, co ma teraz z tym wszystkim zrobić?
— Dziwna sprawa, co nie? — Na pysku przybysza pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z Burzakiem, jednak ten jedynie zastrzygł uchem na pierwsze słowa Króliczej Prawdy i skierował na niego swój nieobecny wzrok.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — kontynuował, starając się uzyskać jakąś odpowiedź od Szakłaka. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki nadal milczał i dopiero odrząknięcie wybudziło go z transu.
— Huh? — mruknął, mrugając kilkakrotnie, jakby nie do końca ogarniał, co się dookoła dzieje.
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka — odpowiedział po chwili wahania. Na szczęście po tym kremowy już nie drążył dalej, zostawiając Szakłaka w spokoju.

«★»

Nie wiedział, ile tak tkwili w jednym miejscu, lecz w końcu na horyzoncie pojawiły się sylwetki trójki kotów. Zawodzące Echo szedł na czele i kiedy tylko był wystarczająco blisko, od razu nawiązał rozmowę z Klifiakiem, jakby samo przybycie tutaj nadszarpnęło jego cierpliwości i chciał mieć to za sobą. Czarny przysłuchiwał im się przez chwilę, dopóki zastępca nie kazał im odejść. Skrzydlata Płomykówka od razu wykorzystała okazję i zaczęła cicho rozmowę z przyjacielem:
— Ty coś wiesz. — To jedno stwierdzenie wystarczyło, by zielonooki o mało co nie zakrztusił się powietrzem.
— Słucham? — spytał, nie rozumiejąc do końca, o co chodzi rudej, albo po prostu udawał, kto wie.
— Już nie udawaj takiego niewiniątka, jesteś z miotu sojuszniczego, więc zapewne nadwyraz często udajesz się w stronę granicy z Klanem Klifu.
“Skubana, dobra jest.”
— Skąd ty- A nawet jeśli to, co? Nie jest zbrodnią, że chce widywać siostrę częściej niż tylko na zgromadzeniach — wyjaśnił.
— Tylko z siostrą? — dopytywała, nie kryjąc swojego przebiegłego uśmiechu na pysku.
— No no, już se nie dopowiadaj byle czego.

«★»

Końcowo Królicza Prawda został przyjęty do klanu, otrzymując nowe imię. Poczciwy Szakłak z uwagą obserwował, jak kremowy pod opieką Śniącego Obserwatora opuszcza obóz, samemu czekając, by to uczynić, lecz powstrzymywała go jedna rzecz – brak ucznia u boku. Kocur cierpliwie czekał, aż płomienno-rudy młodzik łaskawie zaszczyci go swoją obecnością. Przymykając powieki, skierował pysk w stronę nieba, chłonąc promienie słońca, które padałby na jego czarną szatę. Była to chwila ciszy i spokoju, kiedy mógł wszystko przemyśleć, zwłaszcza ostatnie wydarzenia.
Nigdy nie spodziewał się, że kremowy kocur dołączy do klanu żyjącego na równinie. Wojownik nie był gotowy psychicznie na taki obrót – ciągle miał wrażenie, że to musi być jakiś sen na jawie i kiedy tylko się z niego wybudzi, wróci do ponurej rzeczywistości, gdzie był sam, pomimo tłumu wokół siebie. Może i nie zachował się wzorowo wobec dawnego członka Klanu Klifu, lecz kompletnie nie wiedział, co robić – cudem był wtedy w stanie wykrztusić z siebie jakieś sensowne słowa, nawet jeśli do końca nie było tego po nim widać. W dodatku Płomykówka czytała z niego z niczym otwartej łapy, co zdecydowanie nie napawało go optymizmem.
Kompletnie nie wiedział, co teraz robić. Czuł się niczym zagubiony kociak, który mimo ostrzeżeń rodziców postanowił się samemu oddalić. W dodatku obawiał się tego, co inni mogą pomyśleć, jeśli wyjdzie na światło dzienne fakt, iż zna Gasnącą Łapę i nawet spotykał się z nim na granicy! Nie chciał być postrzegany jako zdrajca, wystarczyło już, że klan miał jakieś nieszczęście, co do kotów spod ciemnej gwiazdy.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk zbliżających się kroków oraz pociągnięcie nosem, wskazujące jasno na obecność Bursztynowej Łapy. Wojownik skierował głowę w dół, w międzyczasie otwierając oczu i utwierdzić się w swoich nieomylnych przypuszczeniach. Rudy uczeń właśnie pokonywał ostatnie dzielące ich długości, by następnie w ciszy wyruszyć na trening. Zielonooki miał nadzieję, że chociaż dzisiaj młodszy będzie dla niego jakkolwiek łaskawy i poświęci trochę uwagi na słuchanie jego tłumaczeń – nadal nie wiedział, co może zainteresować Bursztyna w szkoleniu, by ten zaczął się do tego przykładać. Czuł się kompletnie zielony w kwestii trenowania uczniów, nawet jeśli dawniej już jednego miał pod swoją opieką. Jednak Kołysankowa Łapa nie ukończył szkolenia, gdyż zmarł, nim mu się to udało.

«★»

Poczciwy Szakłak już sam nie wiedział, co robi nie tak. Trening z płomienno-rudy był istną katorgą i nie chciał go nigdy więcej wspominać, traktując te kwestie, jako temat tabu. Zmęczony przystanął niedaleko wyjścia z tunelu, kiedy nagle poczuł muśnięcie, na co mimowolnie się spiął, dopóki nie ujrzał przed sobą kremowego pręgowanego klasycznie futra należącego do Gasnącej Łapy. Miał przyznać, że jego jasna szata wyglądała zachwycająco, kiedy promienie Wysokiego Słońca padały wprost na niego. Często zdarzało mu się porównywać sierść ucznia do piasku na plaży.
Na widok ciepłego uśmiechu w jego stronę, poczuł, jak jego serce na chwilę gubi rytm, nim niespodziewanie przyspieszyło swoją pracę. Nie rozumiał reakcji swojego ciała, więc chcąc to przeczekać, ruszył z dotychczasowego miejsca, lecz wtedy zdał sobie sprawę, że w jego głowie panuje pusta – nie wiedział, gdzie może się udać, ani w co łapy włożyć. Dlatego też zaczął się bezcelowo włóczyć po obozie, co pręgowany wykorzystał i w paru krokach dopadł Burzaka.
— Co u ciebie? — zapytał, lecz nie doczekał się odpowiedzi. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Zaklął w myślach, nie spodziewając się, że aż tak widać, że za dużo razy w swoim życiu już miał pod górkę – niemal za każdym razem, kiedy znany mu kot opuszczał świat żywych. Zacisnął szczękę, nie chcąc teraz wracać do tego myślami.
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź rozmówcy w tym jednostronnym dialogu, udał się do legowiska uczniów.
Ciężko westchnął, zostając samemu w miejscu, gdzie zatrzymał się, kiedy podszedł do niego kremowy. Czuł się kompletnie zagubiony w tym wszystkim, szczególnie gdy pojawiło się nowe, dotąd nieznane mu uczucie, którego się obawiał. Nie wiedział jak sobie z tym poradzić i jedynie pozostawały dwie możliwe opcje, które przychodziły mu do głowy. Wybrał tą, która wydawała się lepsza, bez mocno negatywnych skutków oraz wzbudzającą mniejsze podejrzenia, że coś jest nie tak.
Ruszył w stronę Skruszonego Drzewa z nadzieją, że zastanie zastępcę w legowisku lidera lub gdzieś w pobliżu i na szczęście spotkał dymnego, kiedy ten opuszczał wyższą kondygnację wieży.
— Zawodzące Echo — zaczął, zwracając uwagę rozmówcy.
— O co chodzi. Ten Klifiak już coś zrobił? — spytał, od razu przewidując najgorsze.
— Nie nie, to nie ma z nim nic wspólnego.
“No prawie.”
— A więc słucham.
— Przydzielisz mnie do większej ilości patroli?
— Przecież masz ucznia do wyszkolenia — zauważył niebieskooki. — Pokładam w tobie nadzieję z naprostowaniem Bursztynowej Łapy.
— Skoro o tym mowa, to nie jestem przekonany, bym podołał…
— Poczciwy Szakłaku, zostałeś wybrany jako mentor dla Bursztynu, gdyż uważam, że poradzisz sobie z tym oraz jesteś już gotowy, by wziąć pod swe łapy kolejnego ucznia — wyjaśnił dymny.
— No dobrze… A co do tych patroli, to może chociaż dasz mnie częściej na poranne i wieczorne? — zaproponował, mając nadzieję, że jakoś to ugra na swoją korzyść.
— Wezmę twoją prośbę pod uwagę.

«★»

— Poczciwy Szakłaku, Zawodzące Echo kazał Ci przekazać, że rano będziesz brać udział w patrolu z Cyklonowym Okiem, Złotą Wydmą i Bursztynową Łapą. — Wieści od dymnego przekazała mu Skrzydlata Płomykówka, kiedy tylko wieczorem wróciła do legowiska wojowników. Czarny skinął głową, mając zamiar udać się na zasłużony spoczynek po całym dniu.
“Spokojnie leżał, pogrążony we śnie, dopóki nie poczuł pod swym ciałem czegoś mokrego. Z niezadowolonym mruknięcie przebudził się, czując, jak jego ciała nadal wolałoby odpoczywać. Sennie spojrzał na źródło wilgoci, którym okazała się jakaś kałuża – początkowo uznał to za wodę, lecz zamarł, gdy do jego nozdrzy dotarł metaliczny zapach. Czuł, jak cały zamiera, uświadamiając sobie, że to wcale nie była woda, tylko czyjaś krew. W pierwszej chwili zaczął sprawdzać swoje ciało, czy przypadkiem posoka nie należy do niego, lecz na sobie nie znalazł żadnych obrażeń świadczących o możliwym wykrwawieniu się, patrząc na ilość szkarłatu pod swymi łapami.
Po chwili jego wzrok zaczął badać otoczenie, jakby z nadzieją, że wyjdzie wyjście z tego wszystkiego. Ruch ten jednak był błędem, gdyż wokół niego zaczęło majaczyć pięć sylwetek, których nie był w stanie rozpoznać w pierwszej chwili. Dopiero kiedy te podeszły bliżej mógł przypasować wygląd kotów do ich imion, które tak doskonale znał: bury pręgowany tygrysio kocur o zielonych oczach, srebrno-rudy kocurek z brązowymi ślepiami, kremowy bicolor, niebieska szylkretowa kotka oraz pomarańczowooki kremowy kocur z krótkim ogonem. Oni wszyscy byli doskonale znani kocurowi o oliwkowym spojrzeniu – każdy z nich w jakiś sposób był związany z nim, czy to często obecnością, czy więzami krwi.
Dopiero moment później uświadomił sobie, że spod łap każdego z nich biegnie stróżka krwi, która łączyła się w jedną całość pod nim samym. Jego oczy momentalnie zaszły łzami, nie chcąc przyjmować do wiadomości, że po kolei każde z nich umierało z jego winy. Chciał krzyczeć, wyć wniebogłosy z bólu, jaki rozdzierał jego klatkę piersiową od środka, lecz nim pierwszy dźwięk opuścił jego ciało, podłoże pod jego łapami nagle się zapadło, a on zaczął tonąć. Z niewyobrażalnym wysiłkiem zaczął młócić łapami w cieczy, chcąc wypłynąć na powierzchnię, lecz w zastraszającym tempie zaczął opadać z sił.
Już się godził z własną nieuniknioną śmiercią, kiedy nagle poczuł czyjeś zęby na karku, a w następnej chwili siłę, z jaką był wyławiany z cieszy. Biorąc przemoczonym i z trudem łapiąc oddech, uniósł spojrzenie na swojego wybawcę, a był nim Królicza Prawda. Kocur poruszał wargami, lecz Szakłak nie był w stanie nic usłyszeć, chciał nawet coś powiedzieć, lecz zamiast tego zaczął kaszleć. Lecz nie był to zwykły kaszel, gdyż ten składał się z płatków kwiatów.”

«★»

Po koszmarze, który zgotował mu umysł, nie był w stanie zmrużyć choćby oka na drobną chwilę. Obawiał się, że sen ten może zaliczać się do tych proroczych, czego zdecydowanie wolałby uniknąć. Wolał już nikogo z bliskich nie tracić, szczególnie kiedy koty te były wyjątkowo ważne dla niego i nie wyobrażał sobie dalszej egzystencji bez nich u boku.
Zmęczony, bez spokojnej nocy, opuścił legowisko wojowników wraz z pierwszymi promieniami słońca, które przebijały się przez niewielkie krzewy okrywające norę. Kiedy tylko łuny światła zaczęły muskać jego czarną sierść, przystanął na chwilę, szukając w swym umyśle miejsca, gdzie panował tak upragniony porządek i spokój. Pochłonięty tymi poszukiwaniami nawet nie zauważył, gdy przysiadł pod murem z krzewów pomiędzy jednym z tuneli a legowiskiem, które wcześniej opuścił. Nie zorientował się również, gdy dołączył do niego Gasnąca Łapa.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił. — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.
W pierwszej chwili zacisnął szczękę, przypominając sobie koszmar, który zapewne nie da mu spokoju przez kolejne dni, dopiero po chwili, kiedy zrozumiał, że kremowy ma rację, oparł czoło o jego brak z ciężkim westchnieniem. Może faktycznie potrzebował kogoś, kto zmusi go do podzielenia się tym wszystkim – odkąd Poczciwy Dziwaczek odszedł, niemal wszystko dusił w sobie.
— Nie zasługuje na ciebie… — wymruczał. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował, starając się psychicznie przygotować na to, co powie pręgusowi, choć akurat na to nie można być nigdy przygotowanym. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuje się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…

<Gasnąca Łapo, co powiesz na to wyznanie?>

Dla ciekawych znaczenie snu:
Na wstępie powiem, że nie znam się w żadnym stopniu na snach i wszystko to było brane z Internetu!

~ Znaczenie tonięcia~
Odzwierciedla przytłoczenie emocjonalne, stres i utratę kontroli nad własnym życiem lub konkretną sytuacją.
~Znaczenie kaszlu płatkami kwiatów~
Metaforyczny symbol, który zazwyczaj odnosi się do tłumionych emocji, niespełnionej miłości lub problemów z wyrażaniem siebie.

20 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość, pora nagich drzew

Ostatnia rozmowa z Dzikim Berberysem była… ciężka. Czarny nie angażował się w żadne polityczne kwestie w klanie – on nawet sam przez długi czas nie angażował się w klanowe życie, był niczym cień pozostałych Burzaków, nieobecny, grający jedynie tło dla pozostałych. Dopiero od niedawna powoli wracał do żywych i Rudzikowe Skrzydełko nie musiała go siłą wyciągać z legowiska. Zielonooki powoli zaczynał się udzielać, coraz częściej można było go spotkać poza ciemną norą, co zdecydowanie cieszyło pewną srebrną kotkę. Ruda, kiedy tylko miała okazję, to wyciągała Szakłaka i Płomykówkę na wspólne wyjścia poza obóz – starszy nie protestował, nieco podzielając radość młodszej, Płomykówka natomiast była w tym wszystkim jako przyzwoitka dla siostry, by ta nie zrobiła nic głupiego, ani nie męczyła nadto swojego przyjaciela.
Chyba każdy w klanie przywykł, że obowiązki Króliczej Gwiazdy tak naprawdę są wykonywane przez jego syna, Zawodzące Echo. Poczciwemu Szakłakowi to nie przeszkadzało – można, by rzec, że go ta kwestia nie obchodziła, dopóki koty nie zabijały się nawzajem na masową skalę. A to, że część kotów zmarła za kadencji czarno-białego lider, to nie jest czymś szokującym, przecież w innym klanach też zapewne dochodzi do morderstw, zdrad i tym podobnych. Może i to podejście robiło z niego mało empatyczną personę, jednakże dla niego najważniejsze jest, by mieć w tym szarym świecie jakieś swoje miejsce i nie umierać z głodu lub odwodnienia.
Nie zgłaszał żadnego sprzeciwu, kiedy to zastępca wyznaczył patrol z jego i Berberysu udziałem. Rudy od ich ostatniej konwersacji unikał starszego, co nie wzruszyło go w żadnym stopniu – nawet nie odczuł tej różnicy, zbyt przyzwyczajony do przebywania jedyne we własnym towarzystwie. Miał nadzieje, że ten patrol będzie przebiegać w spokojniejszy sposób niż poprzedni.
— Nadal uważasz, że Królicza Gwiazda słusznie postępuje i jego błędy powinny być wybaczane? — powiedział nonszalancko. — Minęło trochę czasu od naszej ostatniej, dość poważnej rozmowy… No i Klan Burzy stracił wiele dobrych wojowników, jak i kotów, które powinny zostać zauważone wcześniej. Tyle problemów i niedociągnięć… Czy zmieniłeś zdanie?
Poczciwy Szakłak jedynie pozwoli sobie na ciężkie westchnienie. Nie rozumiał tego młodego pokolenia, ciągle coś im nie pasowało, jakby nie mogli cieszyć się z tego, co cokolwiek mają. Wiedział, jak to jest stracić kogoś bliskiego, jednak, by od razu mieć problem do lidera?
— Berberysie, proszę Cię… Doskonale wiesz, że bardzo długo nie angażowałem się w życie klanu, z częścią spraw nadal nie jestem na bieżąco, więc nie będę się wypowiadać na temat lidera z uwagi na szacunek wobec starszych oraz kulturę. Jeśli szukasz, kogoś z kim możesz obgadywać rządy Króliczej Gwiazdy, to obecnie szukasz u złego Burzaka — oznajmił, a następnie przyspieszył kroku, uważając rozmowę za zakończoną.
Nie chciał być niemiły dla młodszego, lecz odnosił wrażenie, że tylko w ten sposób uświadomi kocura, że nie chcę poruszać tego typu tematów ani nie będzie się w nich udzielać z własnych powodów. Liczył, że rudy uszanuje jego zdanie i nie będzie próbował ciągnąć tej jednostronnej rozmowy – chciał we względnym spokoju odbyć patrol i wrócić do ciepłego legowiska. Już czuł, jak poduszki łap zamieniają mu się w jakieś mrożonki.

<Dziki Berberysie? Zlituj się nad starszym…>

03 maja 2026

Od Poczciwego Szakłaka

TW: depresyjne myśli

Ponure, mroźne dni szybko przeminęły na terenie Klanu Burzy, jednak chłód nadal utrzymywał się w sercu jednego z wojowników. Dotychczas tyle razy powstałe z popiołów zamieniło się w czysty lód, którego zdawało się, że nic nie roztopi. Wiatr wył, niczym z rozpaczy na otwartym terenie Burzaków, nie napotykając większych przeszkód aż do granicy z którymś klanem. Czarny kocur ciężko przemierzał tak dobrze znane tereny, na których już nie raz miał przyjemność polować samemu, czy też w towarzystwie już poległych pobratymców. Na każdym kroku otaczała go śmierć, nieważne z kim nawiązywał bliższą relację — ten kot kończył martwy. Poczciwy Dziwaczek? Nie żyje. Kołysankowa Łapa? Nie żyje. Słoneczny Fragment? Zapewne podzielił ich losy. Każdego dookoła niego spotkał jeden i ten sam koniec — śmierć. Był niczym żniwiarz stąpający pośród żywych, wysłannik wysyłający dusze na Srebrną Skórę.
Zdawać, by się mogło, że wszystko dookoła przemija, dni, pogoda, księżyce, przyjaciele, a on? Nadal jest taki sam, jak dawniej, stojąc w tym samym miejscu, jakby tego łapy niczym korzenie drzew były głęboko osadzone pomiędzy warstwami ziemi. Jedyne, co mógł robić to obserwować, jak wszystko się toczy dalej, ale bez niego, pozostawiając go daleko za sobą, w miejscu, gdzie nikt już nigdy nie wróci, nikt nie spojrzy, chociażby tęsknym wzrokiem. Może i było mu to pisane od początku i powinien się z tym już dawno pogodzić, jednak zawsze jakoś znajdował się cień nadziei, że coś w końcu może ulegnie zmianom — jednak te momenty szybko były obracane w proch, kiedy to kolejne bliskie mu koty opuszczały szarą rzeczywistość, w której on miał tkwić już wiecznie.
Sam nie wiedział, czemu pozwala sobie na ten malutki promyczek obietnicy na lepsze jutro. Czyżby nie zdążył się nauczyć już za pierwszym razem, kiedy to opuścił Poczciwego Dziwaczka, by jako pierwszy wrócić do obozu? Czemu tak bardzo trzymał się tego, co już na samym początku było jedynie nieosiągalnym marzeniem, które nigdy nie zostanie zrealizowane? Czy naprawdę liczył na to, że uda mu się przezwyciężyć fatum i dawno zaplanowany swój los przez Przodków? Dlaczego z tym walczy, zamiast się poddać i w ciszy niczym wieczny obserwator, przyglądać się, jak Gwiezdni kierują jego życiem? Czy marnowanie energii na jakikolwiek bunt było czymś opłacalnym? Przecież już trzy razy się przekonał, że wysiłki te spełzną na niczym.
Ciężko odetchnął, zatrzymując się nagle. Chłodny wiatr targał jego futro, niosąc zapach świadczący o jego obecności w stronę granicy z Klanem Klifu — w tamtym kierunku też po chwili skierował swój wzrok. Miejsce, do którego dotychczas tak często chodził, stało się teraz czymś, co wolał omijać szerokim łukiem, gdyż tak było łatwiej. Nie musiał ukrywać przed siostrą, że coś jest nie tak, nie musiał jej martwić swoim stanem — miała swoje życie w Klanie Klifu, a on swoje w Klanie Burzy. Może i dobrze, by było powiedzieć szylkretce o Słonecznym Fragmencie, lecz co konkretnego miałby powiedzieć? “Hej, Słoneczny Fragment zaginął i zapewne nie żyje”? Na samą myśl, że słowa te miałby opuścić jego pysk, pokręcił ciężko głową.
— Jakie to wszystko… męczące — mruknął pod nosem. Jego głos był zmęczony, niemal wyprany z jakichkolwiek emocji i zachrypnięty, jakby od paru dni nie wypowiedział ani słowa. Czy tak już zawsze to wszystko będzie wyglądać? Już nigdy nie poczuje tego dreszczu radości na myśl o spotkaniu Pchełkowego Skoku lub Króliczej Prawdy? Będzie po prostu egzystował w Klanie Burzy, trzymając się niezmiennej rutyny? Niepotrzebnie snuł chęci i marzenia o zaznaniu partnerskiej miłości i ciepła? Miał już na zawsze zostać marionetką w łapach Gwiezdnych i nieść ze sobą jedynie śmierć, zniszczenie i zagładę dla kocich istnień? Jednak, w takim razie, dlaczego nadal pozostawał w Klanie Burzy? Z ostatnim pytaniem w głowie chciał ruszyć dalej niczym ponury żniwiarz na swe plony, lecz zamarł w połowie kroku. Jego poświadomość przywołała w jego umyśle Barszczową Łodygę i dawną rozmowę z Zawodzącym Echem.
— Ach… Czyli dlatego… — stwierdził na głos, wznawiając swą wędrówkę. Tym razem, zamiast kierować się dalej przez równiny w stronę lasu Klanu Wilka, wykonał spory łuk, by zawrócić i ruszyć w stronę obozu Klanu Burzy. Po drodze upolował jakiegoś niewielkiego szaraka, który kompletnie wyczerpał w nim pokłady jakiejkolwiek energii i z jedną zdobyczą w pysku wkroczył do drugiego tunelu, znajdującego się w pobliżu Skruszonego Drzewa. Półmrok z otwartymi ramionami powitał kocura w swych objęciach, w których ten odetchnął, jakby z ulgą, mimo to nie zatrzymywał się i parł dalej do przodu, aż nie wyłonił się w obozie. Raptem wykonał parę kroków, a na swej drodze spotkał dymnego zastępcę, któremu skinął głową. Niewiele starszy od niego kocur wykonał podobny gest, nie zatrzymując się w drodze do legowiska Króliczej Gwiazdy.
“Zapewne będą omawiać kwestię nowych uczniów” — mruknął w myślach, przywołując w głowie obraz dwóch rudych kulek, które pomimo chłodu krzątały się czasem po obozie, korzystając z tego, iż ich matka, Pożarowa Łapa, nie poświęciła wystarczająco uwagi, by przypilnować swoje dzieci. Szakłak był niczym cień, przemykając pomiędzy kotami, więc nikt nie zwracał na niego większej uwagi i mógł w spokoju przyglądać się temu, co często działo się w sercu bezdrzewnej równiny, którą otaczał mur ostrych krzewów, uszczelniony patykami lub głazami.
Docierając do dwóch kamieni na środku obozu, dorzucił upolowanego szaraka do stosu, znajdującego się pod chłodnym przykryciem. Przy okazji wybrał sobie coś mniejszego na swój posiłek i z nową piszczką w pysku skierował się pod mur między żłobkiem a głównym tunelem, gdzie przestrzeń nie była niczym zagospodarowana, dzięki czemu miał niemal idealny widok na obóz oraz legowiska, które opuszczali wojownicy, uczniowie czy chorzy. Obóz tętnił życiem, jakby każdy wyczuwał w powietrzu nadchodzącą porę nowych liście, podczas gdy zielonooki wojownik o szacie czarnej niczym najgłębiej skrywany mrok w lisim sercu, obserwował to wszystko z kamiennym wyrazem pyska, którego nic nie mogło ruszyć. Cisza z jego strony była przerywana jedynie trzaskiem kości, dźwiękiem rozrywanych mięśni i ścięgien, kiedy to decydował się na zatopienie zębów w wybranej wcześniej piszczce. Zwierzę to już było dawno zimne i martwe, a życie na stałe opuściło ciało, które teraz służyło za pokarm Burzaka.

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Przeszłość, przed śmiercią Słonecznego Fragmentu

Pora nagich drzew powoli zbliżała się wielkimi krokami do terenów Klanu Burzy, jednak coraz to chłodniejsze porywy wiatrów na otwartych równinach nie zniechęcały do opuszczania obozu, szczególnie iż z każdym dniem będzie coraz mniej zwierzyny, a nadchodząca pora mogła okazać się zbyt sroga, by jakiekolwiek zwierzę wyszło z nory — chyba że w ostateczności, kiedy to głód sięgnie zenitu.
Czarny kocur dość żwawym krokiem przemierzał terytorium klanu, choć od jakiegoś czasu tego typu przechadzki miała w sobie drugie dno. Oprócz polowań zaczął się niemal dzień w dzień kręcić przy granicy z Klanem Klifu. Sam nie wiedział czemu, lecz za każdym razem jego krok od razu kierował się w tym, a nie innym kierunku — tłumaczył to sobie chęci spotkania siostry, szczególnie że ostatnio pojawił się u nich problem z mewami i obawiał się o szylkretkę. Jednakże kotka nie była jedynym powodem, dla którego tak często odwiedzał niewielki kawałek plaży, należącej do Burzaków. Pewien kremowy kocur nieco zawrócił mu w głowie, choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał, głównie z obawy, że i także jego straci. Wyglądało to trochę niczym zauroczenie od pierwszego wejrzenia, lecz Szakłak głęboko w duchu czuł kłującą zazdrość, kiedy musiał obserwować coraz to nowsze pary kochających się kotów w klanie. On też chciał tego zaznać, tego ciepła od partnera lub partnerki, czasu spędzanego razem — oczywiście lubił, kiedy to pewne dwie srebrne siostry uwzględniały go w swych planach, jednak uważał, że to nie było to samo.
Docierając do Kamiennych Strażników, czuł, jak jego łapy nieco się zapadając w złocistym piasku. To wystarczyło, by na jego pysku mimowolnie pojawił się lekki uśmiech — odkąd nieco więcej zaczął rozmawiać ze Słonecznym Fragmentem, zdawało się, że kocur zarażał go nieco swoim optymizmem i radością w życiu, gdyż zielonooki częściej się łapał na tym, jak jego mimika pyska samoistnie ulegała zmianie. Było to dla niego coś nowego, lecz w bardzo pozytywnym znaczeniu, w końcu miał wrażenie, że żyje tak, jak chcę, a nie jak mu ktoś to życie zaplanował. Z każdym krokiem w stronę granicy z Klanem Klifu, czuł, jak radość narasta — może i nie zawsze udawało mu się spotkać Pchełkowy Skok lub Króliczą Prawdę, jednak sam fakt, że mogą być gdzieś blisko, wywoływał u Burzaka coś nieopisanego.
Po chwili do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach Klanu Klifu oraz nuta słonego morza niesiona przez wiatr. Dzięki temu, że zefir pochodził z terenów Klifiaków, mógł po chwili wyczuć obecność jednego z nich — aż jego serce zabiło przez chwilę nieco szybciej. Po opanowaniu mimiki pyska machnął końcówką ogona i już znacznie spokojniej podszedł do granicy, aż jego oczom ukazała się sylwetka Klifiaka. Kremowe pręgowane klasycznie futro i biel pokrywająca jakoś połowę powierzchni ciała kocura było istnym przeciwieństwem czarnej jednolitej, przypominając bardziej samotny kamień na tle piasku, niżeli sam piasek, z którym nieco stapiał się w jedno pomarańczowooki.
— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — palnął bez większego namysłu.
“Głupi! Jak się nie spodziewałeś?! Przecież znajduje się przy granicy Klanu Klifu z Klanem Burzy…”
— Znaczy… Nie ważne… — mruknął widocznie speszony swoimi wcześniejszymi słowami.

<Królicza Prawdo? Zakop mnie pod ziemią…>

01 kwietnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Słonecznego Fragmentu

Czarny kocur przeciągnął się leniwie na swoim posłaniu, składającego ze zdecydowanie zużytego mchu, będący przyozdobiony był nielicznymi piórami, które wojownik osobiście znalazł w czasie patroli, spotkań z siostrą lub znacznie wcześniej stanowiły element legowiska, które zajmował jego zmarły mentor, Poczciwy Dziwaczek. Po burym mentorze pozostały mu właśnie upierzenie ptactwa, pierwszy człon imienia, który przejął niedługo po odejściu starszego na Srebrną Skórę oraz trójka potomstwa Słodkiej Dziewanny. Raczej unikał interakcji z Równonocną Łapą, Krokusową Kruchością czy Rybkową Łapa, która w dniu mianowania na wojownika opuściła klan — choć najbardziej unikał Krokus ze względu na to, że młodsza najbardziej przypomniała ojca, którego nie dało jej i rodzeństwu poznać.
Zmęczone ślepia o barwie zielonej, wpadające w oliwkowy odcień, prześledziły najbliższe otoczenie, podczas gdy reszta ciała pozostawała bezruchu, nawet boki wojownika unosiły się niemal niezauważalnie. Czuł, jakby ktoś stał całym swym ciężarem na jego płucach, powodując trudności z oddychaniem, będąc tak naprawdę skutkiem niewyleczonego kataru, który go dopadł pod koniec poprzedniego sezonu. Burzak był tak pochłonięty niemal całodniowymi wypadami poza obóz, że nawet nie potrafił zadbać o swoje zdrowie, z czego raczej Poczciwy Dziwaczek nie byłby zadowolony, gdyby nadal swymi łapami stąpał po tym padole. Sama myśl o byłym mentorze była nadal bolesna, przypominając o sobie niczym rwąca rana, która nie była w stanie zagoić się bez niepotrzebnych komplikacji. Kocur przymknął oczy, chcąc wziąć głębszy wdech, lecz jego obecny stan nie pozwalał na to, co wywołało grymas niezadowolenie na jego pysku.
W końcu wstał ociężale na zmęczone łapy, których kondycja w ostatnich księżycach podlegała pewnym wątpliwością, jednakże nie było co się dziwić, biorąc pod uwagę dotychczasowy tryb życia prowadzony przez wojownika. Niemal całodniowe wyjścia poza obóz sprawiały, że cudem było, kiedy Szakłak spożywał więcej niż jeden, dwa posiłki w ciągu dnia. Najczęściej kończyło się na tym, że wraz z zachodem słońca wkraczał do obozu, brak coś ze stosu, by następnie w ciszy i odosobnieniu spożywał zwierzynę.
Kiedy tylko upewnił się, że kończyny nagle się pod nim nie załamią, wykonał pierwszy krok w stronę wyjścia z legowiska. Głowę miał ciężko zwieszoną, co uwydatniało ruch łopatek, które groźnie na zmianę wyłaniały się na wysokości kłębu kocura. W tym czasie jego gęsty ogon opadał na ziemię, zostawiać po sobie smugę na podłożu, jednocześnie maskując ślady łap, które pozostawiał po sobie wojownik.
Posłanie Poczciwego Szakłaka było najbardziej oddalone od wszystkich, skryte w wiecznym cieniu nory, przez co zielonooki ze względu na swoje ciemne umaszczenie nigdy nie rzucał się w oczy wchodzących wojowników, niczym byłby łowcą, który z uwagą obserwuję ruchy zwierzyny. Jednym, co na pewno było widoczne, były jego zmatowiałe ślepia, często zwężone do cienkich szparek, jakby miały przeniknąć na wskroś duszę każdego Burzaka, który zawita akurat w legowisku. Z racji dość odosobnionej lokalizacji gniazda z mchu starszy musiał pokonać drogę pomiędzy legowiskami innych Burzaków, by dotrzeć do wyjścia spod ziemi. Słońce dopiero leniwie wspinało się na nieboskłonie, wydłużając cienie rzucane przez Skruszone Drzewo i zdrewniałe mury okalające obóz klanu. Kocur zastrzygł lewym uchem, by następnie skierować swoje kroki do legowiska medyków, które mieścił się w wieży, będącej niczym serce obozowiska, kiedy każdy w klanie mógł toczyć własne życie — zarówno te spokojne, jak i te mniej, bądź takie prowadził Szakłak, będące głównie tłem dla innych, stanem zawieszenia. Ciężkie westchnienie ponownie chciało opuścić jego płuca, jednakże zamiast niego wyrwał mu się nieprzyjemny kaszel, drapiący niczym ciernie w gardło. Na nieszczęście był już niemal przed wejście do leża medyków, także już po chwili przed oczami mignęła mu sylwetka jednego z trójki mieszkańców niższej kondygnacji wieży. Była to tylko chwila, lecz liliowa dymna sierść należała tylko do jednej medyczki — Wdzięcznej Firletki. Kocur raczej zbyt często nie zaglądał do trójki kotów dbających o cały klan, gdyż z reguły udawało mu się uniknąć chorób, jednak tym razem nie miał tyle szczęścia.
— Witaj Poczciwy Szakłaku. — Delikatny dźwięk głosu starszej skutecznie ściągnął myśli wojownika na ziemię. — Co Cię do nas sprowadza?
— Witaj Wdzięczna Firletko — powiedział słabo, dusząc kolejny napad kaszlu. — Coś mnie złapało w ostatnim sezonie i- — Nie dane było mu dokończyć, gdyż kocica uciszyła go ruchem ogona.
— Czemu nie przychodzicie od razu, tylko czekacie do ostatniego momentu? — spytała retorycznie, nie oczekując odpowiedzi od kocura, jednakże ten poczuł się jak ciężar dla kolejnego kota w klanie.
— Wybacz mi mojej głupoty, jednak… — zaczął, lecz dalsze słowa nie były mu w stanie przejść przez gardło, w dodatku choroba ponownie dała o sobie znać.
— Nie musisz się tłumaczyć. Wchodź, zobaczymy, co Cię złapało — wymruczała szylkretka, kierując się w głąb legowiska. Zielonooki po chwili wahania ruszył za nią, czując, jak jego nozdrza są atakowane przez intensywny zapach ziół panujący w legowisku. Nie rozglądał się zbytnio, zajął miejsce wskazane mu przez medyczkę, która niemal od razu przystąpiła do zadania kilku pytań oraz oględzin chorego. Kiedy tylko czarny odpowiedział na każde zapytanie, starsza ruszyła po odpowiednie zioła.
— To. — Wskazała łapą na ciemnoniebieskie jagody. — Na kłopoty z oddychaniem. — Kiedy tylko Szakłak przełknął owoce jałowca, Wdzięczna Firletka podsunęła mu mieszankę ziół. — A to na biały kaszel, dobrze, że chociaż z tym przyszedłeś wcześniej — dodała, czekając cierpliwie, aż grymas na pysku wojownika zniknie.
— Dziękuje Ci Wdzięczna Firletko, wiszę Ci zwierzynę — odparł, czując, jak gardło go nadal drapie, lecz w mniejszym stopniu niż wcześniej.
— Nie pogardzę — przyznała z lekkim uśmiechem. — Dbaj o siebie. — Kocur skinął głową, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, by następnie opuścić Skruszone Drzewo, lecz w połowie kroku zatrzymał go głos liliowej. — Wiem, że może być Ci ciężko po śmierci Poczciwego Dziwaczka i Kołysankowej Łapy, jednak pamiętaj, że oni nadal się z tobą. W sercu i na Srebrnej Skórze.

«★»

Przeszłość, rozmowa ze Słonecznym Fragmentem


Burzak spokojnie leżał w ciemniejszym zakamarku legowiska wojowników, będąc pogrążonym w myślach, które jeszcze bardziej spychały go w objęcia letargu, zawieszenia, które na nowo zaczęło powracać po śmierci Poczciwego Dziwaczka i nie dając spokoju, a nawet przybierając na sile po podobnej tragedii z Kołysankową Łapą. Z każdym dniem coraz bardziej balansował na krawędzi apatii a dalszych chęci do życia, choć coraz to więcej kotów z jego otoczenia zaczęło umierać przedwcześnie, jakby to on był problemem, to on ściągał na nich śmiertelny wyrok, pozbawiający ich ostatniego tchnienia w tej ponurej rzeczywistości.
Wojownik zapewne nadal, by przebywał w stanie podobnym do otępienia, lecz wtedy dość niespodziewanie podszedł do niego jeden z przewodników, a mianowicie Słoneczny Fragment, który był jego kuzynem, jednak przez więzy krwi. Kremowa sylwetka zdawała się być istnym promieniem słońca, który zawitał w półmroku zajmowanym przez zielonookiego. Jasna sierść niebieskookiego wyraźnie odcinała się na ciemnym tle, stanowiąc dobry kontrast. Jeszcze parę myśli przemknęło przez głowę starszego, nim jego uwaga skupiła się na delikatnym uśmiechu ze strony przewodnika i propozycji spędzenia czasu w tym małym gronie, za starych czasów. Pierwsze, co nasuwało się na język zielonookiego to odrzucenie oferty, jednak zawahał się — czy by na pewno warto było się odciąć od każdego? Przecież niedługo z jego rzeczywistości odejdzie także Barszczowa Łodyga i w sumie pozostanie sam w klanie, niczym samotne, konające drzewo, które ostatkiem sił jeszcze trzymało się w pionie, lecz każdy silniejszy podmuch sprawiał, że te wydawało z siebie przeraźliwe skrzypienie, poddając się zimnej sile.
— Czemu nie — odparł, czując istną suszę w gardle, które w ostatnich księżycach było tak rzadko używane, że zmieniało się w istne pustkowie. Po chwili podniósł się z dotychczasowego miejsca, dając niemy znak towarzyszowi, że będą opuszczać podziemne legowisko wojowników. Słoneczny Fragment nie protestował, nie mając powodu do tego — co innego Szakłak, który opuszczał posłanie, by wykonać minimum z możliwych w przypadku swoich obowiązków lub aby jeszcze potrwać w obecnym stanie, unikając śmierci głodowej, bądź spowodowanej odwodnieniem.
— To… Jak u ciebie Słoneczny Fragmencie? — zagaił, starając się udawać bardziej towarzyskiego, niż faktycznie było.

<Słońce? Może rozruszać swojego niemrawego “kuzyna”, nie pozwalając mu zapomnieć, że nie jest sam w klanie>

Wyleczeni: Poczciwy Szakłak (biały kaszel i kłopoty z oddychaniem)

23 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Berberysowej Łapy (Dzikiego Berberysu)

Przeszłość

Przez śmierć Kołysankowej Łapy przestał być jakkolwiek na bieżąco z wydarzeniami, które miały miejsca w Klanie Burzy. Dlatego też nie rozumiał zamieszania na polanie w obozie, kiedy tylko wrócić z tuneli — od jakiegoś czasu czuł, że wszystko idzie mu pod górkę, a on sam jest jedynie przeszkodą dla innych. Jak to było w przypadku przerwania treningu Berberysowej Łapie i Śnieżycowej Chmurze. W tamtym momencie chciałby się zapaść jeszcze bardziej pod ziemię.
Zmoczony machnął ogonem, widząc zgromadzenie wojowników wokół Ciernistej Łapy. Nie wiedział, o co tyle szumu, lecz w żadnym stopniu mu się to nie podobało, dlatego też miał zamiar po cichu wślizgnąć się do suchego legowiska, lecz jego uwagę przykuł ruch ze strony Berberysowej Łapy. Nie zagłębiał się w relacje rodzinne innych, jednakże z daleka można było wyczuć pewnego rodzaju napięcie między dwójką braci.
Woląc nie mieć na sumieniu kolejnego ucznia, ruszył za rudym kocurkiem, który szybkim tempem kierował się w stronę granicy z Klanem Wilka. Zdawało się, że próbuje od czegoś uciec, co znajduje się w obozie klanu. W końcu uczeń przystanął, co spowodowało także zwolnienie tempa przez czarnego wojownika, by finalnie spokojnym krokiem wyłonił się pośród traw i przysiadł obok młodszego, zachowując pewną odległość, by Szakłak nie wyszedł na nachalnego.
— Czy ty też zamierzasz zachwycać się wyczynem patrolu, na którym był Ciernista Łapa? — spytał starszego dość ostrym tonem, który według czarnego nie pasował zbytnio do Berberysa. Jeszcze nie zdarzyło mu się usłyszeć takiego tonu ze strony ucznia, który przecierał oczy łapą. Wojownik nie wnikał z jakiego powodu.
— A czy zrobił coś niezwykłego? Nie wiem jak ty, ale uważam, że nie ma co robić takiego zamieszania z powodu jakiegoś wyczynu patrolu. W końcu zapewne to, co zrobili, wpisuje się w nasze obowiązki — wyjaśnił. — Chociaż od śmierci Kołysankowej Łapy przestałem się interesować większością zbiegowisk na polanie i w sumie zacząłem się odsuwać od klanowego życia… — przyznał ciszej, spoglądając w burzowe niebo. Nie przejmował się ciężkimi kroplami, które rozbijają się o jego czarny pysk. — Podobno wielcy wojownicy powstają w cieniu, ciszy — dodał, kątem oka spoglądając na młodszego. — A bycie w centrum uwagi nie zawsze jest tak przyjemne, jak się zdaje.

«★»

Obecnie

Pora opadających liście w końcu nastała, lecz pogoda nadal była dość ciepła, co wywoływało lekkim grymas na pysku czarnego wojownika, kiedy tylko opuszczał legowisko, a słońce od razu zaczynało nie przyjemnie grzać jego ciemny grzbiet. Ciężko westchnął, mrużąc oczy przez zbyt jasne otoczenie, które było mocnym kontrastem dla legowiska wojowników, które mieściło się pod ziemią i światło tam docierało raczej umiarkowanie — a do posłania Szakłaka niemal wcale.
Machnął gęstym ogonem, by ruszyć w stronę Zawodzącego Echa, który rozmawiał z jakimś wojownikiem. Szakłak skinął mu głową, by następnie dopytać o przydział patrolu.
— Dziki Berberys i Przeplatkowy Wianek udadzą się z tobą na patrol granicy z Klanem Klifu.
Po tym zastępca wrócił do przerwanej rozmowy, a zielonooki oddalił się w poszukiwaniu dwójki kotów, które zostały przydzielone do patrolu. Niebieska szylkretka akurat kręciła się niedaleko, więc Poczciwy Szakłak od razu podszedł do niej, by przekazać przydział od Zawodzącego Echa. Gorzej było ze znalezieniem Dzikiego Berberysu, który nie był w polu widzenia czarnego kocura. W dodatku jego myśli kłębiły się wokół pytania, kiedy nastąpiło mianowanie Berberysowej Łapy. Czyżby aż tak odsunął się od klanowego życia, że już nawet przestał być na bieżąco z jakimikolwiek ceremoniami.

<Dziki Berberysie, kiedyś ty się mianował?>

22 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Pchełkowego Skoku

Pomimo przykrych wydarzeń u pewnego czarnofutrego Burzaka, ten nie miał serca odmawiać spotkań siostrze, szczególnie że zbyt długo między nimi była cisza i jedynym czasem, kiedy to mogli na spokojnie porozmawiać były zgromadzenia. Poczciwy Szakłak z każdym dniem czuł się coraz gorzej, lecz nie narzekał, w końcu nadal w Klanie Burzy miał jeszcze ojca i Słoneczny Fragment, będący w jakimś stopniu z jego rodziny.
— Jak to wyznać miłość? To do ciebie niepodobne. Pamiętam, jak byłaś taka nieśmiała, a tu proszę! — powiedział z lekkim uśmiechem na pysku, kiedy to do jego uszu dotarły słowa szylkretki. Cieszył się ze szczęścia siostry, niech, chociaż ona ma z życia, skoro po jego piętach depcze śmierć.
— Dużo się wydarzyło. Tawułowa Łapa niemal kończy trening, jestem z niej taka dumna... — zaczęła. — A ja jestem pełna nadziei, dla Klanu Klifu. Nadchodzą lepsze czasy, czuję to, Szakłaku! Bardzo żałuję, że nie możesz ze mną mieszkać w Klanie i cieszyć tym wszystkim. Spodobałoby Ci się, moglibyśmy codziennie rozmawiać i dzielić językami. Pokazałabym Ci moje ulubione miejsca — westchnęła.
— P-Pomyślałam... że jeśli teraz tego nie zrobię, t-to nigdy się nie o-odważę... — dodała, nawiązując do wyznania miłosnego.
— Wiem, też nad tym bardzo ubolewam. Barszczowa Łodyga nie młodnieje, więc niedługo pozostanę sam w Klanie Burzy, a mojej kochanej siostrzyczki nie będzie u mego boku — przyznał, opierając czoło o jej brak. — Jednakże cieszę się, że u ciebie dobrze oraz chcesz się na coś odważyć. W końcu mała Pchełka dorasta — dodał, podnosząc głowę, by spojrzeć w jej zielone oczy. Te były podobne to tych jego, lecz różnił je jeden ważny czynnik — szylkretka cieszyła się z życia, co było widać z daleka, a on? Ledwo udawało mu się ukrywać oznaki letargu, nie chcąc niepokoić Pchełki swoim stanem, jednakże zaniedbana czarna sierść i pusty wyraz oczu musiały się w jakimś stopniu rzucać, a już zwłaszcza na tle takiego promyczka słońca, jakim obecnie była Klifiaczka.
Kotka łagodnie patrzyła na brata, przez co mogła dostrzec w nich znaczną różnicę, która nastąpiła pomiędzy ich spotkaniami
— Najwyższa pora... prawda? Dorosnąć... — miauknęła cicho. — Nasz tata... Nie chcę go tracić. Ani Ciebie, n-nigdy. Ale wiem... że to n-nieuniknione — szepnęła cicho. — Czy... w tym Klanie Burzy wszystko w porządku? Macie... odpowiednio z-zwierzyny? Jesz jak trzeba? A tata?
— Szkoda, że mnie przy tym nie mogło być. Nasz ojciec na pewno jest z ciebie dumny — dodał, kładąc ogon na jej grzbiecie w geście wsparcia. — Raczej dobrze, choć w ostatnich księżycach nasi najmłodsi członkowie sprawiają niemałe problemy. Zwierzyna dopisuje, choć zdarza nam się natknąć na Dwunożnych przy wodzie, a o mnie nie musisz się martwić... Choć żałuje, że nie poznałem cię z moim mentorem... Ani uczniem…
Pchełkowy Skok sama widocznie posmutniała, jednak to nie stanowiło przeszkody, by okazać parę gestów, które miały podnieść kocura na duchu — co raczej było marną próbą, jednak liczą się chęci, co zdecydowanie Poczciwy Szakłak doceniał.
— Nie martw się tym, na pewno byli wspaniali — mruknęła. — Macie niegrzeczną młodzież? W Klanie Klifu z-zagrażają kotom mewy... A-Ale ja na siebie uważam! Więc nie m-musisz się martwić.
Spróbowała pokrzepić go krzywym uśmiechem. Ostatnie czego chciała to dokładać kocurowi zmartwień.
— Na pewno uważasz? Nie chciałbym i ciebie stracić... Kogo wtedy bym męczył lub witał z zaskoczenia na każdym naszym spotkaniu. Jeśli... jeśli będziecie działać coś z tymi mewami to... Obiecaj mi, że pozostaniesz w obozie, bezpieczna — powiedział ze słyszalną nutą twardości i braku możliwości sprzeciwu w danej kwestii. Przy czym skutecznie zmienił temat, woląc nie mówić o sobie i swoich problemach. Jemu wystarczało w zupełności, że to Pchełce się w życiu powodzi, on od zawsze grał jako tło.
— Obiecuję — miauknęła. — Zapewne i tak by mnie nie wzięli na taką misję...
— Dziękuję siostro. Nie umniejszaj sobie umiejętności, lecz oprócz ojca już w sumie nie mam nikogo. Matka to nie wiem nawet, czy żyje…

<Pchełkowy Skoku? Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa i następnym razem przyjdziesz cała>

11 marca 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Końcówka poprzedniego sezonu

Czy było mu ciężko niemal samemu w Klanie Burzy? Owszem. Zdawało mu się, że Przodkowie w jakiś sposób mszczą się na nim, jednakże powód pozostawał nieznany. Sam Szakłak nie wiedział czym sobie na to wszystko zasłużyć — zdawało mu się, że jedynie cudem jego umysł prawidłowo pracuje, ochraniając się od możliwego obłędu. Chociaż czy uważanie się za przyczynę śmierci aż dwóch kotów było oznaką szaleństwa? Czarny naprawdę tak uważał i z tego też powodu starał się jak mógł, unikając jakichkolwiek dłuższych kontaktów z obawą, że i na kolejnego Burzaka ściągnie niechybną śmierć. Najchętniej, by zapadł się pod ziemię lub odszedł z klanu, zrobiłby wszystko, aby uchronić pobratymców przed swoją personą. Myślał, że jeśli będzie większość dni spędzał w legowisku wojowników, to nikt nie znajdzie na niego czasu, jednakże nie wziął pod uwagę dwójki sióstr, a szczególnie jednej z nich, Rudzikowego Skrzydełka, która była niezwykle zawzięta, aby go gdzieś ze sobą wyciągnąć.
Srebrna dla niego była nieco niczym trajkotająca przeszkoda, niepozwalająca mu się oddać w objęcia marazmu. Nie wiedział, czy kotka robiła to specjalnie, czy po prostu martwiła się o jego stan, jednakże starszy zaczął być bardziej nerwowy i mniej cierpliwy, jakby próbował poprzez zmianę nastawienia odstraszyć niebieskooką. Jednakże i ta taktyka nie działa, więc kocur musiał co innego wymyślić i dość szybko mu się to udało — postanowił samotnie opuszczać obóz na niemal całe dnie. Wtedy też nikt nie miałby do niego pretensji, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, plus mógłby paroma piszczkami zrekompensować swoją pechową egzystencję w Klanie Burzy. Tym też sposobem rozpoczęły się jego codzienne zniknięcia z obozu, choć nie spodziewał się wtedy, że nawiąże jakąkolwiek znajomość, która nie będzie w obrębie Burzaków.

«★»

Czarny wojownik ciężkim, wręcz zmęczonym, zmarnowanym krokiem przemierzał granicę z Klanem Klifu. Otwarte tereny po stronie Klanu Burzy zdawały się tracić jakiś swój urok, kiedy Klifiacy mieli dostęp do morza, plaży, klifów i innych miejsc, skąd na spokojnie można było podziwiać, jak słońce powoli znika za horyzontem, sprawiając wrażenie, jakby tonęło w toni otwartej wody. Szakłak przysiadając parę długości lisa od granicy, skierował swój matowy wzrok w kierunku, w którym zawsze Burzacy zmierzali w czasie zgromadzenia na Bursztynową Wyspę. Nigdy niedane było mu zobaczyć wschód lub zachód słońca, gdyż kiedy docierali na miejsce, jasne niebo ustępowało Srebrnej Skórze, by Przodkowie mogli z uwagą ich obserwować w noc pokoju.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że oprócz niego w pobliżu ktoś jeszcze się znajduje — dopiero zbliżająca się sylwetka kremowego wojownika z Klanu Klifu, skutecznie ściągnęła jego myśli na ziemię. Wziął głębszy wdech, by sprawdzić, czy przez przypadek nie przekroczył granicy, nie wyczuwając wcześniej znacznika zapachowego, jednak nic takiego nie miało miejsca. Nieco nerwowo się rozejrzał dookoła, licząc na to, że Klifiak nie zmierza do niego, tylko do jakiegoś innego Burzaka, który musiał dołączyć do Szakłaka, kiedy ten myślami był gdzie indziej.
Na jego nieszczęście wszystko wskazywało na to, że kremus kroczy w kierunku granicy właśnie z jego powodu. Zauważając zmrużone oczy ze strony nieznajomego, zaczął się zastanawiać, czy przez przypadek nie wygląda jakoś podejrzanie lub gorzej, jednak był pewny, że jego pysk nie jest osnuty jakąkolwiek emocją. Wyglądał bardziej jak jakiś oderwany od rzeczywistości lub wyprany z emocji obserwator.
— Co się gapisz? — zapytał wprost, przechylając lekko głowę. — Czy to moje piękne, lśniące futro tak cię onieśmiela, czy jesteś niskich lotów szpiegiem? — prychnął.
W pierwszej chwili Burzak chciał zaprzeczyć twierdzeniu, że jest szpiegiem, jednakże jego chęci minęły się z celem, gdyż musiał stwierdzić, że on cały zdaje się oblepiony na tyle marazmem i letargiem na otaczający go świat, iż nawet otwarcie pyska i wypowiedzeniu paru słów stało się czymś zbyt wymagającym. Dlatego też w odpowiedzi jedynie spuścił wzrok, zastanawiając się jak przekazać inaczej wojownikowi, że nie stanowi żadnego zagrożenia dla niego.
— Głuchy jesteś czy niemy? — Padło kolejne pytanie, choć tym razem Klifiak otrzymał odpowiedź w postaci pokręcenia przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany. Szakłakowi zdawało się, że ten zaczyna być coraz bardziej być poirytowany jego obecnością.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał cicho, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, zbytnio nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili do niego to dotarło. Chciał jedynie potwierdzić słowa nieznajomego, gdyż jego samego czarne futro był matowe i mniej zadbane niż parę księżyców temu. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca, mając zamiar odejść, nim jeszcze bardziej się pogrąży w zażenowaniu.

<Klifiaku?>