BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 sierpnia 2020

Od Orlikowego Szeptu cd. Konwaliowego Serca

przed śmiercią Bluszcz

Orlikowy Szept spojrzał na pazuropodobną chmurę. Uśmiechnął się pod nosem. Rzeczywiście, biała, puchata struktura przypominała ostre pazury kota.
Konwaliowe Serce westchnęła.
- Pamiętam, jak wychowywali mnie Dwunożni do 6 księżyca. To były czasy... Ciepło codziennie, jedzenie pod nosem, piszczoty - uśmiechnęła się pod nosem medyczka, machając gęstym, czarnym ogonem.
- Urodziłaś i już zbiera ci się na wspominki? - zapytał się Orlikowy Szept. - Jesteśmy względnie młodzi. Pamiętam, jak rzucałem ze Słonikiem i Melodyjką kasztanami w Pląsającą Sójkę.
Kotka zaśmiała się.
- Nie gadaj? Serio to robiliście? - zapytała się z niedowierzeniem.
- Tak. Potem Koniczynka nas ukarała. Ojejku... Karne mycia. Bardziej dokładne niż zwykle. I potem przymusowe spanie przy jej ciele... Pamiętam to, jakby to się wydarzyło wczoraj - mówił biały, czując nostalgię. Cóż, dorastał i dużo czasu minęło od opuszczenia żłobka. Tyle rzeczy wydarzyło w międzyczasie... Aż trudno było w to uwierzyć.
- Chciałabym widzieć jej minę - uśmiechnęła się Konwaliowe Serce.
- Żałujesz opuszczenia obozu Dwunożnych? - zapytał się Orlikowy Szept. Nadal chciał znać każdy szczegół z dawnego życia medyczki. Początek swojego życia spędziła w zupełnie innym środowisku niż dzikie tereny kocich ziem. Wszelkie informacje na ten temat były cenne i wywoływały ciekawość w oczach wojownika.
- Wiesz co... Nie. Kiedyś nad tym myślałam i nie żałuję opuszczenia domu Dwunożnych. Mieszkają w takiej dużej norze zbudowanej z czegoś bardzo twardego, więc to nie jest ich obóz - tłumaczyła Konwaliowe Serce. - Zmieniłam otoczenie, bo wszystko tam przypominało mi o mamie. Należała kiedyś do jakiegoś kociego klanu i poszłam w jej ślady. Spotkałam Czaplą Gwiazdę... Znaczy Czapli Potok i tak tu trafiłam. - Kotka posmutniała. Nadal tęskniła za karmicielką. Orlikowy Szept znał jej ból, aż za dobrze. Sam względnie niedawno stracił mamę, więc wiedział, jaki ból sprawiało każde wspomnienie na temat utraconej osoby.
- Znam twój ból. Nawet nie wiesz, jak bardzo - skomentował cicho. - Ej, tamta chmura przypomina Narcyzowy Pył, nie uważasz? - zapytał się kotki, pokazując na kociopodobną chmurkę. Zmienił temat, aby nie drążyć nieprzyjemnej rzeczy.
- Gdzie? - zareagowała Konwaliowe Serce
- Tam. Oko, oko, długi i pusztysty ogon i tłuste, włochate dupsko - skomentował dla żartu. Niebieski od razu odpowiedziałby teatralnie wyćwiczoną reakcją.
Konwalia zaśmiała się ponownie.
- On nie jest taki gruby... Chociaż... Mógłby jeść mniej myszy, niż obecnie - miauknęła pogodnym tonem.
- Jak wrócimy, to wymyślę mu specjalną dietę. Będzie jadł tylko lawendę i stokrotki oraz... Pił wodę z mchu - ciągnął biały.
- Już widzę, jak przyjmuje twoje rady do serca - odpowiedziała Konwaliowe Serce.
- Co sprawiło, że chciałaś iść akurat z Czaplim Potokiem? Wiesz, nie mam nic przeciwko twojemu pobytowi w klanie, bo jesteśmy przyjaciółmi. Tylko po prostu... Gdybyś poszła w innym kierunku, mogłabyś trafić na Iglastą Gwiazdę i byłabyś w klanie wilka, gdzie żyje ten... Świt. Albo do klanu nocy. Coś... Tobą kierowało? - zapytał się Orlikowy Szept, ciekaw odpowiedzi medyczki.
<Konwaliowe Serce?>

Od Orlikowego Szeptu

Była spokojna noc, a spokojny blask srebrnej skóry objął Cętkowany Kwiat i Orlikowy Szept. Dwójka zakochanych w sobie spędzała ze sobą całą noc, zapominając o problemach i tkwiących w żłobku córkach Konwaliowego Serca. Najgorsze było za nimi. Mogli w końcu nacieszyć się sobą.
Biały wdychał zapach swojej partnerki i mruczał cicho. Czuł szczęście. Wszystko, co złe, odeszło w niepamięć. Żałoba po utracie Koniczynki zakończyła się, chociaż żal nadal gdzieś czaił się w sercu wojownika. Na razie cieszył się chwilą. Piękną, niezmąconą niczym negatywnym.
- Dziękuję ci za to, że jesteś - szepnęła bura, dotykając delikatnie nosem czubków uszu ukochanego. W odpowiedzi Orlikowy Szept zamruczał cicho i uśmiechnął się nieznacznie.
- Byliśmy sobie przeznaczeni - miauknął, wierząc w swoje słowa bardziej, jak nigdy dotąd.
Spędzili ze sobą noc. Nitk nie śmiał im przeszkadzać.
***
Do legowiska wojowników wszedł nierównym krokiem Lamparci Skok. Van stawiał niepewnie kroki, zataczając się raz prawo, raz w lewo, prawie wpadając na niezmieniony mech.
Orlikowy Szept zdziwił się, widząc stan brązowookiego. Lamparci Skok nigdy się tak nie zachowywał. Biały podszedł do dawnego mentora Bluszczowej Poświaty, chcąc dowiedzieć się, skąd takie nietypowe zachowanie u wojownika.
- Orlissek! Moldffo ty moaaaa - miauknął van dziwnym tonem. Słowa zlewały się w jedno. Można było je wychwycić i zrozumieć sens wypowiedzi kocura, lecz... Kto normalny tak mówi?
- Lamparci Skoku? Co się dzieje? - zapytał się Orlikowy Szept. Nieco zaniepokoiło go zachowanie wojownika. Z troski wolał upewnić się, że współklanowicz nie zrobi nic, co zagrozi jego zdrowiu.
- Deejjj pffyska, moldfooo moa. - Lamaprci Skok zbliżył swój nos do narządu węchu Orlikowego Szeptu. Biały odskoczył z obrzydzeniem. Nie kręciła go płeć męska, w żadnym wypadku. Co by pomyślała Cętka, gdyby zobaczyła ich razem obok siebie! Co za poniżenie... Wibrysy zadrżały mu ze wstydu, lekko pochylił głowę.
- Skąd u ciebie taki stan? Lamaprci Skoku, zostaw mój ogon! - Orlik trzepnął tylną łapą głowę nietrzeźwego kocura. Van przymilał się łbem do gęstej końcowki ciała syna Ostrzenia, mrucząc przy tym głośno i uśmiechając się głupio. Po otrzymaniu ciosu zaśmiał się głupio, charcząc przy tym jak stary lis.
- Ojfff, kosimentka dzsala! Ne bonsss taki styffny, Orlisssku. Isss do Jessyka i Zajęcccssej... Czy fftam Konfaliiii. - Lamparci Skok zaśmiał się znowu głupio, wymieniając imiona wszystkich medyków klanu. - Kosimentki mi deliii... Iii... Oeu, ale mne łeb boli.
- Zaraz się położysz. Powiedz, po co kocimiętka?! Dlaczego ci ją podali? - pytał się Orlikowy Szept. Chciał, nie, musiał poznać prawdę. Mentor Bluszczowej Poświaty należał do dosyć przebojowych i żywych kotów, ale nigdy nie nadużywał ziół medyków. Bez powodu branża lecznicza nie podałaby takiej ilości roślin zwykłemu wojownikowi bez potrzeby. A może... Brązowooki wykradł zapasy?
- Nosss, ne pfytaaaj i ne ksz... Ksz.. Ksyc taak. - Nietrzeźwy kocur usiadł na swoim legowisku. - Bluffsc ne żyffje i kosssimentka mnffe ratueee...
Orlikowy Szept zamarł. On mówił prawdę? Nie, to niemożliwe. Bluszczowa Poświata udała się na polowanie i wróciła. Przecież wyczuwał jej zapach. Nadal intensywny.
- Ha, nie gadaj. Ona nie żyje? Byłeś z nią na polowaniu? - pytał się, z każdym słowem czując się mniej pewnie.
- Taaag... Tjagggg... Taaakkh - próbował dobrze wymówić jedno słowo Lamparci Skok. - Lifsyyy joom zaglyssly. I to wissalem. Źleeesssee sss tym cfulem... I Jessyk dfall mi kosimentke... Dufso.
Orlikowy Szept zamilkł.
Stracił kolejnego członka rodziny. Najpierw ojciec, potem Motylek... Następnie Koniczynka, a teraz Bluszczowa Poświata. Słonik uciekł, a Mniszkowy Kwiat nadal pozostawała wrogo nastawiona do niego.
Stracił najbliższą rodzinę. Całą.
Zacisnął zęby. Nie czuł smutku. W jego wnętrzu coś się zagotowało. Gniew. Wściekłość. I żal. Wysunął pazury i wbił je w ziemię. Poruszył łapą do tyłu, zostawiając w ziemi kilka prostych szram. Z każdą minutą docierało do niego to, co się wydarzyło.
Negatywne emocje w nim narastały, dusząc go od środka. Oddychało mu się ciężej. Widział mroczki przed oczami, drżał zagniewany. Futro napuszyło się.
- NIEEEEEE - zdołał tylko wykrzyczeć. Nie wytrzymał. Musiał się wyżyć. W jakikolwiek sposób. Bluszczowa Poświata zginęła. Kolejny członek jego rodziny.
Nie myślał trzeźwo. Zaślepiły go emocje.
Do legowiska weszła Mniszkowy Kwiat, którą od razu Orlikowy Szept uraczył wściekłym spojrzeniem. Zupełnie do niego niepodobnym. Pełnym nienawiści.
- Ojej, co się dzieje z moim głupiutkim braciszkiem? - zapytała się kąśliwym tonem calico. Uśmiechnęła się z drwiną
- TWOJA SIOSTRA ZDECHŁA. ROZSZARPAŁY JĄ LISY - krzyknął Orlikowy Szept. Nie umiał odpowiedzieć inaczej. Puściły mu nerwy. Chciał tylko spokoju, a druga siostra nie poprawi sytuacji, a tylko ją zaogni. NIE PRÓBUJ PYSKOWAĆ, GÓWNIARO. NISZCZYŁAŚ JĄ! - dodał, wybiegając z legowiska i zostawiając Mniszkowy Kwiat sam na sam z nietrzeźwym Lamparcim Skokiem.
Wybiegł z obozu, po drodze wpadając na wracającego z patrolu Narcyzowy Pył.
- Orliczku! Morduchno moja! Jak ja się cieszę, że mnie tak witasz od progu! Też się stęskniłem, ale ty pewnie bardziej za mną i moim pięknym futrem, i wspaniałymi oczami, i mądrością, i opowieściami o mamusi... - wymieniał niebieski kocur.
- ZOSTAW MNIE, TY NARCYZOWA KUPO FUTRA - odpowiedział głośno mentorowi, odepchnął go i kontynuował bieg.
Nie czuł zmęczenia. Nadal buzowały w nim gniew i wściekłość. Złość nie do opanowania. Krzyknął już na dwie osoby, mimo wszystko ważne dla siebie. Jednak to za mało... Chciał widzieć na swoich pazurach krew.
Znalazł po drodze uciekającą mysią matkę z młodymi. Od razu skoczył i złapał w swoje sidła małego gryzonia. Kilkoma energicznymi pacnięciami połamał kręgosłup myszy. Wbił w nią pazury i zdarł z niej skórę. Poczuł metaliczny zapach krwi, a pazury i część futra zabarwiła się na czerwony kolor.
Pozbawił życia kolejne stworzenie w swoim życiu. I to nie w celu przyniesienia go do klanu, żeby powiększyć zasoby żywnościowe. Zabił, ponieważ musiał się wyżyć. Dla własnej przyjemności.
Wstał. Gniew powoli w nim opadał. Docierało do niego zmęczenie i prawdziwe uczucie, które skrywał po utracie siostry: smutek. Zwyczajny smutek. Taki sam, a nawet głębszy, niż po śmierci Koniczynki.
Spojrzał na pokiereszowane ciało myszy. Pozbawił nieświadomą istnienia istotę.
Odszedł w milczeniu. Ze spuszczoną głową powrócił do obozu. Po drodze zostawiał swoje ślady. Powoli zaczynał padać deszcz, zbierało się na kolejną burzę podczas Pory Nowych Liści. Krople spadały na grunt, macząc przy okazji futro Orlikowego Szeptu.
Tego delikatnego i ciapowatego wojownika.
Tego samego, który po prostu sobie żył w najspokojniejszym klanie w lesie.
Tego samego, który myślał, że jego życie w końcu się ustabilizowało.
Powrócił do obozu, spotykając się z niezrozumiałymi spojrzeniami. Klan słyszał jego krzyk i ból w nim zawarty. Zauważyli plamy krwi na jego łapach, prawie wymyte przed spadające krople deszczu. Gdzieś z boku Lamparci Skok wymiotował przez nadmiar kocimiętki. Mniszkowy Kwiat po raz pierwszy od dawna patrzyła na brata ze... Współczuciem? Narcyzowy Pył milczał.
Wszyscy milczeli. Nawet ci gadatliwi.
Wszedł do legowiska i położył się. Zaczął płakać. Łzy leciały mu ciurkiem z oczu.
Bluszczowa Poświata naprawdę nie żyła. Stracił siostrzyczkę, niepewną siebie. Małe, chodzące cudo. Optymistkę, mimo wielu niepewności. Już nigdy nie spojrzy w jej oczy, już nigdy nie powie jej zwykłego "Kocham cię", już nigdy...
- Orliku? Wszystko dobrze? - usłyszał głos Cętkowanego Kwiatu. Bura kierowała się ku leżącemu białemu. Zadrżał. Chciał odegnać ją od siebie krzykiem, bo cierpiał. Wolał robić to w samotności, dlaczego? On sam tego nie wiedział
- Nie... Nie zbliżaj się... Nie... Będę krzyczał... Obrażę cię, a... Nie chcę już nikogo stracić. Tym bardziej ciebie - powiedział, zamykając oczy. Czuł kolejne łzy, cisnące mu się do oczu.
Cętkowany Kwiat nie odpowiedziała nic. Milcząc, usiadła przy partnerze i wtuliła się w jego futro. Po prostu przy nim była.
Orlikowy Szept trwał tak w całkowitym milczeniu przez długie godziny, nie chcąc nic jeść ani pić.
***
Zostanie ojcem. Ojcem jak Ostrzeń, już dawno martwy.
Nie czuł nic. Zamiast radości spotkał w swoim sercu ból, bo utracił siostrę, z którą nie zdołał się pojednać.
Nie czuł nic. Tylko ból. I przemożną chęć zostania w jednym miejscu na zawsze.
Spojrzał oczami na swoją wybrankę serca, śpiącą tuż przy nim. Współczuł jej kolejnych miesięcy. Będzie nosiła w swoim ciele małe kocięta.
Jego dzieci, których tak bardzo nie chciał, chociaż zapewne będzie musiał się przekonać.
Już nic go nie obchodziło.
Klanie Gwiazd, gdzie twoja wielka sprawiedliwość, którą opiewają medycy?


Od Stokrotki Cd Konwaliowego Serca

*trochę dawno*
Stokrotka przed sobą zobaczyła dziwne koty. Nie ruszały się, nic nie mówiły, tylko leżały. Nie usłyszała nawet ich oddechu. Pustymi oczami spoglądały na niebo.
- Ciociu Konwalio, co im dolega? - miauknęła mała niebieska koteczka, wskazując na trupy kotów.
- Ich się nieda-a uleczyć... Odeszły z tego świata. Polują z Klanem Gwiazdy. - jęknęła ,,ciocia".
- Ale-e ciocia Cętka mówiła, że każdą ranę da się uleczyć.
- Jej nie o to chodziło. Nie ma lekarstwa na śmierć. Chodźmy. - mruknęła Konwalia powoli wstając z ziemi.
- Jak dorosnę to je wynajdę. I dlaczego Cętkowany Kwiat płacze?
- Cioci umarła bardzo bliska osoba... Jej matka. - odpowiedziała łaciata koteczce.
- Mama? Pójdziemy do mojej mamy? Pewnie bardzo tęskni...
Konwaliowe Serce głęboko westchnęła.
- Może jutr-rto? - mruknęła smutno. - Możemy pozbierać kwiatki i nauczyć się trochę podstawowych ziółek.
- Dobrze ciociu.
****
- Co to za roślinka? - zamruczała Stokrotka pokazując na polance czerwony kwiat.
- Zobaczymy, przynieś.- miauknęła ciotka.
Niebieski kociak pobiegł po mak. Ostrożnie oderwał kwiat. Stokrotka położyła czerwony kwiat przed medyczką.
- To mak. Widzisz te nasionka? Łagodzą ból psychiczny. Pozbierajmy te rośliny. Ty pójdziesz tam, a ja tam. Tylko uważaj, bo tam są kolce.
Córka Konwaliowego Serca pokiwała głową.

****
Miała już dużo tych kwiatków. Zobaczyła jeszcze jedną, piękną roślinę. Wystarczyło tylko kilka kroków, by do niej dotrzeć. Niestety, od niebieskiej odgradzały go kolce. Wielkie kolce.
Pomyślała, że może uda jej się przez nie przejść. Myliła się. Niechcący nadepnęła przednią łapą na jeden. Zawyła z bólu.

<Konwalio?>

Od Cętkowanego Kwiatu Cd Orlikowego Szeptu

Przed narodzinami Nocy, Burzy i Stokrotki. Przepraszam że tak późno i za gniotka.
-Właściwie to pytanie... Konwaliowe Serce ostatnio dziwnie się zachowuje. Czy... Mówiła ci o jakiś problemach? Wiesz... To nasza przyjaciółka i powinniśmy się o nią wspólnie zatroszczyć, by nam nie padła za szybko. Każdy medyk jest cenny dla klanu - powiedział.
- Mieliśmy tę chwilę spędzić razem, a ty ciągle o Konwalii. Konwaliowe Serce to, Konwaliowe Serce tam to...Wiesz co?! Jak jak ją tak kochasz to do niej leć. No już! - fuknęła Bura wojowniczka. 
- Ale...Cętko, przysięgam na Klan Gwiazdy...Ja jej nie kocham!
- Ta, na pewno.Ale i tak jest już dawno zajęta.-
Zobaczyła na twarzy białego wielkie zdziwienie.
- On-na jest za-ajęta? Przecież...Przecież jest medyczką. Dlatego wychodzi z obozu?
- O wielkie zdziwienie. Myślałam że się domyślisz. -miauknęła Cętkowany Kwiat, skrobiąc pazurem w śniegu. - Złamała jeszcze kodeks wojownika. Jest z wojownikiem Klanu Wilka. No i jeszcze wpadła. Nie wiem, dlaczego się nie domyśliłeś. No teraz jak już wiesz to idź się z nią pożegnaj. Ja już idę. Żegnam.
- Cętko nie idź jeszcze. Ja naprawdę kocham tylko ciebie.
*****
- Tak tęskniłam... Chciałbyś zobaczyć te kociaki? - zamruczała wesoło. 
Orlikowy Szept skinął głową.
Oboje wyszli z legowiska wojowników.
- To Stokrotka, a to Burza - powiedziała wesoło, przedstawiając dwie niebieskie kotki.

<Orlik? Kończymy>

Od Czermieniowego Gniewu cd Szkarłatnego Mrozu

Miał dość. Rzucił się na brata i dał mu po pysku, by tylko przestał mu śpiewać te idiotyczne bzdury! Czy nie rozumiał prostego słowa, oznaczającego "nie"? Zaczął przyduszać go mchem, który napatoczył się po łapę. Chciał by zdechł i dał mu w końcu spokój. Niestety nie mógł urzeczywistnić marzenia, ponieważ w legowisku przebywali inni wojownicy, w tym również zastępca tego rybiego klanu. Widząc więc jak niektóre koty zaczynają się przebudzać i patrzyć na nich, zaprzestał próby zamordowania brata i wrócił na swoje legowisko. Szkarłatny Mróz zaczął charczeć i łapać z ulgą powietrze. Niech lepiej uważa. Przynajmniej to całe duszenie, dało mu kilkadziesiąt uderzeń serca spokoju. Czemu tylko tyle? Bo brat oczywiście wrócił z tym swoim smutnym wyrazem pyska, jakby oczekując że go przeprosi.
- Idź spać - warknął tylko zamykając oczy. 
Jak nie on, to inny wojownik uświadomi temu mysiemu móżdżkowi, by kładł się spać. 
***
- Wiesz. Ja też nie cierpię Szkarłata. Ma taką rudą, obrzydliwą sierść. Czemu to jeszcze chodzi po tym świecie? - Tak... była to Nornicowa Łapa, która po kilku księżycach milczenia, wróciła do plotkowania, tuż przy jego uchu.
Jak nie Szkarłat to ona. Ta cała zgraja coraz bardziej go wkurzała. 
- O nie... idzie tu - Na jej słowa uniósł głowę. 
Rzeczywiście. Kocur kierował się tutaj z dziwnym wyrazem pyska. 
- Czemu nic nie mówiłeś? - zaczął.
- Nie zbliżaj się do mnie ty ruda kupo! - syknęła na niego uczennica.
- Co? 
- Słyszałeś! Czemu w ogóle z tobą nadal rozmawiam? Jesteś poniżej mojej godności, hmpf! - Szybko odwróciła się w stronę czarnego, trącając go łapą. - A ty co? Będziesz z nim gadał? Lepiej się odsuńmy, bo zarazi nas tą swoją głupotą.
Cóż... Musiał przyznać chyba po raz pierwszy, że kotka miała rację. Chciał wstać i udać się za nią z dala od tego wypierdka sowy, gdy nagle zmienił zdanie, widząc jego szeroki uśmiech. Czy on... nie! Szybko skrócił dystans pomiędzy bratem i go popchnął.
- Ej! Za co? - zapytał zdziwiony zachowaniem czarnego.
- Wybij sobie z tego pustego łba, to co właśnie pomyślałeś! - warknął na niego.
- A co pomyślałem? Ach... tak! Już wiem! W końcu pora nowych liści... ptaszki śpiewają...
- Żadne ptaszki nie śpiewają debilu! - Chciał dać mu po pysku, ale ten szybko odskoczył w bok.
- Oj... no nie bądź taki. Gdybym wiedział, co się między wami święci, dałbym wam więcej przestrzeni. 
Czuł jak gniew rośnie w jego wnętrzu. 
- Wcale. To. Nie. Tak. Jak. Myślisz! - wysyczał, próbując zapanować nad chęcią, wgryzienia się mu w kark.
- Jeszcze się tłumaczysz! - wykrzyknął - Ojej, jak ci sierść podeszła czerwienią. To rumieniec, czy... - Nie dokończył, bo Czermień rzucił się na niego z pazurami. - A tak... - kontynuował brat leżąc pod nim - Chcesz się przed nią popisać! No dalej! Pokaż swoją siłę samca alfa! Bitwa o kotkę, to coś co każda panna by pragnęła. 
Gniew w nim wrzał coraz bardziej i bardziej. Powstrzymał się jednak od uduszenia, zabicia, rozerwania drania, tylko przez to co powiedział. Nie chciał robić wrażenia na Nornicy, ani sprawdzić tej teorii, że po walce przykleiłaby się do niego bardziej. Zeskoczył z niego i ruszył nad wodę, aby ochłonąć. Rudy jednak nadal próbował go chyba zdenerwować, bo gdy tylko znalazł się przy rzece, ten wskoczył do niej z radosnym chlupotem. Czermień nadal gorejący z furii, zamachnął się łapą i chlusnął mu wodą w pysk. Nie spodziewał się tego, co nastąpiło później.

<Szkarłat?>

Od Potrójnego Kroku cd Słonecznego Zmierzchu

- Dzień dobry - przed legowiskiem rozległ się czyjś głos.
Podirytował się, bo co chwilę ktoś do nich zaglądał. Co tak nagle wszyscy zaczęli chorować? Powinni lepiej pilnować swojego zdrowia, a nie tak się narażać. Przez te wizyty, zmuszeni byli z Fasolkową Łapą, chodzić prawie codziennie po zioła.
- Czego?! Nie widzisz, że jestem zajęty?! - powiedział wkurzony Potrójny Krok.
To była już faza końcowa, miał to co chciał stworzyć, a tu oczywiście jakiś idiota włazi i zawraca głowę. Jak dobrze, że miał pod łapą Fasolkową Krzywice, która wyszła na spotkanie pacjentowi i za niego zajmie się całą sprawą. No... Tak przynajmniej myślał.
- Ugryzł mnie szczur - powiedział Słoneczny Zmierzch do niego.
Westchnął. No cóż... Może uznał, że jego uczennica jest za głupia lub mało wie o schorzeniach, że zwrócił się z tym do niego? Musiał przyznać, że nieco to połechtało jego ego. Bycie kimś ważnym... to było coś co zawsze mu się podobało. A jako medyk wiedział, że nadejdzie dzień, w którym to wszyscy, absolutnie wszyscy będą go pytać o rady i pomoc. W końcu był łącznikiem z Klanem Gwiazd. Dziadek nie dostawał snów tak często jak on. To było bardzo wyróżniające i chyba nigdy nie zmieniłby zdania, aby zostać wojownikiem. Nigdy. Zwłaszcza, gdy widział ile razy ktoś przychodził do niego z jakimiś urazami. Niedługo wszyscy doczekają się paskudnych blizn, a on? On będzie zawsze piękny i młody. 
- Właź! - rozkazał liliowy, zbierając już ze sterty korzeń łopianu. 
Ostatnio dużo kotów padało ugryzieniom szczurów. Tak jakby miały gdzieś tu swoje gniazdo i próbowały ich przegonić. Jak dla niego dziadek powinien coś z tym zrobić i wytłuc szkaradstwo. Tylko przynosi problemy i zero z nich pożytku. Nie zdziwiłby się, gdyby również przenosiły jakieś nieznane dotąd choroby.
Wojownik wszedł do środka, rozglądając się zaciekawiony po otoczeniu. Widział pierwszy raz jego jaskinie czy co? Chociaż kto go tam wie... 
- Siadaj - powiedział, wskazując ogonem na legowisko. 
Szybko obejrzał ranę na karku i kazał Fasolkowej Łapie przerzuć łopian na papkę. Ta zrobiła to, a następnie podała mu specyfik na liściu. 
- Będzie szczypać, więc mi tu się nie rozbecz - ostrzegł i wysmarował tym ranę. 
Powinno starczyć. Był już chyba specem od leczenia szczurzych ugryzień.
- Jakby nadal cię bolało to przyjdź. I pod żadnym pozorem tego z siebie nie zmywaj, ani nie naruszaj rany. A teraz sio - Machnął ogonem, wyganiając kocura na zewnątrz.

<Słoneczny Zmierzchu?> 

Od Potrójnego Kroku cd Miedzianej Iskry

- Dzień doobry! – zawołała, zanim weszła.
– Czego?
– Tu Miedź – miauknęła.
Potrójny Krok obserwował jak kocica wchodzi i zaczyna rozglądać się po jego jaskini. Najwidoczniej zainteresowały ją ptasie czaszki, umieszczone w różnych kątach.
– Jeju, Trójko, skąd ten ponury wystrój wnętrza?
Chciał, aby kotka przeszła do sedna. Właśnie coś testował, więc nie był w humorze na odwiedziny. Rzucił jej ponaglające spojrzenie.
– Przyszłam, bo podczas polowania zrobiłam coś sobie w tylną łapę – I tu pomachała prawą nogą przed cętkowanym – no, i tyle. A teraz powiedz mi, do czego te czaszki?
Usiadła wygodnie jak u siebie, owijając łapy ogonem. 
Liliowy zamruczał coś pod nosem i wskazał jej, aby usiadła na posłaniu. Jak już kiedyś wspominał, krew trudno domyć. Nie chciał przecież chodzić po tak zasyfionej ziemi, bo jeszcze coś by załapał. 
- Wybacz - Miedziana Iskra szybko przeniosła się we wskazane miejsce, nadal oczekując na odpowiedź.
- To moi przyjaciele - w końcu wyjawił, oglądając jej łapę.
Tak... Musiała w coś depnąć i się skaleczyć. Krew już nieco zaschła, ale wolał ranę jeszcze oczyścić. Złapał w pysk mech nasączony wodą i zaczął obmywać zranienie.
- Przyjaciele? - Wojowniczka wyglądała na zdziwioną. 
- Mhm. - mruknął pod nosem, kierując łapy w stronę ziół i pajęczyn, upuszczając mech na ziemię. - Są znacznie lepsi.
- Pod jakim względem? 
Potrójny Krok rzucił jej dziwne spojrzenie. 
- Pod względem takim, że nigdy mnie nie zawiodą, nie złamią kodeksu i nie opuszczą, przez głupie kocięta, ponieważ są martwi - prychnął. - A teraz unieś łapę. - Zaczął nakładać na nią papkę, która zapobiegnie zakażeniu, a całość przykleił pajęczyną. 
- A co z...
- NIE WYPOWIADAJ JEJ IMIENIA! - uniósł się, machając nerwowo ogonem, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie.
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy. 
- Jak sobie radzi, Fasolkowa Łapa? - zapytała po chwili, chcąc zmienić temat.
- Dobrze. W szponiasty księżyc będzie mianowana. - powiedział tylko. - Jeśli to wszystko, to możesz już iść. Postaraj się jak najmniej stawać na łapę. - powiedział kierując kroki w stronę kory, na której wznosił się mały kopczyk czerwonego proszku. 
Miedziana Iskra zauważyła to i z ciekawością podeszła, by lepiej się przyjrzeć.
- Nad czym teraz pracujesz? 
Trójłapy westchnął. 
- To substancja, która natchniona mocą Klanu Gwiazd, będzie ratowała kocięta przed zbyt wczesnym zgonem. Zastosowałem prototyp na Maluszku i jak widać do dziś żyję, co jest cudem. - wyjaśnił. - No i chcę ją wykorzystać też do rytuału. Jednak ta wiedza jest przeznaczona dla medyków, więc nie mogę zdradzić ci szczegółów. 

<Miedziana Iskro?>

od Rosy C.D Zimorodka

Co tu robić, co robić! Mama uczyła ją, że nie ładnie jest gryźć i być niemiłą dla innych kotów. Ale braciszek... On potrzebował wsparcia! Co byłaby z niej za siostrzyczka, nie udzielając go mu? Westchnęła ciężko, po czym spojrzała na wyraźnie zaskoczonego kocura.
– Baldzo pana pseplasam – wysepleniła, a następnie podeszła do niego i niepewnie ugryzła go w stopę. Ciężko było powiedzieć, jak smakowała. Głównie czuła futro, trochę piachu. Była dość twarda, jednak to pewnie dlatego, że ząbki koteczki jeszcze nie były powodem do chwały. Bluszczowy Poranek zaczął delikatnie poruszać łapami, próbując się oswobodzić.
– Ej, ej, przestańcie, no już... Skończcie! – W jego głosie słychać było niezadowolenie. Rosa, jak na zawołanie, zaprzestała ataku. W końcu skoro obcy kocur o to prosił, to trzeba wykonać jego prośbę.
– Nie, Losa, glyś! – usłyszała braciszka, który niezaprzestawał ataku. Wydawało mu się, że ma nad "przeciwnikiem" przewagę, prawda jednak była taka, że Bluszcz nie chciał mu zrobić krzywdy.
Szylkretka westchnęła cicho.
– B-baldzo pseplasam. – I znowu wgryzła się w jego stopę. Jeśli miała wybierać między Zimorodkiem, a tym wielkim kocurem, to przecież oczywiste, że wybierze Zimorodka. Nie przyszło jej nawet do głowy, że mogłaby sama zdecydować, co robić w takiej sytuacji. Skoro ktoś jej coś kazał, jej obowiązkiem było go posłuchać i być grzeczną. Nawet, jeśli to wiązało się z gryzieniem po łapach.
– Ej! Dajcie spokój! Berberys!
Słysząc imię rodzicielki oba kociaki stanęły dęba i puściły nieszczęśnika. Maluchy nie były takie zaraz głupiutkie i wiedziały, że kocur zamierza poskarżyć na nie mamie, która w tej chwili wstaje i wychodzi z legowiska. Rosa przełknęła ślinę.
– I co teraz? – zapytała cichutko Zimordka. Ten nagle rozpromienił się. 
– W nogi! – krzyknął, wystrzeliwując przed siebie. Koteczka niewiele myśląc zrobiła to samo. Wszystko, byleby nie wykład od mamy!

< Zimorodku?> 

Od Miodowej Łapy C.D Mokrej Gwiazdy

Och, gdyby tylko Miodek rozumiała, co tutaj zaszło. Kotka była jednak równie zdezorientowana, co zatrwożona. Emocje wzięły nad nią taką górę, że nawet przestała zwracać uwagę na deszcz, którego przecież tak nie cierpiała. Teraz znaczenie miał tylko jej mentor, który najwidoczniej jakimś cudem wstał z martwych. Czy była to kolejna klanowa sztuczka? Jakiś dziwny wymysł, o którym żyjąc tutaj tyle księżyców, zwyczajnie nie słyszała? Co to wszystko miało znaczyć.
Pociągnęła nosem, próbując uspokoić płacz.
– J-jak ty... Ty byłeś... – próbowała skleić sensowne zdanie, jednak na ten moment cokolwiek poza dukaniem i obrażaniem tego mysiego móżdżka było nazbyt wymagające. Po cichu liczyła nie tak szybko otrząsnąć się z szoku, wiedziała bowiem, że kiedy już to zrobi spłonie ze wstydu. Niecodziennie przecież okazywała względem Mokrego jakiekolwiek emocje, a co dopiero troskę. Jeszcze pomyśli, że jej zależy. A co gorsza, będzie miał rację. 
– To taka liderowa "sztuczka" – zaśmiał się, dość niezręcznie, jakby sam próbował rozluźnić lekko atmosferę. Teraz zależało mu tylko na tym, aby uspokoić młodą. Jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie. – Mamy po dziewięć żyć, Miodowa Łapo. Zostało mi jeszcze siedem – wyjaśnił. W tym momencie kremowa poczuła, jak przypływa do niej gwałtowna fala złości. 
– I m-m-mówisz mi to dopiero teraz?! – krzyknęła, zaskakując kocura. Jej ocsy wciąż lśniły od łez. – Myślałam, że umarłeś. M-myślałam... – Ponownie się rozpłakała, czując się, jak bezsilny kociak. Uch, jakie to wszystko jest głupie. Jakie bez sensu...
– No już, Miodowa Łapo... – kocur dźwignął się do niej i położył głowę na jej karku, w czułym geście. – Już jestem. Już wszystko dobrze, słyszysz? 
Normalnie pewnie odepchnęłaby go i zaczęła krzyczeć, co on wyprawia. Teraz jednak odsunęła się delikatnie, aby się odwrócić i sama wtulić w jego bok. Wówczas zdała sobie sprawę, jak dawno nikogo nie przytulała. Ostatni raz pewnie był gdzieś za kociaka, gdy jeszcze mieszkała u swoich dwunożnych. Pociągnęła nosem, powtarzając sobie w duchu, że już wszystko dobrze. Gdzieś za nimi rozległy się kolejne pioruny, które ją otrzeźwiły. Nie byli tutaj bezpieczni, burza przecież nie minęła.
– P-powinniśmy iść... – szepnęła, nie ruszając się jednak z miejsca. – Boli cię?

< Mokra Gwiazdko? uwu> 

Od Ostowej Łapy (Bociana) CD. Konwaliowego Serca

Konwaliowe Serce skinęła głową, zgadzając się z nim.
— Masz wiedzę.
Uczeń nie odpowiedział. Głupi nie był, ale nie tylko o to chodziło. Lekcje z Pszczółką w żłobku zrobiły swoje, znał podstawowe właściwości ziół, potrafił je też wyszukać po zapachu albo samym wyglądzie. Pierwszy raz miał jednak okazję zajmować się chorym kotem, to go tylko nakręcało. Bocian ruszył do kępki ziół, wyjmując z niej jagody jałowca. Ostrożnie je zaniósł do asystentki medyka. Trochę mu przypominała Bazylię.
— Dziękuję, Ostowa Łapo. — Konwaliowe Serce zdecydowanie za dużo się uśmiechała.
Biały kocur przysiadł obok niej, przyglądając się czujnie jak zajmuje się chorym pobratymcem. Zamierzał to zapamiętać. Kto wie, kiedy to może mu się przydać, do jego i tak dużego doświadczenia. Storczykowej Łodydze ciężko się oddychało. Kocur leżał jak długi na posłaniu z mchu, walcząc o każdy dopływ powietrza.
Lisiak skrzywił się, gdy kocur nie chciał dać sobie pomóc. Mianowicie zjeść jagody jałowca, podsunięte mu pod sam pysk przez Konwalię. Wreszcie biały nie wytrzymał. Siłą wepchnął mu medykament, pilnując by na pewno przegryzł, zanim połknie. Storczykowa Łodyga posłał mu niepewne spojrzenie, ale przynajmniej zioło powinno zadziałać.
— Mogłeś trochę delikatniej. — miauknęła do niego Konwaliowe Serce.
Kocur wzruszył ramionami.
— Sam nie chciał otworzyć gęby, skunksi zad.
Dalej wszystko potoczyło się szybko. Stokrotkowa Łodyga musiał został na dokładnej obserwacji, co w skrócie oznaczało, że będzie się lenił na mchu, zamiast brać się za obowiązki, a Konwaliowe Serce jeszcze mu podsuwać co jakiś czas wodę i zioła. Bocian zdecydowanie nie mógłby być medykiem. Nie był na tyle delikatny i spokojny. Przynajmniej za takich postrzegał uzdrowicieli. Wolał być wojownikiem i walczyć. Jednak do ziół też go ciągnęło, dlatego dobrze, że mógł się ciągle dowiadywać o nich czegoś nowego.
— Osecie kochaniusi! Twój mentor cudowny cię szuka!
Westchnął niezadowolony, wbijając pazury w ziemię, gdy głos Narcyzowego Pyłu rozległ się przy wejściu. Nie lubił swojego nowego mentora, ale musiał go ktoś nauczyć technik Klanu Burzy. Zauważył rozbawione spojrzenie Konwaliowego Serca.
— Możesz jeszcze kiedyś do mnie zajrzeć, jeśli będziesz czegoś potrzebował.
— Zajmij się tą wronią strawą. — ogonem wskazał na Storczyka. — Jesteś niezła.
Po tych słowach skierował się do wyjścia, szybko je przekraczając i gotowy syczeć na tego durnia, gadającego do myszy ze sterty.


<Konwalio? Możemy już w tym momencie zakończyć sesje, chyba, że chcesz jeszcze odpisać? Dziękuję za lekcje :3>