BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diane Elizabeth Montclair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diane Elizabeth Montclair. Pokaż wszystkie posty

19 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane długo czekała na chwilę, w której wreszcie będzie mogła przekroczyć próg domostwa i zobaczyć ogród nie przez szybę, lecz z bliska, jednak kiedy Celestyn w końcu zgodził się jej towarzyszyć, ogarnęło ją uczucie tak silnego podekscytowania, że przez moment niemal zapomniała o wszystkich naukach Sycylii dotyczących spokojnego zachowania. Zatrzymała się przy drzwiach, spoglądając na ojca z szeroko otwartymi oczami, a jej ogon poruszał się lekko za plecami, zdradzając radość, której nie potrafiła już całkowicie ukryć.
— Gotowa? — zapytał Celestyn, dostrzegając jej niecierpliwość.
Diane natychmiast wyprostowała grzbiet.
— Tak, tato. Oczywiście.
Celestyn odpowiedział jej ciepłym spojrzeniem, po czym uniósł głowę i wydał z siebie kilka donośnych, przeciągłych miauknięć, które poniosły się po domostwie, odbijając się cicho od ścian. Nie minęło wiele czasu, nim zza drzwi dobiegł odgłos zbliżających się kroków, a chwilę później pojawiła się przed nimi jedna z Wyprostowanych.
Łysa dłoń sięgnęła do klamki i powoli uchyliła drzwi, lecz ku zaskoczeniu Diane nie zrobiła miejsca, by mogła przejść. Zamiast tego wielkie, pozbawione futra dłonie wyciągnęły się w jej stronę i po chwili objęły jej drobne ciało, unosząc ją z ziemi z zaskakującą łatwością. Palce zacisnęły się ostrożnie wokół jej boków, a długie opuszki przesunęły się po kremowym futrze.
Diane zesztywniała.
Jej uszy przylgnęły lekko do głowy, a serce przyspieszyło, gdy nagle znalazła się wysoko ponad podłogą, całkowicie pozbawiona możliwości decydowania o tym, dokąd zostanie zabrana. Przez krótką chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, co właściwie się dzieje. Czyżby jednak nie mogła wyjść? Czy Sycylia zmieniła zdanie i poleciła Wyprostowanym zatrzymać ją w środku?
Niepokój zacisnął się w jej piersi niczym cienka obręcz.
Spojrzała na Celestyna, szukając w jego pysku odpowiedzi, lecz ten zachował spokój. Zamiast protestować, kilkakrotnie miauknął do Wyprostowanej, a następnie wykonał łapą kilka wyraźnych gestów, wskazując najpierw na Diane, później na drzwi i wreszcie w kierunku ogrodu. Wyprostowana odpowiedziała krótkim skinieniem głowy, jakby dopiero teraz zrozumiała, dokąd ojciec zamierza zabrać córkę.
Dopiero wtedy dłonie rozluźniły uścisk.
Diane ponownie poczuła pod łapami podłoże, a jej ogon drgnął nerwowo, gdy odsunęła się o krok. Wciąż nie była pewna, co właściwie zaszło, lecz Celestyn najwyraźniej zauważył jej zaniepokojenie.
— Jesteś jeszcze dość młoda i po prostu się o ciebie martwią — wyjaśnił spokojnie. — Nie chcieliby, żebyś się zgubiła.
Diane skinęła głową, choć dopiero po chwili jej mięśnie zaczęły się rozluźniać. Spojrzała ponownie na uchylone drzwi, za którymi czekał nieznany dotąd świat, i tym razem nie zatrzymało jej nic.
Kiedy przekroczyła próg, natychmiast otoczyło ją ciepłe, letnie powietrze, zupełnie inne od tego, które wpadało do wnętrza przez okno. Pachniało nagrzaną ziemią, świeżą trawą i kwiatami, których woń do tej pory docierała do niej jedynie jako odległa, delikatna nuta.
Diane zrobiła pierwszy krok na zewnątrz.
Ogród okazał się znacznie większy, niż sobie wyobrażała.
Z okna widziała przede wszystkim plamy zieleni i barwne skupiska kwiatów, które zlewały się ze sobą w jeden malowniczy obraz, lecz teraz każdy fragment tego widoku zdawał się posiadać własne życie. Źdźbła trawy kołysały się łagodnie pod wpływem wiatru, drobne liście drżały na cienkich łodyżkach, a pomiędzy nimi kryły się niewielkie kwiaty o płatkach tak delikatnych, że Diane przez chwilę bała się nawet zbliżyć łapę.
Nad wszystkim rozpościerało się intensywnie błękitne niebo, którego barwa wydawała się jeszcze głębsza niż ta widziana zza szyby.
— Och... — wyrwało jej się cicho.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— Chyba rozumiem, dlaczego tak bardzo chciałaś tu przyjść.
Diane nie odpowiedziała od razu. Powoli ruszyła przed siebie, pamiętając o obietnicy złożonej matce, by uważać na każdy krok. Z początku stawiała łapy ostrożnie, niemal przesadnie, lecz po kilku chwilach jej spojrzenie zaczęło wędrować od jednego miejsca do drugiego, chłonąc każdy szczegół.
Najbardziej przyciągnęły ją kwiaty.
Przykucnęła przy niewielkiej kępce, pochylając głowę tak nisko, że jej wąsy niemal dotknęły płatków. Z bliska dostrzegła cienkie żyłki przebiegające przez ich powierzchnię, drobne krople rosy ukryte pomiędzy listkami oraz różnice w odcieniach, których nie sposób było zauważyć z okna.
— Tato, spójrz — powiedziała z zachwytem. — Z daleka wyglądały zupełnie inaczej.
Celestyn podszedł bliżej i spojrzał na roślinę.
— Bo piękno rzadko pokazuje wszystko od razu. Czasem trzeba się zatrzymać i przyjrzeć mu dokładniej.
Diane zapamiętała te słowa.
Przez kolejne chwile chodziła po ogrodzie u boku ojca, co jakiś czas zatrzymując się przy kolejnych roślinach. Celestyn nie poganiał jej ani nie próbował kierować jej uwagą, pozwalając, by sama odkrywała to, co najbardziej ją interesowało. W pewnym momencie Diane dostrzegła grupę żółtych i białych kwiatów rosnących obok siebie, a w jej oczach natychmiast pojawił się ten sam blask, który pojawiał się zawsze, gdy zaczynała coś tworzyć.
— Mogłabym z nich zrobić bukiet — powiedziała cicho.
— Mogłabyś — odparł Celestyn. — Ale najpierw zastanów się, dlaczego właśnie te chciałabyś ze sobą połączyć.
Diane przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, pochylając się nad kwiatami tak, jakby próbowała dostrzec w nich coś więcej niż tylko piękne barwy. Przyglądała się, jak żółte płatki łagodnie przechodzą w biel, jak cienkie łodyżki poruszają się przy każdym powiewie wiatru i jak pomiędzy liśćmi tańczą drobne plamki światła.
— Chyba... chciałabym, żeby wyglądały radośnie — powiedziała w końcu, nie odrywając wzroku od roślin. — Tak, jak ten dzień.
Celestyn uśmiechnął się lekko.
— W takim razie nie wybieraj ich tylko dlatego, że dobrze do siebie pasują. Wybierz te, które potrafią powiedzieć dokładnie to, co chcesz przekazać.
Diane uniosła głowę, a jej oczy rozbłysły jeszcze mocniej. Nigdy wcześniej nie pomyślała o kwiatach w ten sposób. Do tej pory widziała w nich przede wszystkim kolory i kształty, które można było połączyć w piękną kompozycję, teraz jednak zaczynała rozumieć, że każda z tych roślin mogła stać się też częścią czegoś znacznie bardziej osobistego.
Ostrożnie wyciągnęła łapę w stronę jednego z kwiatów, lecz zatrzymała ją tuż nad płatkami.
— Nie zerwę ich dzisiaj — zdecydowała po chwili. — Najpierw chciałabym zapamiętać, gdzie rosły.
Celestyn spojrzał na nią z wyraźnym zadowoleniem.
— To dobry początek.
Diane uśmiechnęła się lekko, po czym wtuliła się w ojca. To był najwspanialszy dzień jej życia! Kto wie? Może następnym razem będzie mogła dzielić go również z Sycylią, Ateną i Onufrym?

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane ruszyła w stronę miejsca, w którym najczęściej przebywał Celestyn, choć tym razem jej kroki były nieco szybsze niż wcześniej. Starała się jednak panować nad własnym pośpiechem, pamiętając o słowach Sycylii, która zawsze powtarzała, że nawet największe podekscytowanie nie powinno odbierać kotce gracji ani rozwagi.
Celestyn siedział w szerokiej smudze światła, która wpadała do wnętrza przez częściowo odsłoniętą szybę.
Diane zatrzymała się kilka kroków od ojca.
Przez krótką chwilę po prostu mu się przyglądała. W jego spokojnej sylwetce było coś, co zawsze pomagało jej zebrać myśli, dlatego nie czuła przy nim tego samego napięcia, które towarzyszyło jej rozmowom z Sycylią. Mimo to chciała odpowiednio dobrać słowa. W końcu prosiła go o coś, na czym naprawdę jej zależało.
— Tato?
Celestyn odwrócił głowę, a na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Tak, Diane? Chciałaś ze mną porozmawiać?
Diane podeszła bliżej, wskoczyła na parapet i usiadła przy oknie. Przez moment patrzyła przez okno, pozwalając, by widok ogrodu ponownie pochłonął jej uwagę. Z tej perspektywy nie mogła dostrzec wszystkich szczegółów, które tak bardzo ją ciekawiły, lecz właśnie przez to jej wyobraźnia pracowała jeszcze intensywniej.
— Rozmawiałam z mamą — powiedziała w końcu. — Chciałam poprosić ją, żeby wyszła ze mną do ogrodu, ale odmówiła. Powiedziała, że najpierw powinnam zająć się swoimi obowiązkami i nauczyć się panować nad tym, jak bardzo chciałabym tam pójść.
Celestyn przyjrzał jej się uważnie.
Diane opowiedziała mu o rozmowie z Sycylią znacznie spokojniej, niż początkowo zamierzała. Nie chciała, aby zabrzmiało to tak, jakby skarżyła się na matkę. Wprost przeciwnie — rozumiała jej argumenty i sama przyznawała, że były rozsądne. Mimo wszystko gdzieś pod tym zrozumieniem kryło się rozczarowanie, którego nie potrafiła całkowicie ukryć.
Celestyn dostrzegł je bez trudu.
— Rozumiem, że mimo wszystko nadal bardzo chciałabyś zobaczyć ogród.
Diane skinęła głową.
— Tak. Szczególnie teraz, kiedy wiem, że jeszcze nigdy naprawdę go nie oglądałam. Mogłam jedynie patrzeć przez okno i zastanawiać się, jak wyglądają te wszystkie rośliny z bliska.
Jej wzrok znów powędrował ku szybie.
Tym razem jednak nie ograniczyła się do podziwiania barw. Próbowała wyobrazić sobie fakturę liści pod łapą, zapach ziemi rozgrzewanej przez słońce oraz chłód rosy, która z pewnością wciąż kryła się w cieniu. Wydawało jej się, że ogród ma własny świat, zupełnie inny od tego zamkniętego w ścianach domu, i właśnie ta myśl budziła w niej największą ciekawość.
— Chciałabym też spróbować stworzyć własny bukiet — dodała po chwili. — Nie wiem jeszcze, czy potrafiłabym dobrać pasujące do siebie kwiaty, lecz chciałabym spróbować.
Celestyn przez moment milczał.
— W takim razie tym bardziej powinnaś zobaczyć go z bliska.
Diane uniosła głowę.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
Celestyn wstał, lecz zanim zeskoczył z parapetowej półki, jeszcze raz spojrzał przez okno.
— Jeśli chcesz nauczyć się sztuki, musisz najpierw nauczyć się patrzeć. A tego nie da się zrobić wyłącznie przez szybę.
Te słowa wydały jej się niezwykle trafne. Jeżeli naprawdę chciała kiedyś tworzyć, musiała nauczyć się dostrzegać to wszystko.
Diane podniosła się.
— Tylko mama powiedziała, że najpierw powinnam wykonać swoje obowiązki.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— I w tej kwestii ma całkowitą rację. Nie zamierzam namawiać cię do ich zaniedbania. Zajmij się tym, co do ciebie należy, a kiedy skończysz, możemy wyjść.
Diane poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej piersi.
Nie chciała okazać przesadnego entuzjazmu, zwłaszcza po rozmowie z Sycylią, dlatego jedynie skinęła głową, choć końcówka jej ogona zdradziła ją, poruszając się z ledwie powstrzymywaną radością.
— Dobrze, tato. Postaram się wszystko zrobić jak najlepiej.
— Wierzę w ciebie.

18 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Kotka znalazła Sycylię niedługo później, kiedy ta zajmowała się porannymi obowiązkami, porządkując rzeczy pozostawione w domostwie i doglądając wszystkiego z tą samą starannością, z jaką zwykła podchodzić do każdego szczegółu codzienności.
Diane przez moment nie odzywała się, obserwując matkę z lekkim wahaniem. Wiedziała, że przy Sycylii powinna szczególnie uważać na sposób, w jaki się zachowuje, ponieważ matka przywiązywała ogromną wagę nie tylko do słów, które wypowiadała, lecz także do postawy, gestów i sposobu poruszania się.
Kremowa koteczka odruchowo wyprostowała więc grzbiet i uniosła głowę nieco wyżej, a następnie ruszyła w stronę matki spokojnym, miarowym krokiem. Starała się, aby jej ogon nie zdradzał podekscytowania, choć trudno było jej całkowicie ukryć drżenie końcówki.
— Mamo? Jeśli nie przeszkadzam, chciałabym o coś zapytać.
— Nie przeszkadzasz.
Sycylia przyjrzała jej się nieco dokładniej, jakby próbowała odgadnąć powód tej ostrożności.
— Zastanawiałam się... czy zechciałabyś wyjść ze mną do ogrodu? Oczywiście, jeśli masz czas.
Sycylia przerwała wykonywaną czynność i powoli zwróciła głowę ku córce. W jej spojrzeniu nie było jeszcze ani zgody, ani odmowy; jedynie spokojne zainteresowanie, które sprawiło, że Diane niemal natychmiast wyprostowała grzbiet i bardziej świadomie ułożyła łapy przy sobie.
— Do ogrodu?
— Tak, mamo.
Diane odpowiedziała niemal natychmiast, lecz zaraz potem zamilkła, jakby przypomniała sobie, że Sycylia nie przepadała za zbyt pochopnymi reakcjami. Wzięła więc spokojniejszy oddech i pozwoliła, aby między nimi zapadła krótka cisza, podczas której z zewnątrz dobiegł cichy śpiew ptaka. Głos niósł się przez uchylone okno, mieszając się z delikatnym szelestem liści poruszanych porannym wiatrem.
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
Diane spuściła wzrok, czując, że jej początkowa pewność siebie zaczyna powoli znikać. Jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że wystarczy poprosić, a potem wraz z matką będzie mogła przejść przez próg i wreszcie zobaczyć z bliska wszystko to, co od wczoraj przyciągało jej uwagę. Teraz jednak przypomniała sobie, że Sycylia lubiła znać powód każdej decyzji, zwłaszcza jeśli dotyczyła ona czegoś, co wymagało odłożenia codziennych obowiązków.
— Chciałabym spędzić z tobą trochę czasu poza domem. Wczoraj ogród wydał mi się wyjątkowo piękny i pomyślałam, że dobrze byłoby zobaczyć go z bliska, szczególnie teraz, kiedy rośliny tak bujnie rosną — odpowiedziała, po czym w jej oczach pojawił się cieplejszy blask. — Zauważyłam też kilka kwiatów, które mogłyby dobrze wyglądać w bukiecie…
W miarę jak mówiła, Diane zaczęła odzyskiwać odrobinę śmiałości.
— Bukiet?
— Tak. Pomyślałam, że mogłabym zrobić coś dla ciebie i Celestyna, jeśli nie mielibyście nic przeciwko.
Na pysku Sycylii pojawił się cień uśmiechu, tak subtelny, że Diane niemal mogła pomyśleć, iż tylko jej się przywidziało.
— To bardzo miły pomysł, Diane. Doceniam, że chciałabyś zrobić coś własnymi łapami.
Sycylia na moment umilkła.
— Nigdy wcześniej tam nie byłaś?
Diane pokręciła głową.
— Nie, mamo.
— Więc wszystko, co tak cię zachwyciło, widziałaś tylko przez okno?
— Właśnie dlatego jestem taka ciekawa, jak ogród wygląda naprawdę. Z daleka kwiaty wydają się niemal jednolitą plamą barw, a chciałabym zobaczyć ich płatki, liście i wszystkie drobne szczegóły.
W jej głosie pojawiło się coś więcej niż zwykła ciekawość. Było w nim szczere zauroczenie, którego nie próbowała już ukrywać.
— Rozumiem więc, że bardzo zainteresowałaś się ogrodem.
— Od wczoraj trudno mi przestać o nim myśleć.
— I dlatego chciałaś wyjść od rana?
Diane poczuła lekki wstyd.
— Tak... chyba rzeczywiście. Przepraszam, mamo.
Sycylia westchnęła cicho, lecz w jej głosie nie było gniewu. Przeciwnie, kiedy odezwała się ponownie, jej ton stał się nieco łagodniejszy.
— Nie przepraszaj za samo zainteresowanie czymś pięknym. Cieszę się, że dostrzegasz urok natury i że budzi ona w tobie chęć tworzenia. Musisz jednak nauczyć się panować nad własnym entuzjazmem. To, że czegoś pragniesz, nie znaczy, że powinno wydarzyć się natychmiast.
Diane skinęła głową.
— Rozumiem. Najpierw powinnam pomyśleć o swoich obowiązkach.
— Właśnie tak. Obowiązki nie stają się mniej ważne tylko dlatego, że za oknem czeka coś ciekawszego.
Diane zerknęła mimowolnie w stronę okna.
— Widzę jednak, że bardzo chciałabyś tam pójść.
— Tak — przyznała Diane cicho. — Ale nie będę nalegać, jeśli uważasz, że to nie jest odpowiednia pora.
Sycylia uśmiechnęła się delikatnie.
— I dobrze, że przyszłaś zapytać.
Diane podniosła wzrok.
— Czy to oznacza, że mogę?
— Nie.
Nadzieja, która pojawiła się w oczach Diane, zgasła równie szybko.
— Nie chcę, żebyś odebrała moją odmowę jako karę. Nie zrobiłaś niczego złego. Ogród jest piękny, ale trzeba uważać na rośliny, błoto, owady, a przede wszystkim pamiętać o właściwym zachowaniu.
Diane słuchała w skupieniu.
— Rozumiem. Jeśli kiedyś pozwolisz mi wyjść, postaram się zachowywać tak, jak należy.
— Tego właśnie oczekuję.
— Będę chodzić spokojnie i uważać, gdzie stawiam łapy. Jeśli będę chciała coś obejrzeć albo dotknąć, najpierw zapytam.
Sycylia skinęła głową.
— I pamiętaj, że dobre maniery nie zostają za drzwiami. Nawet wśród kwiatów powinnaś mówić spokojnie, zwracać uwagę na innych i panować nad swoim podekscytowaniem.
— Postaram się, mamo.
Mimo odmowy wciąż czuła lekkie rozczarowanie, które zacisnęło się gdzieś pod jej sercem niczym cienka nić. Nie zamierzała jednak pozwolić, aby przesłoniło jej ono wdzięczność za samą rozmowę. W końcu ogród nadal znajdował się za oknem, a jego piękno nie zniknie tylko dlatego, że będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
— Skoro tak, zajmę się tym, co powinnam, a później... — urwała na moment, po czym dodała z odrobiną nadziei: — może zapytam jeszcze tatę, czy zechciałby mi towarzyszyć.
Sycylia przyjrzała jej się przez chwilę, po czym skinęła głową.
— Możesz go zapytać. Jeśli Celestyn uzna, że to odpowiednia chwila, nie będę miała nic przeciwko.

Od Diane Elizabeth Montclair

Dzień od ostatniego opowiadania... 

Następnego ranka Diane obudziła się wcześniej, niż zamierzała.
Przez kilka długich uderzeń serca pozostawała nieruchoma, wtulona w miękkie posłanie, z przymkniętymi powiekami i uszami nastawionymi na najcichsze odgłosy dobiegające z innych pokoi. Domostwo pogrążone było jeszcze w porannym spokoju; gdzieś w oddali skrzypnęła drewniana deska, przez ścianę przemknął stłumiony szmer, a potem wszystko ponownie ucichło. Jedynym wyraźnym dźwiękiem był śpiew ptaka, który dochodził zza uchylonego okna i brzmiał tak lekko, jakby jego właściciel nie musiał martwić się niczym poza tym, by jak najpiękniej rozpocząć nowy dzień.
Diane otworzyła oczy.
Pierwszą rzeczą, o której pomyślała, był ogród.
Nie było to już tylko wspomnienie wczorajszego widoku, który tak długo przyciągał jej wzrok. Teraz ogród stał się niemal namacalną myślą, która zakorzeniła się gdzieś głęboko w jej umyśle i przez całą noc nie pozwalała jej o sobie zapomnieć. Wciąż pamiętała intensywny błękit nieba, złociste promienie przesączające się pomiędzy liśćmi oraz soczystą zieleń roślin, która wydawała się niemal nierzeczywista.
A przede wszystkim pamiętała, jak bardzo chciała znaleźć się pośród niej.
Podniosła się powoli i przeciągnęła, a następnie ruszyła w stronę parapetu. Chłodne, poranne powietrze natychmiast musnęło jej pysk, gdy tylko zbliżyła się do szczeliny między ramą a skrzydłem.
Ogród wyglądał inaczej niż poprzedniego dnia.
Nie dlatego, że rzeczywiście się zmienił, lecz dlatego, że poranne słońce nadawało mu zupełnie nowe oblicze. Trawa pokryta była rosą, której drobne krople lśniły w pierwszych promieniach niczym rozsypane po ziemi kryształki. Liście uginały się pod ich ciężarem, a niektóre kwiaty wciąż pozostawały częściowo zamknięte, jakby dopiero budziły się ze snu. Nad rabatami unosiła się delikatna mgiełka, która powoli rozpływała się wraz z każdym kolejnym promieniem słońca.
Diane przycisnęła nos do chłodnej powierzchni szyby.
Zapach ogrodu był subtelniejszy niż wczoraj, lecz właśnie przez to wydawał jej się jeszcze piękniejszy. Czuła wilgotną ziemię, trawę, liście i słodką woń kwiatów, która mieszała się z chłodem poranka.
— Dzisiaj — szepnęła.
Jej ogon poruszył się lekko.
— Dzisiaj na pewno wyjdziemy.

CDN.

Od Diane Elizabeth Montclair

Wzrok Diane powędrował ku lekko uchylonemu oknu, przez które do wnętrza domostwa sączył się ciepły, letni blask, a wraz z nim wpadały ledwie wyczuwalne powiewy powietrza, niosące na sobie zapach mokrej ziemi, młodych liści oraz kwiatów rozkwitających w ogrodzie. Za szybą rozciągał się jej ulubiony widok — ten, który potrafił uciszyć nawet najbardziej niespokojne myśli i sprawić, że choć na krótką chwilę zapominała o wszystkim, co ograniczało ją do czterech ścian. Ogród lśnił w słońcu niczym ukryty skarb, którego piękno zmieniało się z każdym mijającym dniem, a każda kępa trawy, każdy krzew i każdy delikatny kwiat zdawały się mieć własną, cichą opowieść.Niebo rozciągało się wysoko ponad dachami, bez jednej choćby chmurki, która mogłaby przesłonić jego głęboką, niemal nieprawdopodobną błękitność; było tak intensywne, że Diane przez moment poczuła, jakby samo spojrzenie w jego stronę miało moc wywabienia z niej wszystkich trosk. Słońce zawisło wysoko, rzucając na ziemię jasne plamy światła, pomiędzy którymi tańczyły cienie poruszających się na wietrze gałęzi. Roślinność również zdawała się bujniejsza niż zaledwie kilka księżyców temu — soczyste liście rozpościerały się szeroko ku niebu, młode pędy uginały się pod ciężarem świeżych kwiatów, a źdźbła traw kołysały się leniwie, jakby cała ziemia oddychała w spokojnym rytmie lata.
Diane przyglądała się temu wszystkiemu z niemal dziecięcym zachwytem, czując, jak tęsknota za wyjściem na zewnątrz narasta w niej z każdym kolejnym oddechem. Pragnęła poczuć pod łapami miękką, nagrzaną słońcem ziemię, zanurzyć nos wśród pachnących roślin i pozwolić, by lekki wiatr zmierzwił jej kremowe futro, a przede wszystkim chciała choć na chwilę znaleźć się pośród tej zieleni, która wydawała się tak bliska, a jednocześnie pozostawała poza jej zasięgiem.
Nie oznaczało to jednak, że jej domostwo było szpetne lub pozbawione własnego uroku.
Wręcz przeciwnie — ciepłe promienie słońca wpadały do środka szeroką, złocistą smugą, przesuwając się powoli po drewnianej podłodze i rozświetlając drobinki kurzu, które wirowały w powietrzu niczym maleńkie iskry. Jasność osiadała na meblach, ścianach i miękkich przedmiotach pozostawionych w pobliżu okna, nadając wszystkiemu delikatny, niemal baśniowy blask, przez który zwyczajne wnętrze nabierało niezwykłego charakteru. W powietrzu mieszały się znajome zapachy domu z wonią ogrodu, a Diane miała wrażenie, że granica pomiędzy bezpiecznym schronieniem a światem natury zaczyna powoli zanikać.
Ten widok obudził w niej coś, co znała doskonale.
Potrzebę tworzenia.
W jej wyobraźni niemal natychmiast pojawiły się obrazy barw i kształtów, splatające się ze sobą tak szybko, że z trudem nadążała za własnymi myślami. Widziała już bukiet, który mogłaby ułożyć z kwiatów rosnących w ogrodzie — złocistych, kremowych i jasnych niczym promienie słońca przedzierające się przez liście — a każdy z nich dobrałaby z największą starannością, tak aby nawet najmniejszy płatek współgrał z pozostałymi. Mogłaby związać łodygi cienką trawą albo ozdobną wstążką, jeśli tylko udałoby jej się taką znaleźć, a potem z dumą podarować gotowe dzieło Celestynowi i Sycylii.
Już teraz wyobrażała sobie ich miny.
Widziała, jak ich oczy rozszerzają się z zachwytu, jak na pyskach pojawiają się uśmiechy, a w spojrzeniach rozkwita szczere uznanie, które dla Diane znaczyło znacznie więcej niż jakiekolwiek słowa. Chciała sprawić im radość, pozostawić w ich łapach coś stworzonego własnymi siłami i jednocześnie przekazać im to, czego sama nie zawsze potrafiła powiedzieć.
Och, jak cudownie byłoby wyjść na zewnątrz całą rodziną.
Ta myśl sprawiła, że w piersi Diane pojawiło się przyjemne, lecz zarazem bolesne ciepło. Wyobraziła sobie ich wszystkich razem pośród ogrodu, spacerujących pomiędzy roślinami, zatrzymujących się przy najpiękniejszych kwiatach i rozmawiających o rzeczach, które w czterech ścianach domu wydawały się odległe.
Cały świat zdawał się po prostu wołać Diane.
Zapraszał ją do siebie każdym poruszeniem liścia, każdym zapachem niesionym przez wiatr i każdym promieniem światła, który padał na ziemię tuż za oknem. Natura była tak blisko, niemal na wyciągnięcie łapy, a mimo to kotka mogła jedynie patrzeć, czując, jak pragnienie znalezienia się pośród zieleni staje się coraz silniejsze.
Wysoko ponad ogrodem rozbrzmiewały ptasie trele, zlewające się w jedną, wielobarwną melodię, której nie sposób było przypisać żadnemu pojedynczemu głosowi. Gdzieś pośród liści brzęczały owady, pracowicie krążąc pomiędzy kwiatami, a delikatne podmuchy wiatru poruszały roślinnością, wywołując szelest przypominający cichy szept. Powietrze drżało od ciepła, nasycone zapachem lata, świeżej zieleni i rozgrzanej ziemi, a promienie słońca przesuwały się po ogrodzie niczym płynne złoto.
Przez chwilę pozostawała więc nieruchoma, zapatrzona w ogród, pozwalając, by ciepło słońca ogrzewało jej futro.
I po raz pierwszy pomyślała, że może nadeszła w końcu ta pora. Że może powinna nareszcie poznać ten czarodziejski ogród. Że może gdyby spróbowała, udałoby się jej namówić rodziców na to, by ją tam zabrali…

17 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair do Ateny Mirabelle

Diane przemierzała korytarz spokojnym, pełnym wdzięku krokiem, którego tak uparcie uczyła ją Sycylia. Każda łapa stawiana była ostrożnie i niemal bezgłośnie, a uniesiony nieco wyżej łeb oraz swobodnie kołyszący się ogon nadawały jej sylwetce elegancji, której jeszcze niedawno zupełnie jej brakowało. Starała się zachowywać dokładnie tak, jak pokazywała jej matka, choć sama nie była pewna, czy rzeczywiście potrzebowała aż tyle uwagi poświęcać sposobowi, w jaki chodziła.
Tego wieczoru nie zamierzała jednak zastanawiać się nad kolejnymi zasadami dobrego wychowania. Chciała znaleźć Atenę.
Ostatnie promienie słońca wpadały przez wysokie okna i rozciągały się długimi, złotymi smugami na podłodze. Diane przechodziła przez nie, czując przyjemne ciepło na łapach, podczas gdy z oddali dochodziły ją przytłumione odgłosy domu. Większość kotów powoli przygotowywała się już do odpoczynku, jednak Diane nie miała jeszcze ochoty wracać na swoje posłanie.
Kiedy zbliżyła się do jednego z pomieszczeń, usłyszała charakterystyczny, cichy dźwięk dochodzący zza uchylonych drzwi. Zatrzymała się na moment, a następnie wsunęła głowę do środka.
Atena siedziała przed telewizorem.
Kolorowe światło ekranu przesuwało się po jej pysku, raz rozjaśniając jej oczy, a chwilę później pogrążając je w cieniu. Siostra była tak skupiona na wyświetlanych obrazach, że nawet nie zauważyła obecności Diane. Na ekranie zmieniały się kolejne sceny, przedstawiające miejsca, których żadna z nich nigdy nie widziała na własne oczy.
Diane weszła do środka i usiadła kilka kroków od Ateny.
— Zastanawiam się czasami, co właściwie widzisz w tym ekranie — odezwała się spokojnie. — Patrzysz na niego tak długo, jakby miał ci kiedyś odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące świata.

<Ateno?>

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane od dłuższego czasu siedziała przy oknie, niemal nieruchomo wpatrując się w ogród znajdujący się po drugiej stronie grubej szyby. Tego ranka wszystko wyglądało inaczej niż zwykle. Niebo straciło swoją błękitną barwę i zostało przykryte ciężkimi, szarymi chmurami, które zdawały się wisieć nisko nad ziemią. Z ich wnętrza bez przerwy spływały krople deszczu, uderzając o liście, kamienne ścieżki oraz szklane powierzchnie z cichym, jednostajnym stukotem.
Kotka przechyliła głowę, próbując dostrzec coś więcej pomiędzy mokrymi smugami.
Ogród, który zazwyczaj wydawał jej się pełen kolorów, teraz przybrał przygaszone odcienie zieleni. Liście błyszczały od wody, a ich powierzchnie odbijały blade światło przesączające się przez chmury. Kwiaty pochylały się pod ciężarem kropli, niektóre niemal dotykając ziemi, podczas gdy wiatr poruszał gałęziami, sprawiając, że cały ogród wyglądał tak, jakby nieustannie coś szeptał.
Diane nie potrafiła oderwać wzroku.
Wiedziała, czym był deszcz. Celestyn opowiadał jej o nim już wcześniej, opisując długie spacery podczas pochmurnych dni i uczucie wilgoci, która osiadała na futrze. Mówił również o zapachu ziemi po pierwszych kroplach oraz o tym, jak inaczej wyglądał świat, kiedy wszystko było mokre.
Żadne z tych słów nie przygotowało jednak Diane na widok prawdziwego deszczu.
Przysunęła się bliżej szyby, aż jej nos niemal znalazł się przy chłodnej powierzchni. Przez chwilę wyobrażała sobie, że nie oddziela jej od ogrodu żadna przeszkoda, a gdyby tylko wyciągnęła łapę, mogłaby poczuć spływającą po futrze wodę.
Zastanawiała się, czy rzeczywiście była tak zimna, jak mówił ojciec.
Czy krople łaskotały skórę?
Czy mokre futro rzeczywiście stawało się cięższe?
I przede wszystkim, czy zapach mokrej ziemi rzeczywiście był tak niezwykły?
— Wyglądasz, jakbyś chciała przejść przez tę szybę — odezwał się za jej plecami Onufry.
Diane drgnęła lekko, choć nie odsunęła się od okna. Dopiero po chwili spojrzała przez ramię na brata, który leżał wygodnie na swoim posłaniu i obserwował ją z rozbawieniem. Jego sierść była jeszcze potargana po śnie, a jedna z przednich łap wystawała poza krawędź posłania.
— Chciałabym tylko wiedzieć, jak wygląda ogród, kiedy można znaleźć się w nim naprawdę, a nie oglądać go wyłącznie przez szybę — odpowiedziała spokojnie.
Onufry uniósł głowę, jakby dopiero teraz zrozumiał, że jej zainteresowanie nie było chwilową zachcianką.
— Przecież ojciec opowiadał ci już o tym tyle razy, że chyba znasz ten ogród lepiej od niego — zauważył, a w jego głosie pobrzmiewała lekka kpina. — Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, żeby zobaczyć go własnymi oczami.
Diane odwróciła się w jego stronę.
— Ponieważ opowieść, nawet najpiękniejsza, nigdy nie będzie tym samym, co własne doświadczenie — wyjaśniła, a jej jasne oczy ponownie skierowały się ku mokrym liściom. — Chciałabym kiedyś sama poczuć wiatr, ziemię pod łapami i deszcz spadający na futro. Wtedy będę mogła powiedzieć, że naprawdę wiem, o czym mówił ojciec.
Onufry przez chwilę milczał, najwyraźniej szukając odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby zbyt głupio.
— Obawiam się, że po takim spacerze będziesz przede wszystkim cała przemoczona — stwierdził w końcu.
Diane uśmiechnęła się lekko.
— Jeśli to będzie cena za możliwość zobaczenia świata na własne oczy, sądzę, że jakoś ją zniosę.
Onufry pokręcił głową, po czym ponownie opadł na posłanie, najwyraźniej uznając dalszą rozmowę za bezcelową. Diane natomiast jeszcze przez kilka chwil obserwowała ogród, próbując zapamiętać każdy szczegół.
W pewnym momencie jedna z większych kropel spadła na szybę dokładnie przed jej pyskiem i powoli zaczęła spływać w dół. Kotka śledziła ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła za dolną krawędzią okna.
Wtedy usłyszała znajome kroki.
Nie musiała się odwracać, aby wiedzieć, kto nadchodzi.
Sycylia zatrzymała się kilka kroków za córką, przez moment przyglądając się jej w milczeniu. Diane poczuła na sobie spojrzenie matki i odruchowo wyprostowała grzbiet, choć tym razem nie oderwała wzroku od okna.
— Widzę, że dzisiejszy deszcz okazał się znacznie ciekawszy od naszego porannego planu — powiedziała Sycylia, a w jej głosie pojawiła się łagodna nuta rozbawienia.
Diane odwróciła głowę.
— Przepraszam, mamo. Chciałam tylko przez chwilę popatrzeć, ponieważ wcześniej nigdy nie widziałam ogrodu podczas deszczu.
Sycylia podeszła bliżej, po czym wskoczyła na parapet i stanęła obok niej. Przez moment obie spoglądały przez szybę na mokre rośliny, a ciszę pomiędzy nimi wypełniał jednostajny odgłos spadających kropli.
— Czasami rozumiem twoją ciekawość — przyznała w końcu Sycylia. — Pamiętaj jednak, że świat, który oglądasz przez szybę, jest jedynie jego niewielką częścią. To, co znajduje się poza naszym domem, może być piękne, ale potrafi być również nieprzewidywalne, dlatego nie powinnaś pozwolić, aby sama ciekawość przesłoniła ci rozsądek.
Diane skinęła głową, przyjmując te słowa z należytą powagą.
— Wiem, mamo. Nie chcę wychodzić tam bez przygotowania. Chcę jedynie nauczyć się wszystkiego, co będzie mi potrzebne, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila.
Sycylia spojrzała na nią uważniej, a przez jej pysk przemknął cień dumy.
— W takim razie dobrze się składa, ponieważ dzisiejsze ćwiczenia będą dotyczyły właśnie tego, jak zachować spokój, kiedy znajdziesz się w sytuacji, której nie znasz.
Diane jeszcze raz zerknęła na deszcz.
Może świat rzeczywiście był bardziej skomplikowany, niż przedstawiał go Celestyn.
Zeskoczyła z miejsca przy oknie i podeszła do matki, starając się zachować spokojny, wyćwiczony krok, którego Sycylia tak uparcie ją uczyła.
Za jej plecami deszcz wciąż padał, a ogród cierpliwie czekał za szybą.
Diane miała jednak przeczucie, że któregoś dnia przestanie być jedynie widokiem.

Od Diane Elizabeth Montclair

Zza okrytego szkłem okna dostrzec dało się słońce, którego jasne promienie wbijały się do wnętrza pokoju, rozlewając po jego ścianach ciepłe, złociste smugi. Światło zatrzymywało się na gładkich powierzchniach, połyskując na nich przy każdym najmniejszym ruchu, podczas gdy za szybą ogród powoli budził się do życia. Pomimo tego, że promienie były coraz silniejsze, w pomieszczeniu wciąż panowała przyjemna cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami dochodzącymi z pozostałych części budynku.
Dla Diane miał to być kolejny dzień spędzony w towarzystwie Sycylii, która od samego rana zdawała się być wyjątkowo skupiona na swoim zadaniu. Jej matka postanowiła bowiem poświęcić najbliższe godziny na zapoznanie kotki z kilkoma nowymi zasadami oraz umiejętnościami, które w świecie „pieszczochowej elity” uznawano za absolutnie niezbędne. Diane miała nauczyć się nie tylko tego, w jaki sposób należy zachowywać się w obecności innych kotów, lecz również tego, jak poruszać się z odpowiednią gracją, kiedy zabierać głos, a kiedy lepiej zachować milczenie, oraz jak rozpoznawać sytuacje, w których nawet najmniejszy gest mógł zostać odebrany jako oznaka braku wychowania.
Sycylia traktowała te nauki niezwykle poważnie, ponieważ doskonale wiedziała, że w ich świecie odpowiednia postawa zawsze musiała chodzić w parzę z sierścią oraz pochodzeniem. Każdy ruch mógł coś o kocie powiedzieć, podobnie jak sposób, w jaki unosił głowę, stawiał łapy czy spoglądał na rozmówcę, dlatego od najmłodszych księżycy uczono ich panowania nad własnym ciałem i emocjami.
Podczas gdy Onufry oraz Atena trafili pod opiekę Celestyna, Diane ruszyła więc tuż u boku matki, starając się dostosować długość swoich kroków do jej spokojnego, niemal dostojnego chodu. Sycylia poruszała się z charakterystyczną lekkością, a jej łapy niemal bezgłośnie dotykały podłoża, przez co kremowa koteczka musiała co chwilę kontrolować własne ruchy, aby nie przyspieszać ani nie stawiać łap zbyt ciężko. Matka zwracała jej uwagę na każdy drobiazg, czasami prosząc, aby uniosła głowę odrobinę wyżej, innym razem przypominając jej o tym, żeby nie opuszczała ogona zbyt nisko.
Między tymi drobnymi korektami Sycylia opowiadała jej również o zasadach kultury, których Diane powinna była przestrzegać podczas spotkań z innymi kotami. Tłumaczyła jej, kiedy należało się ukłonić, jak zwracać się do innych członków elity oraz swoją własną rolę oraz przyszłość. Wspominała również o tym, że nie każda rozmowa wymagała szczerej odpowiedzi, a niektóre pytania znacznie lepiej było pozostawić bez komentarza, ponieważ odpowiednio dobrane milczenie potrafiło być znacznie bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.
Diane przysłuchiwała się tym słowom w milczeniu, co jakiś czas zerkając przy tym na matkę.
Starała się na głównie skupić na tym, by naśladować sposób poruszania się matki. Kiedy Sycylia odwracała wzrok, Diane ostrożnie poprawiała własny krok, tak aby tym razem nie usłyszeć kolejnej uwagi.
— Słyszałam, że ostatnio coraz częściej prosisz ojca o to, by pokazał ci świat zewnętrzny — zagadnęła Sycylia, a w jej głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta zainteresowania. — Zabieranie cię na parapet, opisywanie natury, opowiadanie o tym, co znajduje się za murami naszego domu… Zdaje się, że bardzo zaprząta ci to myśli.
Uszy Diane drgnęły lekko, gdy tylko doszły do niej słowa matki, a jej krok na krótką chwilę stał się mniej pewny. Nie spodziewała się tego pytania, choć z drugiej strony trudno było jej zaprzeczyć, że temat świata zewnętrznego coraz częściej pojawiał się w jej rozmowach z Celestynem. Przez moment zastanawiała się, jak powinna odpowiedzieć — przy rozmowie z matką zawsze starała się zachowywać szczególną uprzejmość oraz pokorę, których zresztą z czasem zaczynała używać również w kontaktach z innymi kotami.
Nie chciała, aby Sycylia pomyślała, że jej zainteresowanie tym, co znajdowało się poza domostwem, wynikało z niewdzięczności albo niezadowolenia z życia, które otrzymała. Wiedziała przecież, że miała znacznie więcej niż wiele innych kotów, a rodzice starali się zapewnić jej wszystko, czego mogła potrzebować. Mimo to istniała w niej ciekawość, której nie potrafiła całkowicie uciszyć, nawet jeśli wielokrotnie próbowała przekonać samą siebie, że powinna być cierpliwa.
— To prawda — przyznała w końcu, unosząc nieznacznie głowę, choć jej głos pozostał spokojny i pełen szacunku. — Dotychczas ciekawiło mnie to, co kryje się za ścianami naszego domostwa.
Sycylia przez chwilę milczała, przyglądając się córce spod lekko przymrużonych powiek, jakby próbowała zdecydować, czy odpowiedź ta rzeczywiście była tak prosta, jak mogłoby się wydawać.
— „Dotychczas”? — powtórzyła spokojnie, zwalniając nieco kroku. — Czyli teraz ciekawi cię coś więcej?
Diane poczuła, jak ogon lekko drga jej za plecami, choć szybko nad nim zapanowała. Nie chciała okazać zdenerwowania, szczególnie że matka nauczyła ją już, iż ciało potrafi zdradzić znacznie więcej niż słowa.
— Chciałabym po prostu wiedzieć, jak wygląda świat — odpowiedziała po chwili, dobierając słowa z większą ostrożnością. — Wiem, że jest tam więcej niż tylko ogrody, które możemy oglądać przez szyby, i chciałabym kiedyś zobaczyć to wszystko na własne oczy.
— Wszystko? — Sycylia uniosła lekko brew.
Diane skinęła głową.
— Wszystko, co będę mogła.
Matka przez moment nic nie mówiła, a jedynym dźwiękiem towarzyszącym ich spacerowi był cichy stuk pazurów o podłoże. Diane zaczęła zastanawiać się, czy powiedziała zbyt wiele, dlatego po chwili dodała:
— Nie oznacza to, że nie podoba mi się tutaj. Jestem wdzięczna za wszystko, co mam. Po prostu... chciałabym lepiej zrozumieć to, o czym ojciec opowiada.
Sycylia westchnęła cicho, a jej spojrzenie na moment złagodniało.
— Ciekawość nie jest niczym złym, Diane — powiedziała spokojnie. — Musisz jednak pamiętać, że świat poza tym domem nie jest taki, jakim przedstawiają go opowieści. To, co słyszysz od ojca, może być prawdą, ale zawsze będzie prawdą widzianą jego oczami.
Diane zmarszczyła lekko nos.
— Czyli nie powinnam mu wierzyć?
— Tego nie powiedziałam.
Sycylia zatrzymała się na chwilę, a Diane również przystanęła, spoglądając na nią z uwagą.
— Powiedziałam jedynie, że powinnaś nauczyć się odróżniać to, co chciałabyś zobaczyć, od tego, co rzeczywiście tam znajdziesz. To jedna z ważniejszych rzeczy, których możesz się nauczyć, zanim kiedykolwiek postawisz łapę poza naszym domem.

Od Diane Elizabeth Montclair

Każdy poranek wschodził spokojnie.
Nie było w tym nic niezwykłego. Słońce pojawiało się nad światem powoli, niemal leniwie, rozjaśniając kolejne fragmenty nieba i przesuwając blade promienie przez szklane powierzchnie. Dni następowały po sobie w niemal rytmicznym tempie, tak podobne do siebie, że z czasem trudno było rozróżnić jeden od drugiego.
Dla kotów mieszkających pod opieką Wyprostowanych nie miało to większego znaczenia.
Ich życie również podlegało własnemu rytmowi.
Pobudka. Jedzenie. Cisza. Kroki rozbrzmiewające gdzieś po drugiej stronie drzwi. Czasami czyjś głos, czasami odgłos otwieranych zamków. Później kolejne godziny spędzone w tych samych pomieszczeniach, wśród znajomych zapachów i przedmiotów, których kształty znało się niemal na pamięć.
A jednak świat się zmieniał.
Najłatwiej można było dostrzec to w ogrodach.
Ukryte za grubymi szybami, rosły cierpliwie i bez pośpiechu. Z każdym kolejnym porankiem ich zieleń stawała się coraz bardziej intensywna. Natura nie przejmowała się ścianami ani szybami. Nie znała godzin wyznaczanych przez karmienie, nie rozumiała zamków i nie potrzebowała pozwolenia, by rosnąć.
Po prostu trwała.
I właśnie ta zmiana sprawiała, że zamknięty świat kotów wydawał się jeszcze bardziej nieruchomy.
Diane przeciągnęła się powoli na swoim miękkim posłaniu.
Najpierw wyciągnęła przed siebie przednie łapy, rozprostowując opuszki łap, a potem wygięła grzbiet w leniwym łuku. Przez chwilę trwała w tej pozycji, rozkoszując się ciepłem materiału, który przez całą noc zatrzymywał jej ciepło.
W końcu ziewnęła i uniosła głowę.
Jej jasne, piaskowe oczy powoli przesunęły się po sporym pomieszczeniu.
Znała tu każdy kąt, każdą szczelinę, każdy przedmiot, który znajdował się w zasięgu jej wzroku. Wiedziała, gdzie światło pojawiało się rano, gdzie zatrzymywało się najdłużej i które miejsce na posłaniu było najwygodniejsze, kiedy chciała przespać popołudnie.
To tutaj spędziła całe swoje życie.
Czasami miała wrażenie, że zna to miejsce tak dobrze, iż potrafiłaby przejść przez nie z zamkniętymi oczami.
I chyba właśnie dlatego coraz częściej myślami uciekała gdzie indziej.
Do historii, którą opowiedział jej Celestyn.
O kocie, który zwiedził tyle pięknych miejsc. Niektóre opisy ojca wydawały się jej tak wyraźne, że niemal mogła poczuć pod łapami ziemię, której nigdy nie dotknęła.
Ten świat istniał naprawdę.
Celestyn nie opowiadał jej bajki.
Przynajmniej Diane bardzo chciała w to wierzyć.

06 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Był środek dnia. Za oknem rozpościerało się niebo o tak głębokim, intensywnym odcieniu błękitu, że zdawało się nie mieć końca. Co pewien czas przecinały je długie, mlecznobiałe smugi, ciągnące się przez sklepienie niczym ślady pozostawione przez niewidzialne stworzenia, a pomiędzy nimi leniwie sunęły niewielkie obłoki o miękkich, nieregularnych kształtach. Niektóre przypominały puszyste kłębki mchu, inne rozciągały się w cienkie pasma, jakby wiatr z wolna rozczesywał ich brzegi.
Diane siedziała przy oknie tak cicho, że można by pomyśleć, iż sama stała się częścią otaczającego ją krajobrazu. Jej szeroko otwarte oczy nieustannie błądziły po bezkresnym błękicie, próbując dostrzec w nim coś więcej niż tylko barwy i światło. Był to jedyny fragment świata zewnętrznego, jaki mogła oglądać każdego dnia. Była niska, a więc jej perspektywa była naprawdę ograniczona — pozostawało jej jedynie niebo.
A jednak właśnie ono wystarczało, by rozbudzić wyobraźnię.
Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Za każdym razem wydawało jej się inne, choć nie umiała jeszcze zrozumieć dlaczego. Czasami było jasne i niemal oślepiające, innym razem pokrywały je ciężkie, szare chmury, które zdawały się połykać całe światło dnia. Dziś jednak wyglądało spokojnie, niemal pogodnie, jakby nic na świecie nie mogło zmącić jego niezmiennego piękna.
W sercu Diane rodziło się znajome uczucie.
Ciekawość.
Zastanawiała się, jak pachnie powietrze tam, gdzie kończy się dach domu. Czy wiatr, który wprawiał firanki w ruch, był równie miękki, jak wyglądał? A przede wszystkim — co znajdowało się dalej, poza błękitem, którego końca nie potrafiła dostrzec?
Powoli odwróciła głowę w stronę ojca, który odpoczywał nieopodal, i przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby próbowała zdecydować, czy zadać nurtujące ją pytanie.
— Tato? Byłeś kiedyś... o tam? — odezwała się w końcu cicho, unosząc łapkę i wskazując nią nie tyle na okno, ile na rozciągające się za nim bezkresne sklepienie.
Ojciec podążył wzrokiem za jej gestem. Na moment uniósł głowę wyżej, a w jego oczach pojawił się rozbawiony błysk.
— Tak wysoko? — zaśmiał się cicho. — Nie, słonko. Żaden kot nie potrafi wspiąć się aż tam.
Zamilkł na krótką chwilę, jakby wspomnienia same odnalazły go szybciej niż kolejne słowa.
— Ale jeśli pytasz o świat poza tym domem... to tak. Byłem na zewnątrz kilka razy.
Diane natychmiast nastawiła uszu. Jej ogon drgnął z podekscytowania, a źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że niemal pochłonęły bursztynowe tęczówki.
— Naprawdę? — wyszeptała z niedowierzaniem.
Ojciec skinął głową.
— Naprawdę. Trawa łaskocze w opuszki łap, kiedy jest jeszcze mokra od porannej rosy. Słońce świeci nawet jaśniej, niż lampy, które zdobią sufit, a wiatr... wiatr niesie tyle zapachów naraz, że trudno je wszystkie zapamiętać. Czasem czuć kwiaty, czasem wilgotną ziemię, a czasem obecność zwierząt, których nawet nie widać.
Diane słuchała z zapartym tchem.
Każde kolejne słowo budowało w jej wyobraźni obraz miejsca, którego nigdy nie widziała, lecz które zdawało się istnieć tuż za cienką taflą szkła. Nagle okno przestało być dla niej zwykłym fragmentem ściany. Stało się granicą między światem, który znała od urodzenia, a drugim — ogromnym, pachnącym i pełnym tajemnic, czekającym cierpliwie na dzień, w którym będzie mogła postawić na nim swoje pierwsze kroki.
— A kiedy ja będę mogła tam pójść? — zapytała Diane niemal natychmiast, nie odrywając wzroku od błękitnego sklepienia. W jej głosie pobrzmiewała dziecięca nadzieja, której nie potrafiła jeszcze ukrywać. — Tak bardzo chciałabym zobaczyć trawę... i kwiaty. Chciałabym przekonać się, czy naprawdę są takie miękkie i kolorowe, jak opowiadasz. A może spotkałabym też innego kota... albo Wyprostowanego.
Ojciec uśmiechnął się łagodnie.
Wyciągnął łapę i delikatnie pogładził ją po czubku głowy.
— Jesteś jeszcze bardzo mała, słonko — odparł cicho. — Twoje łapki dopiero uczą się pewnie stąpać po podłodze, a świat za tym oknem jest znacznie większy i bardziej nieprzewidywalny, niż może ci się wydawać.
Diane spuściła uszy.
Choć przeczuwała, jaka padnie odpowiedź, mimo wszystko poczuła lekkie ukłucie zawodu. Zdawało jej się, że skoro potrafi już samodzielnie chodzić, bawić się z rodzeństwem i zadawać tyle pytań, to jest również gotowa zobaczyć wszystko, o czym dotąd jedynie słyszała.
— Ale ja będę ostrożna... — wymruczała niemal błagalnie. — Obiecuję. Nie oddalę się ani na krok.
Ojciec cicho się zaśmiał.
— Właśnie dlatego, że jesteś ostrożna, chcę, żebyś jeszcze trochę poczekała. Czasami największą odwagą jest umiejętność cierpliwego czekania na właściwy moment.
Diane westchnęła cichutko.
— Rozumiem…
Widząc rozczarowanie malujące się na jej pyszczku, ojciec pochylił się nieco bliżej.
— Ale... — zaczął z lekkim uśmiechem. — Mogę wnieść cię na parapet. Stamtąd zobaczysz znacznie więcej niż z podłogi. Co ty na to?
Uszy Diane natychmiast wystrzeliły ku górze.
— Ojej! Naprawdę?
— Naprawdę.
Nie czekając ani chwili dłużej, ostrożnie chwycił ją za kark. Diane instynktownie wtuliła się na moment w jego pierś, czując znajome ciepło futra oraz spokojny rytm bijącego serca. Chwilę później znalazła się wysoko — znacznie wyżej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Parapet wydał jej się ogromny.
Usiadła ostrożnie przy samej szybie, a oczy rozszerzyły się z zachwytu.
Świat nagle urósł.
To, co wcześniej było jedynie skrawkiem błękitu, odsłoniło przed nią swoje dalsze oblicze.
Tuż pod oknem rozciągał się ogród. Gęste źdźbła soczyście zielonej trawy poruszały się zgodnym rytmem pod podmuchami letniego wiatru, przypominając fale na niewidzialnym, zielonym jeziorze. Pomiędzy nimi rozkwitały kwiaty w odcieniach żółci, fioletu i bieli, których płatki kołysały się lekko na smukłych łodygach, jakby prowadziły ze sobą cichy taniec.
Przez chwilę Diane zapomniała nawet mrugać.
Świat był o wiele większy, niż kiedykolwiek przypuszczała.
Nagle coś przemknęło przez ogród.
Mały ptak sfrunął na trawę, przekrzywił głowę, po czym kilkoma szybkimi podskokami znalazł się przy jednym z kwiatów. Jego pióra połyskiwały w słońcu, a drobny dzióbek nieustannie poruszał się, jakby prowadził rozmowę z samym sobą.
— Tato... — wyszeptała Diane, niemal bojąc się, że głośniejszy dźwięk mógłby spłoszyć niezwykłego gościa. — Co to jest?
Ojciec stanął obok niej i również spojrzał przez szybę.
— To ptak. Jeden z wielu mieszkańców ogrodu.
Koteczka śledziła go z zapartym tchem, obserwując, jak po chwili rozkłada skrzydła i jednym, lekkim ruchem unosi się w powietrze. Przez kilka uderzeń serca szybował ponad trawą, aż wreszcie zniknął wśród gałęzi pobliskiego drzewa.
Diane długo patrzyła za miejscem, w którym zniknął.
Coraz mocniej czuła, że za szybą kryje się świat nieskończenie bogatszy od tego, który znała. Świat pełen nieznanych zapachów, dźwięków i stworzeń, z których każde zdawało się opowiadać własną historię.

Od Diane Elizabeth Montclair

Akcja dzieje się po ostatnim opowiadaniu...

Poczuła, jak ciężar snu niechętnie ustępuje miejsca świadomości. Jej powieki zadrżały lekko, nim powoli uniosły się ku górze, wpuszczając do zmęczonych jeszcze oczu miękkie światło nowego dnia. Przez drobne gardło przetoczyło się długie, przeciągłe ziewnięcie, któremu towarzyszyło leniwe wyciągnięcie przednich łapek. Pazurki na krótką chwilę wysunęły się z opuszków, zahaczając o miękką tkaninę posłania, po czym z powrotem skryły się w futrze, gdy całe jej ciało przeszył przyjemny dreszcz rozluźnienia. Powietrze wydawało się inne niż poprzedniego wieczoru. Było cieplejsze, przesycone delikatnym zapachem poranka oraz świeżo przygotowanego jedzenia.
Diane uniosła głowę nieco wyżej, pozwalając spojrzeniu powędrować po dobrze znanym pokoju. Niedaleko długiego, kolorowego prostokąta, którego powierzchnia nieustannie zalewała pomieszczenie zmieniającymi się obrazami i migoczącym światłem, siedziała jej siostrzyczka. Drobna koteczka była wtulona w bok ojca, raz po raz zadzierając pyszczek ku tajemniczym barwom przesuwającym się po gładkiej tafli urządzenia. Diane wciąż nie rozumiała, czym właściwie był ów niezwykły prostokąt. Zdawało jej się jedynie, że żyje własnym rytmem, ponieważ z każdą chwilą zmieniał kolory, kształty i światło, jakby w jego wnętrzu istniał zupełnie odrębny świat.
Onufry natomiast najwyraźniej nie zamierzał jeszcze opuszczać krainy snów. Leżał zwinięty w niewielki, puszysty kłębek tuż obok Sycylii, której ciepłe futro niemal całkowicie osłaniało jego drobne ciało. Od czasu do czasu poruszał uszami lub drgały mu wąsy, jak gdyby śnił o czymś niezwykle zajmującym, lecz poza tym pozostawał zupełnie nieruchomy, oddychając spokojnym, miarowym rytmem.
Dopiero po chwili wzrok Diane odnalazł okno.
Przez krótką chwilę wpatrywała się w nie z cichą nadzieją, że ponownie ujrzy znajomy taniec jasnych firanek. Wspomnienie poprzedniego wieczoru odżyło w jej pamięci z niezwykłą wyrazistością — miękkie fale materiału, cichy szelest i wrażenie, jakby miała przed sobą żywą istotę, której sekrety pozostawały poza zasięgiem jej dziecięcego rozumu.
Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej.
Firanki zwisały nieruchomo, pozbawione życia, które jeszcze wczoraj zdawało się je wypełniać. Ich fałdy opadały spokojnie ku podłodze, nie wykonując nawet najmniejszego ruchu. Okno zostało zamknięte przez któregoś z Wyprostowanych, dlatego poranny wiatr nie miał już sposobności, by wsunąć się do wnętrza pokoju i ponownie porwać materiał do swojego cichego tańca.
Diane poczuła delikatne ukłucie rozczarowania.
Jeszcze przez kilka uderzeń serca nie odrywała od firanek wzroku, jakby liczyła na to, że za chwilę poruszą się same, wbrew wszystkiemu, co powiedziała jej matka.
— Dobrze, że wstałaś, Diane — powitała ją Sycylia.
Jej głos był ciepły, miękki niczym futro, w które koteczka wtulała się każdej nocy, a mimo to pobrzmiewała w nim nuta stanowczości, której Diane nie potrafiła jeszcze w pełni zrozumieć.
— Każdy dzień przynosi coś nowego do poznania — ciągnęła Sycylia, poprawiając łapą futerko Onufrego, który przez sen cicho zamruczał. — Ale zanim świat zacznie odkrywać przed tobą swoje tajemnice, powinnaś nauczyć się tego, co pozwoli ci poruszać się po nim z godnością.
Diane przekrzywiła lekko głowę. Słowo godność zabrzmiało dla niej obco, choć sposób, w jaki wypowiedziała je matka, sprawił, że wydało się czymś ważnym. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę legowiska, aż usiadła naprzeciwko Sycylii, ciasno owijając ogon wokół drobnych łapek.
— Widzisz? — Sycylia skinęła delikatnie głową. — Właśnie tak. Kiedy rozmawiasz ze starszym kotem, dobrze jest usiąść spokojnie i słuchać, zamiast wiercić się lub rozglądać na wszystkie strony. Dzięki temu okazujesz, że darzysz go szacunkiem.
Koteczka niemal odruchowo wyprostowała grzbiet, choć po chwili jej spojrzenie ponownie uciekło ku nieruchomym firankom. Dostrzegłszy to, Sycylia uśmiechnęła się tylko pobłażliwie.
— Ciekawość jest piękną cechą — powiedziała cicho. — Nie pozwól jednak, by zagłuszała dobre maniery. Są chwile, kiedy warto obejrzeć świat, i takie, kiedy wypada poświęcić uwagę temu, kto do ciebie mówi.
Uszy Diane drgnęły z lekkim zakłopotaniem. Powoli odwróciła wzrok od okna i ponownie spojrzała matce prosto w oczy.
— Przepraszam... — wymruczała niemal szeptem.
Na pysku Sycylii pojawił się wyraz cichej satysfakcji. 
— Nie musisz przepraszać za to, że świat cię zachwyca — odparła łagodnie, muskając nosem czoło córki. — Pamiętaj tylko, że dobre serce poznaje się nie po wielkich słowach, lecz po małych gestach. Po cierpliwości. Po uważnym słuchaniu. Po życzliwości wobec tych, którzy są obok ciebie.
Diane skinęła głową, choć nie była jeszcze pewna, czy rozumie wszystkie słowa matki. Wiedziała jednak jedno — skoro wypowiadała je Sycylia, musiały być równie ważne jak nauka ostrożnego stawiania pierwszych kroków czy rozpoznawania zapachu własnej rodziny. A jeśli tak było, postanowiła zapamiętać je najlepiej, jak tylko potrafiła.

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane siedziała w milczeniu, nieporuszona niczym drobna figurka wyrzeźbiona ze złocisto-kremowego kamienia, podczas gdy jej szeroko otwarte, dziecięce oczy z niegasnącą ciekawością śledziły każdy, nawet najdrobniejszy ruch jasnych firanek, których miękka tkanina falowała pod naporem chłodnego, wieczornego wiatru. Delikatne pasma materiału unosiły się i opadały z zadziwiającą lekkością, jak gdyby nie podlegały prawom świata, który koteczka znała od chwili narodzin, lecz tańczyły według melodii niesłyszalnej dla żadnego z obecnych w pokoju stworzeń. Raz przylegały do szyby niczym białe skrzydła ogromnego ptaka, by po chwili znowu odsunąć się od niej i zatańczyć w półmroku, jak duchy utkane z księżycowego światła.
W oczach Diane nie były jedynie kawałkami materiału.
Były czymś żywym.
Czymś, czego nie potrafiła nazwać, a czego istnienie wydawało się równie niezwykłe, co niepojęte!
Przez całe swoje krótkie życie znała jedynie istoty, które poruszały się z własnej woli — matkę, rodzeństwo oraz Wyprostowanych, których obecność od początku stanowiła naturalny element otaczającego ją świata. Wszystko inne pozostawało nieruchome, wiernie zawsze tkwiąc na swoim miejscu, chyba, że ktoś żywy postanowi akurat to szturchnąć. A te blade firanki poruszały się same, jak gdyby posiadały własny rozum, własne zamiary i własny, ukryty przed światem język.
Im dłużej na nie patrzyła, tym bardziej ogarniało ją osobliwe uczucie, którego nie umiała jeszcze nazwać. Nie był to wyłącznie zachwyt ani zwykła ciekawość — było to coś znacznie głębszego, jakby los pozwolił jej dostrzec maleńki fragment tajemnicy, której istnienia dotąd nawet nie podejrzewała. W dziecięcym sercu rodziło się przeświadczenie, że za miękkim tańcem materiału kryje się coś więcej, coś nieuchwytnego, co pozostawało poza granicami jej zrozumienia.
Pokój pogrążony był w spokojnym półmroku, którego nie zdołały całkowicie rozproszyć ciepłe lampy zawieszone wysoko pod sufitem. Ich złociste światło rozlewało się miękkimi smugami pozostawiając pomiędzy meblami długie, łagodne cienie. Z lekko uchylonego okna napływał chłodniejszy powiew niosący zapach wilgotnej ziemi, nocnych kwiatów i odległego lasu, którego ciemne sylwetki zdawały się szeptać własne opowieści pod osłoną zapadającego zmroku.
Za szybą dzień dogasał powoli, jak płomień świecy pozostawionej na wietrze. Granat nieba stawał się coraz głębszy, z wolna pochłaniając resztki różowego blasku zachodu, a pierwsze gwiazdy zaczynały nieśmiało przebijać się przez ciemniejące sklepienie, migocząc delikatnie niczym srebrzyste krople rosy zawieszone na niewidzialnych pajęczynach.
Diane ostrożnie uniosła się z miękkiego legowiska, którego ciepło jeszcze przez krótką chwilę obejmowało jej drobne łapki. Posłanie przypominało puszysty obłok — miękkie, sprężyste i przyjemnie nagrzane ciałami śpiących kotów. Przez moment zawahała się, nie chcąc budzić rodzeństwa, którego maleńkie boki unosiły się i opadały w rytmie spokojnych oddechów. Jej brat poruszył przez sen wąsami, siostra z kolei zamruczała cicho, wtulając nos głębiej w bok Sycylii.
Gęsta, śnieżnobiała sierść matki nadal otaczała Diane przyjemnym ciepłem, a jej znajomy zapach — mieszanka mleka i czegoś niezwykle kojącego, co od zawsze kojarzyło jej się z bezpieczeństwem — zdawał się zatrzymywać koteczkę przy legowisku. Mimo to ciekawość okazała się silniejsza od instynktu pozostania blisko rodziny.
Zrobiła pierwszy, niezwykle ostrożny krok.
Potem drugi.
Każde uderzenie maleńkich łapek o podłogę wydawało jej się niemal nienaturalnie głośne, choć w rzeczywistości były to ledwie słyszalne stuknięcia. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a uszy mimowolnie obracały się ku tajemniczo falującym firankom, jak gdyby spodziewała się, że za chwilę przemówią lub wykonają jakiś jeszcze bardziej niezwykły ruch.
Sycylia poruszyła się lekko.
Z początku był to jedynie niemal niezauważalny ruch uszu, później delikatne drgnięcie ogona, aż wreszcie kotka uniosła ciężkie od snu powieki. Przez krótką chwilę wpatrywała się w oddalającą się córkę, jakby próbowała zrozumieć, co mogło skłonić tak młode kocię do opuszczenia legowiska o takiej porze. Na jej pysku odmalowało się wyraźne zaskoczenie.
Nie spodziewała się podobnej odwagi ani tym bardziej zainteresowania czymkolwiek poza własnym rodzeństwem i matczynym ciepłem.
Zmieszanie mieszało się z rozbawieniem, a gdzieś głęboko pod nimi kryła się również cicha ciekawość.
— Mamo?...
Cichy głos Diane zabrzmiał tak delikatnie, że niemal rozpłynął się pomiędzy szelestem firanek a cichym pomrukiem siedzących na kanapie Wyprostowanych.
Jej uszy uniosły się nieznacznie, gdy poczuła na grzbiecie spojrzenie rodzicielki. Mimowolnie skuliła barki, nie wiedząc jeszcze, czy za chwilę zostanie zgromiona za oddalenie się od legowiska, czy też matka zwyczajnie pozwoli jej zaspokoić ciekawość.
— Czy... mogłabym zobaczyć... to?...
Końcówka jej ogona uniosła się niepewnie, wskazując falujące przy oknie firanki z ostrożnością właściwą komuś, kto właśnie pyta o możliwość dotknięcia najrzadszego skarbu świata.
Na krótką chwilę zapadła cisza.
Słychać było jedynie miękki szelest materiału tańczącego z wieczornym wiatrem oraz odległy śpiew nocnych owadów dobiegający zza uchylonego okna.
Po chwili Sycylia parsknęła śmiechem.
Nie był to jednak gwałtowny wybuch wesołości, lecz ciepły, głęboki dźwięk, który rozszedł się po pokoju niczym kręgi na spokojnej tafli jeziora.
— Diane... — odezwała się Sycylia łagodnym tonem, w którym pobrzmiewało rozbawienie. — To tylko zwykłe firanki, poruszane przez wiatr wpadający przez uchylone okno. Nic więcej. Naprawdę sądzisz, że coś tak pospolitego zasługuje na aż tyle twojej uwagi?
Nie odpowiedziała.
Jedynie raz jeszcze skierowała spojrzenie ku firankom, które wciąż poruszały się z tą samą łagodną gracją, jak gdyby słowa Sycylii nie miały dla nich najmniejszego znaczenia. W ich nieustannym tańcu nadal dostrzegała coś, czego nie potrafiła ubrać w myśli — coś ulotnego, pięknego i odległego niczym gwiazdy migoczące za oknem.
Po chwili jednak spuściła wzrok i cicho zawróciła ku legowisku.
Sycylia westchnęła cicho, po czym otuliła córkę swoim puchatym ogonem.
Wkrótce Diane poczuła, jak powieki się jej sklejają, oddech zwalnia a wszystkie dźwięki wokół nietyle ucichły co zmieniły się w kojącą melodię.

31 grudnia 2014

Diane Elizabeth Montclair

Autor grafiki: weeezeerrr
OGÓLNE
DIANE ELIZABETH MONTCLAIR
Poprzednie imiona: ///
Płeć: Kotka
Orientacja: Heteroseksualna/romantyczna
Przynależność: Pieszczoch
Ranga: Pieszczoch

- - - -

Właściciel: weeezeerrr
CHARAKTERYSTYKA

APARYCJA
Opis ogólny - To kotka o niezwykle pięknym, lekko pofalowanym futrze, które to w dotyku jest niezwykle miękkie. Szczególnie puchata wydaje się jej sierść na pysku — najlepiej widoczne jest to w okolicach jej uszu oraz czubka głowy. Jej kremowy, jasny odcień sierści dodaje jej uroku oraz podkreśla jej niezwykle słodką, troskliwą osobowość oraz złote serce.
Jej sylwetka jest dość smukła oraz drobna, co najbardziej daje się we znaki, gdy spojrzy się na jej chude łapy. Jej głowa zdaje się podążać podobną zasadą — ma dość zarysowane kości policzkowe.
A skoro już o jej twarzy mowa, to zwykle zdobi ją delikatny uśmiech, a także para przydługich rzęs. Jej nos jest standardowej wielkości, kształtem przypomina lekko rozciągnięte serce. Uszy są niezauważalnie dłuższe od większości kotów, dość szpiczaste (zwłaszcza przy czubkach), szerokie u nasady. Są delikatnie pochylone do przodu, ich końcówki zdobią opadające w dół, długie pędzelki. Oczy kotki kształtem przypominają migdały, a barwą na myśl przywodzą słońce oraz subtelne złoto.
Cechy szczególne - Pędzelki na uszach, “błyszczące” futerko
Kolor sierści - Kremowa pręgowana warkoczykowo z bielą
Długość sierści - Półdługa
Kolor oczu - Żółte
Problemy zdrowotne - Brak

CHARAKTER

Z natury unika kłótni i podniesionych głosów. Zanim odpowie gniewem, będzie próbowała załagodzić sytuację rozmową lub zwyczajnie odejść. Dopiero gdy zagrożone stanie się bezpieczeństwo kogoś bliskiego, odnajdzie w sobie odwagę, by stanowczo sprzeciwić się drugiej stronie.
Należy do kotów, których bardzo trudno wyprowadzić z równowagi. Nie lubi działać pod wpływem emocji i niemal zawsze daje sobie czas na przemyślenie sytuacji. Nawet jeśli coś nie idzie po jej myśli, rzadko okazuje frustrację.
Diane od zawsze zachwyca się wszystkim, co piękne. Wychowanie pod okiem ojca, który przywiązuje ogromną wagę do sztuki i estetyki, sprawi, że rozwinie w sobie wrażliwość na piękno otaczającego świata. Spośród wszystkich form twórczości największą radość będzie czerpać z układania bukietów z polnych kwiatów i roślin, traktując je nie tylko jako ozdobę, ale również sposób na wyrażanie własnych uczuć. Każda kompozycja będzie tworzona z niezwykłą starannością i dbałością o najdrobniejsze detale.
We wszystkim, co tworzy, wykazuje się niezwykłą starannością. Potrafi wielokrotnie poprawiać nawet najdrobniejsze szczegóły, dopóki nie uzna, że efekt w pełni oddaje to, co chciała przekazać. Bywa przez to zbyt wymagająca wobec samej siebie.
Nauki matki pozostaną dla niej niezwykle ważne, choć nie wszystkie zdoła przyjąć jako własne. Diane będzie wiedziała, że wiele z jej ostrzeżeń wynika z doświadczenia i troski, jednak za każdym razem, gdy stanie przed wyborem między ostrożnością a okazaniem komuś dobroci, jej serce zwycięży nad rozsądkiem. Paradoksalnie to właśnie świadomość, że matka może mieć rację, sprawi, iż każda zdrada będzie bolała ją jeszcze mocniej.
Diane, mimo swojej wrażliwości, uwielbia się śmiać. Szczery uśmiech i drobne żarty uważa za najlepszy sposób na rozładowanie napięcia. Często próbuje poprawić innym nastrój, nawet jeśli sama przeżywa trudniejsze chwile, wierząc, że odrobina radości potrafi dodać sił bardziej niż najpiękniejsze słowa.
Dysponuje również wyjątkowo dobrą pamięcią do szczegółów. Bez większego wysiłku będzie w stanie zapamiętać miejsca, twarze oraz rozmowy sprzed wielu księżyców. Często pamięta rzeczy, o których inni dawno zdążyli zapomnieć.
Jest niezwykle przyjazna oraz gościnna. Zawsze znajdzie dobre słowo dla każdego kota i chętnie wysłucha cudzych trosk, robiąc wszystko, co w jej mocy, by choć odrobinę je złagodzić. Nigdy nie pozwoli, by gość opuścił jej domostwo z poczuciem, że był niemile widziany — pierwsza wskaże miejsce do odpoczynku, lub zaoferuje pomoc, zanim ktokolwiek zdąży o nią poprosić. Wierzy, że nawet najmniejszy gest życzliwości potrafi zasiać zaufanie tam, gdzie wcześniej panowała niepewność.
Jej obecność sprawia, że inni czują się swobodnie. Z łatwością nawiązuje rozmowy i potrafi sprawić, że nawet najbardziej nieśmiały kot po chwili przestaje czuć się obco.
Jak każdy inny kot ma jednak swoje słabości. Zdarza jej się idealizować innych, dostrzegając przede wszystkim ich dobre strony i uparcie wierząc, że każdy zasługuje na kolejną szansę. Nawet gdy pojawiają się wyraźne sygnały ostrzegawcze, Diane często próbuje je usprawiedliwić, tłumacząc czyjeś zachowanie zmęczeniem, strachem lub trudnymi doświadczeniami. Przez to niejednokrotnie obdarza zaufaniem koty, które na nie nie zasłużyły, a każde późniejsze rozczarowanie przeżywa wyjątkowo boleśnie.
Jej perfekcjonizm sprawia również, że bywa dla siebie znacznie surowsza niż dla innych. Potrafi godzinami rozpamiętywać najdrobniejsze pomyłki, podczas gdy podobne błędy popełnione przez innych uznałaby za całkowicie naturalne. Rzadko jest w pełni zadowolona z efektów własnej pracy, nieustannie doszukując się rzeczy, które mogła zrobić lepiej. Łatwiej dostrzega własne niedociągnięcia niż sukcesy, przez co często stawia siebie w gorszym świetle, niż robią to otaczające ją koty.


MORALNOŚĆ

Diane, już od pierwszych księżyców życia będzie wykazywać się niezwykłą czułością, empatią oraz dobrocią wykraczającą poza granice wszystkiego, co jest standardem dla tak zwanej “miejskiej arystokracji”. Od dnia, w którym będzie na tyle duża, by móc opuszczać dom Celestyna, będzie robiła wszystko, by pomóc kotom, którym nie dane było życie w bogactwie.
Nigdy nie będzie oczekiwać wdzięczności ani pochwał za swoje czyny. Sam widok kota, któremu udało się choć na chwilę ulżyć w cierpieniu, będzie dla niej wystarczającą nagrodą. Bez względu na pochodzenie, wygląd czy przeszłość drugiego kota, Diane zawsze będzie starała się dostrzec w nim dobro i zrozumieć powody jego postępowania, nawet jeśli inni uznaliby go za niegodnego współczucia.
Jak łatwo się domyślić jest niezwykle łatwowierna i delikatna, przez co jej dobroć bardzo łatwo wykorzystać. Z natury zakłada, że większość kotów kieruje się dobrymi intencjami, dlatego znacznie częściej szuka usprawiedliwienia dla ich zachowania, niż dopuszcza do siebie myśl, że ktoś mógłby świadomie wyrządzić jej krzywdę. Nawet wtedy, gdy spotka się z chłodem, manipulacją lub niesprawiedliwością, będzie skłonna tłumaczyć je trudną przeszłością, bólem czy chwilowym zagubieniem drugiej strony.
Z tego powodu bardzo trudno przychodzi jej zakończenie toksycznych relacji. Zamiast odejść przy pierwszych oznakach, będzie cierpliwie znosić kolejne przykrości, wierząc, że z czasem uda jej się pomóc drugiemu kotu się zmienić. Niejednokrotnie postawi cudze potrzeby ponad własnym dobrostanem, nie dostrzegając, jak bardzo sama cierpi. Dopiero gdy krzywda stanie się zbyt oczywista lub ktoś, komu ufa, otworzy jej oczy, zdobędzie się na odejście.
Nawet wtedy nie będzie żywić urazy. Znacznie częściej obwini siebie za niepowodzenie relacji, zastanawiając się, czy mogła zrobić więcej lub okazać więcej cierpliwości. Choć każde takie doświadczenie pozostawi na jej sercu ślad, nie sprawi, że całkowicie utraci wiarę w innych. Nadal będzie chciała dostrzegać w kotach dobro, nawet jeśli życie wielokrotnie pokaże jej, że nie każdy na tę wiarę zasługuje.
Nigdy nie będzie uważać się za lepszą od innych ani wykorzystywać swojego pochodzenia, by zdobyć czyjś szacunek. Znacznie bardziej ceni uczciwość i ciężką pracę niż nazwisko czy status społeczny.

CIEKAWOSTKI

- Do jej ulubionych kwiatów należą oleandry, hortensje, a także pelargonie — głównie ze względu na zapach, ale też i wygląd.
- W przeciwieństwie do większości kotów, uwielbia wodę. Potrafi wskakiwać pod zraszacz czy bawić się w wannie podczas kąpieli.
- Uwielbia błękit oraz biel, sądząc, że niosą one ze sobą najwięcej wdzięku.
- Potrafi aportować.

UMIEJĘTNOŚCI

Poziom medyczny: ///
Poziom wojownika: ///
Słabe strony: 
-Brak jakichkolwiek umiejętności w walce [niestety, ale brak znajomości jakichkolwiek ruchów pozostawia ją zdaną na łaskę przeciwnika]
-Naiwność [jej szczera wiara w to, że każdy zasługuje na dobroć, sprawia, że momentami zapomina o jakichkolwiek pozorach ostrożności]
-Skoki [zwyczajnie nie potrafi skakać na szczególnie daleką odległość]
-Bieg [niezwykle szybko męczy się podczas biegu — często po przebiegnięciu nieznacznej odległości potrzebny jej będzie długi odpoczynek)
Mocne strony: 
- Kreatywność [posiada zdolność do niekonwencjonalnego myślenia, co pozwala jej znaleźć wyjście z wielu zagrażających życiu sytuacji]
-Refleks
-Silna wytrzymałość psychiczna [ma niezwykłą cierpliwość do innych, świetnie adaptuje się więc do nowych sytuacji, podróży, hałasu, obcych ludzi oraz innych zwierząt
-Lojalność wobec innych.

RELACJE

RODZINA

Ojciec - Celestyn
Matka - Sycylia
Rodzeństwo - Atena Mirabelle, Onufry
Partner -  Chciałaby znaleźć kogoś, kto ją pokocha. Zależy jej na osobie, która gotów byłaby ją wspierać.
Potomstwo - ///

INNE

///

SZKOLENIE

Mentor - ///
Uczniowie obecni - ///
Uczniowie dawni - ///
HISTORIA

Urodziła się w miocie dwójki pieszczochów — Sycylii oraz Celestyna. Parka należała do “pieszczochowej elity”, dzięki czemu Diane nigdy nie musiała się martwić, że czegoś jej zabraknie — w zasięgu wzroku zawsze miała najwygodniejsze posłanko, zabawki, jedzenie oraz ciepły dom. Prędko zauważyła jednak, że znaczna większość zamieszkujących Betonowy Świat kotów nie podziela podobnego losu… Na cel wzięła więc sobie pomoc innym!