Kotka uważnie obserwowała ruchy kocura. Od sposobu w jaki modulował głos podczas rozmowy, po każdy ruch jego ciała, nawet mrugnięcie nie umknęło jej niezauważone. Owieczka napięła mięśnie. Nie podobał jej się brat Wschodu. Już nawet nie chodziło o to, w jaki sposób odzywał się do brata, po prostu... czuła to. Każdy jego ruch, każdy utarty schemat kociego zachowania ukształtowanego przez tyle lat nie był taki, jak u reszty owocowego lasu.
Szyszka, Orzełek, Wschód, nawet jej mama czy Klonik - każdy miał podobne ruchy.
Zmarszczyła brwi. Owocowy Las był dla nich utopią, czymś, czego każdy pragnął. Szczęśliwe życie z daleka od leśnych klanów, między którymi całe księżyce potrafiły trwać wojny. Daleko od miasta, o którym słyszała z opowieści swojej mamy. Uliczne koty ponoć walczyły o każdy, nawet najmniejszy skrawek pożywienia.
Przeniosła swoje błękitne ślepka na Wschód, którego końcówka ogona niespokojnie drgała. Kocur nie odzywał się, jednakże widziała jego silnie zaciśniętą szczękę oraz ból w oczach. On cały czas żałował, że nie dał rady. Że mim iż miał do pomocy dwie uczennice, nie udało mu się uratować Gąski, jej dzieci ani zapobiec samobójstwu Szakłaka. Wzięła głęboki wdech, robiąc krok wprzód.
— Nie wolno zabierać ci ziół, bez naszej wiedzy — miauknęła krótko, nie pokazując żadnych emocji, czy to w wyrazie swojej mordki, czy też tonie głosu. Bocian wpatrywał się w nią przenikliwymi ślepiami, jakby chcąc odczytać jej myśli. Wschód otworzył pysk.
— Owieczko przestań-
— Nie jesteś dobrym kotem — kotka zrobiła kolejny krok wprzód, wbijając niebieskawe oczy w postać wojownika — Odejdź — strzepnęła uchem, gdy mucha przeleciała zbyt blisko niego.
Przed oczami ciągle miała obraz okropnej, krwawej sceny jaka miała miejsce w żłobku. Nikt nie chciał tego widzieć, nikt nie chciał wspominać.
Dlatego lepiej dla Bociana, żeby zostawił ich w spokoju.
Szyszka, Orzełek, Wschód, nawet jej mama czy Klonik - każdy miał podobne ruchy.
Zmarszczyła brwi. Owocowy Las był dla nich utopią, czymś, czego każdy pragnął. Szczęśliwe życie z daleka od leśnych klanów, między którymi całe księżyce potrafiły trwać wojny. Daleko od miasta, o którym słyszała z opowieści swojej mamy. Uliczne koty ponoć walczyły o każdy, nawet najmniejszy skrawek pożywienia.
Przeniosła swoje błękitne ślepka na Wschód, którego końcówka ogona niespokojnie drgała. Kocur nie odzywał się, jednakże widziała jego silnie zaciśniętą szczękę oraz ból w oczach. On cały czas żałował, że nie dał rady. Że mim iż miał do pomocy dwie uczennice, nie udało mu się uratować Gąski, jej dzieci ani zapobiec samobójstwu Szakłaka. Wzięła głęboki wdech, robiąc krok wprzód.
— Nie wolno zabierać ci ziół, bez naszej wiedzy — miauknęła krótko, nie pokazując żadnych emocji, czy to w wyrazie swojej mordki, czy też tonie głosu. Bocian wpatrywał się w nią przenikliwymi ślepiami, jakby chcąc odczytać jej myśli. Wschód otworzył pysk.
— Owieczko przestań-
— Nie jesteś dobrym kotem — kotka zrobiła kolejny krok wprzód, wbijając niebieskawe oczy w postać wojownika — Odejdź — strzepnęła uchem, gdy mucha przeleciała zbyt blisko niego.
Przed oczami ciągle miała obraz okropnej, krwawej sceny jaka miała miejsce w żłobku. Nikt nie chciał tego widzieć, nikt nie chciał wspominać.
Dlatego lepiej dla Bociana, żeby zostawił ich w spokoju.
< Bocian? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz