Zwolnił kroku, wsłuchując się w ciche odgłosy życia. Ptaki. Wiatr.
Kroki. Byli tuż za nim. Jak?! Nie mogli! Nie mogli wiedzieć! Byli daleko, zbyt daleko, bardzo daleko, nie widzieli go, nie mieli jak, nie!
Zerwał się do biegu. Musiał znaleźć rodzinę. Nie byli bezpieczni. Jeśli oni dotrą do nich pierwsi… Odwrócił się, akurat żeby dostrzec drapieżny uśmiech liliowego kocura.
Skręcił ostro za głazem, ukrywając się w gęstych krzakach. Przebiegł je jednym susem, wybiegając na polanę. W powietrzu unosił się znajomy zapach.
- Mama! - miauknął, podchodząc do cętkowanej kocicy. Otarł się o jej futro, ale zamiast uśmiechu, na jej pysku zobaczył…
Wściekłość. Jak wtedy, gdy Borsuk rzuciła się na Skowronek. Tata powiedział jej coś buczącym szeptem. Bez pytania wyszedł ze żłobka.
- Mamo? Ja nie chciałem, mamusiu!
W ślepiach kotki błyszczał niebezpieczny płomień. Zrobiła krok do przodu, kolejny. Następny.
- Uciekaj - gdzieś obok niego rozległo się pogardliwe miauknięcie Borsuk.
- Uciekaj - zawtórowała jej Skowornek.
- Uciekaj - warknął jego tata.
Serce podeszło mu do gardła.
Biegł.
Wdech. Ostatnie drgnięcie łapy, zanim do reszty wybudził się z koszmaru. Przez uderzenie serca po prostu leżał, bojąc się ruszyć. Dopiero gdy otuliły go znajome zapachy kociarni, odważył się otworzyć ślepia. Zamrugał, czując zaschnięte łzy w kącikach oczu.
Ktoś niedaleko niego drgnął. Ciocia Miedź. Odetchnął głęboko, jeszcze przez chwilę udając, że wciąż śpi. Kątem oka dostrzegł, że uśmiecha się smutno. Może ona też miała zły sen?
Przeciągnął się i ziewnął, dając znać, że już nie śpi.
- Dzień dobry, Wróbelku - usłyszał ciepły głos.
Uśmiechnął się, czując jak posklejane na policzkach futro go ciągnie.
- Dzień dobry, ciociu!
*dwa dni po mianowaniu na ucznia*
Dziwnie było wchodzić do żłobka. Złapał się na tym, że wzrokiem szuka taty, leżącego w kącie pod czujnym okiem wujka Leszczynka. Albo siedzącego przy wejściu ze wzrokiem wbitym w dal, jakby kogoś wypatrywał… I mamy, rzucającej mu nerwowe spojrzenia, będące jej oznaką, że się o niego martwiła.
Zamiast nich, w legowisku dostrzegł tylko ciocię Miedź. Jej dzieci chyba akurat spały, skryte w jej futrze. Wyjątkowo mu to pasowało. Uwielbiał te trzy kuleczki, szczególnie Fasolkę, ale teraz… Musiał porozmawiać z płową.
- Ciociu Miedź? - miauknął.
- Wróbelek! - ucieszyła się kotka. - A raczej Wróblowa Łapa. Jeszcze raz gratulacje.
Otarła się o jego bok, kiedy podszedł bliżej.
- Dziękuję - odmiauknął, wpatrując się w mech pod łapami.
- Coś nie tak? - musiała wyczuć jego niepewność.
Zawahał się przez chwilę.
- Nie, po prostu… - Jego ogon wykonywał w powietrzu skomplikowane wzory, zdradzając jego poddenerwowanie. - Chodzi o mamę - jego głos zadrżał, mimo wszystkich jego wysiłków.
Kotka przyjrzała mu się baczniej, milczeniem zachęcając, żeby mówił dalej.
- Ch-chciałem cię prosić… - Zacisnął powieki i wziął głębszy wdech. To tylko ciocia Miedź. Na pewno go wysłucha. - Ż-żebyś… j-jeśli możesz, oczywiście - plątał się, ledwo panując nad głosem. W końcu podniósł wzrok, napotykając skupione jasnoniebieskie ślepia. - Żebyś zaopiekowała się mamą. Jako jej przyjaciółka.
<Miedź? :3 Przepraszam, że tyle to trwało xd>
Wszyscy lubimy Fasolkę :>>
OdpowiedzUsuńNo ba:3
Usuń