BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 lipca 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Burzy

Spojrzałem na niebieską. Spojrzenie wlepione miała we własne łapki.
- A ty jesteś Burza, jeśli się nie mylę? - Zapytałem unosząc lekko brew. Kociak poza kociarnią, dosyć częste zjawisko. Maluchy bardzo ciągnie do zwiedzania, ale może to też być dla nich niebezpieczne.
- Tak - odparła patrząc na swoje łapy. Wydawała się lekko poddenerwowana. - Opowiesz mi o byciu wojownikiem? 
Jej pytanie było energiczne i nagłe. Zamrugałem powoli, patrząc na niebieską. Poruszyłem wąsami zaglądając nad nią do kociarni. W środku była Piaskowa Ścieżka oraz jej bawiące się kocięta. Kotka nie wyglądała, jakby interesowała ją Burza. Nie zwracała na nią większej uwagi, niż musiała, w końcu miała swoje kuleczki pod opieką.
- Bycie wojownikiem jest ciekawe. - Zacząłem, patrząc uważnie na kotkę. Zastrzygła uszkiem, nasłuchując. - Możesz wychodzić kiedy chcesz z obozu, ale masz sporo obowiązków.
- Ooh - westchnęła - jakich?
Spojrzała na niego zaciekawiona, jednak nadal widziałem w jej oczach nieśmiałość. Przypominała mnie z dzieciństwa i czasów uczniowskich. Byłem nieśmiały i zamknięty w sobie, trzymający się na uboczu. Wystarczało mi towarzystwo Szuwarka i Niezapominajki, jednak kiedy Szuwarowa Łapa zginął, zacząłem bardziej zamykać się w sobie. Jedynie Niezapominajce byłem w stanie powiedzieć coś więcej, niż wymuszone powitanie. 
Teraz, będąc liderem, po przebyciu wielu lepszych i gorszych dni zacząłem dbać o wszystkich, nie tylko o bliskich, którzy zresztą zostali, pod warstwą piachu na starych terenach.
- Patrolujesz granice - zacząłem, jednak słowo "patrolować" mogło być dla niej odrobinkę za trudne. - Sprawdzasz granice, polujesz i zajmujesz się innymi w klanie. Na przykład takimi uciekającymi ze żłobka kociakami jak ty.
Posłałem jej lekki uśmiech, a ona pogrzebała w ziemi łapkami, spuszczając na chwilę wzrok. Pewnie było jej głupio, iż opuściła kociarnię. W każdym razie, już teraz widziałem, że mimo bycia nieśmiałą, Burza może dużo osiągnąć. 
- A czy ja będę wojownikiem? - Zapytała, patrząc nieco w bok, obserwując koty krzątające się po obozie.
- Czas pokaże - odparłem. - Kto wie? Może zostaniesz medykiem, albo samotnikiem? Zobaczymy, na razie słuchaj się Piaskowej Ścieżki i nie opuszczaj żłobka.
Pokiwała głową, analizując moje słowa. Widziałem po niej, że zrobiła się smutna. Może nie chciała wracać?
Szybko przeanalizowałem swoje obowiązki na dziś. Parę minut mogłem poświęcić znajdzie, więc czemu by jej nie zaprowadzić na przykład do legowiska uczniów? Żeby z nimi porozmawiała? Albo powiedzieć jej coś więcej na temat klanowego życia, które tylko czeka na niebieską?
- Albo wiesz co? - Zacząłem, gdy kotka chciała już wracać do środka ze zwieszonym ogonkiem. - Może zrobimy sobie spacer po obozie?
Raczej nic się nie stanie, prawda? Może jej uczniowie nie wystraszą, a wojownicy nie zadeptają. Zresztą, będę mieć Burzę na oku. Co mi szkodzi? Wystarczyło tylko poczekać na odpowiedź koteczki.

<Burza?>

Od Pójdźkowej Łapy (Konopii) CD. Jeżowej Ścieżki

Wpatrujący się w nią pilnym wzrokiem kocur trochę ją przytłaczał. Lekko podenerwowana czuła się jakby to ona była tu winna. 
— Eee... — zaczęła niepewnie cała spięta. — Gdzieś... gdzieś koło... nie, to chyba jednak było tam... — próbowała sobie cokolwiek przypomnieć. 
Jeżowa Ścieżka westchnął. 
— Więc? 
— To... to było koło... koło tego Potwora Dwunożnych! — przypomniała sobie w końcu kotka. 
Jeżowa Ścieżka kiwnął łbem. 
— Dziękuję — miauknął, a jego spojrzenie złagodniało. — To na pewno nam pomoże. 
Pójdźkowa Łapa uśmiechnęła się niepewnie. 
— Mam taką nadzieję — dodała, odchodząc szybkim krokiem od medyka. 
Łapy skierowały ją w stronę legowiska uczniów. Bocian już na nią czekał
— Czego chciał? — zapytał biały. 
Końcówka długiego ogona kocura zadrżała w powietrzu. 
— Pytał gdzie polowałam — odpowiedziała pośpiesznie Konopia. — Nic poważnego — dodała. 
Bocian westchnął ciężko i usiadł. 
— Mam nadzieję, lisi bobku — mruknął. — Mieliśmy nie rzucać się w oczy, pamiętasz?
Kotka kiwnęła łbem. 
— Spokojna mysz, pewnie zaraz to rozwiążą — stwierdziła pewnie. 
I taką miała nadzieję. Zatruta zwierzyna musiała być ostatnią rzeczą jaką Burzaki chciały podczas Pory Nagich Drzew. 

* * *

Wszelkie myśli o Klanie Burzy zostały po drugiej stronie rzeki. Konopia w końcu była w domu. Co prawda z trudem było jej tak nazwać Owocowy Las, lecz tu był jej klan. Co prawda bez jej mamy, czy siostry, lecz Konopia starała się myśleć pozytywnie. W końcu udało jej się. Jej i Bocianowi. Udało im się odnaleźć bliskich i to całych i bezpiecznych. Czego mogli chcieć więcej? 
— Konopio! — krzyknął na nią Szakłak. — Czy ty mnie znów nie słuchasz? — warknął na kotkę. 
Szylkretka jedynie uśmiechnęła się słabo. 
— Skąd wiedziałeś? 
Kocur westchnął, kręcąc łbem. Przygotowali się do ataku na Klan Nocy. Powinna słuchać dawnego mentora zamiast błądzić myślami gdzieś indziej. 

<dobra jeżu uznaj to za zakończenie sesji xd wybacz za taką krótką i bez polotu xd>

Od Pigwowego Kła CD. Jesionowego Wichru

Płuca Pigwy odmówiły posłuszeństwa. Wpatrywał się w ślepo w kości, sam nie wierząc co widzi. Jego najgorszy koszmar ujrzał światło dzienne. Czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ciężko połknął ślinę. Próba nie zwymiotowania stała się nowym wyzwaniem. Spojrzał nerwowo na Jesionowy Wicher. Wiedział, że musi odpowiedzieć. Lecz nie mógł. Ściśnięte gardło ledwo łapało powietrze. 
— Pigwowy Kle, wszystko w porządku? — zapytał Szakłakowy Cień. 
Wojownik zdobył się jedynie na pokręcenie łbem. Miękkie łapy prawie go zawiodły i niemal się wywrócił. Ledwo usiadł, by spuścił łeb. Za każdym razem gdy tylko pomyślał o tym wszystkim robiło mu się coraz gorzej.
— Weź go do obozu — rozkazała Pstrągowa Gwiazda Jesionowemu Wichrowi. — A my pochowajmy tego trupa — burknęła zupełnie nie przejęta. 
Pigwowy Kieł żałował, że nie jest trochę jak babcia. Gdyby tylko umiał zachować trzeźwe myślenie. Gdyby tylko lęki nie przejęły znów nad nim kontroli... mógłby tyle osiągnąć. 
— No chodź — mruknął Jesionowy Wicher, szturchając go lekko. 
W jego głosie Pigwa wyczuł smród zmartwienia. Wojownik zadrżał mimowolnie. Nie chciał tej litości. Znów się nad nim litowano, a on stał w miejscu. Bez postępu jego życie było wciąż takie same. Wciąż był takim samym tchórzem nie potrafiącym się odważyć na nic. Umiejący jedynie przyglądać się śmiercią innym. 
— Co się stało? — zapytał Jesionek. 
Pigwa znów pokręcił łbem. Nie chciał rozmawiać. Nie z Panem Idealnym. On na pewno lepiej by sobie z tym wszystkim poradził. Widząc na sobie wzrok czekoladowego, zrozumiał, że ten nie odejdzie bez odpowiedzi. Wątłe ciało Pigwy wzięło głęboki wdech. Później kolejny i jeszcze jeden. Dopiero gdy nudności przeszły odważył się podnieść wzrok z nad łap. 
— N-nic — miauknął drżącym głosem. 
Jesionowy Wicher westchnął. 
— Przecież widzę, że coś cię gryzie — miauknął zmartwiony. — Jak nie chcesz nie mów, ale będzie ci lepiej jeśli komuś się z tego wygadasz — dodał. 
Pigwa kiwnął łbem, zlewając słowa Jesionka. Wątpił czy będzie mu lepiej jeśli powie komuś, że patrzył na śmierć ich lidera nic nie robiąc, a potem pozwolił pochować Dwunogowi możliwie żyjącego kocura. 
—  T-to mysz — mruknął cicho. 
Jesionowy Wicher uniósł brwi zdziwiony.
— Jaka mysz? — zapytał zdezorientowany. 
— C-chyba zjadłem n-nieświeżą — dodał ciszej Pigwa, uciekając przed wzrokiem Jesionka. 
Miał czasem wrażenie, że ten potrafi wyczytać każde kłamstwo z pyska. Czekoladowy wojownik mruknął jedynie. Dotarli do obozu, gdzie Jesionek zaprowadził go do Słodkiego Języka. 
—  Pigwo —  miauknął nim ten zdążył, wkroczyć do legowiska kotki. — Jakbyś chciał z kimś porozmawiać, pamiętaj, że możesz na mnie liczyć, mimo wszystko. 
Pigwowy Kieł kiwnął łbem niepewnie z udawanym uśmiechem. Czuł jak wargi i brwi drgają mu, z całym sił próbując się nie skrzywić. Był zły na Jesionka, że ten uważa go za takiego mysiego móżdżka. Jasne, już mu się rzuca w ramiona i przyznaje się do wszystkich popełnionych zbrodni, by czekoladowy mógł go wygnać. Pospiesznym krokiem wszedł do groty medyczki. 

* * *

Dużo się zadziało przez ten czas. Lecz atak na Klan Klifu zdecydowanie zapadł mu w pamięci. Koszmarnie było wrócić do tego przerażającego miejsca. Do dziś czuł dreszcze, które towarzyszyły mu tamtego dnia. Obozowisko Klifiaków i oni zmienili się. Zdawali się być tacy słabi Pigwie. 
— Pigwo! — zawołała wesoło Pluskająca Łapa, podbiegając do niego. — Robisz coś po patrolu? —  zapytała, wlepiając w niego parę pomarańczowych ślip.
Zupełnie takich samych jak jego ojca, babci i brata. Całej trójce ostatnio coś się nie powodziło. Dzięki Pigwie ojciec pokłócił się ze swoim partnerem z innego klanu. Klifiakiem. Pigwowemu Kłu nie chciało się wierzyć, że Aronia wolał tą marna kupę futra niż jego mamę i ich. Zasługiwał na karę, lecz drobny kocurek nie miał jak wymierzyć. Babcia ostatnio nie dogadywała się z klanem. Podczas ataku na Klan Klifu ją zawiedli. W klanie powstała wyrwa. Nie każdemu podobały się rządy Pstrąg, lecz nikt nie odszedł jeszcze. A jego brat Truskawkowa Łapa kisił tyłek w starszyźnie. Z niezadowoleniem na pysku witał wszystkich, grożąc potruciem. Pigwa jednak wiedział, że ten kompletnie nie znał się na ziołach. Jagody cisu uznawał za łakomy kąsek, którego zjedzenie jest mu niesprawiedliwie zakazane. 
—  Nic — odpowiedział kotce Pigwa. —  A-a co? 
Uczennica uśmiechnęła się lekko. Nim kotka zdążyła otworzyć pyszczek podbiła do nich Rozgałęziona Łapa. 
— Pigwuś!— zawołała. — Chcesz iść ze mną i Pluskającą Łapą na wyprawę?  — zapytała tajemniczo. — Podobno jakaś pokręcona staruszka się kręci na bagnach!
Pigwa poczuł nieprzyjemny dreszcz na grzbiecie. Czyli reszta wiedziała już o Cisowych Moczarach. Miał nadzieję, że staruszka nie zrobi nikomu nie krzywdy.
— N-nie sądzę, b-by to był dobry pomysł — wyjąkał niepewnie. 
Głupia kocica pewnie musiała się kręcić gdzieś przy granicy w poszukiwaniu liści jeżyny. Miała pewnie gdzieś prośby Pigwy, że zbierze je dla niej następnego dnia. 
— Wymiękasz? — zadrwiła dawna Lisiaczka z pewnym uśmiechem. — No proszę panie wojowniku nie sądziłam, że z ciebie taki mysi bobek... — urwała, gdy Plusk sprzedała jej kuśtańca. 
Pigwowy Kieł położył jedynie uszy. 
— Powiedziała ta, która boi się wody — mruknęła Pluskająca Łapa. 
Liliowa zjeżyła się mimowolnie. 
— Nie boję, po prostu jej nie lubię — stwierdziła dumnie kotka, kładąc zjeżoną sierść. 
— Jasne — mruknęła Pluskająca Łapa z uśmiechem. 
— T-to ja idę na p-patrol — miauknął Pigwowy Kieł, zostawiając obie kotki same. 
Szybkim krokiem podążył w stronę wyjścia z obozu. Miał nadzieję, że te nie pójdą na własną łapę szukać bagiennej wiedźmy. 
— O jesteś Pigwowy Kle — usłyszał znajomy głos. 
Jesionowy Wicher spoglądał na niego. Biało-czarny przystanął zaskoczony. Nie rozumiał co ten tutaj robi. Starszy widząc jego wzrok, postanowił sprostować mu sytuację. 
— Biały Kieł poprosił mnie, by go zastąpić — wyjaśnił. — Poszedł do swoich kociąt — dodał.
Fakt. Pigwowy Kieł wciąż zapominał, że liczba współklanowiczów się powiększała na Porę Nowych Liści. Ciekawe czy i on kiedyś założy rodzinę? Odrzucił tą myśl pośpiesznie. Nikt nie zechce z takim pyskiem. Poza tym jedyny kot, do którego coś poczuł zdawał się być już zajęty.
— T-to idziemy? — miauknął niechętnie Pigwa.
Chciał mieć jak najszybciej z łba spacer z Panem Idealnym. Poza tym ten po nagłej śmierci brata przestał być aż tak rozmowy. Przynajmniej śmierć Malinka miała jakieś plusy. W ciszy wyruszyli z obozu. Dziś pomimo zachmurzenia na szczęście nie padało. Deszcze ostatnio męczyły koty. Przynajmniej rzeka była pełna. Widząc, że Jesionowy Wicher kieruje łapy w stronę bagien, poczuł nieprzyjemny dreszcz na grzbiecie. Nie rozumiał czemu akurat dziś tak wszystkich ciągnie na dawne tereny Lisiaków. 
— A-a nie idziemy w stronę granicy z K-klanem Klifu? — miauknął z zawahaniem. 
Jesionek uniósł brwi zdziwiony. 
— Nie, mieliśmy iść wzdłuż bagien — mruknął. — Pstrągowa Gwiazda chciała informacji o populacji lisów. Będzie źle jak nagle zrobi się ich za dużo. — dodał. 
Pigwowy Kieł niechętnie kiwnął łbem zdenerwowany. Wolał, by Jesionowy Wicher nie dostąpił zaszczytu spotkania się z zrzędliwą staruszką. Jej język czasem był za długi, a wolał zachować spotkania w tajemnicy. Musiał coś zrobić nim będzie za późno na odwrót. 
— O-oj — miauknął nagle Pigwowy Kieł, zginając się. — B-brzuch mnie boli! 


<Jesionek?>

Od Barwinkowego Podmuchu CD Zimorodka

- A skąd pan, pani wie? Nie jesteś takiego samego kololu jak ja i blacisek. A my jesteśmy koculkami. - Miauknął całkiem poważnie kociak 
Barwinek zmarszczył brwi. Co on, głupi? W sumie jest jeszcze mały, ale no co za pomysł, żeby nazywać go kotką?? Czy on tak wyglądał? Jego umięśnione, SAMCZE ciało. No chyba nie.
- Pan jest i kotką i koculkiem? Cy koculkiem i kotkom? - dopytywał naprawdę zaciekawiony, podjętego przez niego tematu. 
Barwinka ostro zatkało. On tak na poważnie? Czy się zgrywa? Co to w ogóle za pytanie?! 
Westchnął, biedna Berberys, ma w stadzie takiego półgłówka.  Jednak nie ma tego złego, on go nauczy czego trzeba! 
- Jestem w stu procentach kocurem! - Zaczął patrząc na kociaka.
- No nie, ma pana, pani futelko nie wygląda jak moje! - Upierał się. 
Barwinek zmarszczył brwi, że jak?
- No wiesz, nie musi wyglądać jak twoje. - Zaczął, próbując opanować chęć zdzielenia go w głowę za nazywanie czarnego "panią".
- Jak nie? - Zdziwił się, otwierając szerzej oczka.
- Ja mam innych rodziców i inne futerko po nich. Przy okazji, widzisz jakie śliczne? Błyszczące i czyste, oraz takie gładkie! - Pochwalił się, ogonem machając przy kociaku, by dobrze zobaczył jego piękność. 
Dzieciak Berberys przyjrzał mu się uważnie, nawet wyciągnął łapkę i dotknął wzdychając 
- Mieciutkie jak mamusi! - Miauknął z uśmiechem. 
- No nie! Jestem kocurem mówiłem ci! Jak ty masz w ogóle na imię? - Podniósł nieco wkurzony głos. Tracił cierpliwość do tego głupka. 
- Zimolodek - przedstawił się. 
- A. Wiec Zimorodku, wiesz co masz pod ogonem nie? - Zapytał, czując się niezręcznie. 
Przecież to jeszcze dziecko! Ale jak mu inaczej wytłumaczyć różnice między kocurem a kotką? 
- Co mam? - Zapytał tak niewinnie, że Barwinek powoli zaczął się załamywać.
No tak, pewnie jeszcze nie rozumiał, że kocury mają no wiecie, coś innego niż kotki.
- No, jak się dowiesz co masz po ogonem, to daj mi znać. - Odpowiedział, chcąc zakończyć tą żenadę. Miał tylko nadzieje,ze nikt ich nie słuchał. - Bo wiesz, ja mam to samo. Tylko trochę większe. 
Otworzył szerzej oczy, kiwając głową. No, to sprawa załatwiona, nie? Mógł już oddalić się i zapomnieć o tym, co tu zaszło??
Czekał jeszcze, czy kociak się odezwę czy pójdzie do żłobka. W końcu nie powinien się zbyt oddalać,  bo znowu jemu się dostanie! No bo przecież, obrywa nie kocie, a ten, kto z nim siedzi! 
Już czuł dreszcze na wyobrażenie wkurzonej Berberys, która podrażnienia kolejny bije go za wykradanie kociąt poza bezpieczny żłobek. 

<Zimorodku? I co teraz <.< >

Od Jesionowego Wichru

Ból nieco osłabł, ale nadal czuł potworne przygnębienie. Nie mógł zapomnieć o Malinowej Łapie, pomimo tego, że naprawdę czuł, że nie tylko krzywdził siebie, ale i swoich bliskich. Brzoskwiniowa Bryza rozumiała go i dała mu czas, by dojść do siebie. Mimo tego, nocą zawsze się do niego tuliła, dając wsparcie jakiego potrzebował. Była taka kochana. Dziś jednak bolała ją bardzo głowa. Może to przez tą pogodę? Była w końcu okropna. Ciągle padało i padało, a raz po raz, słychać było grzmoty. Ciekawe czy Malinowa Łapa, spotkał się tam na górze z rodzicami i czy teraz patrzył na niego ze smutkiem. Przez to, że niebo było zasnute chmurami, nie mógł spojrzeć na srebrną skórę, by odnaleźć nową gwiazdę, symbolizującą brata.
- Znów o nim myślisz? - zagadnęła go ukochana.
Skinął głową.
- Wiesz. Ja też tęsknie za rodzicami i braćmi. - wyznała.
No tak. W końcu Brzoskwinka trafiła do nich jako kocię. Nie wiadomo czy została porzucona, czy może jej rodzicom stała się krzywda. Wiedział tylko, że twierdziła, że się zgubiła. Zdziwił się, że w ogóle nie wypytywał ją o jej rodzinę. Może powinien? Może dzięki temu poczuje się zrozumiany?
- Miałaś braci? 
- Tak. Trójkę. Byli naprawdę wspaniali. Tęsknie za nimi. 
Chwilę leżeli wtuleni w siebie, czekając aż pogoda na zewnątrz się uspokoi.
- Może powinnaś iść z tym do tego medyka? - Przełknął gule w gardle na myśl, o tym miejscu. Tam w końcu znaleziono jego martwego braciszka. 
- Zrobię to, kiedy przestanie padać. Yh... Czuję się jakby ktoś rzucał mi do głowy kamienie. 
- To może lepiej nie czekaj. - Wstał, zachęcając ukochaną do wstania. 
- No dobrze... Pójdę. Ale ty zostań. - powiedziała, pacając go ogonem po nosie.
- Ale...
- Żadne ale. Jeszcze nie powinieneś tam wchodzić. 
Miała rację. Skinął jej tylko głową i znów ułożył się na posłaniu. Brzoskwiniowa Bryza zniknęła w strugach deszczu. Poczuł, że już za nią tęsknił. Ach, ta miłość. 
- Jak tam? - Dosiadł się do niego Szakłakowy Cień. 
Kocur był byłym mentorem vanki i pomagał im w zejściu się. 
- Lepiej - miauknął niezbyt przekonująco. 
- Mówię o was. Wiem, że pewnie teraz nie masz ochoty na żadne romanse, ale może przydałoby się wam, no nie wiem... spędzenie czasu razem. Tak... sam na sam? 
- Co? - spojrzał na niego zdziwiony.
Co starszy mu chciał przez to zakomunikować? Oczywiście sądził, że takie spędzenie czasu mogło im wyjść na dobre. W końcu ostatnio zaniedbał kotkę. Mogliby wyjść połowić ryby, czy coś... Chociaż nie wiedział, czy to nie jest zbyt nie romantyczne. 
- Przemyśle to. - w końcu powiedział.
Kocur poklepał go ogonem po grzbiecie, po czym odszedł. Wiedział, że najlepiej poczekać, nie robić nic na siłę. 
Po jakimś czasie dojrzał wracającą Brzoskwinkę. Otrzepała się z kropel wody, osiadłych jej na grzbiecie i wtuliła się w jego sierść. Chociaż to bardziej on wtulił się w jej, taka była długa. 
- Lepiej? - zapytał.
- Trochę. Podobno to nic groźnego. Dostałam zioła i tyle.
Pokiwał głową. 
Musiał pomyśleć nad tą niespodzianką, zaproponowaną mu przez starszego wojownika. Gdzie ją zabrać? Na pewno nie może padać. Przemokliby i rozchorowali, a tu nie o to chodziło. Może popływaliby w rzece? W końcu kotka to uwielbiała. Tak samo jak ryby. 
- O czym myślisz? - Usłyszał jej głos, tuż nad uchem.
- O niczym... - szybko odpowiedział.
Jak ona umiała go przejrzeć! Oby tylko zaplanował to wszystko tak, aby niespodzianka się udała. 

Od Zimorodka cd Daliowej Łapy

Biegał za wkurzonym Meszkiem, który mówił do niego bardzo obraźliwe słowa, co po chwile zatrzymując się i dając mu po pysku. Dziwny był to berek, ale nie narzekał. Świetnie się bawił! Musiał tylko nauczyć się omijać ciosy skierowane w jego stronę. 
- Witaj mamo. - zaczęła przywitanie kotka.- Cześć Meszku, Zimorodku i Roso.
Zimorodek odwrócił się w stronę witającej się kotki. Była jego drugą siostrzyczką. Mamusia mówiła, że mieli dużo rodzeństwa, ale na razie liliowa była pierwszą, która do nich zajrzała. Szybko do niej podbiegł, machając ogonem w różne strony.
- Pats co umiem! - Położył głowę na ziemi, po czym przechylił się, robiąc fikołka. - Tes tak umies? To klęsiołek! 
- Dlaczego kręciołek? - zapytała nie rozumiejąc słowa, wymyślonego przez kocię.
- Booo się klęsi w głofie! Splóbuj! - zachęcał ją, pokazując ponownie akrobację. 
- Witaj, Daliowa Łapo. Jak tam trening? - Ich krótką rozmowę przerwała mama.
Ech... Berberysowa Bryza najwidoczniej wolała wypytać córkę, co tam u niej słychać. Zimorodek otrzepał się i ruszył krok w krok za siostrą, która usiadła obok mamy. Zaczęła opowiadać o szkoleniu. Miała miły i taki przyjemny głos, jednak dla niebieskiego wydawał się nieco przynudnawy. W końcu lubił jak rozmawiało się z ekspresją i emocjami! 
- Cio to fojownik? - zapytał w końcu zaciekawiony, gdy to słowo padło z ust mamy.
Berberysowa Bryza zachęciła córkę, aby to ona wytłumaczyła bratu, co to takiego. Daliowa Łapa powoli zaczęła tłumaczyć zagadnienie, a jego oczka rozbłysły. Też chciał zostać wojownikiem! Podskoczył z ekscytacji, przez co upadł na tyłek. Otrzepał się zdziwiony, że tak to się skończyło. Jednak szybko zapomniał o incydencie, ponownie skupiając wzrok na Dalii.
- Sce sobacyć fojownika! Se on jest? 
- W tfoim tyłku! - warknął Meszek, który obserwował to wszystko z miną taką jak zawsze, niezadowoloną. 
- Naplafde?! - Spojrzał na swój ogon, próbując dojrzeć wojownika, który podobno znajduje się w jego tyłku. 
To było bardzo trudne! Kręcił się w kółko, a jego tylnia część ciała uciekała! Dlaczego?! To niesprawiedliwe! Czemu nie chciała mu pokazać wojownika? W końcu poczuł, że zakręciło mu się w głowie i upadł na ziemię. Mama karciła Meszka za jego zachowanie, ale on miał oczywiście ją gdzieś. 
- Ojej! Dalia! Mas as ctely siostly! Sa tobom! Są takie same! I się klęcom tak ładnie dookoła - powiedział zachwycając się tym fenomenem. 

<Daliowa Łapo?>

Od Dreszcza cd Konwaliowego Serca

- Wyruszyłam na misję. - odpowiedziała szybko żółtooka.
- Misję? Była straszna? Sama?
Czyli jednak nie została porwana! Jak dobrze! Widok kotki całej i zdrowej bardzo go ucieszył.
- Nie, nie. Była ze mną Cętka, a misja nie była taka straszna. - spojrzała na śpiące kilkanaście lisich ogonów dalej Burze i Stokrotkę.
- Ciągle śpią. - miauknął cicho Dreszcz widząc, w którym kierunku patrzy się Konwaliowe Serce. - A jak już się obudzą piszczą, nie rozumiem ich.
Te małe istoty pojawiły się jakby znikąd. Kiedy pierwszy raz je zobaczył zastanawiał się, czy to przypadkiem nie jest jego kolejne urojenie. Ale nie. Kociaki żyły i coś piszczały. Nie podobały mu się. Oznaczało to, że będzie więcej konkurencji, a nie chciał się dzielić niczym z nowymi członkami klanu. Jego brat Wiewiór również nie cieszył się z wizyty kociaków. Widział czasami jak je zaczepiał, ukazując im swoje niezadowolenie. Dreszcz wolał jednak trzymać się od nich z daleka.
- Gdy byłeś takim maleństwem jak one też tak się zachowywałeś.
- Serio? - zapytał
Kotka pokiwała głową.
- Jeszcze kilka księżyców, a zostaniesz uczniem, wiesz?
- Tak, tatuś opowiadał mi dużo o nich. - ożywił się kremowy. - Nie mogę się doczekać. - po chwili przerwał drżąc. Znów ten cień! A raczej cienie. Zbliżały się coraz bardziej i bardziej w stronę żłobka.. - Tam są jakieś potwory! - zapiszczał kuląc się.
- Gdzie? - zapytała się kotka. 
Wskazał jej ogonem wejście, próbując uspokoić się i nie popaść ponownie w histerie. Przecież wiedział już, że te cienie nie mają wstępu do żłobka. Że znikają, gdy tylko dotkną progu. Mimo to, jego ciało reagowało instynktownie, a on niestety nie mógł nic na to poradzić. 
Kotka skierowała wzrok na wyjście, po czym rozluźniła się widząc Orlikowy Szept z Cętkowanym Kwiatem. Syn Piaskowej Ścieżki patrzył pod ich łapy, z radością przyjmując fakt, że potwory zniknęły. Ufff...
- Witajcie - zawołali oboje. - Przyszliśmy zobaczyć maluchy.
Maluchy? Przyszli tu dla tych małych klusek? Musiał przyznać, że poczuł się zazdrosny. Na dodatek Orlikowy Szept, który miał władzę nad białymi potworkami, zawsze przychodził do niego, a nie do innych. Musiał najwyraźniej coś zrobić, aby to całe zainteresowanie kociakami znikło z ich głowy. Szybko podbiegł do wojowników i usiadł im na drodze. 
- Nie ma przejścia. - powiedział, robiąc niezadowoloną minę. 
- Oj on tylko żartuje. Wejdźcie - zachęcała Konwalia.
Widząc, że goście kierują się do kociąt, poczuł jak wypełnia go gniew. Co było w nich takiego wyjątkowego? Były takie małe i nie dało się zrozumieć co mówią! A on był wyjątkowy! Mówiła tak przecież Konwaliowe Serce! Szybko naskoczył na ogon kotki i wgryzł się w jej futerko. Ta zdziwiony spojrzał na kremowego zdziwiona.
- Co robisz, Dreszczyku? 
Młodszy opadł na ziemie, wypluwając czarno-białe kłaki z pyska. 
- Nie pozwolę by to małe coś, zabrało mi was! 
Konwalia i Orlik byli jego. Tylko do niego mogli przychodzić, do niego, do niego i tylko do niego! 
- Należycie do mnie! - warknął, czując powoli jak ten cały stres, zbiera mu się w oczach. 
O nie. Znów się zacznie. Nie chciał tego. Nie potrafił jednak opanować drżenia i łez skapujących na łapy. Piaskowa Ścieżka zatkała sobie uszy łapami, wiedząc co zaraz nastąpi. Kolejna histeria. Kolejna z byle powodu. Ale przecież powód był! Chciał by to na nim skupiali uwagę, a nie na jakichś nowych kociakach! Zaczął płakać, drąc się na cały obóz. Do jego lamentu dołączyły smutne popiskiwania, obudzonych kociaków. Miał to gdzieś. Nie znosił tych klusek. Nie znosił. Widział jak Konwaliowe Serce na nie spoglądała. Jakby obchodziła się bardziej ich losem! Dlaczego, dlaczego, dlaczego?! 
- JESTEŚCIE MOI! MOI! - krzyczał, czując jak powoli zaczyna go boleć gardełko. 

<Konwalio? Powodzenia>  

Od Kolczastej Skóry cd. Maluszka

- Hej, maluchy! - miauknął przyjaźnie Kolec wchodząc do żłoba z martwą nornicą. Obok siebie siedziały dwa kocurki z marudną miną na pyszczkach. - Cześć, Cętkowany Liściu. - dodał widząc swoją ulubioną karmicielkę w kociarni. Dał jedzenie królowej. 
Tamta skinęła lekką głową na przywitanie i wydała z siebie cichy pomruk. 
Brązowoocy synowie burej wyglądali na zainteresowanych nowym przybyszem, ale też na trochę złych. 
- Ty jesteś Maluszek? - zapytał kociaka bez przednich łap. Próbował nie zwracać uwagi na kalectwa syna Wilczego Serca. 
- Tak. - pisnął cicho kocurek. - A ty? Kim jesteś?
- Jestem Kolczasta Skóra, właściwie to... Jesteś moim wujkiem.
- Wujkiem? 
- Zgadza się, ja jestem twoim bratankiem. Chociaż jestem straszy... - odrzekł liliowy przyglądając się Maluszkowi. - Możemy się w coś pobawić, albo mogę czegoś cię nauczyć lub pokazać. Jeśli chcesz mogę pokazać ci obóz, wyjdziemy ze żłobka. - spojrzał pytająco na matkę kociąt. - Możemy?
- Tak, zabierz też Kawkę, bo może się urazić.
- Jasne. - posłał uśmiech młodszym. - A więc chodźmy.
***
- Tutaj śpią uczniowie. - mruknął Kolczasta Skóra pokazując kociakom różne legowiska przeznaczone dla każdego zależnie od rangi. - Wy też kiedyś będziecie spać tutaj. - dodał.
- Tak bez mamusi? - zapytał się Maluszek.
- A wygodnie tu? - następne pytanie zadał Kawka. 
- Bez mamusi, a co do wygody, zależy jak sobie ułożysz mech i ile. Jak to lubi, ale lepiej nie za dużo bo innym może się to nie spodobać. - odpowiedział spokojnie wojownik. 

<Maluszek? Przepraszam za gniota>

Od Mgiełki

Tego dnia ciekawość kotki przezwyciężyła monotonię każdego dnia i ta postanowiła, po raz pierwszy w swoim krótkim dość żywocie, przyjrzeć się z bliska innemu niż jej brat kociakowi. Delikatnie zaczęła skradać się w kierunku śpiącego kociaka który, mimo że spał, wydawał jej się niewielkich rozmiarów, co tylko pomogło koteczce podjąć tę decyzję. Stawiała łapkę za łapką, z każdym krokiem uważając, żeby nie nadepnąć na coś, co mogłoby ją zdradzić. Z boku wyglądało to, co najmniej tak, jakby Mgiełka nie wiedząc, co dokładnie robić, po raz pierwszy w życiu polowała na niezbyt ruchliwą mysz, gdzie każdy najmniejszy szelest mógłby sprawić nieubłagany odwrót kociaka. Doprawdy, w głowie kotki nie mieściła się myśl, po co tyle kociaków w kociarni? I w ogóle, po co komu kociaki? Przecież to takie dziwne istoty... Nie zważała jednak na to, że sama jeszcze była owym kociakiem. Gdy zbliżyła się na tyle, by móc lekko zwęszyć woń istoty, która tak ją zainteresowała tego ranka, w jej maleńkiej główce pojawiła się jedna i jedyna myśl "Co za dziwny osobnik... i jest samcem jak Szronek!". Otworzyła szerzej oczy i nie mogła uwierzyć w to, czego właśnie się dowiedziała, bo była na śmierć pewna, że ów samiec był samicą! W końcu był również taki malutki jak kotka i Mgiełka sama już czasem, gdy obserwowała tę istotę, zastanawiała się, czy aby na pewno nie była mniejsza od niej samej. Jednak teraz nabrały sensu zachowania tego osobnika, bo czasem widziała ich podobieństwo do braciaka. Nie mogła uwierzyć w to, jak bardzo się pomyliła! Czy to, że pomyliła kotkę z kocurkiem, wyklucza ją z tego, żeby być dobrym medykiem? Na samą myśl miała ochotę się rozpłakać, ale powstrzymała słone łezki, co spowodowało, że kichnęła. Przerażona tym, że nie dość, że pomyliła samicę z samcem, to jeszcze na niego kichnęła, odsunęła się w popłochu od nieznajomej istoty. Jednak ta zdążyła już otworzyć swoje pomarańczowe oczka i ospale spojrzała w kierunku Mgiełki.
    — Pse-pseplasam... Myslałam, ze jestes kotką... — wydukała przerażona, spuszczając wzrok na swoje łapki.

<Krótki?>

Od Mgiełki

Od kiedy koteczka troszkę podrosła i dostała niewypowiedziane pozwolenie od mamy na swobodne przemieszczanie się po kociarni, każdy dzień ograniczał się do powtarzania o konkretnych porach, tych samych zajęć, co dnia poprzedniego. Mgiełka, póki nie ukończy sześciu księżyców, stała się poniekąd niewolnikiem czasu, zapętlanych myśli i czegoś, co zobaczyła po raz pierwszy dość niedawno. TO coś od tamtej pory odwiedziło ją tylko raz, co dziwiło kociaka, ponieważ słowa wypowiedziane wtedy w jej kierunku nie brzmiały tak, jakby miały zapowiadać koniec niechcianych odwiedzin. W obecnej chwili siedziała przy jeszcze śpiącej mamie i oglądała zabawę brata kulką mchu. Nie miała ochoty do niego dołączyć, ponieważ nie widziała w tym najmniejszego celu. Bała się, że jak tylko na małą chwilkę odwróci myśli w innym kierunku, zapomni o TYM czymś, bawiąc się beztrosko z bratem, a co gorsze nie będzie czujna, przerażający cień wróci. Z jakichś powodów wiedziała, że ten nie chce jej skrzywdzić, ale nie docierało to do jej świadomości, po prostu przygniatał ją ciężar wiedzy o istnieniu tej "postaci". Patrzyła się dość nieobecnym wzrokiem przed siebie, pogrążona w myślach, które odbiegały od beztroskiego rozumowania kociaka. Nagle ni z gruszki, ni z pietruszki przed koteczką, wyrósł jej braciak z kulką mchu w pyszczku. Położył ją przed Mgiełką i spojrzał wyczekująco w kierunku siostry
   —- Chces pobawic się ze mną? — Jakby wyrwana z transu, nie mogąc ogarnąć umysłem, o co właśnie zapytał ją brat, spojrzała na niego tępym wzrokiem z pytaniem, które wyrażały jej przerażone oczka, a mianowicie o sens wypowiedzianych w jej kierunku słów. Opuściła swój wzrok zawstydzona, ale w tym momencie ujrzała kulkę mchu przed swoimi łapkami. W momencie domyśliła się, o co chodzi Szronkowi.
    — Wybac, ale nie... Nie mam ochoty... — W momencie wypowiedzenia tych słów, odsunęła się lekko od brata, chowając swoje łapki za jeszcze niezbyt długim ogonkiem.
    — Ty nigdy nie chces się bawic!
    — Pseplasam... — wysepleniła Mgiełka i wtedy właśnie zobaczyła TO, czego znów zobaczyć nie chciała. Mały, niepozorny cień przesuwał się w jej kierunku, a ta lekko zadrżała, co nie umknęło uwadze Szronka.
    — Wsystko okej? Wies, jak nie chces się bawic to mozemy potem... — brat koteczki wydał z siebie te słowa dość zatroskanym tonem, co tylko jeszcze bardziej pogorszyło sytuację malutkiej, bo nie dość, że cień nie zniknął, to jeszcze się odezwał, tylko tym razem brzmiał trochę poważniej, a co za tym idzie groźniej: "Czemu nie chcesz mnie widzieć? Jestem taki samotny...".
    — K-kim jesteś? — Przerażony głos oddawał wszystkie emocje małej, głównie był to strach, ale też gniew czy nienawiść do "prześladowcy".
    — Do kogo mówis?
    — No do niego! — Wskazała łapką w kierunku Szronka, ponieważ byt znajdował się aktualnie dosłownie obok niego i jak to możliwe, że braciak tego nie zauważył? Przecież on jest taki przerażający...
    — Ale tu nikogo nie ma przeciez.
    — Ja go widze i słyse, cemu ty nie?
    — Bo nic tu nie ma. — Zrezygnowany Szronek zabrał kulkę mchu sprzed Mgiełki — mówiłem, ze jak nie chces się bawić, to wystarcy powiedziec, a nie wymyślac bajecki dla kociaków.
    — Ale ja nic nie wymyślam! - Teraz w oczętach koteczki pojawiły się łzy, czemu jej brat nie chce jej wierzyć, a jeszcze ważniejsze, czemu nie widzi tego cienia? "Bo tylko ty możesz mnie zobaczyć, inni są zbyt głupi..." — usłyszała ze strony niechcianego gościa. Skąd on wiedział, o czym właśnie myśli? W tym momencie jej strach przekroczył jakiekolwiek granice. Zamknęła oczka i schowała je w łapkach.
    — Akurat! Wies co, ty jakas dziwna jestes! - Szronek odwrócił się i nawet nie chciał słuchać tłumaczeń siostry. Zrezygnowana, spojrzała na przybysza. "Chcesz się pobawić?" — usłyszała w swoim kierunku. Gdy dotarło do niej znaczenie tych słów, w dotąd niewyróżniającym się niczym, czarnym cieniu na ułamek bicia serca pojawiły się dwa lekko czerwone oczka i wtedy właśnie była pewna, że zabawa w wykonaniu tej osobistości raczej nie będzie niczym przyjemnym. Skuliła się i po chwili z cichutkim piskiem podbiegła pod wyjście z kociarni. Usadowiła się w wygodnej pozycji, którą przyjmowała codziennie w tym miejscu i zamknęła żółte oczka pełne strachu, tłumacząc sobie, że TO coś tak naprawdę nie istnieje, jej kocięca głowa po prostu lubi jej uprzykrzać życie i to tyle. Jednak w głębi serduszka wiedziała, że w tej chwili właśnie się oszukuje.