BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 sierpnia 2020

Od Jeżowej Ścieżki CD. Konwaliowego Serca

Pora Nowych Liści pomału dobiegała końca. Przyniosła ze sobą kolejne śmiertelne zatrucia. Kwitnąca Polana, Cienista Łza i Pylisty Świt, polowały wraz z Klanem Gwiazdy. Do tego ciało Bluszczowej Poświaty, a właściwie to co z niej zostało, zostało znalezione na przejętym przez groźne lisy terenie. Strata czwórki wojowniczek nie mogła być przypadkiem. Działo się coś bardzo złego, to był dopiero początek, chociaż Jeżowa Ścieżka naiwnie wierzył, że wreszcie się to skończy, wraz z nadejściem Pory Zielonych Liści.
Zajęcza Stopa  zleciła im zrobienie kilku papek. Na wszelki wypadek, gdyby zatrucia miały powrócić. Smak tej przeżuwanej przez czekoladowego nie był dobry, jednak pacjent nie będzie o tym myślał, gdy będzie zwijał się z bólu. To da mu ukojenie. Uśmiechnął się lekko. Kochał to w pracy medyka, że niósł ulgę potrzebującym pobratymcom. Z resztą gdyby spotkał rannego nawet poza Klanem Burzy i tak by mu pomógł.
Zerknął kontem oka na Konwaliowe Serce. Wyglądała już znacznie lepiej. W ciszy przeżuwała łopian. Odkąd wróciła z dwójką kociąt, rzadko widywał ją w legowisku medyków. Może odezwał się w niej jakiś instynkt? O ile będzie wykonywać obowiązki, nie miał jej tego za złe. Wypluł na liścia papkę. Ogonem trącił obok asystentki, zwracając na siebie jej uwagę.
— Hę?
— Konwalio, dokąd w nocy tupta jeż?
Uśmiech na pyszczku czarno-białej kotki, był warty każdego słowa. Poruszył wąsami z rozbawieniem, robiąc jakąś głupią minę, by tylko się zaśmiała. Pewnie myślami była w żłobku.
— Nie wiem, Jeżyku, dokąd tupta. Jeśli byłby tobą to po żarcie. Myślisz, że nie widzę, jak wymykasz się po drugą mysz? — łapą dotknęła jego brzucha. — Uważaj, bo wkrótce będziesz przypominał kulę mchu.
Wybuchli głośnym śmiechem.
— Co was tak śmieszy?
Zajęcza Stopa spojrzała na dwójkę asystentów, który natychmiast zamilkli. Medyczka pokręciła łbem z rozbawieniem. Miała ciekawie z tą dwójką.
W wejściu rozległo się zawodzenie bólu. Medycy poderwali się na równe łapy, kierując swoją uwagę na Kucykowego Ogona. Kocur stał w obecności Śpiewającego Wiesiołka. Czekoladowy trzymał wyżej przednią łapę. Oho, co się stało?
— Tato, wbiłeś sobie jakiś kolec? — Jeżowa Ścieżka pierwszy znalazł się przy swoim ojcu. Nie chciał stracić go tak jak Brzozowego Szeptu.
Kucykowy Ogon posłał mu ciepły uśmiech.
— Nie, Jeżyku. Użądliła mnie pszczoła.
— Pszczoła? — mruknął. Nie oczekiwał specjalnie potwierdzenia. Ogonem wskazał na miękki, świeży mech. Kucyk rozłożył się na nim, czekając na badanie. Jeżowa Ścieżka skierował się do składziku, po odpowiednie rośliny. Wrócił, trzymając w pysku mniszek, który położył pod łapami kocura. Zachęcił starszego wojownika do przeżucia. Miało to odciągnąć jego uwagę od bólu. Sok natomiast go całkiem zmniejszy, chociaż zamierzał użyć jeszcze liści jeżyny. Rozmasował cierpliwie na łapie kocura przeżutą papkę.
— Dalej katar?
Usłyszał głos Zajęczej Stopy. Medyczka zwróciła się do Śpiewającego Wiesiołka. Kocur pokiwał głową, zanim przetarł lecącego gluta łapą. Pociągnął nosem. Konwaliowe Serce posłała mu serdeczny uśmiech.
— Zaraz ci pomożemy.
Wojownik pewnie ruszył za medyczką.


<Konwalio?> 

01 sierpnia 2020

Od Bociana CD. Konopi

Ruszyli do ataku. Łapy dwójki uczniów odbiły się o ziemię, a wiatr pomuskał ich pyszczki. Pędzając w stronę krzewu, gdzie dalej widoczne było rude futro, Bocian pomyślał w pewnej chwili, że drapieżnik może stanowić mniejsze zagrożenie, jeśli zastosują efekt zaskoczenia. Zaszli go z dwóch stron. Biały kocur poczekał na odpowiedni moment, szybko dając znak ogonem, zanim oboje z bojowym wrzaskiem, skoczyli ku rudemu osobnikowi. Ku zdziwieniu dwójki, głośnego krzyku zaskoczenia nie wydał żaden lis, a nie kto inny jak jeden z synów Pszczółki.
— Bocian?
— Lisi bobek?
Przyciśnięty do ziemi kocurek, pokiwał energicznie głową. Konopia odetchnęła z ulgą, schodząc z lisiaka, natomiast Bocian jeszcze czujnie przyjrzał się uczniowi, nim również z niego zszedł. Kilka listków krzewu przykleiło się do jego białego futra, jednak w tym momencie mało go to obchodziło. Wschód podniósł się na równe łapki, otrzepując z piachu. Dobrze było ponownie zobaczyć brata. Nie to, że się stęsknił, ale kocurek mógł go zaprowadzić do reszty członków dawnego Klanu Lisa, tym samym również Pszczółki. Ponowny widok pierworodnego, musiał także wywrzeć wrażenie na Wschodzie. Kto wie, może wątpił, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają?
— Bocian... Konopia... jak dobrze was znowu widzieć! — miauknął Wschód, zerkając w stronę szylkretowej kotki z uśmiechem. Córka Bazylii odpowiedziała tym samym. Pewnie również się cieszyła i wiedziała, że teraz już z łatwością znajdą się w nowym domu.
Biały kocurek prychnął.
— Ciebie również. — miauknęła Konopia. — Gdzie reszta? Długo was szukaliśmy.
Wschód uśmiechnął się serdecznie. Zerknął na brata, posyłając mu stęsknione spojrzenie, zanim zdecydował się udzielić szylkretce odpowiedzi. Bocian stanął bliżej Konopi, wlepiając oczekujące spojrzenie w kocurka. To, że byli braćmi nie znaczyło, że ma stracić swoją czujność. W końcu zagrożenie czekało na każdym kroku. Gdy uciekali z Klanu Burzy, spotkali przecież lisa, odbierającego życie Bluszczowej Poświacie. Trzeba było uważać.
— Schroniliśmy się w Owocowym Lesie. — jego pyszczek spoważniał. — Rybojady się tam nie zapuszczają, podobnie jak lisy. Mamy dużo zwierzyny i nawet założyliśmy obóz.
— W miejscu, gdzie owoce spadają na łeb? O tym nie pomyślałam.
Szylkretka zerknęła na białego kocurka. Bocian powoli pokiwał głową. Skoro już znaleźli swoich, byli o krok od sukcesu.
— Kto teraz rządzi? — burknął.
Lisie bobki nie poradzą sobie bez przywódcy. Wiedział o śmierci Horyzonta i tej głupiej Puch. Przebywał jednak na tyle długo w niewoli, a potem jeszcze w Klanie Burzy, że nie mógł wiedzieć, kto wleciał na miejsce lidera.
Wschód uśmiechnął się szerzej.
— Szyszka. Nieźle sobie radzi.
Skrzywił się niezadowolony, ale nic nie odpowiedział. No tak, z Szakłakiem na czele już dawno by się tłukli i pewnie przegrali. Bocian doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że cierpliwość przynosiła efekty. Jeśli mieli zaatakować obóz rybojadów, odbić swoich i spędzić resztę życia w ukryciu, musieli być wcześniej gotowi. Długim ogonem wskazał na oddalony sad. Nie zapuszczał się tam. Nostalgia co prawda zabrała go w okolice lasku, ale nigdy aż tak daleko. Stąd nie był pewny co zastaną po drugiej stronie. Jak rozwinął się ich klan? Czy dalej o nich pamiętali?
— Prowadź. Mam już dość tych śmierdzących lisami bagien. — mruknął.
Zerknął kontem oka na Konopię. Czy ich relacja dalej będzie dobra? Przez długi czas trzymali się razem, teraz jednak wiele się mogło zmienić.
Widząc zdezorientowany pyszczek brata, wywrócił oczami. Zdążył już się odzwyczaić od dziwnego zachowania swoich sługów. Właśnie, sługów! Musiał na nowo przypilnować Wschodu i Żurawia, żeby przypadkiem nie przyszło im do łbów, że mają go mniej wielbić.
— Musimy poczekać na mamę. Wybrała się trochę dalej. Zbieramy właśnie zioła. W Owocowym Lesie jest ich mało, więc wychodzimy za ogrodzenie. — miauknął szybko kocurek, z szeroko otwartymi ślepkami. — Ona bardzo się ucieszy na twój widok, Bocianie.
— To oczywiste. — mruknął z pewnością w głosie. Ukrył to, że sam czekał na spotkanie z ukochaną matką i wręcz nie mógł się doczekać zobaczyć jej pyszczek. Teraz będzie mógł mieć na nią oko, by nic złego jej nie spotkało.
Usiedli wraz z Konopią. Wschód był na tyle miły, że zaczął im opowiadać o nowym życiu dawnego Klanu Lisa. Owocniakom żyło się dobrze, aż dziwne, że potrafili się tak szybko zadomowić. Bocian chłonął każdą informację. W najmniej oczekiwanym momencie, mogą mu być potrzebne, prawda?
Na przybycie Pszczółki, długo czekać nie musieli. Kotka pojawiła się zaledwie kilkanaście uderzeń serca potem, niosąc w pysku zawiniątko różnych, pachnących intensywnie ziół. Na widok białego i szylkretowego futra, upuściła trzymane zioła, wpatrując się w dwójkę z nieodgadnionym wyrazem mordki. Wstał, zastanawiając się, co powinien teraz zrobić. Nie był zbyt dobry w uczuciach. Konopia wiedziała zdecydowanie lepiej. Pchnęła go łapą, żeby ruszył swój zad. Skinął łebkiem, zbliżając się dopiero teraz do medyczki. Otarł się o jej futro na powitanie. W ślepiach Pszczółki zalśniły łzy radości. W końcu jej pierworodny wrócił do domu. Musiała się czuć strasznie ze świadomością, że potomek przebywał w niewoli, a ona na wolności wśród rebeliantów. Wtulił się w jej futro, gdy go przytuliła. Pszczółka ze wzruszeniem zaczęła go lizać za uszami, niczym małego kociaka, oplatając go cały czas ogonem, jakby martwiąc się, że może w jednej chwili zniknąć.
— Bocian, synku. Jak... jak ci się udało uciec? Wam? — spojrzała na Konopię. Nagły smutek w jej oczach uświadomił w mgnieniu oka białego, że coś musiało się stać z Bazylią. Towarzyszka była blisko ze swoją matką, podobnie jak Bocian ze swoją. Pszczółka westchnęła. — Opowiecie mi więcej w obozie, lepiej nie pozostać zbyt długo na lisich terenach.
Zgodził się. Niech już pójdą. Wschód trącił koniuszkiem ogona bok Konopi. Ten wesoły gest oznaczał, że chciał, by za nim poszła. Pszczółka z uśmiechem zamierzała ruszyć przed siebie, gdy pewna myśl ją zatrzymała. Spojrzała na białego kocurka.
— Co z Czaplą?
W jednej chwili radość na widok rodzicielki wyparowała. Poczuł na sobie ciężar odpowiedzialności. Nie lubił swoich braci i nie zamierzał się nimi opiekować, ale Pszczółka kochała każdego z czwórki swoich synów. Wiadomość o śmierci Czapli, mogła ją tylko zranić.
— Trzyma się. Żre tyle ile zawsze, prawie skończył trening. — skłamał.
Widok ulgi w ślepiach matki, był tego warty. Dwójka medyków ruszyła przed siebie, natomiast Bocian posłał Konopi ostrzegawcze spojrzenie. Nie chciał jej teraz mówić o śmierci grubaska.


<Konopio?>

Od Mgiełki

Klanowe życie wydawało jej się takie... dziwne. O świcie każdy kot robił, co do niego należało, ale skąd wiedzieli, co należy do ich obowiązków? Koty o nazwie "wojownicy" byli pochłonięci układaniem zmarłych zwierzaków na stosie. Uczniowie przynosili je starszyźnie i do kociarni. Mamy kociaków i starsze koty je zjadały, ale po co? Przecież dużo ładniej wyglądało mleko mamy i smakowało chyba też, chociaż kotka nigdy jeszcze nie próbowała zmarłych zwierzaków. Dorosłe koty, jednak czasem rodzicielek już nie posiadały, więc było to poniekąd uzasadnione. Jednak tacy uczniowie czemu wybierali nieść śmierć niewinnych istot? Świat był taki dziwny i pełen sprzeczności...
     Czarna przeniosła swój wzrok do żłobka. Kilka kociaków wewnątrz bawiło się lekkim i puszystym piórkiem. Mgiełka miała kiedyś okazję go dotknąć, było takie... mięciutkie i lekko łaskotało jej opuszki. Bardzo spodobała jej się ta zabawka, jednak nigdy nie odważyła się pobawić nią z innymi. Dwie królowe rozmawiały ze sobą, niemal nie zwracając uwagi na swoje pociechy. Mgiełka mogła się tylko domyślać, że poruszają tematy dotyczące ich kociąt. Strzepnęła uszkami na samą myśl, ile można? Spojrzała na mamusię swoją i Szronka. Już dawno zauważyła, że nieco różni się od pozostałych kotek. Nie miała jednej łapki, ogonka i uszka. Kociaka bardzo interesowało, dlaczego tak jest, ale nigdy nie zapytała o to mamy. Nie tak, że nie chciała być niegrzeczna, czy niemiła, ale zwyczajnie było jej żal rodzicielki. Nie chciała, by ta musiała wspominać te zapewne okropne przeżycia, które sprawiły tyle blizn na jej pięknym futerku.
     Zamknęła oczka i próbowała wsłuchać się w gwar poza kociarnią. Usłyszała jakąś kłótnię, zapewne uczniów i odgłos rzucania kolejnego zwierzątka na stos. Zabolało ją to, bo każde z tych istnień miało swoją rodzinkę mniej lub bardziej przyjazną, ale jednak. Mgiełka jeszcze raz spojrzała na środek obozu i ponownie zapragnęła zostać medykiem, żeby wyleczyć te zwierzątka. Mała niestety nie zdawała sobie sprawy z tego, że te już nie żyją i że koty muszą żywić się takowymi piszczkami. Nagle zobaczyła niedaleko siebie roślinkę. Była dość wysoka, jak dla Mgiełki i na samej górze posiadała żółty kwiatek. Bardzo zaciekawiła kociaka, bo mimo że Mgiełka przesiadywała w tym miejscu codziennie, nigdy jej nie zauważyła. Spojrzała za siebie do kociarni. Nikt nie wydawał się nią zainteresowany, a kwiatek był przecież tak niedaleko. Zdecydowała się wyjść z kociarni po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Delikatnie przylgnęła brzuszkiem do ziemi i zaczęła skradać się do roślinki. Nie wiedziała, skąd przed jej oczkami znalazły się łapki większego od niej kota.
     — A ty gdzie się wybierasz? — usłyszała w swoją stronę i stanęła jak wmurowana. Jakim cudem ktoś ją zauważył? Usiadła i przykryła swoje łapki ogonkiem.
     — A co ci do tego? — Starała się brzmieć jak najbardziej poważnie, ponieważ ten osobnik już teraz działał jej na nerwy. Niech wie, że Mgiełki nie można traktować jak bandę tych głupków, którzy całe dnie bawią się w jakieś nudne zabawy.

<Ktoś z KN?:3>

Od Nocy

Ciepło nastąpiło przerażającym mrozem. To był początek. Futra siostrzyczek stykały się z jej sierścią. Po chwili poczuła na swojej główce szorstkie liźnięcia. Zdziwiona, podniosła malutki nosek i szturchnęła bok mamy. Tamta odstawiła małą na dół. Podciągnęła się znowu, lecz spadła, gdyż jej nóżki jeszcze nie były wytrzymałe. W końcu odpuściła. Podczołgała się do brzucha rodzicielki, by po chwili zacząć ssać ciepłe mleko. Swoboda nie trwała długo. Gdy tylko się najadła, czyjeś zęby podniosły ją do góry. Pisnęła przeraźliwie i zwisającymi łapkami trącała pysk kotki nad nią. Ta jednak nic chyba sobie z tego nie robiła. Wciąż ją niosła. Aż dotarli do kogoś innego... Nie sądziła, by tak to się skończyło. Po prostu ktoś ją wziął i trafiła do Klanu Wilka. W końcu miała zacząć tam życie.
*         *         *
Gdy tylko otworzyła oczy, zauważyła, że jest jakaś dziwna. Inne koty patrzyły na nią jakimś dziwnym wzrokiem, a Owocowa Pogoń i Cętkowany Liść raczej nie przejmowały się nią zbytnio. Kociaki cierpiące razem z nią w miejscu tortur, zwanym żłobkiem, nigdy nie chciały się z nią bawić, za co była skazana na towarzystwo tylko jakiegoś płowego gościa. Tak. Świtającej Maski. Gdy tylko miał czas, opiekował się nią, choć jej zdaniem nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Im stawała się starsza, tym lepiej zdawała sobie sprawę ze swego pochodzenia. Jak tylko pytała o rodziców, karmicielki znajdywały wymówki i odchodziły od niewygodnych tematów. Dowiedziała się prawdy, od nowej koleżanki, Śnieżki. Urodziła się poza klanem. Możliwe, że matka i ojciec byli włóczęgami lub pieszczochami. Stąd to dziwne zachowanie klanowiczów. Niezbyt jej się to podobało.
     — Ej, Śnieżka, czy to prawda, że jesteśmy jedynymi kotkami w tym więzieniu? — zagadnęła córkę Owocowej Pogoni, gdy zadecydowała, że koniec wiecznej nudy już powinien nastać. Troszkę zdziwiona calico spojrzała na nią wibrującym wzrokiem.
     — Tak, a co? — i przerwała gdy usłyszała nawoływanie Mroźnego, bo tak Noc nazywała niezbyt miłego dla niej kocurka u wejścia. — Muszę iść.
     No tak. Starsze koty mogły wychodzić. Nie lubiła tego. Ona też chciała wyjść. Podeszła do wejścia i niepewnie rozejrzała się po obozie. Całe szczęście, Świtająca Maska był chyba znów u dziada, Potrójnego Kroku. Dobrze. Dziś musiała się zabawić.

<Ktoś, coś?>

Od Słonecznego Zmierzchu.

On nie żyje... nic nie mogłem zrobić. Spokojnie, twój synek jest teraz z Gorzką i Mamą.
     — Zmierzch! — Łasica odpycha mnie łapą, upadam na ziemię.
     — Co? — Wstaję z ziemi.
     — Ogarnij się, osłabiasz tylko klan. Nie umiesz upolować nic ostatnio, pomyśl o tym, co ci mówię. — Kotka odchodzi.
     Osłabiam klan, jaki wstyd! Dobrze, może pójdę coś upolować? Nie mogę dać Łasicy satysfakcji Jest późna Pora Nowych Liści, zwierzyny jest dużo. Nie powinienem mieć jakiegoś problemu z upolowaniem czegoś. Wstaję i idę do lasu.
     — Upolujesz coś, na pewno — szepczę do siebie.
     Słyszę śpiew ptaka, rozglądam się powoli. Jest na drzewie! Długość ogona ode mnie. Przyjmuję pozycje do skoku, tak jak mnie Miedź uczyła. Przybliżam głowę do ziemi i skaczę. Wbijam pazury w jego plecy. Upadam na ziemię. Może nie było to piękne lądowanie, ale bezbolesne.
     — Udało się. – Uśmiecham się lekko.
     Zakopuję ptaka i idę dalej. Zawsze to więcej jedzenia. Idę dalej leśną ścieżką w stronę terenu Klanu Klifu. Pokaże Łasicy, że nie jestem obciążeniem! Słyszę dreptanie … Szczura! Co on tu robi?! Gdzie jest jeden to jest kilka. Niebezpieczne, przebiegłe i pamiętliwe. Trzeba na nie bardzo uważać. Zabije go, tak będzie bezpieczniej. Rozpłaszczam się i podchodzę do szczura. Skaczę i zabijam go. Rozglądam się. To była pułapka! Inny szczur rzuca się na mnie, gryzie mnie mocno w kark. Jak to boli! Mam łzy w oczach, ból okropny. Próbuję go zrzucić, po kilku uderzeń serca udaje mi się. Po chwili napastnik jest już martwy, reszta uciekła. Łzy z bólu lecą mi bez przeszkód. Wstaję i biorę szczury w zęby.
     — Będzie trzeba poprosić medyków o jakieś zioła na to — szepczę z bólem w głosie.

***

 — Zmierzch! Co ci jest? — Łasica podchodzi do mnie.
     — Szczury — mówię przez zęby i marszczę brwi.
     — Idź do medyków — radzi kotka.
     — Wiem. — Odkładam szczury i ptaka na stertę. Zaczynam kierować kroki do legowiska medyków.
     — Dzień dobry — mówię przed legowiskiem.
     — Czego?! Nie widzisz, że jestem zajęty?! — mówi Trójka wkurzony, z legowiska wychodzi Fasolkowa Łapa.
     — Ugryzł mnie szczur — mówię do siostrzeńca i przyrodniej siostry.
     — Właź! — rozkazuje asystent medyka. Ja posłusznie wchodzę do legowiska medyków, ile tu roślin!
     — Siadaj — mówi kocur zadowolony i pokazuje ogonem na legowisko.

<Medyk?>

Od Ryjówki

Ryjówka pisnęła przez sen. Ogromny motyl gonił ją z coraz większą prędkością. Prawie ją miał. Czuła jego bliską obecność. Był gotowy ją zgnieść, zupełnie jak ona jego! Tylko, że teraz to ona była mała. Koteczka biegła po wysokiej, miękkiej trawie, na oślep rozglądając się za rodzicielką, za którą mogłaby się ukryć. Nie widziała jednak Melodyjki. Poczuła jak motyl ją chwyta, unosząc do góry. Pisnęła przerażona.
— Nie drżyj się.
Otworzyła ślepka. Melodyjka trąciła ją łapą, by się wreszcie uspokoiła. Serce szylkretki biło jak oszalałe. Dopiero teraz zrozumiała, że to był zły sen i żaden owad jej nie goni. Musiała się mocno drżeć, gdyż rodzicielka była bardzo niezadowolona. Ryjówka położyła uszka na łbie, spoglądając na nią przepraszająco. 
— Nialan sly sen. — miauknęła cicho. 
Zdążyła się nauczyć, że jeśli zirytujesz wielką panią, możesz się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Koteczka nie wiedziała, że mama powinna tulić, całować, opowiadać bajki i uczyć życia. Podobnie jak tata. Miała po prostu Melodyjkę i Słonika - musiała uważać na każdy swój ruch oraz rodzeństwo, o które mimo wszystko starała się dbać na swój sposób. Nie znała otóż pojęcia uczuć i lojalności rodzinnej. Musiała jeszcze bardziej się przyzwyczaić, w końcu spędzi w tej norze całe życie, prawda? Nie znała innego. To było jej. Tak widocznie miało być. Tylko pytanie, co wyrośnie z takiej małej?
Coś przykuło uwagę koteczki. Zerknęła w stronę wyjścia. Powoli podniosła się na równe łapki. Mech przyjemnie zaszeleścił, gdy po nim przeszła, omijając swoje rodzeństwo. Podchodząc bliżej wyjścia, wyjrzała z nory. Nie oświetliło ją światło, jak zwykle gdy wyglądała. Zamiast tego ujrzała ciemne niebo, po którym przemknęła błyskawica. Była taka głośna! Przemykała po niebie rozświetlając je, wraz z kroplami deszczu, spadającymi coraz szybciej na ziemię. Wyciągnęła łapkę, dotykając jednej z nich. Drgnęła na kolejny grzmot, prędko wycofując się z powrotem do domu. 
— Cio to?
Koteczka nawet nie liczyła na odpowiedź. Ze zwykłego uporu i ciekawości, spojrzała jednak na Melodyjkę. Oczy kotki zmruży się, gdy zetknęła w stronę wyjścia. Musiała być senna. Ryjówka przekrzywiła łebek.
— Burza. — mruknęła wreszcie.  — A teraz śpij, albo wyrwę ci ogon.
A więc tym było to dziwne zjawisko. Burzą. Musiała zapamiętać. Szylkretka nie mogła spytać jednak o nic więcej. Rozkazy wielkiej pani rodzicielki za każdym razem działały. Kotka pokiwała energicznie główką. Położyła się z powrotem obok rodzeństwa. Wtuliła w sierść pulchnego braciszka, zamykając ślepka i odpływając do krainy snów.

***

Ziewnęła szeroko. Nie przywykła do wczesnego wstawania. Mogła jeszcze trochę się powylegiwać, jednak widok śpiącego rodzeństwa odwiódł ją od tego pomysłu. Przecież nie będzie jak oni! Wstała, otrzepując sierść z nieczystości. Będzie musiała ją wyczyścić. 
Szylkretka zauważyła niewielki kamień, który od razu traciła łapką. Potoczył się trochę dalej. Nic wielkiego. Od razu się znudziła. Wnuczka Koniczynki westchnęła niezadowolona. Nie lubiła nudy, podobnie jak każdy kociak. Wyjrzała na zewnątrz, bo może znajdzie coś ciekawego, co zajmie jej uwagę na długi czas. Padło na dziwną kałużę. Wysunęła się w jej kierunku, przyglądając się temu znalezisku. Gdy zamoczyła łapkę, powierzchnia drgnęła odrobinę, wręcz ledwo widocznie. Woda była lodowata. Ryjówkę jednak skusiła na tyle, że włożyła w nią kolejną łapkę i jeszcze kolejną, aż cała znalazła się w wodzie, z radością po niej skacząc.
Zabawa skończyła się wraz z pojawieniem Melodyjki. Wielka pani wyrosła jak z podziemi, już samym swoim cieniem strasząc kociaka. Ryjówka czmychnęła czym prędzej do nory, zanim by oberwała łapą. Otrzepała się już na środku, pośpiesznie odwracając w stronę kocicy. Uniosła łebek, spoglądając chwilę na rodzicielkę. Trzymała w pysku jakieś dziwne szare stworzonko, do tego się nie ruszające. Kropelka krwi spadła na ziemię. Szkarłatna ciecz przykuła jej wzrok.
— Jesten glotna. — miauknęła koteczka, tupiąc przy tym łapką. — Gdsie bylas?


<Melodyjko? Będzie opieprz?> 

Od Orlikowego Szeptu cd. Stokrotki

przed śmiercią Bluszczowej Poświaty

Kocięta Konwaliowego Serca zdołały przyzwyczaić się do żłobka klanu burzy. Nikt z wojowników nie dostrzegł podobieństwa do czarnej medyczki, może oprócz oczu Stokrotki. Tęczówki obu kotek były żółte. Poza tym dzieci medyczki różniły się znacznie od swojej matki, podającej się za ich ciocię. Córki miały niebieską barwę sierści, dzięki czemu nikt nie doszukiwał się podobieństwa między nimi a Konwalią.
Po udanym patrolu udał się do żłobka. Chciał poznać lepiej małe kulki. Miał nadzieję, że Dreszcz nie dozna wybuchu zazdrości, jak podczas ostatniej wizyty, którą odbył z Konwaliowym Sercem. Kremowy pragnął mieć Orlikowy Szept i czarną kotkę na własność, przed malcem sporo czasu i nauki cierpliwości, która pomoże mu przetrwać.
Już przy wejściu usłyszał głosy Stokrotki i Burzy. Kotki bawiły się w kocie klany. Pierwsza wcieliła się w rolę medyczki, druga została liderką.
- Myślałam, że będziesz... W takim prz-zypatku musimy znaleźć innego wojownika - miauczała smutno Burza. Nie spodziewała się, że siostra będzie chciała być medyczką wymyślonego przez nie klanu kociaka.
- Może ciocia Cętkowany Kwiat? - zapytała się Stokrotka, szukając rozwiązania sytuacji. Troszczyła się o swoją siostrę. Orlikowy Szept zauważył podobieństwo między matką a córką. Niebieska z białym odziedziczyła po mamie nie tylko biel na swoim pręgowanym futrze, ale i empatię oraz chęć pomocy innym. Wojownik nie zdziwiłby się, gdyby mała nie próbowała zostać medyczką w przyszłości. Poszłaby w ślady Konwaliowego Serca. Oby klan gwiazd nie próbował zemścić się na małej kotce za grzech czarnej.
- Nie słyszałaś, że jest zajęta z wujkiem Orlikiem? Tak samo, jak inni dorośli - odpowiedziała Burza.
- To może inny kociak albo uczeń? - zaproponowała Stokrotka.
- Mam dla was niespodziankę... Ciocia Cętka może i jest zajęta, ale z kimś innym. Ja za to jestem wolny i... Cóż... Przydałby się wam wojownik - wtrącił się Orlikowy Szept.
- Wujek Orliczek! - miauknęły w tej samej chwili córki Konwaliowego Serca. Zaczęły radośnie skakać wokoło białego, piszcząc radośnie.
Poczuł się nieco niezręcznie. Zdołał trochę zmienić swoje zdanie na temat kociąt. Nie uważał ich już za coś okropnego, być może dzięki spędzeniu czasu z małym Dreszczem. Mimo wszystko nadal nie czuł się przekonany co do małych kotów. Ruszały się ciągle i ciągle, wydawały strasznie głośne dźwięki, cały czas o coś prosiły.
- Mogę zostać... Powiedzmy... Zastępcą - zaproponował biały. - Klan nie da rady istnieć bez tego, kto zastąpi przywódcę.
- Miałeś być wojownikiem! To niesprawiedliwe! - oburzyła się Burza. Zazwyczaj wydawała się spokojna, lecz widocznie wstała dzisiaj lewą łapą.
- Zastępca też jest wojownikiem. Nawet takim ważniejszym - tłumaczył cierpliwie Orlikowy Szept, przynajmniej tak się starał. Nagła reakcja Burzy nieco go zaniepokoiła i zaskoczyła.
- Ale... Nie chcę zastępcy - miauknęła Burza.
Orlikowy Szept spojrzal na milczącą Stokrotkę.
- Hm... Jesteś medyczką, a medycy powinni pomagać liderowi. Powiedz... Czy Burza ma mnie mianować na zastępcę czy nie? - powiedział do małej Orlik.
Zabawa z kotkami mogła wydawać się bardziej interesująca, niż przypuszczał.
<Stokrotko? >

Od Szkarłatnego Mrozu cd. Czermieniowego Gniewu

- Jak będę spał przy tobie, to nie przyśni ci się żaden koszmar. I pokochasz mnie bardzo, bardzo, bardzo - odpowiedział serdecznie Szkarłatny Mróz, uśmiechając się nadal. Czermieniowy Gniew nadal wydawał się być napięty, co niepokoiło rudego kocura. Żaden klanowicz nie miał tak napiętego ciała przez tak długi okres czasu. Brat prawdopodobnie przez coś cierpiał. Czarny nie spędzał czasu z resztą, a trzymał się z boku, więc Szkarłatny Mróz postanowił spędzić z nim każdą chwilę, nawet w nocy. Chciał stanowić oparcie dla najbliższego członka swojej rodziny. Tchórzliwy Krok zachowywała się dosyć nieprzyjemnie w towarzystwie Czermienia, więc automatycznie obowiązek "ojcowania" spadł na niebieskookiego.
Rudy wszedł na współtowarzysza.
- Na razie to ty jesteś moim koszmarem! - warknął Czermieniowy Gniew. Na jego pysku wymalowała się czysta wściekłość. - Złaź ze mnie! - Czarny zrzucił z siebie Szkarłata.
Rudy podniósł się i otrzepał z pyłu ziemi. Przyzwyczaił się do takich zachowań brata. Na początku mocno zastanawiał się, co robi nie tak, że spotyka się z negatywną reakcją braciszka. Z czasem przyzwyczaił się. Nie on był winny, a nastawienie furiaty.
- Jaki ty jesteś mięciutki. Jak taki meszek. Różnicie się od siebie tylko zapachem - zaśmiał się pod nosem Szkarłatny Mróz. - Skoro nie chcesz mnie na sobie, ani spania obok siebie jak wspaniałe i przekochane rodzeństwo... To... - Rudy zamyślił się. Musi istnieć jakiś sposób na to, aby spędzili ze sobą wspólną noc. Nie zostawi go ot tak! Nie po to klan gwiazd ich tutaj zesłał, skoro mieli tych samych rodziców, to przeznaczenie połączyło ich losy ze sobą. Byli od siebie zależni. Czuł to, czuł to całym sobą.
- Zamknij się. Wtedy będziesz pożyteczny - mruknął oschle Czermieniowy Gniew, zmieniając pozycję ciała.
- Nie! Jak zamilknę, poczujesz się smutny i zagubiony. Nie zostaniesz sam. Będę twoim towarzyszem! - odpowiedział rudy, kładąc głowę tuż przy łebku brata. - Wiesz co? Jest taka rzecz, która podobno pomaga kociętom zasnąć. Wiesz jaka? Masz trzy szanse na danie prawidłowej odpowiedzi - miauczał z entuzjazmem Szkarłat. Wpadł na całkiem ciekawy pomysł uśpienia brata. To powinno zadziałać, a jak nie, to ponownie spróbuje się na nim położyć.
W odpowiedzi otrzymał pacnięcie łapą, tuż nad okiem z białą, owalną plamką.
- Następnym razem wyceluję w oko - syknął czarny do ucha rudego i obrócił się na drugi bok.
- Zła odpowiedź! - odpowiedział Szkarłatny Mróz, ignorując cios od Czermienia. Braciszek się zaangażował w zabawę! Reagował! Jak wspaniale! - Jeszcze dwie szanse.
- Cicho.
- Jedna!
- Przymknij ten tłusty pysk.
- Ojej, nie zgadłeś nic... Chodzi o piosenkę przed snem! Mamusie śpiewają swoim maluszkom, aby te zasnęły wtulone w ich futra. Zrobię to samo - powiedział Szkarłat, szykując się do zaśpiewania piosenki czystym fałszem.
- Nie waż się - zdołał tylko rzec Czermień.
- Czermieniu malutki, braciszku głupiutki. Masz ogonek śmieszniutki i móżdżek maciupki. Ryby ci zwiewają, bo za szybko zasuwają. Nikogo nie lubisz, bo się siebie wstydzisz. Język masz różowy, a rozum szaro-bury. Wtydzisz się swej postury, chociaż lubią cię gbury - śpiewał Szkarłatny Mróz. Nie dbał o to, czy zbudzi tym innych wojowników. Zależało mu tylko na tym, aby Czermieniowy Gniew zasnął. Przemawiała przez niego troska, nic ponadto. - Ojej... Drga ci powieka... To poczekaj... Coś innego... - Odchrząknął. - Czermieńku kochany, złością żeś wypchany. Uśmiechem zwabiasz ofiary, składające ci krwawe dary. Zaśnij czarny kocurku na mchowym pagórku. Uśmiechnij się ładnie, ząbki pokazując dosadnie.
Spojrzał na czarnego, który naskoczył na niego, nim ktokolwiek zdążył zareagować.
<Czermień?>

Od Zimorodka cd Barwinkowego Podmuchu

- No, jak się dowiesz co masz pod ogonem, to daj mi znać. - odpowiedział starszy - Bo wiesz, ja mam to samo. Tylko trochę większe.
Przekrzywił łepek, nadal nie rozumiejąc. Zaczął kręcić się w kółko, próbując dojrzeć to, co pan kocur mu przed chwilą tłumaczył, ale było to takie trudne! Upadł na tyłek, czując i widząc jak świat się kręci. Najwyraźniej będzie to dość wyczerpujące zadanie. Ale nie podda się! Chciał umieć rozpoznawać, kto jest kim! 
Barwinkowy Podmuch rzucał mu raz po raz, jakieś dziwne spojrzenie. Chciał się bawić? Ale na czym ta zabawa niby polegała? Chodziło o bitwę w niemruganie? Zachęcony w podskokach, stanął naprzeciwko kocura, intensywnie wpatrując się w jego oczy. 
- Ej... Ty... Dobrze się czujesz? - zapytał go czarny.
- Ha! Wyglałem! - ogłosił z dumą, widząc jak ten mrugnął.
- Co niby wygrałeś? 
- To my se nie bawimy w sawody na niemluganie? - Przekrzywił łepek zdziwiony.
Był pewien, że tak właśnie było! 
- Wracaj do mamy - powiedział wojownik, popychając go łapą w stronę żłobka.
Zimorodek zaparł się łapkami. Nie! Nie po to się wymknął, by teraz wracać! Na dodatek dopiero co poznał tą kotkę! Znaczy kocura! Chciał jeszcze pozwiedzać!
- Ja ne cę - jęknął. - Idę na psygode! - zawołał biegnąc koślawo w stronę skarpy.
O rany! Jak byli wysoko! Z zachwytem obserwował świat pod nimi, coraz bliżej zbliżając się do krawędzi. Usłyszał nagle pisk i ktoś porwał go w swoję szczęki. Ale tej osobie cuchnęło z pyska! Fuj! Ten ktoś oddalił się z nim pod żłobek, dopiero tam wypuszczając na wolność.
- ZWARIOWAŁEŚ?! Życie ci nie miłe?! Wiesz co zrobiłaby twoja mama, gdyby się dowiedziała, że spadłeś, a ktoś nakablowałby, że ze mną cię widział?! 
Och... To był pan czarny kocur, a nie kotka. Obserwował wzburzenie wojownika zdziwiony. Nie za bardzo rozumiał, co do niego mówił, ani czemu aż tak podniósł głos. On tylko chciał przyjrzeć się widoczkom. Wyszło na to, że przekroczył jakąś niedozwoloną granicę. No ale nikt nic mu nie mówił przecież, by nie podchodzić! 
- Zrobiłabym co? - Nagle z mroku żłobka, wyłoniła się zła Berberysowa Bryza. - Znów wynosisz gdzieś moje dzieci?! 
Zimorodek obserwował ich zaciekawiony tym niecodziennym widokiem. Nie widział mamy jeszcze takiej złej! Chyba ten czarny pan kocur, a nie kotka musiał poważnie jej podpaść! Ciekawe co zrobił. 
- Cio slobiłeś se mama ce ne lubi? - zapytał kocura zaciekawiony. - Tes mófiłes jej by patsyła pod ogon?

<Barwinku?>

Od Potrójnego Kroku

Układał zioła, które dzień wcześniej zbierał, korzystając z obfitości, którą oferowała im pora nowych liści, kiedy to ktoś wszedł, krzycząc swoje imię. Nareszcie nauczyli się, że dla własnego dobra powinni to robić. Ile razy musiał rzucać kośćmi w te puste łby, aby potraktowali to na poważnie! Przeciągnął się, aby rozruszać zastałe mięśnie, które były przez jakiś czas w jednej pozycji, po czym obserwował nadejście Sarniej Łapy, która z bladością na sierści i paniką w oczach, kulała w jego stronę.
- P-p-pomocy! Coś mnie ukuło i nie chcę wyjść! - Wskazała na swoją łapę, którą na chwilę postawiła na ziemi z cichym jękiem.
- Ej! Łapa do góry! - rozkazał widząc strużkę krwi, która już skapywała na ziemie. Poruszył niezadowolony ogonem. No co za prostactwo! Tak syfić mu swoimi wydzielinami jego czyste i pachnące lokum!
Sarnia Łapa wystraszona uniosła kończynę wyżej.
- I tak ją trzymaj. Wiesz jak trudno się ściera krew z ziemi? Siadaj na mech, tam możesz się wykrwawiać. 
Uczennica zrobiła się jeszcze bardziej bledsza, posłusznie siadając w wyznaczonym miejscu. 
- Ja-ja... nie chcę się wykrwawiać! Pomóż mi błagam! - załkała.
Ech... Jeszcze tego mu brakowało... Histeryczki. Podszedł do niej i obejrzał skaleczenie. Ewidentnie coś jej się wbiło. Było to przezroczyste i grube coś. 
- Zamknij oczy i postaraj się nie krzyczeć mi do ucha - powiedział.
- Co? 
Nie zdążył wytłumaczyć, ponieważ już chwycił w pysk szkło i mocnym szarpnięciem, wyjął je z łapy pacjentki.
- AAAA!
Skulił uszy. Mówił przecież, by się nie darła! Szybko poszedł do sterty ziół, wziął odpowiednie składniki, a następnie zmielił je na papkę, którą przyłożył do rany, zaklejając pajęczyną. 
- Do partnerstwa się zagoi, a teraz spadaj i nie próbuj na niej stawać, bo znów u mnie wylądujesz, ale w gorszym stanie, jasne? 
Koteczka kiwnęła głową i mówiąc ciche dziękuje, opuściła jaskinie. 
***
Jego spokój nie trwał długo, ponieważ znów usłyszał dźwięk wołania. Tym razem jego lokum odwiedziła Senny Świt, która z uśmiechem na pysku, kierowała się w jego stronę. Szybko ją obejrzał, dostrzegając krwawą smugę na grzbiecie. 
- Witaj, Potrójny Kroku, ale się urządziłeś! Nie za ponuro tu? - stwierdziła pacjentka, patrząc na te wszystkie ptasie czaszki na patykach.
- Mów z czym przyszłaś. - powiedział tylko, czekając na jakieś uzasadnienie wizyty.
- A tak! Ugryzł mnie szczur! O tu, tu. Krwawi, ale to nic. 
- Jak nic to po co tu przylazłaś? - prychnął.
- No... No bo... Słyszałam, że szczurze ugryzienia bywają niebezpieczne - wyszeptała konspiracyjnie. 
Kiwnął głową.
- Owszem. Są. Siadaj na mech - rozkazał szukając w swoich ziółkach korzenia łopianu.
Powinni z Fasolkową Krzywicą wykopać go więcej, skoro tak dużo kotów ostatnimi czasy, pada ofiarą tych dużych gryzoni. Pewnie się mszczą za swoich małych pobratymców. Cały czas w końcu mówi, że myszy są siedliskiem nieszczęść. Po jakiejś chwili udało mu się odszukać korzeń i zaczął go przeżuwać na papkę. Ble. Że wszystko musiał robić pyskiem. Dobrze, że to nie było nic trującego... 
Wypluł masę na liść i podszedł z tym do Sennego Świtu, która nadal zaciekawiona obserwowała nowy wystrój. 
- Nie kręć się tak! - rozkazał, kładąc papkę na ranę.
- Dziękuję, Trójeczko, dziękuję!
Skrzywił się. Co z tymi kotami było nie tak, że używały jego kocięcego imienia? 
- Potrójny Krok - poprawił ją z kamiennym wyrazem pyska.
- Och, dobrze, dobrze. Tak tylko żartowałam, haha!
Nie rozumiał tych... kotów. 
- Jakby się pogorszyło to przyjdź. - powiedział dając do zrozumienia kocicy, że jej czas na konsultacje i leczenie właśnie minął. 
- Tak, tak. Dziękuję ci! 
Obserwował jak wychodzi i jeszcze chwilę siedział, czekając przybycia kolejnego kota, który wepchnąłby mu się tu z błahą sprawą, lecz najwyraźniej Senny Świt była ostatnia. Westchnął i wrócił do pracy nad czerwonym pyłem. Ostatnio udał się nad strumyk i wykopał trochę tamtejszej, mokrej ziemi. Odkrył dzięki temu, że połączenie wody, płatków maku i lepkiej ziemi, tworzy całkiem ciekawą substancję. Jednak badania musiały jeszcze trochę potrwać. Był pewien, że jeszcze kilka prób, a uzyska to, co sobie wyobraził.